|
|
Dużo
jan sebastian rabie
|
| rycina, zuzanna morawiecka |
W ciągu dnia pan Wallis jest radnym z godnym uśmiechem pasującym do jego czarnouniformizacji. Lecz wieczorem z jego pokoju na trzecim piętrze dochodzą
dziwne odgłosy śmiechów i rozmów. Gospodyni i pokojówka tłocząc się w korytarzu po kolei zaglądają przez dziurkę od klucza.
Pan Wallis stoi wyprostowany pomiędzy dwoma lustrami, goły, w samym cylindrze. Przybiera posągową pozę mówcy i przemawia ze statycznym namaszczeniem:
"Drodzy słuchacze, powtarzam, owszem, podkreślam: stawką nasze życie i nasza cześć! Unoszę głos w bólu i słusznym oburzeniu. Nawołuję do sprawiedliwości...!"
Każda poza i każdy gest zostaje wiernie oddany przez lustro, przed którym stoi. Lecz równie wiernie niezrozumiałe zachowanie osoby widzianej od tyłu
odzwierciedla lustro przeciwległe.
Gwałtownie obraca się ku drugiemu lustru. Przybiera pozę i głos namiętnie uspokajającego kochanka:
"Kochanie, jak możesz oskarżać mnie o zdradę? Jak twoje słodkie usteczka mogą takie odrażające..."
Wtedy wraca do pierwszego lustra, z płomieniem politycznych argumentów. Lecz prędko musi znowu bronić się ze łzami w oczach, ochrypły z miłości. Rozdarty
sprzecznościami kręci się w kółko jak bąk.
Coraz szybciej następujące przemiany mącą mu w głowie do tego stopnia, że politycznemu lustru posyła całuski, a na lustro miłosne kieruje uczucia patriotyczne. W
końcu oszalały i wyczerpany opada na krzesło ustawione pośrodku pokoju. Łyka powietrze w popłochu, starając się odzyskać nad sobą kontrolę i siedzieć na
krześle jak pojedynczy człowiek.
Lecz nie zaznaje spokoju. Niewidzialne moce znów podrywają go na nogi. Bezlitosne osobowości wskakują mu na twarz i ciało. Taniec inkarnacji zmienia się
prędko, jak konwulsja, obracający się kołowrót wiecznych narodzin i śmierci. Próbuje uciekać do łóżka, ratować się zakładając ubranie pana Wallisa. Lecz pada
na podłogę, krańcowo wyczerpany.
Nawet tam wstrząsają nim dreszcze prób powstania na nogi. Ostateczny wyraz rozpaczy wyrywa się z jego gardła. 'Jest was za dużo!' jęczy, a potem leży już
spokojnie. Jedynie sen może go przywrócić dniu.
Dwie kobiety po drugiej stronie dziurki od klucza nie są jedynymi ciekawskimi świadkami. W pokoju piętro niżej stoi na krześle stara panna i przytyka swe ogromne
ucho do sufitu. Przez okno po drugiej stronie ulicy parka młodych obserwuje taniec cieni za zasuniętą zasłoną kochając się w jego rytmie.
Cisza jest tylko teleskopem. Lampa elektryczna wytrzeszcza oczy. Całe miasto patrzy eksplozjami oczu.
*
opowiadanie z tomu "Dwadzieścia jeden"
tłumaczenie z języka afrikaans: zuzanna morawiecka
© rabie, jan: "Versamelverhale", Human & Rousseau, Kaapstad - Pretoria - Johannesburg, 1980
|