|
|
Ciężar pomocy
jędrzej morawiecki, tekst maciej skawiński, zdjęcia
Ma być tekst o Adopcji Serca. O więzi między tymi co potrzebują i tymi, co pomagają. Tekst o akcji, która ma dać nadzieję rwandyjskim dzieciom, choćby
garstce: że będą mieć opiekę przez lata, że mają szansę na jeden posiłek dziennie, na szkołę.
Będzie o organizatorach akcji, którzy nie chcą mówić o sobie, będzie o matce i córce, adoptujących dwójkę dzieci z Afryki, będzie opowieść o szkole z Bedonia
pod Łodzią, o wsiach, miasteczkach, o Pradze, Warszawie, Wińsku, o strachu, nadziei, wierze. Ale i o goryczy, rozczarowaniu, słabości. O ludziach związanych
jedną akcją, wierzących - że ich pieniądze trafiają do ich dziecka w Afryce. Wierzących, że kiedyś swoje dziecko ujrzą.
II.
Najpierw matka i córka, wrocławskie bloki. Monika do matki - wspomina: "Ty się dowiedziałaś ode mnie. Przeczytałam krótką notatkę w którejś z wrocławskich
gazet. Pisali, że jest taka akcja Adopcja Serca, że wysyła się dzieciom z Rwandy 15 dolarów miesięcznie, że mają gwarantowany jeden posiłek dziennie.
Zadzwoniłam do organizatorów. Bardzo ciepła osoba, podkreślała aspekt więzi - że ważna jest wymiana listów, że liczą się nie tylko pieniądze. Tak się zaczęło".
Czesława Szyszka - nauczycielka wrocławskiej podstawówki. Monika - córka, japonistka. Opowiada o japońskiej firmie handlowej, nie pobędzie tam długo
("Bezpłatne nadgodziny, Japończycy skrupulatnie wykorzystują wszystkie umiejętności"). Wczesny wieczór, matka i córka stawiają herbatę, mówią o Adopcji
Serca.
Matka: "Jest stały dochód, moja pensja nauczycielska, nie za dużo, ale piętnaście dolarów można wykroić - trzeba tylko dobrze zaplanować. A Monika - jak zrobi
zawodową karierę - to będzie mogła zaadoptować całą wioskę"
Monika: "Nie mam dzieci, nie wiem czy będę miała. A skoro gdzieś są dzieciaki, które potrzebują pomocy... W ankiecie wybiera się dziecko pod względem wieku i
płci. Przyjmuje się moralny obowiązek utrzymywania go do czasu uzyskania pełnoletności. Ja chciałam, żeby było jak najmłodsze - by pomagać mu jak najdłużej.
Mniejszych nie było".
Matka: "Były, były. Mi pani proponowała tę maleńką dziewczynkę, która ma co prawda rodziców, ale jest bardzo biedna. Tyle że ja chciałam, żeby to była
koniecznie pełna sierota. I tak jest. Mój chłopiec wychowuje się u wujostwa, Moniki - u dziadków. Obaj mają po osiem lat. Wszystko trwa już rok. A najpierw
przyszły ankiety. W nich - źródło utrzymania: pole. Dom w stanie miernym, kryty dachówką. Data i przyczyna śmierci rodziców. Zwykle ta sama data i ten sam
powód: masakra".
Monika: "Przyszedł pierwszy list. Zaczynał się od: <<moja kochana mamo, Moniko>>. Tu wymiękłam, łzy stanęły w oczach".
Matka: "Jak posyłamy zdjęcia - musimy być na tle przyrody. Żadnego mieszkania, żadnej ulicy z samochodami, żadnych wielopiętrowych bloków. To byłby zbyt
duży szok materialny. Wielu chce pokazać się z jak najlepszej strony, ale to może sprawić wiele kłopotów. Wysłałam więc zdjęcie na tle wodospadu".
Monika: "Nie wszystkim o tej akcji mówię. Wiele osób reaguje tak: szkoda pieniędzy, jak to Kościół robi, to na pewno przekręt. A związani z Kościołem - że to
gwarancja uczciwości. Ja za Kościołem jako instytucją nie przepadam. Ale skoro Kościół robi coś tak dobrego, to trzeba to wspierać".
Matka: "Nasze wątpliwości rozwiało spotkanie z siostrą Jolantą Kostrzewską, która opowiadała namacalnie, jak to wszystko wygląda, jak gospodaruje pieniędzmi
- wtedy pozbyłyśmy się ostatnich wątpliwości".
Monika: "Siostra bardzo fajnie wyglądała, bo nie jak siostra - bardziej świecko".
Matka: "Mój afrykański syn to się bardzo skomplikowanie nazywa: Hakizimana. Ja od razu, jak go zobaczyłam na zdjęciu, utożsamiłam go sobie z murzynkiem
Bambo, za co zostałam przez córkę strasznie zganiona (Monika kręci głową z niesmakiem). Jak mi napisano, że jest wesoły, pogodny i ma przywódcze cechy - jak
inaczej pomyśleć? Co się stanie z moim chłopakiem - nie wiem. Wiem, że może próbować się wyuczyć zawodu w mieście - odległym o piętnaście kilometrów. Bo
na wsi nie ma szans na przetrwanie".
Monika: "Chyba, że kupimy mu ziemię".
Matka: "Ale nie możemy".
"Tak, tak" - Monika kiwa głową. Najpierw wydzwaniała, chciała od razu posyłać pieniądze na dach, remont domu. Usłyszała: absolutnie nie. Może wpłacić tę
sumę, ale na wspólnotę.
Monika: "Rzecz w tym, że adopcja musi unikać faworyzowania poszczególnych dzieci. Trzeba dzielić pieniądze po równo - żeby uniknąć zazdrości, wykluczenia z
grona. Przeszłam długą rozmowę, tłumaczyła mi, że pewnych rzeczy nie można robić dla ich dobra. Nie wolno przesadzać. My chciałybyśmy jak najwięcej, jak
najlepiej, ale ona prosiła żeby zrozumieć - suma, którą posyłamy, pozwoli im przeżyć. Jeśli nie proszą o więcej - nie posyłać".
Matka: "Mają przybory do szkoły, ubranie, opłaconą edukację, ubezpieczenie, posiłek. Dostają zapasy, z pomocy korzysta cała rodzina. Tyle o nich wiemy".
Monika: "A chciałoby się więcej. Wyjechać tam? Kusiło mnie. Miałam już dwie długie rozmowy z panią Słodzinką, która mnie odwodziła od tego pomysłu. W
końcu przekonałam ją, że chcę tam wyjechać na co najmniej rok, a nie dwa miesiące, w ramach urlopu - bo tacy też się zdarzają. Po długich dyskusjach - że
byłabym ciężarem dla jednego, drugiego, trzeciego zakonu... Ubawiła mnie jedna rzecz - że to byłby dla mnie zbyt duży ciężar, bo siostry chodzą wieczorem na
modlitwy, a ja byłabym wtedy samotna. A przecież wiadomo, że jeśli ktoś decyduje się na taki wyjazd, to liczy się i z samotnością. Długie odradzania, w końcu
zadzwoniła drugi raz, proponując mi wyjazd do Indii. Ale za Indie dziękuję. Odpowiedziałam co prawda, że przemyślę, ale po to, żeby się spotkać w Warszawie.
Ruszam więc w grudniu do stolicy, powiem, że ja chcę jechać, ale nie do Azji, a do naszych dzieci.
Im więcej trudności, tym bardziej chcę jechać. Jeśli nie da się przez polskich wolontariuszy, to uderzę do francuskich. Kiedyś tam dotrę. Jak nie da się przez
wolontariat - pojadę na własną rękę. Do stolicy można samolotem, potem trzeba szukać - samochodów niewiele. Ale to kraj jak każdy inny - tyle że mniej
zindustrializowany. Znalazłam w internecie hotele, taksówki, biura podróży. Wiem nawet gdzie można wynająć samochód. Pojadę tak czy inaczej. Nie wyobrażam
sobie, żebym miała przez 10 lat pomagać temu dziecku i nigdy go nie spotkać".
Matka: "W przypadku Moniki jest to całkiem realne. Ona chyba rzeczywiście pojedzie".
Jeszcze jedna herbata, blokowisko rozbłyska rzędami latarń, niebieskim światłem telewizorów.
Matka - żegnając się w drzwiach: "Wielu żebrze po klatkach schodowych, dzwoni, ja nie raz nie miałam drobnych, dręczyły mnie wyrzuty, że nie pomogłam. A teraz
co miesiąc wysyłam pieniądze, myślę spokojnie - ja już mam komu pomagać. Oczyszczacz sumienia. Różne są pobudki" - śmieje się.
III.
Najpierw Magdalena Słodzinka mówi, że nie chce występować w tekstach, że nie ma co mówić o sprawach administracyjnych i organizacji, bo to nudne. Prosi,
żeby pisać tylko o adopcyjnych rodzicach. Przekonuje długo. Ale w tekście i tak wystąpi. Siedząc w MacDonaldzie koło Warszawy Centralnej, otoczona
kolorowymi etykietkami, plastykową kawą, popową muzyką, opowie o Afryce, o rozterkach, ciężkich chwilach, o nieporozumieniach, o wierze i nadziei. Najpierw
o założeniach akcji: "Adopcja Serca to odpowiedź na wołanie polskich misjonarzy o pomoc. Bo bezpośrednio po masakrze było około stu organizacji
humanitarnych. I jak w innych wypadkach - na początku dużo szumu, później przestało się dziać cokolwiek. Tym bardziej, że w 1997 roku zaczęli ginąć biali. I
wtedy pomoc skończyła się. Pozostali tylko misjonarze. Po tej wojnie zostały zachwiane proporcje między pozostałymi przy życiu dorosłymi a ilością osieroconych
dzieci. W niektórych wioskach na dziesięć kobiet przypada jeden mężczyzna. A więc powstała alternatywa: albo przyjdzie pomoc z zewnątrz - albo problem
rozwiąże się sam - w sposób naturalny. I tak się już w dużym stopniu stało. W Afryce generalnie nie ma sierot - bo dziecko należy do plemienia, grupy. A po tej
wojnie - ze względu na liczbę zamordowanych z obu plemion - pozostały rodziny składające się z samych dzieci.
Kiedy się przystępuje do tej akcji, trzeba mieć świadomość, że nie robi się tego, by kiedyś jakieś dziecko powiedziało "dziękuję". Każde dziecko na świecie
oczekuje, że jakiś dorosły da mu jeść i je ubierze.
Rodzice pytają na spotkaniach: czy teraz moje dziecko na pewno już codziennie je. Siostra odpowiada szczerze: nie zawsze. Bo żywność jest wydawana w naturze
- raz w tygodniu, albo w miesiącu. Dzieciak bierze zapas do domu, w którym są też inne dzieci. I jeżeli kobieta, ta rwandyjska opiekunka , nie wygrzebie z tego
płachetka ziemi płodów rolnych - to zabraknie na codzienny posiłek. Ale jak mówią siostry - nie o to chodzi. Najważniejszy jest fakt, że dziecko wnosi coś do
domu. Nawet jeśli nie zje - jest szczęśliwe, bo się podzieliło, przyniosło coś do domu, zmienił się status dziecka w rodzinie.
Ludzie pytają - czy ich dzieci są katolikami. A siostry misjonarki tłumaczą - my nie pytamy głodnego dziecka, czy jest katolickie, czy protestanckie, czy wierzy w
swoich przodków.
Wielką rolę odgrywają listy i wymiana zdjęć. Przychodzą raz, dwa razy do roku. Zwykle list w kinyarwanda sporządzany jest pod dyktando przez wioskowego
pisarza - za miskę zupy. Albo za dzień pracy w polu. Później na francuski tłumaczy to pomocnik misjonarza. Często nie zdajemy sobie z tego sprawy - przychodzi
króciutki list, a ile w to włożono wysiłku. To jest całe wydarzenie.
Monika Szyszka jeszcze do Warszawy nie dojechała - nie wiadomo więc co wyniknie z jej rozmowy o wyjeździe do Afryki. Ale Magdalena Słodzinka wspomina
poprzednie marzenia o wyjazdach, poprzednie rozmowy z adopcyjnymi rodzicami: "Jedna pani strasznie chciała jechać - z rozpaczy wzięłam ją na rozmowę z
siostrą, mówię: ta pani chce jechać jeśli jest możliwość. Siostra: <<Oczywiście, że jest możliwość! Można jechać. A wie pani, u nas niedawno była cholera. Tyluśmy
ludzi uratowali. Taki jeden przyszedł strasznie wycieńczony, myślałyśmy, że nam umrze. Ale położyłyśmy go na pryczy, rozsunęłyśmy deski, podstawiłyśmy wiadro.
Dostawał kroplówki. Wyszedł z tego dzięki nam. Piękna sprawa>>. Siostra skończyła mówić, ja: <<Widzi pani, zna pani tylko francuski, nie jest pani pielęgniarką.
Myśli pani, że co będzie pani tam robiła? Będzie pani te wiadra wynosić. Czy pani to wytrzyma? Po obcym mężczyźnie? I myć go? Niech pani spróbuje w szpitalu
w Polsce>>.
Albo taka historia: kobiety w Zairze są bardzo małe - od wczesnego dzieciństwa ciężko pracują. A więc duża ich część nie może urodzić dzieci - przeważnie ten
poród odbywa się za pomocą cesarskiego cięcia. Siostry same tego robić nie są w stanie. Do szpitala z osiemdziesiąt kilometrów. Przyszła raz kobieta w ciąży,
siostra ją załadowała na samochód, jedzie do szpitala. Droga taka - urwisko, półka, przepaść. Jedzie kilka godzin, pod koniec - rozkraczona ciężarówka, nie da się
wyminąć nijak. No i co robi ta siostra? Musi ją przecież dowieźć. A że jest rosłą góralką, sadza więc ją na ramiona i idzie cztery kilometry do szpitala. Tyle o
wolontariacie. Naprawdę trzeba mieć powołanie, żeby to wytrzymać. A telefony z pytaniami o wyjazd zdarzają się często. Nie wierzą, że jak tam pojada, to będą
obcy, że nie będą postrzegani jako dobroczyńcy. Że to nie egzotyka: tam nie ma czego zobaczyć. Zwierzęta są już wyjedzone. Jak się chce podziwiać przyrodę -
trzeba jechać gdzie indziej".
Pani Słodzinka rozkłada w amerykańskim fastfoodzie zdjęcia: opuchłe z głodu dzieci, siostra zakonna, rwandyjski ul, uroczystość Bożego Ciała, chaty, które kiedyś
miały przewiewne dachy z palmowych liści, a teraz kryte są blachą - pod którą nie da się wytrzymać.
Opowiada co jedzą dzieci poza Adopcją Serca: przede wszystkim świnki morskie, które są najmniej wymagające. Do tego szczury, kijanki - jako tłuszcz do zupy.
Mówi znów o akcji: "Każdy wpłaca równowartość 15 dolarów. A jeśli ktoś nie wpłaci? Ja misjonarza o tym nawet nie zawiadamiam. To bezcelowe. Jak ten
dzieciak przeszedł kilkanaście kilometrów, to co: ma usłyszeć, przepraszam, dla ciebie nic nie ma? Bo się rodzice rozmyślili? Misjonarz więc nie wie, że polski rodzic
przestał płacić. Zawsze apeluję do uczciwości. Nie możesz płacić - zawiadom. Żebym ja miała jak najwięcej czasu na to, by znaleźć kogoś innego. Ja wiem - to
rzecz ludzka - stracić pracę. Całe szczęście są osoby, które nie chcą dzieci, wpłacają jednorazowo, na konto ogólne. Ja z tego konta posyłam. Dzięki temu do tej
pory nie zdarzyło mi się, żeby ksiądz dostał za mało środków. Na razie tylko jeden procent się wycofał. Ale co będzie dalej - nie wiadomo. Idzie kryzys. Dlatego ja
na początku bardzo proszę o ostrożność. Żeby nie podejmować decyzji pochopnie".
O sprawach organizacyjnych mówi krótko - opatrzność Boża. "Takim przykładem jest pani Ania, nasza programistka, która zadzwoniła jako rodzic adopcyjny,
pytała o swoje sprawy, zniecierpliwiona, że tyle czasu nie odpowiadamy, ja zaczęłam tłumaczyć, że nie dajemy rady, ona wtedy powiedziała, że jest programistką,
że zrobi program komputerowy. Ludzie przychodzą w najcięższych momentach. Mamy studenta kompozycji, który zajmuje się bazą danych o dzieciach. Kiedy się
do nas zgłosił - duży, przystojny chłopak, coś tam zaczął opowiadać, ja nie chciałam go słuchać - wiedziałam, że on nie może przyjść do pracy, która w gruncie
rzeczy jest durna, wymaga ogromnej pokory. Dlatego nie chciałam go nawet słuchać: gdzie taki piękny chłopak będzie wklepywać dane, przyklejać znaczki. A ten
twardo stał przy mnie. W końcu - no dobrze, no dobrze. Bardzo dużo pomaga. A w administracji nie ma nic ciekawego. Trzyma nas w tym sensowność tej pracy.
Mamy świadomość, że w jakiś sposób... Może to zabrzmi sztucznie, ale ja się zastanawiałam, że właściwie to jestem narzędziem w ręku Boga".
IV.
A teraz znów o adopcyjnych rodzicach. Najpierw Wioletta i Artur Ciszek. Poznali się na studiach w Zielonej Górze. Tam też weszli do Kościoła protestanckiego
(Artur: "Mieliśmy dziecięcą wiarę, dodawaliśmy sobie otuchy"). Wiara pozostała do tej pory.
Artur: "Zielona Góra leży między Wrocławiem a Poznaniem, nie ma prawie żadnego przemysłu, mimo to stanęły tu dwa hipermarkety. Wysokie bezrobocie. Mam
wielkie szczęście - nie mogę narzekać. Miasto jest małe. Nasycone sentymentem pięciu lat studiów. Wkoło lasy. Czuję się tu jak u siebie".
Siedzą w pokoju koło kolejowej stacji, w kolejnym wynajmowanym mieszkaniu, za tydzień znów przeprowadzka. Za oknem mroźne słońce, w środku dzieciaki:
Krzysio i Ewelinka. Sniadanie, rozmowa o Afryce.
Wioletta: "Chcielibyśmy spotkać się z tym chłopcem, kiedy podrośnie. Nie boimy się marzyć. Artur chce wyjechać tam, nakręcić film. Najpierw jeszcze uzbierać na
kamerę. Póki co spłacamy raty za telewizor. Ta akcja opiera się na wierze. Wierze, że to ma sens. I my wierzymy".
Artur: "Wiele w swoim życiu cudów przeżyliśmy. Braliśmy ślub bez pieniędzy. Za przyjęcie dla gości płaciłem z prezentów - liczyłem, że będą i były. Wyszło na styk
- wystarczyło. Potem finansowy dołek i znów zmiana - kiedy Krzysio się urodził. Nie wiem, co nad tym dzieckiem jest, kim zostanie w przyszłości. Ale momentalnie
się nam polepszyło. No choćby moja praca w firmie rewizorskiej dla przedsiębiorstw PKS. To nasze małe cuda. Dlatego jak mówię o wyjeździe do Afryki - to
wiem, że prędzej czy później to się stanie. A jak nie będzie sponsorów, to Bóg da taką pracę, by pojechać za własne środki, bez reklamowania czegokolwiek".
Wioletta: "Tyle już doświadczyliśmy Bożej opieki, że niemożliwe byśmy zostali bez środków, bez możliwości pomocy temu dziecku. Jakby spojrzeć na to, co było
trzy, cztery lata temu - to widać, że Bóg się o nas troszczy. Nie są to niesamowite kokosy, ale kto szybko się bogaci, ten szybko upada. Wiedzieliśmy, że to
zobowiązanie na wiele lat. Wzięliśmy jedno z młodszych dzieci - pięcioletnie. Mówię do protestantów - żeby nie bali się pomagać - co z tego, że to idzie przez ręce
katolickich księży. Przecież jest napisane - <<kto przyjąłby jedno z tych najmłodszych, ten mnie przyjmuje>>. Czy można coś do tego dodać?".
Krzysio biega po pokoju, bawi się, w końcu znika w korytarzu.
Wioletta: "Modlimy się z Krzysiem o to dziecko, by niczego mu nie brakowało. Zachęcamy znajomych, by oni także pomagali."
Artur: "Ela zachęciła kilka osób".
Wioletta: "Jest więcej chętnych, ale mają teraz tak tragiczną sytuację finansową, że czekają".
Artur: "Wiara polega na tym, żeby robić coś, co zdaje się beznadziejne".
Wioletta: "Wiem, wiem..."
Artur: "My mamy tu w Zielonej Górze luksus, jak nasze problemy z Rwandą porównać? Że nie zjemy kanapki z kiełbasą, tylko z dżemem, czy masłem? Tam dzieci
jedzą dwa trzy razy w tygodniu, kładą się spać głodne".
Wioletta: "Z Krzysiem nie raz o tym rozmawiamy, kiedyś sam z siebie się pomodlił - o nowych rodziców dla tego chłopca, o nowy dom. Modlimy się - żeby nie
brakowało mu jedzenia, żeby poznał przyjaciół, kolegów".
Artur: "Teraz świat patrzy na Amerykę, ale większą uwagę powinno się poświęcić takim krajom, jak Rwanda - dzieci nie są winne wojnom, nie są winne że jest
głód, że ludzie się zabijają. Tyle, że handel nami rządzi, zysk, kapitał, prowizja... Ludzie się zapędzają, czasem sami z siebie, czasem dlatego, że muszą. Ja nie mam
na to rady".
Odwraca się do syna: "Co Krzysiu, pojedziemy do Afryki kiedyś?"
Później wspomina jak pracował w Zielonej Górze - nosił pudła, płynął w upale hurtowni, naprawiał w trasie samochód, z czarnymi od smaru paznokciami
prezentował towar. Nauczył się jeździć starym żukiem ze zgrzytająca skrzynią biegów. Teraz jest dobrze.
Wioletta: "Jak argumentować, dlaczego się pomaga? Bo wierzymy, że to jest dobre i że warto. To wszystko".
V.
Anna Turlakiewicz uczy angielskiego, dużo się śmieje - opowiada o szkole, o swoim życiu na wsi, o Łodzi, z której się do Bedonia przeniosła. Po drodze z Kaliskiej
wspomina o planach budowy autostrady, przed którą ona ciągle ucieka, a która ciągle ją dogania nowymi projektami. Potem opowiada o wiejskiej szkole - że
kiedyś był mały baraczek z ubikacjami na podwórzu, że wsie założyły społeczny komitet, organizowały festyny, szukały pieniędzy, w 1993 roku stanęła nowa
szkoła. Teraz z zabawy sylwestrowej kupili komputery, odnowili stołówkę...
Bedoń - ulica Jarzębinowa. Samochód staje pod szkołą. Wkoło lód, szpaler rowerów przy wejściu. W środku czeka dyrektor Gabriela Pietraszczyk-Ochman,
opowiada o wsiach: "Pracują w Łodzi - gospodarstwo to zwykle dodatkowe źródło. Tu jest największe bezrobocie w województwie łódzkim. Handel upada, masa
hipermarketów... Dominuje wykształcenie zasadnicze. A ile sprzątaczek i kasjerek można zatrudnić? Ale szkołę traktują jako centrum kulturalne, pomagają. Znikły
zajęcia pozalekcyjne, gminy nie stać. Część prowadzimy bezpłatnie. Szukamy sponsora. Może jakiś supermarket? Choć kiedy tu przyjechałam: dzieci były bardzo
spięte, zahukane, nie wiedziałam o co chodzi. Kompleks wsi? Postawiłam sobie za cel: rozruszać je, rozkręcić, niech nawet rozrabiają, wrzeszczą, byle był błysk w
oku".
No i dzieci biegają, częstują prażoną kukurydzą, gonią nauczycielkę od angielskiego, wpłacają po 50 groszy na rwandyjskie dziecko. Bo składa się na nie cała
szkoła - łącznie z personelem, od konserwatora po nauczycieli, panią dyrektor.
Anna Turlakiewicz wyciąga zdjęcie: "To jest ten nasz chłopiec - teraz ma 12 lat. Nie ma rodziców, babcia się nim opiekuje"
Dyrektor: "W jakimś blaszanym kontenerze mieszka, tak?"
Anna: "Dokładnie. Ojciec nieznany. Matka umarła w 1994. Na co? Długo szukałam, jak przetłumaczyć. W końcu okazało się, że z pomieszania zmysłów -
widocznie szok po wojennych przeżyciach, po tej rzezi. Uczy się w trzeciej klasie, jest na szóstym miejscu, a więc dobrze. Przysłaliśmy mu zdjęcia - że utrzymuje go
szkoła, czyli jakby dużo rodziców, a właściwie braci i sióstr. Powklejaliśmy masę legitymacyjnych zdjęć - mam tyle i tyle lat, tak się nazywam... Dzieci płacą,
przeglądają zeszyt - kontrolują - czy nauczyciele nie zalegają. Bo ma być po równo".
Dyrektor: "Jak to na panią dzieci mówią? Pani-pięćdziesiąt-groszy"
Anna: "Pięćdziesięciogroszówka, tak..."
Dyrektor: "Jak porównać biedę bedońską z rwandyjską? Nie da się! Ta akcja pomaga wyjrzeć poza opłotki własnej wsi".
Na korytarzu wisi list z Rwandy - od adoptowanego dzieciaka:
"Kochani rodzice, otrzymałem Wasz list, który mnie bardzo uradował. Tak jak Wy mnie kochacie, tak i ja Was kocham i mimo odległości, która nas dzieli -
chciałbym Was mocno uściskać. Uczę się trzeci rok w szkole podstawowej i otrzymałem ocenę 69 procent w nauce. Z innymi dziećmi gram w piłkę i pływam. A
teraz uważajcie - oto zagadka: co się niekiedy opóźnia, ale zawsze wyrasta? Odpowiedź: dwa przednie zęby na małej szczęce. Uwielbiam zagadki. Zawsze je
zadaję dzieciom w moim wieku. Marzę, żebyście tu przyjechali mnie poznać. Wierzę, że przyjedziecie. Dlatego właśnie biorę życie na wesoło. Życzę Wam wesołych
Swiąt. Muragijimana"
Nauczycielka angielskiego idzie z dyrektorką po klasach, ogłaszają konkurs na zagadkę do Rwandy - trzeba wysłać najbardziej zrozumiałą.
Ktoś krzyczy: "Ja
znam, ja znam! Co to jest: zielone, łyse i skacze? Żołnierz na dyskotece!". Potem rozmowa z dziećmi o Afryce, że inne realia, że krowa to w Rwandzie fortuna.
"Fortuna? Ja mam dwie krowy, to jestem bogacz!".
Kolejne głosy: "Jedziemy do niego! Na wakacje! Na piechotę ruszymy!".
Dyrektorka: "Zmierzcie drogę z Łodzi do Rwandy".
Anna Turlakiewicz: "Zadzwoń - 9436 - informacja PKP. Zapytaj. Może jest jakieś połączenie z Europy do
Afryki".
Potem powrót do sekretariatu - rozmowa o zagadkach, o tym, że ta o żołnierzu nie przejdzie: tam żołnierz skojarzy się ze śmiercią, a nie dyskoteką. Później
opowieść o kwestiach formalnych, o bankach, ministerstwach: "Negocjuję, upieram, żeby z opłaty zwolnili, że za ich marmury płacić nie będę. I tak dzieci się
składają po pięćdziesiąt groszy, przynoszę pękate koperty"
Dyrektor: "A czy jak za kilka lat nasza szkoła wejdzie w niż demograficzny, to też się zmieścimy?"
Anna: "To podwyższymy najwyżej do osiemdziesięciu groszy..."
Dyrektor: "Bo to zagrożenie niżu jest poważne. I będzie problem. Ileż kosztuje samo ogrzanie budynku... W 2000 roku urodziło się tylko dziesięcioro dzieci. A jak
gmina postawi znak zapytania?"
Anna: "Ci, co się bogacą, tu się z Łodzi przeprowadzą!"
Dyrektor: "A jak przyjdzie autostrada i nas wysiedlą? Taki jest plan!"
Anna: "Mój dom ma stać na pasie zieleni między jezdniami. Założę bar z frytkami. Może się go z tego opłaci?"
Dyrektor: "Jeszcze sześć lat go będziemy utrzymywać. O ile on się będzie uczyć. O ile nasza szkoła będzie trwać"
VI.
Marzena: "Usłyszeliśmy o Adopcji Serca, pomyśleliśmy - że jak spłacimy kredyt, to wtedy...".
Sebastian: "Odłożyliśmy tekst do szuflady. Jak spłaciliśmy pożyczkę - sięgnęliśmy do szafy, zadzwoniliśmy. Zaadoptowaliśmy pierwsze dziecko, potem drugie...".
Marzena i Sebastian Tkocz. Wrocław, niskie bloki wśród drzew. Stłoczeni w jednym pokoju, pod zieloną lampą. Remont. Mówią o Rwandzie.
Marzena: "Co lepszego można zrobić? Na co lepszego przeznaczyć pieniądze? Nawet gdyby było ryzyko, wątpliwość - to warto takie ryzyko podjąć. Wierzę, że
tych pieniędzy nie byłoby, gdyby nie było tych dzieci. One pojawiają się po to, żeby wysyłać je do Afryki. Tego trzeba doświadczyć, żeby to poczuć. To nie chodzi
tylko o te pieniądze. Jest jakaś sfera niewidoczna. Coś co między nami się dzieje, a czego nie potrafię wytłumaczyć".
Sebastian: "Oczywiście, że żywię obawy co do przyszłości. Choć nie wiedzie się nam źle. Póki co - w przeciwieństwie do większości - jesteśmy raczej tymi, którzy
na przemianach skorzystali. Moje trudności finansowe polegają na tym, że przez remont nowego mieszkania nie stać mnie na kupno nowego monitora do
komputera. Ale gdyby poszło coś nie tak... Na razie odnoszę takie wrażenie, że traktowałbym wszystkie dzieci w takiej sytuacji tak samo. Mam nadzieję że nie
jestem w sobie zbyt zadufany. Ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, żeby sobie powiedzieć - przestaję płacić. To moje dzieci. To tak jakbym powiedział, że
oddam dzieci do domu dziecka. Abstrakcyjna sytuacja".
Marzena: "Trzeba się modlić".
Sebastian: "Hiob też się modlił. Ale spadły na niego ciężkie doświadczenia".
Marzena: "To byłoby najpiękniejsze - gdyby zaczęło nas to coś kosztować, byłoby to bardzo bolesne, ale piękne"
Sebastian: "To trzeba traktować jako decyzję o prawdziwej adopcji. I w tym momencie rozterki finansowe się kończą. To ucina dyskusję".
Marzena: "Gdyby się nam materialnie wszystko zawaliło - to byłby dar od Boga. To byłoby zaproszenie do tego, byśmy dali od siebie więcej".
Sebastian zapytany o afrykańskie dzieci - długo milczy.
W końcu: "Jak pytasz o dzieci, to czuję jakiś wewnętrzny żal, wyrzut. Że to tak niewiele. Dostaliśmy tylko
dwa, trzy listy. Mamy więc krótkie zdania - lubi śpiewać, tańczyć, uwielbia grać w piłkę, dobrze się uczy. To wszystko. Czuję gorycz - bo wiem, że to moja wina.
To ja nie wysyłam listów co miesiąc, czy co trzy miesiące. Czemu tak się dzieje? Bo jestem, jaki jestem. Tak wybieram - nie jestem dobrym tatą. Idę wieczorem do
kina, albo kładę się spać po pracy - zamiast zacząć pisać ten list. To we mnie tkwi. Wiem, że tak jest, wiem, że to źle, ale ciągle pozostaję dla nich złym ojcem".
Marzena: "Ja wierzę, że te dzieci spotkamy".
Sebastian: "Teraz nie miałoby to sensu - stanąłbym przed nim, przytulił go może, pobawił się, a potem wyjechał? Musiałbym pozostać tam na zawsze. Na razie nie
byłbym w stanie tego zrobić. Ale prędzej czy później będzie taka możliwość. Za piętnaście, czy dwadzieścia lat".
Marzena: "Ale tam, czy tutaj?"
Sebastian: "Może tam".
Marzena: "To znaczy?"
Sebastian: "Po prostu".
Marzena: "A więc zakładasz, że możesz tam pojechać, tak?"
Sebastian: "Tak, dlaczego nie?"
Cisza.
VII.
Patrycja Bukalska siedzi w kawiarni naprzeciw Ośrodka Studiów Wschodnich. Pije kawę, zaczyna mówić: "W domu wiszą dwa zdjęcia - mojego pierwszego
synka Adasia - na niebieskim tle i Nkinzehiki na żółtym. I dwa listy - tyle na razie dostałam. Zaczęło się rok temu. Przeczytałam krótką notkę w <<Wyborczej>>,
którą dostawaliśmy jeszcze do Pragi, gdzie mieszkałam wtedy z mężem - pracował jako korespondent. Zadzwoniłam, tak się zaczęło. Najpierw piętrzyła się masa
problemów. Żeby wpłacić pieniądze musiałam jechać z Pragi do Jeleniej Góry. Z Czech się posłać nie da - strasznie skomplikowane.
Ja zawsze starałam się nie przechodzić obojętnie wobec nieszczęścia, zachować wrażliwość. No ale byłam młodą dziewczyną, która żyła dobrze i szybko. Byłam
wydawcą w RMF - dyżury, adrenalina, wieczorem piwo z kolegami, wyśpisz się albo nie, kolejnego dnia znów praca. Niby cię wzrusza krzywda, niby chcesz
pomóc, ale na co dzień - czytasz tekst, na tym koniec.
W notce w gazecie był fragment listu: <<Wchodzę na wysokie drzewo, patrzę na słońce i myślę że jesteś gdzieś daleko, tam gdzie to słońce>>. To bardzo
poetyckie. Ale ja wtedy pomyślałam, że mój synek woła mnie w nocy co godzinę, ja do niego wstaję, bo potrzebuje, żebym go przytuliła, żeby poczuł mój zapach,
moje ciepło, żeby poczuć się bezpiecznie. A są dzieciaki, które matki nie mają, widziały wojnę, pozostały na łasce losu. I skoro możemy pomóc - trzeba pomóc.
Miałam tylko jedną wątpliwość co do tej akcji. Bałam się, że na tyle się z tym dzieckiem zwiążę, że będę w końcu chciała je zobaczyć. A to jest niemożliwe. I
wydało mi się to strasznie nieludzkie. Nie wiedziałam, czy będę w stanie utrzymać swoje emocje, czy wytrzymam. Ale pomyślałam - ja się tu będę rozwodzić nad
swoim czułym sercem i emocjami, a dziecko nie będzie miało co jeść, bo ja się boję, że nie poradzę sobie emocjonalnie. Czysty egoizm.
Adopcja wymaga pewności fizycznej, emocjonalnej i finansowej. Żyje się nam - jak wszystkim - ciężko. Zmieniło się sporo, bo za czasów Pragi, suma którą
wpłacam, to była równowartość dwóch paczek pieluch Adasia miesięcznie, to nie była znacząca pozycja w budżecie. Zdawało mi się niemożliwe, bym nie była w
stanie tego zapłacić. Teraz wróciliśmy do Polski, jesteśmy w Warszawie, przeżywamy finansowy kryzys, ta suma stała się w domu istotna, czujemy jej ciężar. Ale
wiem, że nie mogę przerwać - bo to jest kwestia ludzkiego życia, ludzkiej śmierci. Zaciskamy pasa - nie wyjeżdżamy na wakacje, tylko zostajemy w domu, nie
jedziemy samochodem, tylko tramwajem - takie oszczędności. A dla niego to alternatywa - będzie miał co jeść, czy nie. Nie jesteśmy sobie w stanie tego
wyobrazić - siedząc tu w warszawskiej kawiarni i pijąc kawę".
VIII.
Na koniec Wińsko - dolnośląska wieś. Smagany wiatrem ryneczek z betonowym pawilonem, niżej poczta, flaki serwowane w kiosku z totolotkiem, pełnym
miejscowych strażaków. Wyżej benzynowa stacja, ulica Mickiewicza, Maria Szulc. Czeka już od wczoraj. Nie mogła spać, przygotowywała na kartce
najważniejsze myśli, to co chce powiedzieć o dobrych ludziach, dobrej akcji, o wsi. Wstała o piątej - napalić w piecu - żeby goście nie zmarzli. Później tkwiła przy
oknie, wyglądała. Teraz stawia czajnik, poprawia sweter - wychodzi właśnie z grypy. Opowiada, jak pracowała na poczcie, teraz bierze emeryturę: "Jestem
szczęśliwa. Nie zbywa - ale z tego co mam - pomagam". Później zaczyna mówić, jak zaczęła się jej adopcja: "Raz zachorowałam, wiedziałam, że tylko Bóg może
pomóc. I prosiłam, żeby mnie zachował: nie dla siebie, tylko żeby pomagać potrzebującym. I tak się stało. Mam rodzinę biedną we Lwowie, im też pomagam. Ale
czułam niedosyt, trzeba było czegoś więcej. Pewnego dnia włączyłam radio, czytali akurat list od dziecka z Rwandy. Zadzwoniłam, papiery dostałam 11 lutego, w
dniu Matki Bożej. Dziecko ma dziesięć lat - wybierałam do swojego wieku - chciałabym ją wykształcić choćby do tej osiemnastki. Wszystko w Bożych rękach,
może pozwoli. Łączy nas codzienna modlitwa".
Dokłada ciągle ciasta, chce robić kanapki, stawia herbatę, kawę.
"A niedawno wyciągnęłam z Urzędu Gminy Rzeczpospolitą, przeczytałam tam artykuł o adopcji - <<Powrót ze świata cichej śmierci>> - tak mnie to poruszyło...
16 listopada - na Matki Bożej Ostrobramskiej - wiedziałam, że tego dnia nie zmarnuję. Wybrałam siedem pań, przygotowałam siedem kserokopii, ruszyłam po wsi
- od domu do domu. Cała siódemka się zgodziła. A więc Wińsko zaadoptowało kolejne dziecko. Składają się po trzydzieści złotych kwartalnie. Bo ludzie są
naprawdę dobrzy...".
Pani Maria poprawia wełniany sweter, zakłada okulary, odczytuje z kartki:
"Ludzie są naprawdę dobrzy. A dobroć jest jak źródło - z którego im więcej wody wyczerpiesz, tym więcej napłynie". Odkłada kartkę. "To są panie o dobrym
sercu. Cóż więcej mówić?".
Pakuje ciasto w papier - na drogę. Na koniec raz jeszcze wspomina, jak czekała od wczoraj, jak wypatrywała godzinami przez okno. "Cóż piękniejszego, niż
czekać na ludzi?"
Wokół polne szlaki, cienki śnieg. I kiedy iść w stronę lasu, zostawiając Wińsko, zimowe wsie, miasta, przypominają się zdania, które pani Maria zapisywała
skrupulatnie na swojej kartce z wystąpieniem, pointa, którą obmyślała cały poprzedni dzień: "Dla mnie to jest coś więcej niż adopcja serca. Jest jeden Bóg i jedne
dzieci. Te dzieci walczą o przeżycie każdego dnia. Kiedy siądziemy do stołu wigilijnego, to wolne miejsce będzie przeznaczone dla dziecka z Rwandy".
*
Adopcja Serca, Pallotyński Sekretariat Misyjny. 03-802 Warszawa, ul. Skaryszewska 12. Tel./fax (022) 7565850. Magdalena Słodzinka
tekst powstał na zamówienie Tygodnika Powszechnego, gdzie był też po raz pierwszy publikowany
|