|
|
Konwersja
jędrzej morawiecki
1. ODWILŻ
     Nie wiem, dlaczego Igorowi zależało tak bardzo
na spotkaniu z Saszą. Nie powinien o nim wspominać. Sasza wyleciał z Góry, nie
mieszka już w mieście, tylko w Żarowsku – wsi oddalonej od centrum sekty o
dzień forsownego marszu. Nie jest szczęśliwy. Nie tryska zdrowiem. Nie pasuje
do kolorowych folderów wspólnoty.
     A jednak Igor mówił o Saszy wielokrotnie. Biegał po
ścieżkach Nowego Jeruzalem, oprowadzał po Mieście grupy dziennikarzy,
inspekcje, pielgrzymów. Kontrolował prawidłowość marszruty gości i powtarzał z
werwą turystyczne opowiastki o syberyjskim Chrystusie. Ale pewnego dnia zamilkł
na chwilę, skręcił za drewnianą budę internetowej kafejki, napędzanej
dieselowskim generatorem. Powiewał płaszczem idąc pośpiesznie przez
paprocie. Stanął w końcu na jakiejś
zawalonej topniejącym śniegiem ścieżce i spytał po raz kolejny:
- Pamiętasz z kim musimy się spotkać latem, kiedy znów tu przyjedziecie?

zdjęcie, maciej skawiński
     Igor ma piękną, uduchowioną twarz. Z oczu bije
charyzma i głębia wszechświata. Kiedy go jednak lepiej poznać, dostrzec można w
twarzy Igora aktorską grę, piętno zawodu. Widać, jak były aktor dramatyczny
poleruje eksportowy obraz wspólnoty, zastyga w uśmiechu wycieczkowego
przewodnika.
     Kiedy po raz pierwszy dostrzegłem na twarzy Igora
maskę cenzora, obraz sekciarza stracił wyraz. Mądrość i światło zdawały się
blaknąć pod skorupą indoktrynacji.
     Gdy jednak spytał po raz kolejny o Saszę, ujrzałem w
masce pęknięcie. Przez szczelinę biło światło, którego nie rozumiałem.
     Po chwili Igor odwrócił się, roześmiał rubasznie i
ruszył przez Miasto śpiewając hymny na cześć Pana.
2. WIOSNA
     Drzewa rozkwitły przed
matczynym blokiem. Niedawno jeszcze wielka płyta sterczała czarnymi, smutnymi
kikutami kasztanów i bzu. Teraz parkowa woń miesza się ze smogiem i zapachem
znad fińskiej zatoki, forsuje ciepłem otwarte, plastykowe okna i zalewa kuchnię
matki.
     Matka ociera łzy i smaży
Igorowi wegetariańskie placki. Chłonie wiosenne powitanie, niedawne radosne
krzyki na podwórku, płacz rozłąki, wzruszenie krótkiego spotkania.
     W pralce obok zlewu wiruje
chiton syna. W petersburskim mieszkaniu przedobiednia cisza. Igor czyta Słowo.
     Wcześniej, po wejściu do domu, syn wyciągnął kasety,
usadził matkę i sąsiadkę przed telewizorem, zamotał się przy pilocie, zawiesił
na reklamie „apdżimnik. Lektor z telezakupów
krzyczał: - Mała maszynka zmusza wasze mięśnie do skurczów i rozkurczów do stu
razy na minutę. Ten fitness naprawdę działa i daje waszym gładziakom i pręgowańcom
porządny wycisk! Jest tak wygodny i praktyczny, że możesz użyć go wszędzie:
kiedy czytasz, siedzisz w domu, pracujesz przy komputerze, albo po prostu
oglądasz tv.
     Igor tłumaczył zaś, że odwykł od cywilizacji i
bezradnie wpatrywał się w gumową klawiaturę. Matka wyciągała mu pilota z rąk.
Sąsiadka siedziała na kanapie, doradzała. W końcu kaseta z Nowego Jeruzalem
ruszyła. Rozgrzany pokój wypełnił się kiczem, wizją raju, reklamą Miasta w
sercu tajgi. Matka z sąsiadką kręciły głowami, patrzyły na cudne wodospady,
zachody słońca, na błękitne oczy Nauczyciela, na duchowego przywódcę bujającego
się na ogrodowej huśtawce, obejmującego dzieci, głoszącego Słowo, co spływa na
duszę i przewraca wewnętrzne światy Rosjan szukających wiary.
     Igor powtarzał folderową wizję,
śmiał się, milkł patrząc na ogień ze świątynnej góry, na swego Zbawiciela w
czerwonym płaszczu. Powtarzał za Nauczycielem słowa kazania, opowiadał o
codziennym życiu, o boskim trudzie i mozole. O tym, że Nauczyciel wiele
zdziałał w ostatnim roku. Został na przykład członkiem Akademii Duchowej
Jedności Narodów Świata. Tylko świadectwa nie dostał. Ale jeździł za granicę. I
napisał list do prezydenta Rosji! Wielka rzecz: Chrystus zwrócił się do Putina.
Odpowiedzi na razie nie ma.
     Igor opowiadał, matka uśmiechała
się, sąsiadka Larysa wypytywała o szczegóły, a kobieta przystrojona w wianek z
kwiatów mówiła z ekranu:
- Krocząc tą drogą zyskałam to, o czym zawsze marzyłam, o czym
marzyli i inni. Szukałam tego w różnych pismach filozoficznych, u różnych
nauczycieli i kiedy złożyła się ta mozaika pojmowania czegoś, mozaika tego, co
nierealne, lecz co porusza całym człowieczeństwem... Kiedy poznałam
Nauczyciela, puzzle złożyły się w całość.
- Jak to pięknie pomyślane – rzuciła matka, chociaż być może
chciała mówić co innego, może chciała spytać, powspominać, zostać z
synem sam na sam. Ale jakoś tak się to wszystko ułożyło, że najpierw Igor
komentował kasetę, potem rozkładał na stoliku prospekty ze zdjęciami wspólnoty,
kiedy zaś Larysa wyszła, rozmowę przykryła codzienna krzątanina.
     Matka stoi więc sama w kuchni,
przekłada placki i patrzy przez okno. Igor zaś zapala w pokoju świecę, zlewa
się w modlitwie z żywym Nauczycielem. Podczas obiadu wspomina tylko, że miał
przywieźć dziesięć butelek oleju cedrowego, sprzedać produkty sekty. Fiedia
Łosiew specjalnie te butelki przygotował. Ale Igor biegł do autobusu
pięćdziesiąt kilometrów i zawalił. W jeden dzień przeszedł leśny dukt, zdarł
buty i kiedy wsiadł do „PAZ-a”, skłonił głowę w kapturze na drgającej szybie i
obudził się dopiero na rejonowym dworcu w Kuraginie. A wioska, w której bracia
produkują balsam – pozostała po drodze w tyle. Fiedia poszedł pewnie wieczorem
na sesję radiostacji, próbował wyjaśnić sprawę, w końcu zrozumiał, że butelki
pozostaną w tajdze.
– Takie życie nasze – wzdycha Igor i wychodzi z domu, by
pogrążyć się w jasnym, rozwrzeszczanym Petersburgu.
***
     Centrum „Nowy Świat” stoi z dala od
szerokich prospektów i tętniących życiem stacji metra. Pozbawiony tabliczki
budynek tkwi wśród ceglanych bloków i dyskretnie wchłania szukających wiary.
Członków wielu sekt, organizujących w budynku duchowe spotkania, witają
portierzy o stalowych oczach. Smutni szwajcarzy znają również Igora. W
milczeniu wpuszczają go na piętro.
     Na
pierwszym piętrze – w sali pociągniętej olejnicą koloru chałwy – trwa
spotkanie. Pięćdziesięciu wyznawców czeka na łącznika, na brodatego stalkera
spinającego świecki świat z Zoną - jądrem lasu. Igor wita zebranych, śmieje się
głośno, opowiada najnowsze nowiny z Zony. Później zaczynają się pytania.
Kobieta ze szczerą twarzą aktywistki próbuje rozstrzygnąć problem ezoteryczny:
jedna z wyznawczyń jednoczy się w modlitwie z Bogiem zamiast z Nauczycielem,
omija więc pośrednika. Igor denerwuje się, domaga konkretów, nie rozumie
pytania. W końcu stwierdza, że rozróżnienia w istocie nie ma: i tu jest duch i
tam – co za różnica, z kim się zjednoczysz? Potem informuje zebranych, że w
Zonie Nauczyciel zawiesił wioskowe zebrania moralno-etyczne: - Wszystko
dlatego, że kolektywne spotkania zmieniły się w sąd. Nieprawidłowo rozpatrywano
rodzinne sytuacje. Bracia i siostry wpędzani byli w nielekki stan psychiczny. W
trakcie publicznej spowiedzi i samokrytyki siedzieliśmy wokół nich jak
prokuratorzy. Dlatego teraz wszystko będzie się dziać pod kontrolą Nauczyciela,
z pomocą rąk najbliższych jego uczniów. Wszystkie zebrania wiosek odbywać się
będą w obecności chłopaków z Góry: Wołodii Kiszyniowskiego, Saszy Starowierowa,
Wadika i mojej – kończy Igor. Sypią
się kolejne pytania: o wybory duchownych, o przeniesienie kapłana z wioski na
estradę, do pionu rozrywki, o relacje między mężczyzną a kobietą... Nad
ostatnim zagadnieniem Igor rozwodzi się szeroko: - Był ostatnio na
Górze przypadek naruszenia. Mąż pozwolił iść żonie na tańce. Postawił jednak
warunek: masz wrócić o ósmej wieczorem. Kobieta się roztańcowała, wróciła o
dziesiątej. Złamała więc nakaz męża. Małżeństwo podzieliło się na zebraniu
domowym problemem – prosiło o radę. Bracia i siostry dyskutowali, spierali się,
w końcu przekazali pytanie do Nauczyciela. Ten przysłał przez uczniów jasną
odpowiedź: krnąbrna kobieta musi opuścić Nowe Jeruzalem. A mężczyzna – jeśli
bierze za nią odpowiedzialność – winien odejść razem z nią. Takie jest prawo.
Tak postępować trzeba.
Wyznawcy kiwają głowami. Zebranie trwa do wieczora.
Później Igor żegna służbistów u wejścia, zanurza się na powrót w Petersburg.
Miasto lśni reklamami, komercją, barwnymi pochodami religijnych ugrupowań, agitacją
New Age. Stalker maszeruje alejami, błyska gwiaździstym chitonem, miesza się w
tłum krisznaitów, wchodzi na koncert baptystów, udziela wywiadu, rozdaje
foldery...
W mieszkaniu krzepnie herbata z konfiturami i kwiatem bzu.
3. ŻNIWA.
     Lato jest wyjątkowo gorące. Tajga dyszy
czterdziestostopniowym upałem. Ale urodzaj ma być dobry. Starzy sekciarze
wrośli w ziemię, mimo że w połowie lat 90., kiedy niesieni religijną ekstazą
zasiedlali upadłe kołchozy i wymarłe na wpół osady, nie wiedzieli w większości
niczego ani o tajdze, ani o uprawie.
     Sasza podlewa kwiaty. Idzie przez
ciepły ogród z konewką i przemawia do ukochanych róż. Były wojskowy lotnik
porusza się z trudem. Strzelił mu kręgosłup, nogi odmówiły współpracy. Może
organizm ugiął się pod ciężarem dawnych forsownych lotów? A może nie wytrzymał
surowej, wegańskiej diety, której przestrzegali jeszcze kilka lat temu
pionierzy sekty? Może ciało nie sprostało wymaganiom ducha?
     Sasza zapisał sobie kiedyś w dzienniczku: „Całe
życie będziesz z niebiem”. I kiedy ujrzał Nauczyciela, porzucił rozpadającą się
rosyjską armię i poszedł w las, by budować „chrystusowe” miasto. Nosił po
kilkanaście kilometrów worki z cementem. Rozgarniając kolejne chmury komarów i
meszek czuł, że dotyka niebios.
     Nauczyciel zatwierdził wtedy plan Centrum.
Czternastu pionierów pogrążyło się w radosnym trudzie. Obalili drzewa w
promieniu trzydziestu metrów. Postawili słup, na nim trójkąt, wewnątrz krzyż.
     Pracowali jak pszczoły. Nie było pieca. Do namiotu
wkradał się wrześniowy mróz, dochodził już do dwudziestu ośmiu stopni. Grzali
się przy jednej świeczce. Byli twardzi i pewni wiary.
     Później Sasza został nadwornym
ogrodnikiem. Pielęgnował Centrum, obsadzał modlitewny krąg różami, ulubionym
kwieciem Nauczyciela.
     A potem – złamany chorobą i rodzinnym rozdarciem -
dostał od Nauczyciela mądrą podpowiedź. Zapłonął rozpaczą,
zdusił wątpliwości i zgodnie z wolą Góry opuścił Miasto. Świat Saszy skurczył
się do przydomowego ogródka.
     Sasza mija
w milczeniu rodzinę. Patrzy na córkę, która poszła za nim do sekty, mimo
strachu, mimo obiekcji żony, która marzyła o mieszkaniu nad Morzem Czarnym, o
wojskowej emeryturze i klarownym życiu.
Sasza odstawia konewkę i przechodzi obok żony, skrytej w rozłożystej, starusieńkiej
chacie. W chatynce, której niedoszła mieszkanka Krymu wstydzi się tak bardzo, w
której milczy i kłóci się z mężem.
     Przechodzi Sasza koło zięcia –
zrzucającego z przyczepy kloce drewna. Sasza nie wie co powiedzieć. Kiwa więc
tylko głową, poprawia kostur i rusza dalej. Bo o czym z zięciem gadać? Dima
trochę mieszka w chacie z córką, trochę u „Nowego Ruskiego”, młodziaka spoza
sekty, który się skądś w Żarowsku pojawił i dał Dimie traktor „czterdziestkę”.
Teraz zięć Saszy buja się ciągnikiem, wykupuje powoli od dobroczyńcy maszynę i
wywozi tajgę w świat. Saszę cała sprawa boli, próbował Dimkę uświadomić. Ale
Dima wierzy bardziej swojemu nowemu szefowi. A ten obiecał mu, że znajdzie zbyt
na 150–200 kubików drewna, sprzeda je Chińczykom. Sasza pogrąża się w
modlitwie, ale na ziemi stoi twardo: wie, że działka jest limitowana, legalnie
takiej fury drewna nie wytniesz. Mija więc zięcia w milczeniu, zmieszany, nie
wie, jak się zachować. Bo Dima wszedł do ciemnej, świeckiej gry. I próbuje w tę
grę wciągnąć i Saszę. Potrzebna mu działka, papiery na limit, by pokryć choć
część surowca. Sasza kroczy drogą Prawdy, ale nie chce Dimy straszyć, nie chce
by ten się odwrócił. Milczy więc, rozdarty między sekciarską wiarą a interesem
rodziny.
     Staje na skraju lasu. Myśli o lokalnej
drzewnej pseudomafii, o milczeniu w chacie, o własnej chorobie, o dalekim,
zanurzonym w tajdze, Chrystusowym mieście. O kwiatach w miejskim ogrodzie. O
Igorze, ciągnącym ze świata. Igorze, z którym Sasza tak bardzo chce się
spotkać.
***
     - Dobra herbata!
     Gospodarz kiwa głową. Igor doszedł do Ludy i Toli
Puchariewa wieczorem. Sił na rozmowę zostało niewiele. Próbuje jednak zagaić
gospodarzy: pyta o ilość krów we wsi, o budowaną szkołę, o zebranie, które miał
obserwować. Puchariewowie stawiają jednak na stół ciastka i mówią skąpo. Krów
we wsi mało, szkoły nie ma kto budować, każdy zabezpiecza swój byt, zamiast
tworzyć religijny kolektyw. Może duch siadł, może okres przejściowy? Gospodarze
nie wiedzą – podobnie jak nie mają pojęcia, dlaczego nikt nie przyszedł na
zebranie, które Igor miał kontrolować. Oni sami wyszli z rodziny wioskowej, na
zebrania nie chodzą.
- A Sasza jak tam? Wiecie co u niego? – pyta
w końcu Igor.
Luda i Tola patrzą na siebie w milczeniu, kładą na stole cedrowe szyszki, które
strząsnęli dziś z drzewa na wzgórzu.
- Saszy jest ciężko – mówi w końcu Tola. – Na razie jest mu bardzo ciężko.
Potem słychać już tylko siorbanie i trzask cedrowych
pestek. W chatynce siedzą w milczeniu trzy bajkowe postaci: brodaty, zdrożony
stalker w chitonie i dwójka leśnych ludzi z Primorskiego Kraju – ludzi o
wąskich, rzeźbionych twarzach i miękkich, dobrych oczach. Ludzi z własnym
światem mieszczącym w sobie słoneczniki w ogródku, rozmowy z wnukiem, co bodaj
nigdy nie widział świeckiego miasta, brzozowe pudełka wyrabiane wieczorem przy
mikroskopijnej żaróweczce, stosy harlequinów czytane przez Ludę, pokłady kaset
z sensacyjnymi filmami, pochłaniane przez Tolę. No i piłę benzynową, którą
dostali od jednej Niemki, w zamian za poprzedni dom, który również sami
postawili, ale nie mieli pieniędzy, by zapłacić za odbiór budowy. Oddali dom,
sami przenieśli się do przytulnej, choć malutkiej łaźni. Proza życia – wioska
miała zgodnie z poleceniem Nauczyciela wyjść z systemu pieniądza, ale monetarna
jednostka przygniotła marzenia. Przynajmniej na jakiś czas.
- Wracam
ze Świata i czuję tu prawdziwe życie – mówi nagle Igor. – Tam już życia nie ma.
Wszyscy się postarzeli, wszyscy pogrążeni w marności, pośpiechu, zgiełku. Tam
już nie ma po co jechać.
Tola uśmiecha się łagodnie i chowa policzek w spracowanej dłoni. Potem wstaje,
poprawia klemy na akumulatorze i uruchamia wideo. Zamiast rozmowy proponuje
wieczór z Dżeki Czanem. Igor wspomina coś na wpół żartobliwie o szkodliwości
filmów Świata Zewnętrznego, siada jednak na kanapie. Tola kontroluje
woltomierz. Kaseta idzie w ruch.
     Być może Tola myśli o Ludzie, o tym,
jak mówiła nieraz o wyjeździe z sekty, gdziekolwiek bliżej Świata, bliżej
elektryczności. Może myśli o tym, jak pierwszy raz ujrzał Nauczyciela na
kasecie wideo, o momencie olśnienia, o tym szepcie duszy: „to zaprawdę jest
Chrystus”, po którym całe życie zmieniło bieg. Rodzina była przygotowana do
przyjęcia Dobrej Nowiny, Tola już wcześniej czytał odpowiednie pisma,
ezoterykę, poszukiwał samodzielnie wyjścia dla Wszechświata. Później jednak
kolonizacja syberyjskiej wspólnoty odbiła się na zdrowiu, zaczęło być ciężko. W
końcu w Świat wyjechali na powrót młodociani synowie, jeden siedzi u krewnych
na Ukrainie, drugi na Białorusi. W Nauczyciela nie uwierzyli. Każdy ma swoją drogę.
     Tola mógłby Igorowi opowiedzieć o swoim
rozumieniu słów Nauczyciela, o wątpliwościach tyczących roli kobiety, o tym, że
nie wierzy, by Nauczyciel chciał, by wierni tworzyli małżeńskie trójkąty. Nie wierzy w to
mimo wieści, które przychodzą z Góry. Mógłby Igorowi opowiedzieć o
własnym, małym świecie, o marzeniu, by postawić obserwatorium dla miejscowych
dzieci. Bo wieżę astronomiczną budował, zanim jeszcze poznał Nauczyciela. Teraz
chce powrócić do dawnego pomysłu. Chce unieść ludzi z wioski bliżej gwiazd.
Tola mógłby mówić wreszcie o duchowym spokoju, o drzewach. Albo o zdrowiu
psychicznym, o które trzeba w sekcie tak bardzo dbać. Kiedyś opowiadał ciągle
żonie o latających spodkach, które widzi nad domem. A potem zrozumiał, że tu
nie można mówić zbyt wiele. I że trzeba pilnować własnych myśli – bo w sekcie
są wielkie napięcia, ogromny umysłowy wysiłek. I nietrudno o nieszczęście.
     Po ekranie skacze Dżeki Czan.
***
     Drzewa
pochylają się nad drogą, zamykają niebo mieszaniną brzozowych liści i igliwia.
Nogi grzęzną w błotnistych koleinach, podeszwy mlaszczą, nogawki chłoną wilgoć.
Droga wdziera się w ujarzmioną, skolonizowaną tajgę. Z lasu wyglądają jednak
czasem borsuki, gdzieś wyżej krzyczy drapieżny ptak. Po kilku godzinach drzewa
zaczynają gadać, zarastają skłębione myśli, rozbujane pod czaszką forsownym
marszem. Mimo bólu w pękniętym żebrze, mimo nazbyt obfitego jak na tę porę roku
błota – jest w samotnym marszu coś intymnego i ważnego. Jest spokój i Zona.
Inna niż ta, której można doświadczyć w jeździe ciężarówką wypakowaną po brzegi
pielgrzymami.
     Igor przetacza pewnie w głowie kłąb
myśli, wspomnień, urywków zdań z Pitra. Idzie do kolejnej wioski.
***
     Tola Pszenaj nie obejrzy dziś koncertu Wołodii
Kapunkina. Kiedy usadowił się na fotelu w wioskowym klubie i zaczął słuchać
występów zdegradowanego duchownego, który nosi teraz czarny kapelusz i śpiewa o
błękitnym żółwiu – wtedy właśnie na salę wszedł dawny przyjaciel, twardy
pionier Czasu Euforii. Tola wstał więc, Igor objął ostrożnie półnagiego
towarzysza, ten zarzucił na jedno ramię płócienną koszulę i ruszyli razem ze
świetlicy w stronę domu.
     Teraz Pszenaj rzuca kotu kawałki ogórka, a Igor
opowiada o wyjeździe, mówi, że agitował matkę, że ta skłania się już do
przenosin w tajgę. Tola kiwa głową, mówi:
- Tak, dojrzeć do wyjazdu to niełatwa sprawa. Pamiętasz jak ze
mną było? Odrzuciłem wszystko: posadę prezesa białoruskich kolei, perspektywy
na ministerialny fotel u Łukaszenki, zagraniczne wyjazdy po technologię,
bankiety, awantury, które tak kochałem. Twarz Chrysta w pałacu kolejarzy
odwróciła wszystko. Jechałem tu, ochrzcili mnie w jeziorze, myślałem, że będzie
jak w Raju. Wiara pionierów, neoficka wizja arkadii, a tutaj, słuchaj, chrzest
ogniowy. Najpierw kleszcz mnie ochrzcił... Układ nerwowy naruszony. Dawni
znajomi pomogli ogromnie, faszerowali, czym zdołali. Niemieccy, austriaccy
kolejarze najlepsze lekarstwa zdobywali. Proces udało się zahamować. Ale czułem
ciągle, jakby mnie opiekali na ognisku. Ból niewiarygodny. Miesiąc, potem
drugi, rok, następny... Lekarze mówili mi, że z tą chorobą żyć się nie da.
Pacjenci nie wytrzymują bólu, żadne lekarstwo nie pomaga.
- Narkotyki także nie? – rzuca Igor siorbiąc pokrzywę.
- Tego nie proponowali. Nie byłem w stanie leżeć, siedzieć. Mówili mi, że nie
wytrzymam psychicznie i jak inni dobrowolnie porzucę życie. Wszyscy się za mnie
modlili. I ja modliłem się bez przerwy, całymi dniami. A potem zrozumiałem, że
w Świecie Zewnętrznym mi się nie polepszy. Ciągnęło mnie tutaj, mimo że sił nie
starczało. Kiedy ból był lżejszy, wsiadłem w pociąg, przyjechałem. Na Górę
wrócić fizycznie nie mogłem. Żyłem w wiosce na skraju tajgi. A potem przyszła
poprawa. Najważniejszy moment, to skrucha za wszystko co wyczyniałem. Zdarzył
się cud. Obudziłem się, jak nowo narodzony. Jestem coraz aktywniejszy.
Przeniosłem się do wioski bliżej Góry. Zacząłem pływać w rzece. Tylko koszuli
ciągle założyć nie mogę. Ale Bóg da, niedługo wszystko będzie jak trzeba.
Kiedyś bałem się śmierci, teraz wszystko odeszło. Tak... Narodziliśmy się na
nowo.
- Tu szkoła porządna – mówi Igor wpatrując się w lśniący portret Nauczyciela.
- Jechaliśmy tu w takiej euforii... – powtarza Pszenaj.
- Słuchaj, a ona ciągle te ogórki żre? – pyta Igor wskazując na puszystego kota.
- Gryzonie też wcina. Ale najbardziej lubi ogórki i kabaczki. A myszkami się raczej bawi.
Łapie je, wrzuca do izby i biegają po domu.
- A zimą jak? Bez myszy wytrzymuje?
- Wcina solone ogórki.
- Sierść ma w zimie dobrą?
- W porządku. Czasem kupujemy jej rybę i gotujemy z kaszą. Czasem mleka... No
widzisz, już pół ogórka zeżarła.
     Pszenaj głaszcze kota, dokłada pod kuchnię, milczy.
Myśli może o urodzaju, o swojej socrealistycznej wizji wspólnoty, o ukochanych,
kolorowych zdjęciach przepełnionych kwieciem, śmiechem dzieci i
podretuszowanymi wizerunkami Nauczyciela. Pszenaj oddał sekcie serce i duszę –
dawny świat zostawił za sobą. Nie akceptuje czarno-białych portretów,
zamyślonych twarzy, zdjęć błotnistych dróg, jakie robią czasem korespondenci
wjeżdżający do Zony. Nie przyjmuje niczego, co kojarzy się ze smutkiem,
melancholią. Bo na zewnątrz Zony wydostawać się powinna jedynie informacja
pozytywna i słoneczna – tak przykazuje Nauczyciel.
     Tola ma jednak w sobie prócz żołnierskiego
posłuszeństwa głęboką wiarę, duchowość, którą można poczuć, lub nie, która
jednak podskórnie z byłego prezesa kolei emanuje. Nie trzeba wiedzieć o słupie
energii, która go trzasnęła z góry, która uderzyła w głowę i spłynęła po ciele,
kiedy szedł przez las. Nie trzeba słuchać Nauczyciela, który to zdarzenie
wyjaśniał z pomocą pamięci komórek i ciągłości wcieleń. Sam Pszenaj dobrze
Nauczyciela nie zrozumiał.
     Wystarczy jednak spojrzeć Toli w oczy, dostrzec ten
dziwny, gwiaździsty blask, nie wiadomo skąd – może od wegańskiej diety, może od
uranu, co ponoć w tajdze leży, może wreszcie od samego lasu. Może to blask
wiary głębszej niż agitacja.
     Pszenaj mówi łagodnie, mowę ma dobrą i wyrozumiałą –
mimo żarliwej, fanatycznej wiary. Z dłoni Pszenaja tryskają potoki niepojętej
mocy, robią zawijasy wkoło palców, spływają na rozmówcę. Podobno leczą.
Chociaż Igor chyba w Pszenajową energię nie do końca
wierzy, bo nie od razu pozwala się uzdrawiać, odjąć ból, nie chce oddać
cierpienia bolącego żebra i przeciążonego plecakiem kręgosłupa.
     Nadchodzi noc.
     - Jechaliśmy z takim entuzjazmem... - słowa
przechodzą w litanię. Pszenaj tłamsi doktrynę jedynie słusznej pozytywnej
informacji. – Teraz wszystko inaczej. Jesteśmy uczniami starszej klasy. Nie
nadążamy, przeciążeni nauką...
Igor uśmiecha się. Potem śpiewa stary, pionierski psalm.
***
     Bliżej
Nowego Jeruzalem z lasu wychodzi meszka. Włazi w skórę, szarpie kawałki twarzy,
rani, spija krew. Igor się z owadami jednoczy, nie walczy. Z meszkami, komarami
wygrać się nie da. Insekt wlezie wszędzie, pod ubranie, koc, prześcieradło. On
staje się powietrzem, światem wkoło. Albo przyjmiesz owady, albo nie wytrzymasz
psychicznie, oszalejesz.
Droga przechodzi w ścieżkę, pnie się w górę.
W głowie chmary myśli.
***
     Sasza czeka na polanie. Jest chyba
bardzo wzruszony. Poprawia opaskę, pochyla brodatą głowę. Zmęczonym,
krasnoludzkim jakby głosem mówi słowa powitania. Igor zdaje się denerwować.
Kiedy siadają na pniu, przebiera nogami. Uśmiecha się.
- Jestem w rozdarciu pomiędzy własną rodziną a Nauczycielem. Życie się splątało, Igorku
– rzuca Sasza. – Oni nie chcieli tu żyć, przyjechali tylko popatrzeć i spakować
dobytek z powrotem do wagonu. Ale poszli za mną. Znasz ten domek w Mieście,
zaraz za wartownią? Ja zamieszkałem tam z żoną i trójką dzieci. Żyliśmy na
dziewięciu metrach kwadratowych.
- Tam jest trzy na cztery, może nawet cztery na cztery – polemizuje Igor.
- Nie. Mierzyłem: dwa z czymś na trzy z czymś. Mieszkaliśmy tam, jak w przedziale.
- Teraz ja tam mieszkam.
- No widzisz! A myśmy tam w piątkę żyli. Napięcie w rodzinie już wtedy było ogromne.
Postawiłem szybko letnią kuchnię, żeby choć latem było więcej przestrzeni. A do
zimy i tak nie wytrzymali. Pierwsza powiedziała Elena: Dłużej tak nie mogę.
Wracam. Ja stawiałem kolejne przeszkody, a ona coraz bardziej pogrążała się w
smutku. Było z nią coraz gorzej. Chudła w oczach. Przyszła myśl o samobójstwie,
zwierzyła się matce. Matka nie wytrzymała, żal jej było własnej córki. Zaczęła
mi perswadować, że trzeba schodzić na dół. Najpierw wyniosły się dzieci. Zeszły
tutaj, do Żarowska. Żona znalazła się
między młotem a kowadłem, biegała to tu, to tam. Kilka lat próbowała tak żyć. Nic
jej z tego oczywiście nie wyszło. Do tej pory się nie określiła. Napięcie stało
się tak wielkie, że jeszcze chwila, a byśmy ich stracili. Czułem to, ale
uważałem, że sami wybrali. Nauczyciel zdecydował jednak inaczej. Dał taką
bardzo mądrą podpowiedź, bym wziął odpowiedzialność na siebie i opuścił Miasto.
Ja wtedy miałem problemy z kręgosłupem, nie mogłem pracować, chodzić...
Pogrążyłem się w rozpaczy. Nie pojmowałem podpowiedzi, do tej pory nie wiem jak
było. Bardzo bym chciał wejść na Górę. Spytać Stasa jaka jest prawda. Czy to na
pewno podpowiedź od Nauczyciela? Bo Stas spytał mnie wtedy, czy może
porozmawiać z Nauczycielem o moich problemach rodzinnych. Odpowiedziałem:
„Oczywiście, ufam wam całkowicie, Bóg wszystko widzi”. A potem Stas wrócił i
rzekł: „Nauczyciel powiedział tak: Jeśli Sasza by mnie spytał, odpowiedziałbym
mu, że wyjście do Żarowska, połączenie się z rodziną jest wskazane”. Wstrząs był straszny. Teraz egoizm się trochę
uspokoił. Tłumaczę sobie, że to co jest dla mnie wskazane, daje mi Bóg. I to
jest ważniejsze, niż fakt, jakie dokładnie pytanie zostało zadane. Skoro już je
zadali i taka przyszła odpowiedź, to znaczy, że muszę wypełnić wolę.
Kiedy tu zszedłem, zdałem sobie sprawę, że wcześniej
– na Górze – zadawałem ciału gwałt, stosowałem metodę Królestwa
Przemocy. Wierzyłem, że wszystko zdołam zrobić, wszystko przezwyciężę. A kiedy
dolna połowa ciała odmówiła całkiem posłuszeństwa, serce weszło w stan
przedzawałowy, odczułem wielką słabość. Przywaliły mnie noszone wcześniej worki
cementu, forsowne marsze, praca ponad miarę. Robiłem sobie masaże, stosowałem
jogę, zmuszałem organizm do aktywności. Doszedłem do takiego stanu, że mogłem
powiedzieć słowo i wylecieć z ciała. Znęcałem się nad własnym organizmem. No
więc kiedy zszedłem tu z Góry, wspomniałem to wszystko i pomyślałem, że dobrze
się stało. Trzeba poprawić kontakt z bliźnimi, spróbować ich wybawić. I to Małe
może okazać się większe, niż to co przez swoje ciało oddawałem na Górze.
Najpierw zacząłem odnajdywać kontakt z wnukiem. On był kluczem do mojego
egoizmu. On nie dopuszczał nawet negatywnej myśli, od razu ją wychwytywał i
wypowiadał na głos. Bóg dał mi drogę. Teraz jednak sytuacja się znów
komplikuje. Oni chcą jechać do Noworosyjska, a tam wiele pokus. Moje życie jest
więc proste, a jednocześnie poplątane. Bliskie utraty pięciu osób. A wtedy
długo będą błądzić i rozbijać się po tamtym świecie. Tym bardziej, że jeśli nie
zdołam ich utrzymać przy sobie ja, który znam ich już czterdzieści lat, to
innym będzie jeszcze trudniej im pomóc. Ciągle jestem na krawędzi, staram się
być z nimi i nie popełniać błędów.
- Taaak! Każdy dzień przynosi interesujące historie – Igor śmieje się i klepie w kolano.
- Igor... Zanim zszedłem tutaj, miałem tam pod opieką w Centrum sto róż. Ukochane kwiaty
Nauczyciela, zawsze go radowały. Dlatego nosiłem w sobie takie życzenie...
Ciągle chciałem cię ujrzeć i zapytać... Rozwiać te pogłoski, które do mnie
dochodzą... Plotki, które do mnie specjalnie kolportują... Może po to, bym
zaczął o czymś myśleć negatywnie... Chcę wiedzieć na pewno: czy to prawda, że
wszystkie te moje róże wyrwali i rozdali?
- Maciej usunął wszystkie z Centrum. Tam teraz nowe plany... Ma być plac...
- A więc nie dawszy niczego w zamian, zniszczono od razu stare?
- Tak...
Milczenie. Sasza patrzy w niebo.
- Miasto się zmienia, bije puls życia. Dzieci się rodzą. – mówi
w końcu wolno Igor. - Jeśli przyjrzeć się uważnie widać ogromne zmiany. Świat,
który tworzy Nauczyciel zaczyna się już przejawiać na zewnątrz. Mimo że stoją
jeszcze namioty, domki z polietylenu, widać już fundament Nowego Świata.
Sasza przekrzywia głowę i uśmiecha się słabo.
Igor kopie butem żyzną, ciepłą ziemię. Ma smutną twarz.
4. SCHYŁEK
- Drodzy moi! Wyjątkowość tego domu polega na tym, że każda najmniejsza
deseczka zna Nauczyciela. Minie lat pięćdziesiąt, sto i będziemy z ogromnym
trzepotem serca, z ogromną czcią wchodzić do tego domu. Jako że ten dom poznał
żywego Chrystusa.
     Teraz przejdziemy w miejsce, gdzie wierzący czekali
na spotkanie z Nauczycielem. Ogromne emocje, sama to przeżyłam. Nie porównasz
tego z żadnym egzaminem. Jak wtedy, tak i teraz, w sali wisi kilka reprodukcji
obrazów Wissariona, które niosą ogromną energię. Wissarion to nie tylko nasz
duchowy przywódca, to także twórca, ten, który daje nam przykład, jak należy
tworzyć. Wissarion przejawia się w tych obrazach, jako cudowny
artysta-realista, do realizmu też nas ciągle wzywa. Wiecie z jego wielu
wystąpień, że Wissarion niechętny jest takim nurtom, jak awangarda, pop-art,
op-art i cała ta nowomoda, bo one nie mogą harmonijnie przekazać obrazu świata.
Tylko realizm.
     Spójrzcie, na tych drzwiach wisi skromna tabliczka:
Pokój Modlitwy. Kiedyś otwieraliśmy te drzwi z ogromnym drżeniem, za tymi
drzwiami przyjmował Chrystus. Zajrzyjmy. Staraliśmy się zaaranżować wszystko
tak, jak było kiedyś. To nasze maleńkie muzeum. Tu stoi fotel Nauczyciela. On
na nim zasiada, kiedy tu przyjeżdża.
     A cóż tu widzimy? Oto gałązki, które przywieźli
uczniowie, którzy byli z Nauczycielem podczas drugiego wyjazdu do Izraela. A to
woda i kamyczki z Jordanu. Tu leży zaś magiczna szyszka, którą uczniowie
przypadkowo wyjęli z ogniska. Nie spłonęła. A działo się to również w Izraelu.
Tą szyszką nasz duchowny czasem błogosławi z różnych okazji. I uważamy za rzecz
cudowną dotknąć tej szyszki i zaczerpnąć z niej wyjątkową siłę duchową. Oto i
szyszka: bardzo ją kochamy.
     No i oczywiście najważniejszy element budynku, do
którego zwykle podchodzą wierzący, by się pomodlić: to portret Nauczyciela.
Możecie podejść, postawić świeczkę. Dzięki kontaktowi duchowemu z Nauczycielem
otrzymacie siłę i wszystko, czego wam nie dostaje.
     A teraz wchodzimy do świątyni. Świątynia otwarta?
Witaj Igor! Z wielką przyjemnością przedstawiam wam Igora, kolegę po fachu,
razem wprowadzamy wycieczki do Zony. Igor jest takim naszym... artystą-aktorem.
Spróbujemy wam teraz razem więcej opowiedzieć. Zdejmijcie obuwie.
Trzaskają flesze, turyści zdejmują buty, poprawiają słoneczne okulary, mijają w drzwiach
brodatego przewodnika w chitonie.
Twarz Igora trwa nieruchomo w szerokim uśmiechu.
W oczach płonie ogień.
Twarz pęka.
Autor pisze pracę doktorską na temat Zony, oraz jest współautorem filmu dokumentalnego o Igorze
Inne reportaże na ten temat:
Zona: sekta Wissarionowców:
wyjazd 1 - strach i fascynacja
wyjazd 2 - wypaczenia
wyjazd 3 - tęsknota nienasycona
|