(Miasto, które być może miało więcej matek, niż ojców.) Miasto-matka 1: wyspa na wyspie kwadratowych bloków betonu wokół której jej rzęsa unosi się
kolorowym strumieniem i igra jak przeciwne wiatry. Jest ciężka godzina południa. Z dołu, z ulicy Adderley (od tej strony, gdzie wspaniałe aparaty ortodontyczne
dźwigów wgryzają się w korzenie morza), autobus za autobusem jest wciągany pod górę na drutach niepokojąco zasupłanych wzdłuż i w poprzek, zawieszonych
pomiędzy ulicą a górą.
Na przystanku przy Groote Kerk 2 na miejsce w po brzegi wypełnionym autobusie czeka kolejka obywateli i kolorowych. Powoli w kolejce przesuwa się
Kolorowy, obok niego na szaro ubrany pan regularnie prezentujący rzutem oka błysk zegarka pod śnieżnobiałym mankietem. Kolejny autobus pękający w
szwach. Odjeżdża. Jednocześnie pan i Kolorowy zrywają się, lecą dwa, trzy kroki i wskakując z rozbiegu wciskają się na tylną platformę, gdzie niewątpliwie
zostało jeszcze jedno miejsce stojące.
Krwistoczerwony, spocony konduktor potrząsa unieruchomionymi w ścisku rękami i krzyczy: "Won! Won! Nie widzicie, że autobus jest pełny?". Hamulce
piszczą. Pielgrzymka przechodniów przetacza się w poprzek ulicy. Pan czepia się prawą ręką uchwytu przy dachu, a Kolorowy łapie obojgiem nabrzmiałych dłoni
lśniący drążek platformy. Widząc, że żaden z nich się nie ruszy, konduktor całą swą złość kieruje na Kolorowego: "Ty, won!" Kiedy Kolorowy udaje głupiego i
spogląda gdzieś w dal, naciska wściekle na guzik. W tym samym czasie czerwone światło zmienia się na zielone i cała orkiestra dęta klaksonów odbiera
rozdrażniony głos konduktorowi. Kości policzkowe Kolorowego uwydatniają się z uporu, a jego dłonie zaciskają się tak mocno, że na brązowej skórze
pojawiają się białe plamki. "Czy przez wzgląd na samego siebie chcesz wszystkich zatrzymywać? Rozkazuję ci: wyskakuj, a jak nie...!" Konduktor macha na pana
ubranego na szaro. "Proszę mi pomóc usunąć tego śmiecia!..." Pan odwraca wzrok, spogląda w górę i dalej (w stronę gdzie szlachetna wysokość Góry Stołowej,
podgryzana przez dachy i schwytana w zasupłaną sieć drutów, z widokiem nienaruszonym opowiada o dali). Czerwona z wściekłości twarz konduktora zwraca
się ku innym twarzom z tyłu, szuka w zapamiętaniu porządnego obywatela gotowego wypełnić swój obowiązek.
Nagle dwie nabrzmiałe dłonie same puszczają drążek, Kolorowy wyskakuje i spokojnie się oddala. Nagłym ruchem, który świadczy bardziej o zakłopotaniu i
niespodziewanym zmieszaniu, niż o oburzeniu, na chodnik zeskakuje także pan.
Znowu stoi na przystanku obok Kolorowego i czeka na autobus, teraz tak niecierpliwie lub wręcz nawet samousprwiedliwiająco, że niemalże bezustannie podnosi
i opuszcza nadgarstek otoczony białym mankietem. Znów kolejka przesuwa ich do przodu. Pan obojętnie spogląda z ukosa na kostki biało zaciśnięte wokół
słupka przystanku. Jest świadomy ukradkowego spojrzenia Kolorowego i stara się swoją mimiką nie wyrażać nic. Ostrożnie patrzy. Zastanawia się (i przypomina
sobie nagle woń uryny w "męskim" z wydzieloną częścią dla białych i kolorowych, kiedy opuszkami palców uroczyście kierował swój strumyczek, a brązowa
twarz spojrzała na niego z przeciwnej strony i z radosnym szyderstwem wycedziła przez brązowe zęby: "Fajnie nam się sika, co nie?"), czy przebiegły uśmieszek
nie igra wokół zdecydowanie zbyt szerokich nozdrzy.
Autobus rusza tuż zanim przychodzi ich kolej. Jest tam prawdopodobnie miejsce dla jednego, ale zarówno Kolorowy, jak i pan, stoją w miejscu.
Niespodziewanie Kolorowy rusza z kopyta, biegnie i w biegu wskakuje na tył.
Przez pół sekundy pan stoi spokojnie; nagle również wyrywa naprzód, pędzi dziko pięć, dziesięć kroków za przyspieszającym autobusem, chwyta drążek
platformy i podciąga się na nim dysząc ciężko. Kolorowy stoi obok. Czy się uśmiecha? W panu wzbiera oburzenie, spogląda na niego, gdy daje się słyszeć
zdenerwowany głos konduktora: "miejsce jest tylko dla jednego..." i razem z Kolorowym wybucha wtedy śmiechem, przemęczonym, lecz na tę chwilę
zadowalającym.
*
1 afr. 'moederstad' - dosłownie miasto-matka, lecz także może być rozumiane jako miasto ojczyste
2 afr. Groote Kerk - Duży Kościół
opowiadanie z tomu "Dwadzieścia jeden"
tłumaczenie z języka afrikaans: zuzanna morawiecka
© rabie, jan:
"Versamelverhale", Human & Rousseau, Kaapstad - Pretoria - Johannesburg, 1980