dziennikarze wędrowni
|
archiwum |
|
Dobić końca
jędrzej morawiecki, tekst
II.
Marian Mikołajczyk: Zabójstwem dla gorzelnictwa rolniczego stało się uwolnienie cen spirytusu. Od 1 lutego 1998 ten sam spirytus, o określonej mocy i zawartości aldehydów, jeden właściciel gorzelni sprzedawał do odbiorcy po 2,20 zł., a od drugiego taki sam spirytus przyjmowano za 1,10 zł. I na tym polegało to "urynkowienie" i "uwolnienie" cen. Adam Pawlaczyk: Wiadomo, że producenci prawie w stu procentach są prywatni. A odbiorca w prawie stu procentach jest państwowy. Więc tak: ja jako prywatny człowiek idę do instytucji państwowej, w której urzędnik decyduje o tym, ile mi zapłaci. Czy mam mówić dalej? Jakie to są kryminogenne zdarzenia? Waldemar Kulwieć: Cena dnia to cena rozmowy... Na przykład telefonicznej. Tak się to odbywa. Wolny rynek... Ten chaos dla niektórych może być twórczy. W mętnej wodzie biorą najlepsze ryby. Chaos powoduje to, że pewni ludzie robią ogromne pieniądze. Marian Mikołajczyk: Odbiorcy spirytusu tłumaczyli się niejednokrotnie tak: nie możemy od was kupić spirytusu po 1,50 zł., bo mamy dostawcę, który sprzedaje z pocałowaniem w rękę za złotówkę. Zastanawiające! Z czego on ten spirytus wyprodukował, skoro zgadza się na złotówkę? Metr żyta kosztuje średnio 36 złotych. A żeby przy złotówce za litr wyjść na zero, trzeba by kupić żyto po 15 złotych za metr. Proszę mi powiedzieć, gdzie takie żyto rośnie? A gdzie są urzędnicy szczególnego nadzoru podatkowego? Dlaczego nikogo nie zastanawia, że ktoś przywiózł dajmy na to do Kędzierzyna spirytus ze wschodnich rejonów Polski, taki kawał drogi, by sprzedać go za złotówkę, z odroczeniem zapłaty na rok? Jak to? Produkuje ot tak, żeby sobie produkować? To jest spirytus, to nie są ogórki! To spirytus, strategiczny surowiec dla każdego państwa! Skądinąd wiadomo nam też... Jeździmy na różne spotkania, to są oczywiście rozmowy nieoficjalne. Zdarza się, że cysterna podjeżdża pod gorzelnię. Spirytus zostaje przepompowany do kadzi fermentacyjnej. Z kadzi fermentacyjnej idzie przez aparat odpędowy, poprzez zaplombowany licznik przepływa do magazynu. Jeżeli ktoś przemycił surowy spirytus za litr 30 groszy i sprzedał go po dwa złote, to to jest czysty zysk. Żeby wykazać, że ten spirytus został z czegoś wyprodukowany, przyjmuje się fikcyjnie na stan część surowca. I tak: ze stu kilogramów żyta powinno nalecieć 32 do 33 litrów spirytusu. A w wykazie stoi: 44 litry. I na to nikt nie patrzy. Tu wchodzą w grę sprawy niezrozumiałe. III. Gorzelnicy twierdzą, że na polskim rynku 30 procent spirytusu konsumpcyjnego pochodzi z przemytu. Z kolei Ryszard Jakubiuk, prezes "Polmosu" Zielona Góra, mówił w lutowym wywiadzie dla Agencji Reuters o 40 procentach. "Polmos" Zielona Góra, który ma trzeci co do wielkości udział w rynku, zakończył 1999 rok 13-procentowym spadkiem sprzedaży. Zysk brutto zmniejszył się w porównaniu z rokiem 1998 o 20 procent. Spadki zanotowały także wszystkie pozostałe "Polmosy" (jedyny wyjątek to Białystok). Kurczy się legalny rynek. "W 1995 roku globalna sprzedaż alkoholu na cele konsumpcyjne wynosiła około 150 milionów litrów. Rok 1999 zamknął się około 75 milionami litrów. Legalna sprzedaż zmalała o połowę. To prawda, że część konsumentów przechodzi na wino i piwo. Ale spadek tym powodowany może wynieść pięć procent" - mówił Jakubiuk. Producenci spirytusu szacują, że wpływy do budżetu z tytułu akcyzy alkoholowej za 1999 rok zmalały o 12 procent względem roku 1998. Podatek na spirytus wzrósł w tym czasie o dziewięć procent. "Akcyza jest już wyższa niż w Niemczech, gdzie za litr płaci się w granicach 27 DEM, a w Polsce ponad 56 złotych" - mówił Jakubiuk. Z kolei "Polmos" poznański - drugi w kraju - szacuje, że po kolejnej podwyżce akcyzy, zapowiadanej na wrzesień, przychody spółki spadną o co najmniej 8-10 procent. IV.
"Polmosy" apelują przede wszystkim o zaprzestanie dalszych podwyżek akcyzy. Z kolei gorzelnicy mówią także o potrzebie podzielenia spirytusu na konsumpcyjny i niekonsumpcyjny. Chcą, by spirytus dodawać do benzyn. Przed wojną 30 procent spirytusu zużywano na cele napędowe. Co prawda wtedy używano alkoholu nie jako domieszki, a czystego paliwa - na skażonym spirytusie jeździły ciągniki rolnicze. Ale teraz - wyliczają - gdyby do benzyn dodawano tak jak na Zachodzie - pięć procent alkoholu, to zapotrzebowanie w kraju wzrosłoby z 75 milionów litrów, bo tyle wynosi popyt konsumpcyjny, do prawie siedmiuset milionów litrów, a więc dziesięciokrotnie. Waldemar Kulwieć: Nagle okazałoby się, że wszyscy wszystko wiedzą: rolnicy wiedzą, że mają zbyt, gorzelnicy wiedzą, ile mogą produkować. Wszystko proste, jasne, czytelne. A teraz: nie wiadomo, jaki jest zapas surowca, jaki popyt. Tu nikt nic nie wie, to jest "wolny rynek". W Unii Europejskiej wszystko jest sterowane. Nie może być sytuacji takiej, że surowiec strategiczny jakim jest spirytus wypuszcza się na wolny rynek... Aleksander Karabin: Weźmy Niemcy. Tam przecież istnieją przepisy o monopolu spirytusowym. I to co minister Balcerowicz mówi, że monopole to relikt komunizmu, to demagogia. Trudno posądzać Niemcy, że nie są państwem o gospodarce rynkowej. Ale oni wiedzą, że pewne dziedziny gospodarki trzeba objąć nadzorem państwowym: rolnictwo, gorzelnictwo. W Niemczech każdy właściciel gorzelni dostaje kontyngent sprzedaży. I ma gwarantowaną cenę, przynajmniej na dwa lata.... Może więc zaplanować w swoim płodozmianie odpowiedni areał pod rośliny, które będzie przerabiał w gorzelni. Adam Pawlaczyk: Wygląda na to, że kręcimy bicz na siebie, prawda? Domagamy się przecież zaostrzenia kontroli, która jest bardzo wnikliwa, uciążliwa dla kierownika gorzelni. Ale my nie mamy wyjścia. To po prostu konieczne. Teraz nie znamy zasad gry. To tak jakbyśmy grali w karty, nie wiedząc, która figura jest starsza, która młodsza, jakie są reguły. Chcemy, by rząd odniósł się bądź to do przepisów przedwojennych, bądź wziął wzór od naszych sąsiadów. Chcemy, żeby te przepisy zostały ujednolicone i weszły w życie. V.
Marian Mikołajczyk: Gdyby z jednego litra spirytusu gorzelnia na czysto zyskała 20 groszy... My nie chcemy więcej, wystarczy 20 groszy, by produkcja miała sens.
Waldemar Kulwieć: A teraz zysku nie ma w ogóle. Wielu dzierżawców nie stać po prostu na zamknięcie gorzelni. Dlatego jeszcze działają. Ale żeby robić wszystko
oficjalnie, zgodnie z przepisami... Nie ma szans na zarobek.
Mikołajczyk: Jesteśmy - powiem nieskromnie - znawcami gorzelnictwa rolniczego. Wychowaliśmy się w województwie opolskim, śląskim, byliśmy przyzwyczajeni
do porządku, do norm. Choćby z tego względu nie możemy zgodzić się na ten bałagan, chaos, który - może to zbyt górnolotne słowa - który nie służy Polsce, nie
służy krajowi, nie służy intensyfikacji produkcji rolnej, pomnażaniu dochodu narodowego. Bo wywar to pasza dla krów. Kiedy pada gorzelnia, to nie dość, że znika
skup, to nie ma wywaru. Trzeba likwidować produkcję zwierzęcą. Dużo mówi się w Polsce o restrukturyzacji polskiego rolnictwa, o nowych miejscach pracy. A
jednocześnie niszczy się kolejny człon produkcji rolnej, jakim jest gorzelnictwo rolnicze. Koniec
W niedzielę, kwadrans po mszy, nadciąga burza. Niebo nabrzmiewa ołowiem, wiatr wymiata z ulicy ostatnich parafian. W ceglanej szkółce kilkunastu rolników. Stoją w sieni, palą papierosy, dyskutują leniwie. Ktoś rzuca żart, zamyka drzwi przed deszczem. - Mało narodu - mówi. - Na wsi prawie sześćset osób, a przyszła garstka. Potem tłumaczy, że frekwencja odzwierciedla rozgoryczenie. Rolnicy już nie chcą rozmawiać, nie wierzą. Bo ile można mówić? Zebrani przechodzą do salki. Bogdan Boruk, sołtys: Produkcja na wsi leży. My się jeszcze łudzimy, że może się coś zmieni, że może ruszy jakaś gorzelnia, jak nie u nas, to jedna z okolicznych... Ale to już nierealne. Ta, co we wsi obok - rozszabrowana. Inne - stoją od lat. Jarek, lokator z popegeerowskiego osiedla, mówi, że nie ma pracy, że zakłady wieśniaków nie przyjmą. - Nie mamy wykształcenia. Nie znamy języków, nie potrafimy obsługiwać komputerów. Nie spełniamy podstawowych norm. Takie są realia. Nie pojedziemy do Oleśnicy, do Wrocławia. Nie mamy szans. Przez rok "kuroniówka", a potem? Żyć choć nadzieją, że dzieci się wybiją. Ale jak? Do tej pory z okolicy udało się tylko dwóm Szczypkowskim. Jeden gra w Zagłębiu Lubin, drugi w Pogoni. Ci wyszli na prostą. A inni? Co mają robić? Kółka, kluby? Gimnazjum przenieśli nam do Bierutowa - na dojazdy nie ma pieniędzy. Dzieci zostaną kiepami. Sołtys: Oglądamy reportaże z olsztyńskiego, białostockiego, tam gdzie była masa pegeerów. Widzimy co się dzieje, jak chleją. Czy tu ma być to samo? Jan Bąk podchodzi do okna. - Ludzie uciekają, wieś stara, rozlatuje się - mówi cicho. Potem wspomina rozmowę z najstarszym synem. Tym, co chodzi do szkoły rolniczej. Bąk powiedział: "Przepiszę na ciebie gospodarstwo", ten zaśmiał się mu w oczy. "Co ty, chcesz mi chomąto założyć?" Miał rację. Może choć on się wyrwie. - A ja? - pyta Bąk. - Mam szukać pracy? W tym wieku? Pozostało czekać. Byle dobić końca. Za oknem coraz ciemniej. Kilka dni temu przez wieś przejeżdżał Kulwieć. Patrzył na majątek, gorzelnię, w której kiedyś się urodził, w której mieszkał, w której pracował jego ojciec, potem matka. Kulwieć mówił: - To miejsce tętniło życiem. Tu sprzedawało się ziemniaki, tu brało wywar. Chodziły maszyny. Tam była świetlica, festyny. Teraz - wszystko przekreślone. Ja sam już na wsi nie mieszkam. Wyniosłem się do Oleśnicy. Znalazłem inną pracę. Unikam tego miejsca. Wolę nie patrzeć. Pozostał żal po czymś, co za kilka lat zniknie. Pozostanie komin. I wieś: zubożali rolnicy, którzy oglądają wieczorem telewizję, powtarzając: "To nie tak". Wiedzą, że kolorowo jest w tylko miastach, że inwestuje się w supermarkety. A prawdziwa Polska zaczyna się tutaj. Tekst był opublikowany w całości w Tygodniku Powszechnym. |
|
© dziennikarze wędrowni |