|
|
Rzeka dźwięku
zuzanna morawiecka
     Był zeszyt. Przyszli, zachwycili się,
pożyczyli żeby przepisać, zarzekali się, że oddadzą. Nie przyjechali nigdy
więcej. Kiedyś wszystko było w głowie – teraz tylko pojedyncze słowa, wersy,
zwrotki. Strzępy melodii. Pieśni odeszły w zakurzone szczeliny pamięci, nawet
kijem od miotły ich nie wydobędziesz. Nie było z kim śpiewać, nie było komu
śpiewać – i tak... nie zostało nic. Czasem przychodzi fragment – ani początek,
ani koniec, nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co – i kołacze się po głowie
niewyraźnie, uporczywie. Zawsze w takiej sytuacji, że nie można tego zapisać.
Żeby to 15 lat temu...
     15 lat
temu chodziłam już do szkoły i miałam swoją Krainę Dzieciństwa. W Krainie
Dzieciństwa były Pieśni, ale ja miałam zupełnie inne sprawy na głowie. Musiałam
wystrugać tyle łódek z kory, ulepić tyle myszek z szarej gliny spod strumyka,
napleść tyle maleńkich koszyczków z sitowia i wypić tyle litrów mleka "za
flotę radziecką do dna", że na Pieśni nie starczyło już czasu. Poza tym
zawsze śpiewałam bardzo brzydko.
     Potem
okazało się przypadkiem, że to nic dziwnego, że w szkole nie potrafiłam czysto
powtórzyć melodii, skoro miałam wyższy głos niż inne dzieci i po prostu pewne
dźwięki leżały poza moją skalą. I wszystkie błędy zawsze było bardzo dobrze
słychać, bo ja nie śpiewałam "po cienku", nie "połykałam
jajka" – cięłam pełnym strumieniem dźwięku, skołtunionym alikwotem,
anarchistyczną barwą. Niestety zazwyczaj na oślep.
     Jak się
jedzie po Pieśni – to zawsze do Mistrzów. Nawet jeśli w oczach ich więcej już widać
nieba niż ziemi, jeśli głos ich skierowany już jest do wewnątrz, jeśli nie mają
już Pieśni – to i tak w dalszym ciągu są Mistrzami. Chociażby dlatego, że się
do nich przyjechało jako uczeń. Wtedy spotkanie jest bardzo mocne. Ręka z
mikrofonem opada. Twarda jak osełka do kosy dłoń ociera łzy. Spojrzenie prosto
w duszę ukazuje całe życie – tylko czyje: moje czy Mistrza? Czasoprzestrzeń
nagle wydaje się mało poważną hipotezą usnutą przez gabinetowych teoretyków.
Siedzimy na ławeczce przed domem. Z ławeczki wystaje gwóźdź. Próbuję wcisnąć go
palcem w rozeschnięte drewno. Pod nogami wydeptana wysepka chudej ziemi wśród
chrupiącej, słodkiej trawy i kaczego pierza. Pod ażurową szopą z desek bryka
źrebak. Jest świat. Wszędzie i zawsze. Bezwzględnie. Siedzimy jeszcze chwilę w
ciszy, potem idziemy pić herbatę. Pojawiają się różne Historie.
     Takie
spotkanie uczy więcej o Pieśni niż sama Pieśń. Nie przyjechałam za późno – ani
dla Mistrza, ani dla mnie. Stanęłam przed furtką dokładnie wtedy, kiedy miałam
stanąć. Wzruszenie nie było wywołane niepotrzebnie. Pytanie musiało zostać
zadane. Odpowiedź-nie-odpowiedź nakłada odpowiedzialność. Noszę w sobie kilkoro
takich Mistrzów. Przechowuję czyste kasety z nagranym imieniem i nazwiskiem,
datą, nazwą miejscowości i jednym wyszarpanym pamięci wersem Pieśni. Muszę
znaleźć zgubę. Za późno na pytanie jest tylko wtedy, gdy nie ma komu go zadać.
     A wielu
jest jeszcze takich, którzy mają odpowiedź. Są muzykanci-skały, co jak wezmą w
dłonie posklejane taśmą skrzypce, to smyk się strzępi a po strunach idzie dym.
Są bębniści, którzy na własnoręcznie zrobionym instrumencie porządkują rytm. Są
śpiewacy, którzy mają Pieśni. Ale nie każdy, kto posiada umiejętność, może być
Mistrzem. Mistrz czerpie siłę z dzielenia się swoją wiedzą. Jest drogowskazem.
     Nad
bystrą rzeką, wśród borów pełnych czarnych i czerwonych jagód, w dół od
przystanku, zaraz za mostkiem w lewo, jest ściana dźwięku. Mezalians rodzimych
tematów, motywów i melodii z fascynującą bałkańską nutą ścina z nóg. Ostre,
mocne głosy powiązane magnetyczną harmonią budują strukturę opierającą się na
skupieniu w poszukiwaniu właściwego współbrzmienia. Jak prądy w rzece – czasem
się spotykają, gdzieniegdzie tworzą wiry, pryskają wodą, czasem poddają się
wyżłobieniu koryta, a czasem to koryto zmieniają – ale bezustannie pozostają w
żywym związku ze swoim otoczeniem i ze sobą nawzajem.
     Pani
Michalina przyjechała ze Slawonii na Dolny Śląsk 15 sierpnia 1946 roku. Miała
wtedy 14 lat. Urodziła się w Bośni, gdzie jej dziadek przyjechał z Wołynia w 1890
roku. Tak powstały Pieśni, które uderzają prosto w serce. Najpierw usłyszałam
je z nagranej 18 lat temu taśmy, wyrwanej Archiwom, która
przypadkiem-nie-przypadkiem trafiła w moje ręce. Z oszczędności surowca Pieśni
często są urwane po kilku zwrotkach. Czasem przeplatają się ze zwykłymi
piosenkami, brzękiem talerzy i szmerami rozmów, ale wiedziałam od razu, że
powinnam pojechać i spojrzeć w dobre oczy pani Michaliny i jej sióstr.
     W
zupełnie innym miejscu podczas kolejnego spotkania bez Pieśni siedziałam na
krzesełku i trzymałam bezradny dyktafon na kolanach. Myśli się splątały.
Przyszło pytanie: czemu nie wybrałam się jeszcze do boru, nad bystrą rzekę, po
tamte odległe-nie-odległe Pieśni? Od przechwycenia archiwalnej taśmy minęły
chyba 2 lata.
     Do pani
Michaliny przyjechałam 13 września 2005 roku. Wiele głosów już umarło.
Pozostałe rzadko teraz śpiewają, ale przyszły i otoczyły mnie dźwiękiem. Kaseta
w dyktafonie napełniła się złotem. Pieśni powróciły i zaczęły się domagać by je
znowu śpiewano, zażądały nowych młodych głosów, zechciały zostać
"przekazane".
     Do domu
wracałam z masą myśli w głowie, z potężnym zadaniem do dalszej pracy – kasetą
pełną pieśni, z plikiem czarnobiałych zdjęć i z lekkim sercem, a ciężkim
żołądkiem. Bo na takim spotkaniu odwrotnie niż w bajce – trzeba zjeść wszystko,
co się znajdzie na talerzu. Nie ważne, czy się chce i może, czy nie. "To
wszystko dobre, tu nic nie zaszkodzi". Kiedyś, jeden jedyny raz, odmówiłam
chleba ze smalcem. Ale to była Kraina mojego Dzieciństwa, w której po latach
nie znalazłam już Pieśni. Wybaczono mi, ale nie zrozumiano. Tutaj nie mogłam
tego zrobić. Tu nikt nie pamięta jak z gęsimi piórami powtykanymi w za duży
zielony sweter chowałam się do kurnika i wysiadywałam kamienie. Tu musiałam
zjeść wszystko. I dobrze wiedziałam, co będzie dalej. Umysł mówił: "musisz
tu jeszcze przyjechać, nagrać weselne i kalendarzowe!", a żołądek:
"nigdy więcej tu nie przyjeżdżaj, nie rób tego, nigdy!".
     Na
szczęście PKS jechał krótko. W pociągu próbowałam obmyślić chytry plan, znaleźć
odtrutkę – substancję, która albo zneutralizuje nadmiar kwasu solnego w
żołądku, albo zastąpi brakujący enzym. Jednak nie udało się, nie starczyło
rozumu. Powstał tylko żal, że w dworcowych automatach z napojami nie dają
mięty. I myśl, że nie ma nic za darmo, że jakość jest proporcjonalna do ceny,
którą trzeba za nią zapłacić. W ten, czy w inny sposób.
|