|
|
Mój pierwszy widelec
jędrzej morawiecki, tekst ilustracje, anna dorota morawiecka
|
- Nie rozglądaj się! Siądźmy pod oknem, tam na nas nie zwrócą uwagi.
Chyba zrozumiała, w każdym razie skinęła głową.
Radiowy bufet pachniał jajecznicą na maśle i kościstym kotletem z ziemniaczanym puree. W telefonie charczała relacja na żywo. Ze studia wyskoczył K., wpadł do
sali, kupił sok, obraził dwóch reporterów i pobiegł z powrotem na serwis.
- Zielone frugo klei usta - rzucił zagadkowo inżynier N. w stronę zatrzaskiwanych drzwi i wychylił się przez ladę w stronę lodówki z piwem.
- Czerwone też klei - dodał po chwili. - Nawet jeszcze silniej.
- A żółte? - zapytał łysy O.
Inżynier nie odpowiedział.
- Żółte nie? - łysy O. powtórzył pytanie.
Inżynier milczał.
- Może wszystkie kleją, co? - ryknął O.
Nie zrozumiałem, dlaczego O. ryknął, nigdy wcześniej nie słyszałem O. ryczącego i nie wiedziałem jak zachować się w nowej sytuacji, tym bardziej, że O. upuścił z
wściekłości widelec, aluminiowy i pstrokaty czernią karaluszych odchodów, tak przynajmniej wszyscy twierdzili, że w barze są karaluchy, choć ja, mówiąc szczerze,
nigdy karaluchów w radiowym bufecie nie widziałem. Tak, czy inaczej, widelec leżał na podłodze, a O. ryczał. W pierwszym odruchu chciałem sztuciec podnieść.
Całe szczęście w ostatniej chwili udało mi się pohamować, przypomniałem sobie, że O. chodzi na Górę (wspominał mi o tym wcześniej K., który, jak zauważyłem,
był mi raczej życzliwy i informował mnie regularnie o sytuacji w Firmie). Zrozumiałem, dlaczego O. teraz ryczy, a inżynier N. nie odpowiada. Przypomniałem sobie,
że nie wolno mi z O. rozmawiać, w każdym razie nie przy inżynierze N., który dobrze znał K., chyba nawet razem pili, a przecież to właśnie K. przestrzegał mnie
przed O. Skoro mówił o O., o tym, że O. chodzi na Górę, to przecież nie po to, żebym teraz O. podawał sztuciec. Gdybym podał, to inżynier N. na pewno
wspomniałby o tym K. Mówiąc szczerze przez chwilę czułem nawet pokusę, żeby jednak widelec podnieść, wystarczyłoby się przecież schylić, wziąć sztuciec w
dwa palce i podać go O. z uśmiechem (no, może nie w dwa palce, lepiej widelec schwycić całą dłonią, nie można sugerować, że sądzę, iż są na tym widelcu
karalusze odchody, O. mógłby się poczuć urażony, a na to sobie pozwolić naturalnie nie mogłem, pracowałem w Firmie dopiero kilka miesięcy). Podawać widelca z
uśmiechem naturalnie też nie powinienem, pomyślałem tak tylko w pierwszym odruchu, uśmiech jest dwuznaczny, uśmiech również mógłby sugerować myśl o
odchodach insektów, o tym, że się z tych odchodów śmieję, z tego, że niby O. je będzie jadł. Wcale tak nie myślałem, nie wierzyłem w te karaluchy, poza tym
wiedziałem, że uśmiechać mi się nie wolno także z racji krótkiego stażu, K. nieraz powtarzał mi, że jestem na uśmiechy za młody, że najpierw trzeba solidnie
popracować, uśmiechać można się później. Oczywiście K. nie odnosił tej rady do O., z O. sytuacja była odmienna, O. był świnią, tak mówili wszyscy z mojej
redakcji, żarty na temat O. były jak najbardziej słuszne i odpowiednie, ja jednak wolałem nie żartować. Przez chwilę nawet, jak już wspomniałem, odczułem silnie
pragnienie, by okazać O. szacunek. Być może O. nie był wcale złym człowiekiem - pomyślałem, - być może był człowiekiem bardzo dobrym, być może był mi
życzliwy, może właśnie on poparłby moją prośbę o szafkę, kto wie, może zaprosiłby mnie kiedyś nawet na Górę? Spojrzałem jednak na stojącą obok mnie
pachnącą stażystkę, której sam przed chwilą starałem się udzielać wskazówek (oczywiście na miarę mojego jakże skromnego doświadczenia). Czy nie
powiedziałem jej zbyt dużo, czy nie byłem zbyt życzliwy i lekkomyślny? Odczułem przez chwilę w sercu niepokój rozrzedzony zapachem perfum i jajecznicy na
maśle. Tak, wiem, nie powinienem mówić o Firmie tak wiele, nie wiedziałem przecież, kim była dokładnie stażystka. Uwierzyłem jej, że jest nowa i nikogo w Firmie
nie zna, a być może nie powinienem tak paplać, ale niestety - natura obdarzyła mnie zbyt miękkim sercem i długim językiem, chciałem bardzo stażystce pomóc, nie
potrafiłem pohamować języka, dlatego mówiłem właśnie tak dużo i tak głośno, zdecydowanie za głośno.
|
Spojrzałem jeszcze raz na stażystkę i pomyślałem, że skoro już wytłumaczyłem jej, kto wchodzi po schodach i kto jest wrogiem K. i komu nie wolno mówić "dzień
dobry", to tym bardziej ja sam nie powinienem się nabierać na sztuczkę z widelcem i spoglądać przy wszystkich w twarz O., nie mówiąc już o uśmiechu, czy
służalczym geście podawania sztućca. Odwróciłem się więc błyskawicznie w stronę chłodni i zacząłem obserwować w skupieniu butelki piwa, tego samego, którego
wypatrywał inżynier N. Po chwili, kiedy postanowiłem ponownie skierować oczy na stażystkę (drugą stroną, dokonując obrotu ramion o kolejne dziewięćdziesiąt
stopni, tak żeby nie widzieć twarzy O., nie chciałem, żeby gest był zbyt ostentacyjny, miałem zamiar po prostu zasugerować, że nie zauważyłem, ani O. ani
spadającego widelca, a nie, że celowo O. unikam), a więc obracając się już do stażystki zauważyłem błysk aprobaty w oku inżyniera N., który skinął nieznacznie
głową, najwyraźniej chwaląc mnie za podjętą decyzję.
I wtedy coś nagle puściło, poczułem, że staję się jakiś taki luźniejszy, miększy, bardziej szczęśliwy. Uśmiechnąłem się nieznacznie, spojrzałem nawet na O., który już
podniósł widelec. Zauważyłem, że był purpurowy i spocony, mruczał coś do siebie, stukał palcami o szybę chłodni. Potem zacząłem coś mówić do swojej
towarzyszki, opowiadać o konferencji prasowej, czy też może o tym, jak używać magnetofonu podczas robienia sondy ulicznej, nie pamiętam już dokładnie.
|
- Zaczyna - powiedział inżynier N. i pogłośnił relację. K. czytał serwis.
- Klei się, mlaska - pokręcił głową inżynier i zamówił piwo.
- Wcale się nie klei - rzuciła zielona M., która właśnie przed chwilą ustawiła się w kolejce.
- Mlaska - powtórzył zdecydowanie inżynier.
Przestałem rozmawiać ze stażystką i wytężyłem słuch, zacząłem z uwagą śledzić dyskusję, która była dla mnie zupełnie niespodziewana, nie wiedziałem, dlaczego
inżynier N. sprzecza się z zieloną M., w końcu trzymali razem, pracowali na Dole i pili z K., dlaczego się więc o K. sprzeczali?
Inżynier zapłacił za piwo i ruszył w stronę stolika, stukając wytartymi lakierkami.
- K. mlaska, ale i tak czyta najlepiej. Nie powinien tylko pić zielonego frugo - rzucił na odchodnym i siadł w kącie. M. kiwnęła ugodowo zieloną czupryną i
zamówiła danie firmowe. W radiu skończył się serwis, K. wypuścił jingle i piosenkę.
- Czego się życzy?
Wielka twarz gruboustej bufetowej wyskoczyła zza lady i zawiesiła wzrok na mnie i na stażystce. Bufetowa była głupia i niedorozwinięta, tak przynajmniej mówił K.,
należało się z bufetowej śmiać, mówić o jej grubych ustach i powolnych rękach, o tym, że powinna z Firmy wylecieć. Z drugiej jednak strony, kiedy miesiąc temu
K. śmiał się za głośno i mówił za dużo, kiedy napisał na Górę list z żądaniem zwolnienia bufetowej, stracił biurko, co prawda tylko na dwa tygodnie, niemniej cios
był silny i druzgoczący. K. niewątpliwie takiego obrotu sprawy się nie spodziewał, musiał wchodzić później po schodach, żeby biurko odzyskać. Przypomniałem
sobie o całym zdarzeniu stojąc przed bufetową i schowałem na chwilę głowę za ladę, udając że przyglądam się daniom, tak, by mieć czas na przemyślenie sytuacji.
Popełniłem błąd, powinienem przemyśleć jak zamówić danie wcześniej, stojąc w kolejce. Doszedłem do takiego wniosku trzymając głowę na wysokości
pachnących kolan stażystki, która najwidoczniej nie zrozumiała manewru i zaczęła nerwowo chichotać. Durna pinda, pomyślałem, nic jeszcze nie pojmuje,
niepotrzebnie na nią postawiłem, niepotrzebnie tłumaczyłem, objaśniałem, się litowałem, miękkoserduszyłem, nawet kawę z nią piłem. W firmie chyba nie zostanie,
na nic całe działanie, pomyślałem, dotknąłem ręką zimnej lady i przygryzłem wargę, zastanawiając się, co powiedzieć bufetowej. Wreszcie wziąłem oddech,
naprężyłem mięśnie szyi i wykonałem ruch pionowy w górę, wzdłuż nóg mojej towarzyszki, ale całkiem przyzwoicie, zachowując odległość co najmniej trzydziestu
centymetrów, podnosiłem się zupełnie swobodnie, nonszalancko, po to by zamówić danie, a nie obejrzeć nogi, nie mogłem przecież zamawiać śniadania kucając
pod ladą.
- Patrzyłem na dania, poza tym but mi się rozwiązał, a na podłodze jest brudno, myślałem też, że może leży tam jakiś widelec - rzuciłem w końcu w stronę stażystki,
która nagle spoważniała (może jednak coś zrozumiała) i obróciłem się w kierunku grubych ust bufetowej.
- Czego się życzy? - powtórzyły usta emitując purpurową kropelkę śliny obtoczoną w tłustej szmince.
- Fanty się życzy, lemon - powiedziałem niedbałym tonem, tak, by nie obrazić bufetowej, a jednocześnie dać wszystkim do zrozumienia, że wiem, że bufetowa jest
głupia.
- A pani czego się życzy? - zapytała z kolei bufetowa pachnącą stażystkę.
- Pepsi się życzy - powiedziała stażystka.
- A nie lepiej frugo? Frugo jest zdrowsze - płaska twarz bufetowej rozlazła się w uśmiechu, jak pękający arbuz.
- Nie lepiej frugo, chcę pepsi z kofeiną - odpowiedziała stażystka, a ja poczułem, że stażystka jest naprawdę niezła, że chyba jednak sporo rozumie, że być może w
Firmie zostanie, że nie było bezowocne moje działanie, że pije kofeinę, jak prawdziwa dziennikarka, że pali dobre papierosy (poczułem to, kiedy się już
podnosiłem, zapach perfum był złamany słodkim aromatem tytoniu) i że jest bardzo błyskotliwa.
- Nie rozglądaj się! - powiedziałem to dopiero wtedy, po zamówieniu, a nie stojąc w kolejce, teraz już pamiętam. I nie dodawałem tak naprawdę nic w stylu:
"siądźmy pod oknem, tam nas nie zauważą", ta uwaga byłaby zupełnie niepotrzebna, co więcej, nierozsądna, niebezpieczna, niedopuszczalna, takich rzeczy przy
bufecie mówić nie wolno. Stażystka (która była naprawdę bystra), sama wszystko zrozumiała, tłumaczenia nie potrzebowała. Poza tym wcale pod oknem nie
siedliśmy, bo pod oknem siedział już Łagowski - kłamca - złodziej - dyrektor - poplecznik prezesa, wysoko postawiona osoba, konfident - zausznik - aparatczyk,
który wszystkiego słuchał i koło którego siąść naturalnie nie mogliśmy.
|
Zrobiliśmy kilka kroków do przodu, spojrzeliśmy na salę, a wszyscy spojrzeli na nas, wszyscy redaktorzy i inżynier N. , i łysy O. i Łagowski - kłamca - złodziej -
dyrektor - poplecznik prezesa, wysoko postawiona osoba, konfident - zausznik - aparatczyk, i zielona M. i nawet bufetowa, która naturalnie patrzyła na nasze
plecy, nie mogła widzieć naszych twarzy, bo twarzami zwróceni byliśmy właśnie w kierunku sali, w kierunku wszystkich pozostałych. Pozostali spoglądali, naturalnie
nie wprost, niby rozmawiali, niby nic się nie zmieniło, niby wcale nie podnieśli wzroku, niby patrzyli w talerze, ale ja wiedziałem, że patrzą na nas młodych, że
czekają, gdzie usiądziemy, jaką decyzję podejmiemy, czyją stronę weźmiemy, czy K. wierni będziemy.
A ja nie wiedziałem, gdzie siąść, znowu nie wiedziałem, wcześniej się nie zastanowiłem, planu działania nie obmyśliłem, błąd popełniłem. Stażystka była oczywiście
tym bardziej bezradna, nie wiedziała, który stolik jest odpowiedni, nie znała ludzi, nawet ja jeszcze przecież wszystkich nie znałem, bez K. byłbym zupełnie
bezbronny. Mijały sekundy odmierzane trzaskiem składanych naczyń i zmywanych sztućców. Redaktorzy przez cały czas na nas chyłkiem patrzyli. Nagle
dostrzegłem kątem oka palmę w glinianej donicy i stojąca nieopodal chłodnię z lodami. Schwyciłem pachnącą stażystkę za rękę i dałem susa w bok, w kierunku
chłodni, pociągnąłem za sobą towarzyszkę, która cicho pisnęła i chyba straciła zimną krew, była zdezorientowana, Firmą lekko zszokowana, mówiłem, żeby nie szła
jeszcze do bufetu, sugerowałem, ale nie zrozumiała, teraz cierpieć musiała. Zaczęliśmy niby oglądać lody, zaglądać do chłodni, do której wsunęliśmy głowy, ale tak
sprytnie, by widzieć całą salę przez szybkę (bo w lodówce była szybka), obejrzeć stoliki, wybrać odpowiedni i siąść, wypić napoje, omówić sprawy swoje.
Dostrzegłem w końcu miejsce pod ścianą, przy drzwiach (że też nie widziałem go wcześniej, że też nie pomyślałem o wyborze stojąc w kolejce, wtedy nie
musiałbym zaglądać do chłodni, siadłbym po prostu ze stażystką pod drzwiami od razu).
Wysunęliśmy się z lodówki i ruszyliśmy pewnym już krokiem przez salę. I znowu poczułem ulgę, stałem się jakiś taki luźniejszy, miększy, bardziej szczęśliwy. Dziwny
dzień, pomyślałem już całkiem pogodnie, krocząc w kierunku stolika. I wtedy nagle O. upuścił ponownie widelec, ten sam, aluminiowy, pstrokaty. Upuścił go pod
moje nogi, tak jak poprzednio. Ja jednak, odzyskawszy już wewnętrzną równowagę, prowadząc stażystkę do stolika, potknąłem się po prostu sprytnie o krzesło,
niby się przewróciłem, twarz skrzywiłem, sztućca znów nie zauważyłem.
- Co, ręce panu drżą redaktorze, czy dzień taki pechowy, że sztućce lecą, może goście głodni przyjdą? - krzyknął inżynier N. w stronę stolika O.
Łysy O. zakrztusił się herbatą, rozbłysł ponownie wewnętrznym purpurowym blaskiem, podniósł widelec i rzucił:
- Stoliki takie krzywe, podłoga do góry, bo firma zwyżkuje, pnie się, szczytuje, słuchalność zwiększa, budynek upiększa, dobrze jest!
Ale inżynier N. już łysego O. nie słuchał, spojrzał w moją stronę, łyknął piwo krzyknął:
- Siadaj młody, siadaj, pogadaj!
|
Siadłem więc, ze mną siadła też stażystka, położyliśmy napoje na blacie, plecami do sali, bokiem do bufetowej, twarzą do inżyniera. Łysy O. wstał od swojego
stolika i poszedł po schodach, na Górę.
- Co tam młody, montuje się, dźwięk czuje, wstawki produkuje, programy przygotowuje? - zapytał mnie inżynier N. i spojrzał z sympatią, z uśmiechem, ciepłem, z
życzliwością.
- Staram się - odpowiedziałem i wziąłem łyk złocistej fanty. - Staram jak mogę. Już trochę dźwięk czuję, wstawkę dziś nową przygotowuję.
Inżynier N. skinął głową i zwrócił się w stronę pachnącej stażystki.
- Nowa? - zapytał.
- Na stażu - odpowiedziała.
- Panna pepsi pije - powiedział inżynier N. - Kofeinę spożywa, jak dziennikarka prawdziwa. A ty, młody - dodał - wpadnij dziś na imprezę, będzie K., zielona M.,
redaktor F., "Pod brylantowym rykowiskiem", dziś o dziewiętnastej.
Wstając poczułem, jak do głowy uderza mi mieszanina żalu i radości, ostra musująca substancja, od której się aż zachwiałem, schwyciłem ręką za stolik, a potem
ruszyłem przed siebie korytarzem, pozostawiając za sobą jajeczny bufet na maśle, wonną towarzyszkę, redaktorów, inżyniera N. i lody za szybką w szronie.
Musująca żaloradosna substancja rozlewała się po całym ciele, nabierała ostrości i wyrazu, uskrzydlała i sprawiała ból. Żałowałem, że nie mogę porozmawiać ze
stażystką, musiałem iść, montować wstawkę, zły byłem na inżyniera, że powiedział o kofeinie, sam to chciałem powiedzieć stażystce, z drugiej strony cieszyłem się
bardzo, poczułem znowu radość, lekkość, luźność, bo byłem zaproszony na imprezę, miałem spotkać K. i innych na stopie całkiem prywatnej, na imprezę szedłem,
poza tym dostałem dziś dobry temat, miałem nagrać materiał o konferencji medycznej, a wcześniej robiłem tak naprawdę tylko sondy uliczne (to co opowiadałem
stażystce o konferencjach prasowych, to była nieprawda, nie byłem wcześniej na konferencjach, a teraz się tam pojawię i będę mógł potem o konferencji
opowiadać pewniej, prawdziwiej, rzetelniej, błyskotliwiej) i dobrze przy stoliku siadłem i w kolejce dobrze stałem, O. nie odpowiadałem i zespołu częścią się stanę,
wespół z nimi montować będę, obrabiać, pieniądze zarabiać i do bufetu kiedyś wejdę inaczej, tak zwyczajnie, po ludzku, danie kupię, i siądę przy jakim chcę stoliku
i widelec wezmę i upuszczę.
Impreza
W mieszkaniu siedzieli już wszyscy. Był inżynier N., chłopski, ciosany, ale życzliwy i ciepły. Była też zielona M., szczupła, ale symetrycznie okrągła na twarzy, z
czasem ukrytym na dnie orzechowych oczu, z doświadczeniem pięciu lat w Firmie, spoglądała na mnie z pobłażaniem, ale i sympatią, bez wyniosłości. Z nią był
redaktor F., niski, zacięty, ostry, motoryzacyjny, sportowoserwisny, jej partner, konkubent, nierozłączna para w krwistoczerwonej lagunie, czerwonej jak usta M.,
Patrzyli na mnie, kiwali głowami, rozumieli, słuchali, że montowałem, że kiedyś zmontuję szybciej, że palce będę miał smukłe jak oni, zręczne, żyletką montażową nie
pocięte, to kwestia czasu, trzeba pracować i się nie szmacić, nie chodzić na Górę, robić swoje, chlup, zdrowie, błyszcząca szklanka przecięła wieczorne powietrze,
piwo wyjrzało na chwilę spod piany złotym okiem. Na końcu stołu siedział K. Zauważyłem go oczywiście już wcześniej, na samym początku, uścisnąłem mu rękę,
spracowaną, trzydziestoletnią, twardą, uczciwą. K. patrzył przejrzyście, przenikliwie, jasno, skórzany, urodziwy, z twarzą w szczecinie, śniadą, hipopotamowatą, ale
poważną, z włosami spływającymi na kark, za kołnierz, na skórę, na skórzaną kurtkę.
K. nie nabierzesz, K. słyszy, K. jest z Dołu, K. nie siada w bufecie, K. wie co robi i wie co ty robisz, K. jest silny i życzliwy, K. naucza, K. pomoże, ale wymaga
pracy, bez uśmiechu, bez zbędnych rozmów, sekunda, dynamizm, krótka relacja, jak RMF, jak komercja, ostro, z taśmą tonącą w błękitnej sklejce, z zająknięciami
rozmówcy wyrwanymi reporterską żyletką, z nogami depczącymi bezlitośnie skrawki ludzkich słów wbitych w taśmę.
- Zmontowałeś? - zapytał po prostu.
Skinąłem głową.
- Odpoczywaj - powiedział i podał mi kolejną szklankę.
Potem zaczęli rozmawiać. O Firmie, o Górze, o O., o tym co czarne, co białe, jak trzeba, jak walczyć, jak robić, jak odpoczywać, jak żyć.
|
Byłem bardzo zmęczony. Miałem za sobą wieczór przy montażu, dwie wstawki, jedna dla K., druga na Górę, K. mi pozwolił, tak trzeba, tylko dla K. lepsza, ale na
Górę też trzeba zmontować, nie trzeba z nimi rozmawiać, montować można, należy. Palce miałem w bliznach, siedziałem kilka godzin, ciąć jeszcze dobrze nie
umiałem, brakowało mi sklejki, musiałem pójść do sklepu w piwnicach, kupić, wydałem dwadzieścia złotych, a jeszcze potrzebowałem pieniędzy na piwo,
marynarka wisiała na mnie uszkodzona wewnętrznie, z porwaną podszewką, spodnie były za luźne. Pomyślałem, że muszę nabyć i nowe spodnie i marynarkę, w
końcu w Firmie zarabiałem już nieźle, Firma wszystkim płaci dobrze, nie tylko Prezes zarabia, nie tylko łysy O., nie tylko Łagowski - kłamca - złodziej - dyrektor -
poplecznik prezesa, wysoko postawiona osoba, konfident - zausznik - aparatczyk, który wszystkiego słucha, ale także prości ludzie, ci skórzani, urodziwi, z twarzą
w szczecinie, śniadą, z włosami spływającymi na kark, za kołnierz, na skórę, na skórzaną kurtkę, z prawicą spracowaną, trzydziestoletnią, twardą, uczciwą. Oni też
nie zarabiali źle, choć po stokroć mniej niż powinni, jednak mogli pić piwo, mogli rozmawiać, mogli mieć laguny wiśniowe jak krew, jak usta, jak negatyw włosów
M. Złote oko mrugnęło ponownie i jeszcze raz, co rusz wyglądało spod piany, mrugało coraz szybciej, później zaczęło wirować, a ja ciągle milczałem, nie wiedziałem
co powiedzieć, słuchałem, jeszcze tak mało wiedziałem, o Firmie, tak mało zmontowałem, o mieście, o kraju, o świecie, piwo więc cedziłem, słuchałem, głową
kiwałem, trochę się śmiałem, z rzadka dowcipy rzucałem. A potem nagle zacząłem mówić. O Firmie, o Górze, o O., o tym co czarne, co białe, jak trzeba, jak
walczyć, jak robić, jak odpoczywać, jak żyć. Skórzany K. przygarnął mnie szczeciniaście, tak po męsku, proludzko, będą z ciebie ludzie, rzucił, redaktor G.
potwierdził, zacięcie, ostro, sportowoserwiśnie, chcę, byś kiedyś był dla nas konkurencją, dodała zielona M., ogniście, żarliwie, okrągło na twarzy, z przepowiednią
ukrytą dennie, orzechowoocznie. I było tak lekko, tak szczęśliwie, tak luźno. Tak luźno, powiedziałem, od stołu wstałem, do toalety ruszyłem, za róg, przez morze
pokoju, falująco, wirująco, orzechowo, przybór wzbierał, przypływ, fala, nowa fala, młodość i orzeszki ziemne, wzbierają w ustach, krzyk, ryk, ostra musująca
substancja, gorzka, skrzydlata, nieposkromiona, nieujarzmiona, przez usta, orzeszki, piwo, złote oko, na drzwi, na toaletę, całe szczęście zamknięte, śliskie,
pływające, to ze mnie, a było tak przyjemnie. I był spokój. I była cisza. Gwar pozostał za rogiem, ja byłem sam. Jak dobrze, że sam. Jak
dobrze, że nie widzi tego stażystka, że nie przyszła, że nie była zaproszona, jak dobrze że za rogiem, że inni zostali, za dużo piwa, chociaż dlaczego za dużo, wcale
nie było tak dużo, pijałem więcej, może po prostu zmęczenie, sporo pracuję, dwie wstawki, a wstać trzeba o piątej, jeszcze domontować, chyba jednak zbyt
intensywnie i jeszcze tyle piw - tyle pieniędzy, nie wiem czy mam tyle w kieszeni, trzeba trochę odpocząć, ale odpoczywać nie można, K. mówił, że bez kołaczy
kariera się paczy, że pracować trzeba, że młodość, a ten co w stolicy zawału dostał na trawniku, to nieprawda, to nie z przemęczenia, piku, serce, piku, nieprawda,
plotki, K. też pracował dużo, nawet w studiu nocuje, do domu nie jeździ, serce radia czuje, dwie wstawki, stażystka, diamentowa, pachnąca, maślana, autorytet,
niedobrze, że na tych drzwiach, ale nikt nie widział, trzeba na piwo uważać, redaktorów poważać, kołaczyć, nie paczyć, po złote runo, być wiernym, iść, przyjaciół
nie zdradzać, przy stoliku O. nigdy nie siadać, piku, piku, piku, dopóki krew obraca w piersi, pik, pik, sześć litrów w PCK, mówi kierownik, odznaka złota po
sześciu, czym jest dla pani krew, piiiik, piiiik, piiiik, minęła godzina dwunasta.
Wrocław, 1995-1997
|