|
|
O papieżu Janie Pawle II
Kilka osobistych przemyśleń
ks. zdzisław pawłowski
      Wydarzenia, związane ze śmiercią i pogrzebem Jana Pawła
II, nauczyły nas myśleć i mówić o nim inaczej niż przedtem. Z pewnością
przyjdzie czas na pogłębioną refleksję teologiczną jego dzieła, ale w tych
dniach widzimy przede wszystkim jego osobę, o której nie można w żaden inny
sposób mówić, jak tylko w kategoriach osobistego świadectwa.
      We mnie, podobnie jak u wielu, przeżywanie umierania i
pogrzebu Papieża, odbywało się w połączeniu z procesem nawracania się. Przez
pryzmat jego końca, poruszającego do głębi przez reakcje milionów, zobaczyłem
jego życie w zupełnie nowym świetle.
      Widzę Jana Pawła II w jego długiej, bo prawie dwudziestosiedmioletniej
posłudze, w dwóch wyraźnych postawach: męża stanu w latach 1978-1990 oraz ojca
wszystkich po roku 1991. Papież jako mąż stanu nie był postacią polityczną.
W swoich działaniach był raczej podobny do Mojżesza, przyczyniając się znacząco
do wyzwolenia zniewolonych narodów. Jako jeden z nielicznych wierzył
bowiem, że wbrew ówczesnym uwarunkowaniom historycznym możliwe jest zwycięstwo
nad potęgą systemu totalitarnego nie przy użyciu przemocy, lecz siłą społecznej
solidarności uciskanych.
      Choć jest to niewątpliwie jedno z najdonioślejszych wydarzeń XX wieku,
to chyba większość z nas zapamięta Go z drugiej części jego życia. Wtedy to zaczęły się
w nim pojawiać coraz wyraźniejsze rysy i zachowania ojca. Stawał się bliższy
ludziom, łamiąc bariery religijne, społeczne, ekonomiczne i kulturowe.
Szczególne uczucia ojcowskie okazywał najsłabszym – dzieciom i biednym, chorym
i upośledzonym, odrzuconym i zranionym przez los. Nie mogę zapomnieć widoku,
kiedy dotykał trędowatych, szedł po stopniach z utykającą dziewczynką,
trzymającą go za rękę lub przytulał do piersi zapłakaną młodą kobietę. Ich twarze
promieniały niezwykłym blaskiem. Był on odbiciem przywróconej im przez gest
papieskiego dotknięcia godności. Nie mógł być to zwykły ludzki tylko dotyk.
Musiał być w nim jakiś znak Boskiej miłości. Papież, swoim uważnym, skupionym
spojrzeniem, zwracał się do znajdującej się przed nim osoby, w taki sposób,
jakby poza nimi dwojgiem, nic i nikt nie istniał na świecie.
      W ostatnich latach życia, gdy choroba powoli odbierała mu
fizyczne siły, a w cierpieniu stawał się coraz bardziej bezbronny, jego przybliżanie się do ludzi
otrzymywało nowe rysy. Była to nie tylko ojcowska czułość, którą okazywał małym
dzieciom, przytulając je do swego policzka i wpatrując się w ich oczy, jakby
widział w nich samego Boga. Była to również niezgłębiona potrzeba bycia z
ludźmi, zwłaszcza młodymi. Towarzyszyła jej radość z przebywania z nimi. Bycie
z ludźmi często nas męczy i nuży. Jemu dodawało siły i czyniło Go szczęśliwym.
Niezapomniany to obraz Papieża, wymachującego laską i śpiewającego razem z
młodzieżą. To nie mogła być zwykła spontaniczność czy otwartość. Chyba tak
cieszy się sam Bóg z bycia z nami.
      Czyż ta właśnie postawa
Papieża nie tłumaczy faktu, że miliony zapragnęły być z Nim w jego odchodzeniu
i ostatniej drodze? Czyż nie wyjaśnia również i tego, że w swoim przechodzeniu
na Tamtą Stronę nie był sam? To
przecież było wielkanocne przechodzenie i u jego kresu czekał na niego
zmartwychwstały Jezus. Byli z nim także najbliżsi, ale też i setki tysięcy
tych, których uczynił swoimi przyjaciółmi. Przyszliśmy do niego w modlitwie, w
skupionej zadumie, a niejednokrotnie w nawracaniu się do Boga i do Ewangelii.
Przyszliśmy poruszeni łaską, którą tak wytrwale głosił przez całe swoje życie.
|