|
|
debiut
W studnię patrz! W studnię
natalia żaba
     Dom jak dom. Taka tam poniemiecka
parterówka. Ściany pobielone, naokoło okien ceglane obramowania. Drewniany,
obdarty ganek prowadzi do dużych drzwi z metalową, ciężką klamką. Za drzwiami…
Przedsionek. Stamtąd możesz iść, dokąd chcesz. Do kuchni, pokojów… No i jeszcze
te skrzypiące schody po lewej. Ich obdarte z farby poręcze zaprowadzą cię na
strych.
Siadłam na ganku i płaczę. I tamta babcia – Niemka mówi mi:
- Maryja…- że czemu ja ci płaczę. Nic nie powiedziałam. Ona mnie pocieszyła.
Zaznajomili my się.
     Jest rok 1945. Maria ma 19 lat,
pusty żołądek i to, co na sobie. Przyjechała na Zachód z Centrali. Sołtys
powiedział, że w tym i w tym domu jest wolne miejsce, więc poszła. Zamieszkała
z rodziną niemiecką. Domek folwarczny, zadbany. Ona mieszka na górze. Ma mały
pokoik na strychu. Na dole mieszka babcia, dziadek, ich córka z mężem. Facet
taki sobie w średnim wieku, ale ta młoda szczupła, ładna.
Kiedy Polacy przyjechali na
Zachód, Niemcy nic nie mieli. Ani kur, ani świń – nic. Głodowali wszyscy
jednakowo. Czasami gotowali kartofle w łupkach, albo Mehlsuppe
– czyli mąka z olejem, jajkami i odrobiną wody. Maczali w tym ziemniaki
i smakowało. Później było trochę lepiej, bo odbudowali piekarnię, wynieśli
ławki z kościoła, pocięli, podpalili, ale chleb upiekli. Dzielili się
wszystkim, nie można powiedzieć. Raz, jak Maria jechała do Wrocławia i nie
miała się w co ubrać, to ta młoda szczupła Niemka pożyczyła
jej sweterek. Brązowy, prawie jak jedwabny. Marysia
nigdy ładniejszego nie nosiła. Potem dostała go „na zawsze”.
„Po wojnie to tak było: jedni pracowali, drudzy pili”.
     U nich była taka praca: wstawali
wcześnie rano, oprzątali. Później szli w pole – razem z nimi szła Marysia.
Śniadanie jedli w polu o 10. pracowali do 12 i choćby kawałeczek został do
obrobienia, rzucali wszystko i szli na obiad. Godzina odpoczynku i z powrotem
do pracy. I tak do wieczora. Wszystko dokładnie zaplanowane, wyliczone.
Ordnung muss sein! - jak to
Niemcy. Marysia pracowała przy żniwach, wykopkach. Wesoło wtedy było.
Pośpiewało się trochę, „poszprechało.” Człowiek namęczył się, ale był
szczęśliwy. Właśnie tak poznała Lottę. Razem pracowały, razem chodziły na
zabawy. Lotta miała wyjść za mąż za Franka – szwagra Maryśki. Nie wyszło, bo
jej rodzice się nie zgodzili. Franek był tak załamany, że pił przez miesiąc,
dzień w dzień. Potem jakoś mu przeszło.
     Ale za to imprezy były przednie.
Chłopaki przychodzili, na organkach pograli, pośpiewali – niejedna dziewczyna
głowę traciła. Mówić po niemiecku mało kto umiał – jakieś tam półsłówka każdy.
„Lotta kamm – ja zawsze. A ona mówi: Maryja! Ona po swojemu,
ja po swojemu, o: Milch, Saltz, Brot, lieben, schlafen… To najważniejsze
słowa były. Jak się kogoś po prostu lubi, to nie trzeba znać wielu słów, żeby
mu o tym powiedzieć.
     Stypy też się zdarzały. Marysia
pamięta, jak zmarła dwudziestoletnia dziewczyna. Na pogrzeb przyszli Niemcy i
Polacy. Msza była w ewangelickim kościele. Świątynia wielka, z dzwonnicą.
Później wszystko rozkradli. Polacy dywany, Niemcy ławki na opał. Po wojnie tak
bywało. Na pogrzebie dużo osób było.
     Niemcy śpiewali głośno, Polacy
cicho siedzieli. Do komunii tez nie szli, ale byli, płakali. Grób wykopano
wymiarowo, przystrojono gałązkami świerków czy może innymi. Smutno było – jak
to na pogrzebach.
„Wyjedź od najlepszej koleżanki czy kolegi to masz uczucie
bardzo głębokie, głębsze od studni – westchnienie”
     Nadeszły zawiadomienia z gminy,
że Niemcy muszą wyjechać. Każdy mógł zabrać tylko podręczny bagaż. Polacy
odwozili ich na wozach do pobliskiej stacji kolejowej. Ruscy przyjechali.
Zabierali ich meble, cały dobytek. Lotta i inni Niemcy bali się, że wywożą ich
nie wiadomo gdzie, że ich zabiją. Rozstanie było ciężkie.
„Przyszła ona do mnie i mówi auf Wiedersehen. Do
widzenia, moja droga. Ucałowałyśmy się mocno i wywieźli moją Lottę”
     Lotta i Maria spotkały się
ponownie po kilkudziesięciu latach. Tyle było do opowiedzenia, gdyby to jeszcze
człowiek znał język… Obie miały już dzieci, mężów. Marysia pokazała
przyjaciółce, co udało jej się zrobić przez te lata. O złych rzeczach nie
mówiła, bo po co. Tak samo Lotta.
     Poniemiecka parterówka dalej
stoi, jak stała. Drewniany ganek jest trochę
bardziej podniszczony, ale drzwi, do których prowadzi, otwierają się nadal za
pomocą ciężkiej, metalowej klamki. Trudno je otworzyć przyzwyczajonym do
nowoczesnych wynalazków gościom. Na strych prowadzą schody o krętych,
drewnianych poręczach.
II NAGRODA 2002
|