|
|
Gospodarka ekologiczna w komunitaryzmie
ruediger heescher
Gdy w swym niedawnym szkicu wezwałem do szerszego uwzględnienia w naszej dyskusji
treści libertariańsko-anarchistycznych, wiele osób - jak się zdaje głównie
młodych - zwróciło się do mnie z prośbą o więcej informacji na ten temat. Wielu
z nich nigdy o czymś takim nie słyszało. Pytano o szczegóły. Chciałbym jednak
ograniczyć się tutaj do punktu dla nas najważniejszego: ekologicznego
gospodarowania w systemie komunitarystycznym, o którym w USA mówi się już
wprost jako o modelu libertariańskiego anarchizmu i który jest tam już także w
pojedyńczych komunach praktykowany.
Od czasu "zielonego projektu" (początki niemieckiej partii
Zielonych - przyp. tłum.) postawiono gospodarce ekologicznej wiele wymogów. W
trakcie tego procesu powstała też myśl, którą zamierzano urzeczywistnić w dwóch
tysiącach niemieckich miast - bez rezultatu. Określeniem tamtej myśli na
poziomie komunalnym jest Agenda 21.
O co, z "zielonego" jeszcze wtedy punktu widzenia, chodziło
pierwotnie w zamyśle Agenda 21?
Już wtedy było zupełnie jasne, że nie można dłużej myśleć w kategoriach
nieograniczonego wzrostu produkcji ani też kontynuować ustalonych toków
produkcyjnych. Rynek ulegnie kiedyś nasyceniu, nie będą się też otwierały nowe
rynki zbytu, a już na pewno nie na poziomie regionalnym. Należało więc
oczekiwać, że wszystkie przedsiębiorstwa, aby mogły przetrwać, będą musiały
skoncentrować się na innych rynkach zbytu; kapitalizm zależny jest bowiem od
inwestycji i ekspansji. Bez wojen nie byłoby możliwe podbijanie nowych rynków
ani też inwestowanie w powojenne procesy ich odbudowy. Już wtedy był to
jednomyślny pogląd pokaźnej części światowej społeczności. Mówiła o tym lewica
i doskonale wiedziała to prawica; ci drudzy jednakże temu zaprzeczali, gdyż
udawało się jeszcze zachować pozory tego, że dzięki racjonalizacji i
agresywnemu marketingowi można będzie wszystko utrzymać w obecnej formie. Teraz
jednak widać, że racjonalizacja i najbardziej nawet agresywny marketing nie
umożliwiają prowadzenia gospodarki przynoszącej zysk i podlegającej ciągłemu
wzrostowi, który w pewnym stopniu pozwala na utrzymanie stabilnych układów
społecznych.
Przypatrujemy się więc teraz efektom kapitalistycznego gospodarowania i
większość z nas dziwi się, dlaczego już to nie funkcjonuje. Nawet w obrębie
wielkich lewicowych formacji nie ukrywa się zdumienia wobec obecnego stanu
rzeczy i chyba nie pamięta się już o pomysłach i wymogach, jakie w latach
70-tych i 80-tych były treścią alternatywnego gospodarczego rozumowania.
Jakaż to zatem idea kryła się za tym ładnie brzmiącym, obcojęzycznym słowem
Agenda 21?
Otóż było nią dokładne przeciwieństwo idei neoliberalnej globalizacji. Jej
przejawem jest komunitaryzm, praktykowany w nielicznych wioskach i miastach
USA, będących dobrym przykładem na jej udane urzeczywistnienie. Nie chodzi
tutaj o podważanie marksistowskiej teorii wielowartościowości, lecz o
ekologiczne, solidarne gospodarowanie, które w ostatecznej kalkulacji byłoby
bardziej efektywne i które służyłoby dobru objętego nim społeczeństwa. Dla
bliższego wyjaśnienia kilka przykładów.
Jest rzeczą niezrozumiałą, dlaczego podstawowe artykuły żywnościowe, jakie
produkowane są w każdym regionie, muszą być rzucane na szeroko rozumiany rynek
europejski. Dlaczego np. mleko z "Muensterland" musi być dostępne
nawet konsumentom w Austrii albo Bawarii? Czyżby Bawarczycy sami nie
produkowali wystarczająco dużo mleka? Czy może mleko w Bawarii nie jest
wystarczająco dobre, i dlatego trzeba tam sprowadzać mleko z okolic Muenster?
Tak chyba raczej nie jest. Dlaczego więc nie wystarcza rozprowadzanie mleka z
"Muensterlandu" w okolicach Muenster, tak samo jak mleka z Bawarii, w
Bawarii? Już podczas transportu w chłodniach trwoni się bardzo dużo energii, no
i zanieczyszczanie środowiska przez jeżdżące tam i z powrotem ciężarówki jest
równie ogromne. Wszyscy znamy przepełnione autostrady, gdzie prawym pasem
przeciąga nieprzerwany rząd ciężarówek, na lewym zaś ruch dławi się i co i raz
tworzą się korki.
Czy jest też konieczne, aby regionalne produkty były
"uszlachetniane" gdzie indziej? Kraby z Morza Północnego były od
stuleci wyłuskiwane i rozprowadzane na miejscu. Najczęściej robiły to
gospodynie domowe, które jeszcze przed dziesięcioma laty mogły sobie w ten sposób
zarobić dodatkowe 10 marek za godzinę. Teraz kraby są przewożone w chłodniach
bezpośrednio do Polski i tam dopiero wyłuskiwane przez polskich robotników.
Następnie wyłuskane kraby przewożone są znowu na wybrzeże północne i stamtąd
rozprowadzane dalej. Nie jest jednak już tak, że są one przeznaczane na rynek
regionalny, lecz jako german shrimps transportuje się je samolotami nawet do
USA; choć przecież USA same posiadają ogromną Shrimps Industry, pragnącą
sprzedawać swoje produkty na rynku niemieckim. Czy kraby z Niemiec są tak
dobre, że Amerykanin uważa, że miejscowe nie dorównują im jakościowo? Cena za
pół kilo każe tak przypuszczać - jest jednak inaczej -, po prostu Amerykanie są
sprytni i wymagają za tego rodzaju produkty wysokich ceł. Sugestywne reklamy
wzbudzają potrzeby, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Każdy wie, że
amerykańskie kraby są tak samo dobre, jeśli nawet nie lepsze, bo bardziej
świeże niż kraby importowane z Niemiec. Chodzi tu zatem o nonsens, który nie
przynosi ludziom żadnego pożytku, a jedynie coraz bardziej obciąża środowisko
naturalne i przyczynia się do nieprzerwanego wzrostu zapotrzebowania na
energię. Shrimps Industry w USA, ale także w Niemczech, jak najbardziej
dostrzega, że w efekcie tego szaleństwa wyławia się nazbyt wiele i że właśnie w
skutek nadmiernego wyławiania populacja krabów (i inne zasoby rybne) prędko się
zmniejsza; niemniej kapitalistyczny przemysł zdany jest wszak na przyrost
rynków zbytu i musi też wciąż rozszerzać własne rynki. Nie jest to
gospodarowanie długoterminowe, lecz krótkotrwała gospodarka rabunkowa. Wszystko
to znane było już w latach 70-tych i 80-tych i chciano położyć temu kres; tak
się jednak nie stało.
Podobnie wygląda sprawa z warzywami, przy czym dzisiaj, choćby tylko ze
względu na ceny, zmuszeni jesteśmy do kupowania warzyw sezonowych, pochodzących
z własnego regionu. Ujawnia się tutaj praktycznie, że odbiorca końcowy znowu
dostrzega zasadność kupowania szparagów w sezonie "szparagowym" i
widzi, że nie ma konieczności kupowania ich już wczesną wiosną. Jest to
postępowanie naturalne, jakiego nie da się wmówić żadną "nową
potrzebą". No bo komu są tak naprawdę potrzebne szparagi już na wiosnę?
Wedle kontrargumentacji wywodzącej się z obozu neoliberalnego, odbiorcy
należy pozwolić decydować samemu o tym, czy woli on kupić mleko z
"Muensterland", czy z Bawarii. Decydują prawa rynku i to one właśnie
tworzą równowagę; ma ona niby wynikać sama z siebie, jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki. Konkurencja jest gwarancją niskich cen, i tym samym
jest ona dla końcowego odbiorcy czymś dobrym. Brzmi to całkiem nieźle, ale jest
z doświadczenia błędne: powoduje, że wiele innych walorów naszego życia ulega
marginalizacji. Ponadto podatnik musi płacić za budowę nowych sieci dróg,
rozbudowę nowych sieci dostarczania energii przez centralnie zorganizowanych
dostawców, jak w przeszłości w przypadku elektrowni atomowych (według ustawy
uchwalonej po zmianie rządu w 1998 r. i utworzeniu koalicji SPD/Zieloni w
Niemczech nie będą budowane nowe elektrownie atomowe, zaś istniejące mają
zostać wyłączone w ciągu najbliższych 30 lat - przyp. tłum.) oraz za usuwanie
skutków zanieczyszczenia środowiska itd. Cierpi na tym również osobiste
poczucie jakości życia, która to, w obliczu zwiększającego się ruchu na
drogach, związanego z tym hałasu i śmierdzącego spalinami powietrza, ale też
wobec powodowanych w ten sposób zmian klimatycznych, które mimo katalizatorów
wciąż postępują (emisja CO2), ulega ciągłej degradacji.
Komunitaryzm pozostaje natomiast na usługach zaopatrzenia regionalnego,
autonomicznie decyduje się tutaj zarówno o zaspokajaniu zapotrzebowania
podstawowego, jak i zapotrzebowania w energię, takoż o wszelkiej produkcji. W
każdej komunie istnieje możliwość uniezależnienia się od energii atomowej i
innych centralnych oferentów. Jest rzeczą możliwą, że każda komuna zdolna
będzie autonomicznie wytwarzać energię przy pomocy wiatru, słońca, wody lub
innych odnawialnych źródeł. Wszystko to jest możliwe i jako takie winno też być
forsowane oraz wspomagane akurat przez nasz obecny rząd. W wyniku liberalizacji
rynków energii elektrycznej szanse te są coraz bardziej zaprzepaszczane.
Elektrownie miejskie nie mogą już nawet śnić o własnej konkurencyjności i
wzmożonym inwestowaniu w nieszkodliwą dla środowiska produkcję energii. Wcześniejsze
zyski elektrowni miejskich, które miały być zasadniczo przeznaczane na
rozbudowę (pod)miejskich sieci transportu osobowego, ustały. Tym samym
transport osobowy przeistoczył się na szczeblu komunalnym w wielką finansową
czarną dziurę, co jest powodem tego, że miasta starają się uwolnić od tych
"służb" i prywatyzują je, względnie sięgają do pewnego bardziej
wyrafinowanego wariantu prywatyzacji: Cross Border Leasing. Jakiś, dajmy na to
amerykański, koncern albo bank, kupuje ze względów podatkowych np. sieć
tramwajową, aby później udostępnić ją miastu w formie leasingu. Komunalne kasy
zapełniają się przy tym milionami euro, ale sieć tramwajowa, która wcześniej
uznawana była przez społeczeństwo za wspólną własność, nie stanowi już
własności komunalnej.
Podstawowe zaopatrzenie w żywność od dawna nie jest już kierowane
regionalnie przez spółdzielnie, lecz centralnie przez przemysł chemiczny. W nie
tak bardzo odległej przyszłości hybrydyzacji ulegną wszystkie zboża: będzie je
można zasiać tylko jeden jedyny raz, zaś na siew następny trzeba będzie kupić
nowe. Nasiona zhybrydyzowanych zbóż nie nadają się już bowiem do ponownego
wysiewu. Wszystkie te modyfikacje genetyczne oczywiście tylko po to, aby
uzyskać większą odporność przeciw szkodnikom, rzecz jasna przy uwzględnieniu
trucizn umożliwiających racjonalizację monkultur i produkcji przemysłowej.
Doprawdy? Nie trzeba tutaj mówić o tym, jakie negatywne konsekwencje mają
podobne działania dla środowiska naturalnego. Do tego dochodzi jednak jeszcze
jeden wielki problem. Rolnicy staną się znowu chłopstwem pańszczyźnianym - tym
razem w służbie przemysłu chemicznego (lub siostrzanych firm Nestle). Takie
uzależnienie zaczęło następować już wcześniej - wraz ze stopniowym
wprowadzaniem sztucznych nawozów, pestycydów i fungicydów, teraz jednakże,
właśnie za przyczyną nowych gatunków zbóż, stanie się ono ostateczne. Rolnicy,
gdy raz zwiążą się umowami, nie będą się już mogli wydostać ze spirali
uzależnienia. A jeśli nawet, to tylko poprzez powrót do starych gatunków zbóż,
które nie są tak wydajne i co za tym idzie, przynoszą znacznie mniejszy zysk.
To niebezpieczeństwo ma zostać jednak zażegnane, miejmy nadzieję, przez nasz
obecny rząd: planowane jest zwiększenie podaży produktów ekologicznych.
Co z tego wyniknie, pokaże czas. Związek Rolników stanowi silne lobby wobec
przemysłu chemicznego i nie jest łatwo przeciw niemu występować. Jak do tej
pory zdaje się tam jednak zauważać brak woli do intensyfikacji regionalnego
rozprowadzania produktów rolnych. Problem ten pozostaje więc nadal adoptowanym
dzieckiem czerwono/zielonego rządu, który wzdraga się działać wbrew
neoliberalnej doktrynie.
Tych kilku spółdzielczo zorganizowanych rolników (ekologicznych lub nie),
którzy starają się rozprowadzać swoje produkty regionalnie, walczy jeszcze o
przetrwanie, które możliwe jest albo poprzez żądanie wygórowanych cen, albo
poprzez zadowolenie się egzystencjalnym minimum. Jednakże większość wcale się
za to nie bierze i koncentruje się raczej na ekstensywnej hodowli bydła oraz
zdaje się na subwencje rolne Unii Europejskiej, które notabene po przyjęciu
dziesięciu nowych członków na pewno ulegną ponownemu zmniejszeniu. Tak więc
również te gospodarki skazane są na upadek.
Na koniec, może nawet już za kilkanaście lat, nasze podstawowe potrzeby
żywieniowe zaspokajane będą wyłącznie przez Nestle/przemysł chemiczny.
Wszystko to nie jest scenariuszem do jakiegoś filmu grozy, lecz już dzisiaj
realną rzeczywistością.
z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszynski)
|