|
"Schizophrénia - Une
maledie soviétique"
- Dlaczego jesteście w klinice? -
Nie wiem. - Czy mogłoby mieć to coś wspólnego z
waszymi wypowiedziami? - Z jakimi? - O naszym
społeczeństwie na przykład. - Nie wiem. Nie wypowiadałem
się wobec żadnej oficjalne instytucji. - A wobec
nieoficjalnej? - Nie przypominam sobie. - Zostaliście
wydaleni ze Związku Młodzieży Komunistycznej. - Nie
zostałem wydalony. Sam wystąpiłem. - Czy ma to jakiś
związek z waszymi przekonaniami? - Dla psychiatrii jest to
bez znaczenia. - Tak, ale dlaczego jesteście w tej klinice
już po raz czwarty? Komórka opieki społecznej, która
was do nas przysłała, podjęła tę decyzję po otrzymaniu
telefonu na temat waszych poglądów. - Moje poglądy
nie mają dla psychiatrii żadnego znaczenia. - Gdyby wasze
poglądy nie były niebezpieczne dla społeczeństwa, nie
przywieziono by was do tej kliniki po raz czwarty. Dlaczego to
robicie?
Podobną rozmową między pacjentem i
lekarzem- przełożonym, przeprowadzoną w Klinice
Psychiatrycznej Kaszczenko w Moskwie, w roku 1974, rozpoczyna się
reportaż filmowy "Schizophrénia - Une maledie
soviétique" (reż. Vita Zelakeviciute) pokazany na
początku kwietnia 2002 przez telewizję ARTE. Dokument ten
zrealizowany został w czerwcu 2001 przy współpracy ARTE
France i TV Polonia 1. Film opowiada o ludziach, u których
w latach 70-tych i 80-tych minionego stulecia postawiono diagnozę
"odkrytej" przez radzieckich naukowców tzw.
nietypowej schizofrenii, mającej objawiać się reformatorskimi
zapędami wobec niepodzielnie panującego systemu oraz
"religijnym zaślepieniem ". Były pacjent Sergej
Potylicyn: "W mojej karcie chorobowej napisane było, że
cierpię na antysowieckie tendencje". Byli pacjenci
opowiadają o prawdziwych powodach izolowania ich w
zakładach psychiatrycznych, o swoich obawach, rozterkach,
cierpieniach, woli przetrwania i zachowania zdrowych zmysłów.
Wypowiadają się lekarze, którzy do dzisiaj są
dyrektorami szpitali, i do dzisiaj nie widzą w swym ówczesnym
postępowaniu niczego zdrożnego - Yakov Landau, nazywany przez
pacjentów "carem gnębicielem", od roku 1962
szef czwartego oddziału w Instytucie Serbskim w Moskwie, mówi
o ciężarze narzuconej psychiatrom odpowiedzialności, o tym jak
powierzano im przypadki, w których miało rozchodzić się
o przestępstwa wobec Kaju Rad, dotyczące zatem bezpieczeństwa
państwa. Z ust lekarzy padają na usprawiedliwienie słowa
o rzekomym wybawieniu wielu politycznych pacjentów od
groźby więzienia, niektórzy zasłaniają się
obywatelskim obowiązkiem lojalności wobec kierującej Związkiem
Radzieckim KPZR. Dochodzą jednak do głosu także lekarze,
którzy warunki panujące w klinikach psychiatrycznych
porównują do tych panujących w więzieniach; lekarze,
którym względy sumienia i etyka lekarska nie pozwalały
na przetrzymywanie w zakładach psychiatrycznych ludzi zdrowych;
lekarze, którzy odważyli sprzeciwić się woli partyjnych
bosów i często płacili za to cenę kar więzienia i
wieloletnich zsyłek na Sybir, - jak choćby w przypadku doktora
Gluzmana, którego diagnozie zawdzięczał zwolnienie z
Kliniki Psychiatrycznej gen. Grigorenko. Następstwem
"niesubordynacji" Siemiona Gluzmana było jego
aresztowanie i skazanie na kilka lat obozu poprawczego i trzy
lata Sybiru. Dokumentację zamyka ocena Niezależnego Związku
Psychiatrów Rosji, według której w latach 1967-87
w zakładach psychiatrycznych ZSRR zostało bezpodstawnie
osadzonych ok. dwóch milionów ludzi.
Autorzy reportażu "A wolność czym dla pana
jest" podążają innymi ścieżkami i spoglądają na
problem centralistycznych manipulacji oraz nadużyć w powojennej
polskiej psychiatrii z innej perspektywy. Większość
społecznych problemów ma z natury swej rzeczy
ścisły związek z człowiekiem, z jego postępowaniem w mniej
lub bardziej określonych sytuacjach. Każdy z nas inaczej
agituje i reaguje na powstającą wokół nas wciąż od
nowa, acz niekoniecznie zawsze zupełnie nową, rzeczywistość.
Tak to już jest - chciałoby się rzec. Tak, tak to już jest -
lecz takie stwierdzenie wydaje się nie tyle łączyć ze sobą
obie wyżej wspomniane i opowiedziane przez różnych ludzi
historie, ale w kontekście zawartych w nich faktów
skłania do refleksji nad rolą wartości etycznych w życiu
jednostki i ich wpływie na mentalność organizmów
społecznych, a tym samym także na ich jakość.
(ak)
|
A wolność czym dla
pana jest?
jan morawiecki, jędrzej morawiecki, tekst filip
łepkowicz, zdjęcia
- Od jak dawna pan tu jest? - Od
początku jak szpital nastał. - Który to był mniej
więcej rok? - Pięćdziesiąty siódmy. - A jak
pan tutaj trafił? - Przenieśli mnie transportem. Z innego
szpitala. - Pamięta pan coś z tego... - Ja wszystko
pamiętam. - Może pan opowiedzieć? Jak wyglądał sam
transport... - Salowy powiedział, że jedziemy do
sianokosów, na Zachód. Nikt nie mówił, że
to na stałe. Pozbierali nas i... Pociągiem my przyjechali. W
jednym wagonie cały oddział był. Z lubelskiego. Jak
wyjechaliśmy o czwartej po południu, to dojechaliśmy na szóstą
rano. Później z Wrocławia przywieźli nas samochodem. W
piżamach. Dojechałem, poczułem wielki smutek. Gorsze jak obóz,
bo taki dziwny wygląd był. Nie mogłem tego przeżyć. Pacjenci
nieprzytomnie straszni. Ale poszedłem do pracy i szybko mi
przeszło. - Jak widzieliście państwo, jest zupełnie
przytomny, w takim kontakcie jakimś rzeczowym. On cały czas
jest taki jak teraz... Ja nie widziałam go... Być może on jest
po prostu zdrowy. Ale on nic innego już nie ma, tylko ten
szpital. On nie jest chyba nawet w stanie sobie wyobrazić
jak wiele szans stracił, jak mógł żyć. To dla niego
cały świat. Takich jak on, ludzi z transportów jest
tu więcej. Myśmy tutaj mieli taką mapę, w której
powbijaliśmy sobie takie chorągiewki: skąd który
pacjent jest na tym oddziale. No więc z całej Polski byli.
Szpital psychiatryczny w Lubiążu, wiosna 2001. Rozmawiali:
pan Marian - pacjent z transportów i pani psycholog.
Zaczynają się roczne przeszło poszukiwania. Próba
odkrycia przeszłości szpitalnej, przemilczanych transportów,
archiwa, biblioteki, rozmowy z dyrektorami, personelem, budowanie
z wyrywkowych wspomnień spójnego obrazu psychiatrycznych
szpitali lat 50. i 60., miejsc, gdzie skrzyżowało się życie
stłoczonych pacjentów, upakowanych w wagonach, sanach i
warszawach, personelu z ogłoszenia, z przymusu, lekarzy
przyjeżdżających za chlebem, z nakazu, z ciekawości. Historia
o strachu, rozpaczy, młodzieńczym wyzwaniu, pasji
eksperymentów, nudzie prowincji i apatii po
neuroleptykach, o "rządzeniu" i "byciu
rządzonym", o szronie na ścianach, pacjentach co 2padali
jak muchy", lekarzach "na zesłaniu". O tych, co
nie mają już gdzie iść i o tych, dla których tamten
epizod nie wart jest wspomnienia.
II.
Najpierw
kilka słów o Lubiążu. Tu rozegra się spora część
historii. Mała dolnośląska wieś nad rzeką, koło Wołowa,
przykryta lasem, wzgórzami, uśpieniem. Lubiąż żyje
polami, pękiem sklepów i przede wszystkim -
psychiatrycznym szpitalem. Pod bramą kompleksu rozkładają się
wschodnie stragany, asfaltową drogą idzie co dzień z bloków
personel. Historia lecznictwa psychiatrycznego rozpoczęła się
tu już w 1830 roku w klasztorze cystersów. Tam po raz
pierwszy powstał profesjonalny zakład lecznictwa i
pielęgnacji... W 1940 szpital w klasztorze przestał istnieć.
Ordynator szpitala w Lubiążu, Jacek Kacalak: "Do dzisiaj
zagadką pozostaje co stało się z pacjentami z tamtego okresu,
biorąc pod uwagę postępowanie Rzeszy Niemieckiej w stosunku do
chorych psychicznie. Jeszcze do maja 1945 roku szpitalem
zarządzał niemiecki dyrektor. W szpitalu przez pewien okres
stacjonowały wojska radzieckie, które prowadząc
rabunkową eksploatację obiektu, opuściły go w 1949 roku.
Wtedy całą przestrzeń szpitala przejął ówczesny
resort rolnictwa, który zorganizował tu Ośrodek
Szkolenia Kadr Mechanizacji i Rolnictwa. W 1956 roku ośrodek
został rozwiązany - pozostawiając po sobie kolejną dewastację
obiektu. W kwietniu 1957 roku, do opuszczonego obiektu przybył
pierwszy transport chorych psychicznie z przepełnionych szpitali
psychiatrycznych z całej Polski. Jednak oficjalne otwarcie
szpitala psychiatrycznego w Lubiążu nastąpiło dopiero 25 maja
1958 roku. To bardzo ważne - otwarcie nastąpiło po roku od
przywiezienia tych pacjentów. Po przejęciu obiektu przez
lecznictwo psychiatryczne, po wojnie, nie dokonywano remontów
i modernizacji obiektu. Nie zapewniano funkcjonującego
ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i fachowego
przygotowania personelu. Do tego ogromne przepełnienie. Stąd
pierwsza kontrola z pionu lecznictwa psychiatrycznego w 1968 roku
wykazała skandaliczne warunki przebywania chorych psychicznie".
>>>
|