|
|
debiut
Nie wszystkie dzieci mają tak dobrze
marta derejczyk
   - Panie Kaziu, sprzedam panu II-giej Armii Wojska Polskiego.
   - Czemu nie następne rondo?    - Ma pan dwa już przecież!
Studia z kucharstwa
   Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy w
Dobroszycach mieści się w wielkim, czerwonym budynku. Przed ponad stu laty
miejscowa hrabina założyła tu Dom Sierot, który prowadziły zakonnice. Gdyby nie
dobiegające zewsząd hałasy, można by odnieść wrażenie, że przebywa się w
klasztorze.
Tutaj właśnie
uczy się i mieszka w internacie Marcin. Ma 18 lat, lubi rysować, chodzić na
spacery, trochę gra na gitarze i ma nieprzeciętne poczucie humoru. Poza tym
jest jeszcze coś, co wyróżnia go w tłumie – ma zespół Downa.
   Widzę, że przed rozmową ze mną bardzo się
denerwuje (zresztą nie mniej niż ja), próbuję go przekonać, że nie spotka go
nic złego:
   - Wiesz chyba, po co tu jestem? Jeśli nawet
będę cię o coś wypytywać, to nie znaczy przecież, że jestem jakimś szpiegiem…
To porównanie chyba mu się spodobało.
   - Noo, nie jesteś jakimś szpiegiem!
   Największą pasją Marcina jest pisanie
handlowych umów, podań i „wniosków o szybkie rozpatrzenie sprawy”. Wierzy, że w
przyszłości, tak jak jego tata, zostanie inżynierem i będą razem pracować. Na
razie jako „prezes”, lub „dyrektor” (w zależności od humoru) „sprzedał” swoim
wychowawcom już niemal pół Obornik Śląskich, z których pochodzi.
Mówi, że lubi się uczyć. W tym roku zdaje maturę z kucharstwa.
   - A co potem? – pytam.
   - Później studia z kucharstwa!
Codziennie czekam na piątek
   Marcin jest najbardziej zadowolony, gdy
wreszcie może mówić o swoim domu. Twierdzi, że jest tam bardzo potrzebny, bo
„kto by sprzątał i wszystkiego pilnował?”. Ostatnio naprawiał nawet z tatą
grzejnik w piwnicy. Swoją mamę lubi, bo ta „zawsze gotuje i jest dobra dla
niego”. Jego siostra Asia ma 20 lat i „uczy dzieci we Wrocławiu”.
   - I z braćmi się na podwórku zawsze bawię.
Jeden z nich ma
14, a drugi 11 lat. Jak się później okazuje, nie są to jego rodzeni bracia,
lecz adoptowani. Dodaje jeszcze:
   - Mam psa, Misiek się nazywa. Tata w niego
kapciem rzuca.
   - Lubisz jeździć do domu?
   - Noo
   - Więc pewnie czekasz już na piątek?
   - Codziennie czekam na piątek.
Nagle Marcin rozpromienia się jak małe dziecko.
   - A wiesz, ja będę w zimę w góry jechał. Z
moimi rodzicami, koło Wałbrzycha. I będę na sankach jeździł!
   - Jak myślisz, czy wszystkie dzieci mają tak
dobrze?
   - Dzieci… są dobre… - Marcin chyba mnie nie
zrozumiał.
   - Nie, nie, czy każde dziecko ma takich,
hmm…fajnych rodziców jak ty?
   - No, chyba nie wszystkie dzieci mają tak
dobrze.
Kiedy rodzicom się o nim przypomni
   Chwilę później rozmawiam z wychowawcą
Marcina. Po przestronnym, mrocznym korytarzu biegają cztery małe dziewczynki.
Trzy z nich to siostry, mieszkają na wsi, koło Kluczborka, mają jeszcze czwórkę
rodzeństwa.
   - Lucynka to taki straszny urwis. Panie z
internatu ciągle jej przynoszą z domu jakieś tam lalki i wózki, ale ona ich
nawet przez tydzień nie ma.
   Pan Kazik opowiada o swoim wychowanku:
   - Marcin ma wykształconych rodziców, którzy
bardzo go kochają i troszczą się o niego. Nie jest łatwo wychowywać dziecko
niepełnosprawne, a oni adoptowali jeszcze dwóch chłopców. Najpierw chcieli
wziąć z domu dziecka jednego, ale gdy dowiedzieli się, że Pawełek ma brata –
Piotrka, to stwierdzili, że nie można rozdzielać rodzeństwa.
Niestety ta
sytuacja jest właściwie wyjątkowa, a przecież nie powinno tak być. To jest
właśnie normalne zachowanie rodzica. U innych nie wygląda to tak różowo. Nie
każdy jest w domu akceptowany. Sławek jeździ do domu, kiedy rodzicom się o nim
przypomni. Ostatnio nie był tam przez całe wakacje.
   Bo to przecież nie jest dla rodziców,
powiedzmy, wygodne?
   - Na pewno. Takich przykładów jest mnóstwo.
Większość dzieci pochodzi z rodzin patologicznych. Niestety jest wielu rodziców
również upośledzonych umysłowo. Trafiają do nas często rodzeństwa, niekiedy
nawet dzieci naszych dawnych wychowanków. To błędne koło… Ale przepraszam, nie
mogę zostawiać dzieciaków.
   Ze świetlicy dochodzą krzyki. Okazało się,
że to dwóch dziewiętnastolatków pokłóciło się o puzzle. Gdy idę korytarzem, wiele
osób uśmiecha się do mnie, mówią mi „cześć”, mieszkam niedaleko, więc mnie
znają
   Kilka lat temu przywieziono do ośrodka
siedmioletniego chłopca. Mały nie miał niemalże kontaktu ze światem. Nie mówił
(nadal nie mówi), nic nie rozumiał, nie potrafił sam jeść, nie mówiąc o myciu i
ubieraniu się. Poza tym, gdy tylko widział pustą półkę, natychmiast się tam
kładł, zatrzaskiwał drzwiczki i leżał bez ruchu. Okazało się, że tak zamykała
go jego matka, musiał wchodzić do kuchennej szafki za każdym razem, gdy ktoś
pojawił się w ich mieszkaniu.
Walnąć modlitwę wieczorną
   Cała rodzina Marcina jest głęboko wierząca.
Jego tata stwierdził, że „jak mają chłopakowi głupoty po głowie chodzić, to
niech lepiej sobie różaniec odmawia”. I odmawia, codziennie, cały.
   Niedawno powiedział do pana Kazika:
   - Panie Kaziu, zmęczony jestem. Jeszcze
sobie modlitwę wieczorną walnę i idę spać.
   Pytałam go podczas naszej rozmowy o to, jak
powinno się żyć, jakim trzeba być?
   - Chyba – mówi Marcin – dobrym być dla innych,
modlić się za nich…
   - To wystarczy?
Myśli dłuższą chwilę.
   - I kochać się nawzajem?
To naprawdę proste.
I NAGRODA 2003
|