|
|
Istniejemy
jędrzej morawiecki
Rok temu przyszedł mróz. Zamarzał gaz w samochodowych reduktorach. Farelki nabijały liczniki. Z pól leciały szczury i myszy. Sąsiad brał pierwszy kredyt na opał
- kolejne firmy nie wypłacały mu zaległych pieniędzy za pracę na budowie. Próbował palić w centralnym drewnem, ale zapchało komin.
Ja uczyłem się żyć na wsi. Zlikwidowałem fundusz emerytalny, dostałem kilka procent wpłaconych pieniędzy i kupiłem za nie zdezelowaną spalinową piłę. Kiedy
akurat udało się ją odpalić - ciąłem drewno po rowach, zwoziłem z miasta gałęziówkę poskładaną na podwórkach. Udawałem zieleń miejską, rzucałem do nysy
gasnącą pilarkę, potem łapałem za siekierę, niosło po blokach. Na górze huczały w mieszkaniach wielkie telewizyjne słowa o jakichś zmianach w rządzie, o unijnym
referendum, wojnie w Iraku, o upadku i rozwoju.
W domu pod miastem przychodziły sny: o zabijanych myszach z oczami jak węgle, o telefonach z redakcji, o nie oddanych tekstach. O Asi.
Miałem pisać doktoraty. Miałem zdać zaległe reportaże do "Tygodnika Powszechnego". Mieliśmy tworzyć niezależny dokument. Wędrować po Polsce, odkrywać
rzeczywistość pominiętą przez media. Opisywać to, co znika. Wchodzić w obszary przemilczane i zapomniane.
Zabrakło sił. Wędrowałem za to polną drogą ze stacji kolejowej, siedmiokilometrowy odcinek wśród zmarzniętej róży, tarniny, przez ugór, przez siedliska
spłoszonych saren, koło sklepu w Sobocisku, gdzie można kupić pół bochenka chleba na dalszą drogę. Wędrowałem do świniarni, gdzie piłem z sąsiadem wspólny
kieliszek słodkiej żołądkowej i chwaliłem się, że dotarłem do domu za dwa czterdzieści. A sąsiad kiwał głową, mówił, że w taki sposób można dotrzeć za dwa złote i
do Warszawy. Mówił, że nie da się codziennie chodzić tyle kilometrów. I miał rację.
Wędrowałem pomiędzy telekomunikacją, energetyką, lichwą. Negocjowałem spłatę zaległości. Zacząłem pisać nowe teksty: listy bankowe. Czasem spotykaliśmy
się razem, czasem jeszcze snuliśmy wielkie plany o ugrupowaniu, o rozwoju Dziennikarzy Wędrownych. O więzi między Wrocławiem, Hamburgiem, Poznaniem, Warszawą, czym się da. Miast tego wędrowaliśmy w głąb siebie.
Komputer nie wyrabiał na mrozie, wył wentylatorem, ciął dyskietki. Nauczyłem się odpalać go po spaleniu pierwszej porcji dech w kominku. Reduktor w nysie
opakowałem w sweterek. Nauczyłem się mówić z lubością o mysich zwyczajach, wieczornym polowaniu na gryzonie. Zacząłem znów pisać - obłożony kawą anatol
i miętą.
Potem przyszła wiosna.
Potem ślub - przyjechaliśmy z Asią do Gęsic nysą pełną balonów i wstążeczek. Było wielkie wesele. Święto i pięć dni karnawału.
Teraz znów jest mróz. Ścisnął jabłka i wiszące jeszcze na drzewach liście. Wlazł do domu przez wybity otwór okienny w łazience.
Zbieramy z Asią drewno. Piła się zupełnie rozleciała.
Dzwonił Maciek. Mówi że węgla zostało im gdzieś na tydzień, a przecież to dopiero początek. I że jedzenia mało.
Widziałem Pawła - miał robić reportaże wędrowne, grane na cyji pod wiejskimi kościołami. Ale zachorował na jakąś odmianę gruźlicy, razem z Basią. Ostatnie
pieniądze poszły na leki. Paweł jest bardzo zmęczony, opowiada ciągle o sztuce, którą chce wyreżyserować, o disnejlendowskim obozie koncentracyjnym bez
drutów, w który nas wtłoczyli. Zaczytuje się w literaturze łagrowej. Jest zły, kaszle, gorzko się śmieje. Ale umówiliśmy się, że nazbieramy róży, że będziemy pić
wino. Umówiliśmy się, że nie można marudzić.
Znalazłem tartak - sprzedaje tanio drzewne ścinki, jutro weźmiemy nysę sosnowych płytek. Z Lichwy dzwonił sam dyrektor - mówił, że zmienili warunki spłaty na
dogodniejsze. Listy bankowe mają przyszłość.
Za kilka dni stolarz ma zrobić okienko łazienkowe.
Filip dosłał zdjęcia. Maciek składa dokument o syberyjskiej sekcie. Artur ruszył znów całość gazety. Kreska dostała nagrodę. Natasza podarowała nam tekst. W
końcu go drukujemy.
Jesteśmy. Jest strona. Taka, jak sami Dziennikarze Wędrowni.
Byle odkrywała rzeczywistość. Byle była uczciwa. Byle w ogóle była.
Wędrówka trwa. Istniejemy.
|