|
|
Woziwoda. Szkic fizjologiczny.
aleksander baszucki, tekst zuzanna morawiecka, rysunki
Osiemnastostopniowy mróz szczypał w twarz. Szedłem w
poszukiwaniu przyjaciela z młodości, którego los wyłączył z mego życia na wiele
lat. Wstąpiwszy w bramę domu, w którym mój towarzysz wynajął mieszkanie,
zastukałem w oblodzone piwniczne drzwi, sądząc po przeciągniętym nad nimi
sznurku z dzwonkiem, że właśnie w tej obmierzłej lodowni mieszka najpracowitszy
a w każdym razie najciężej pracujący mieszkaniec kamienicy. Po minucie drzwi
otwarto. Gęste kłęby pary zmieszanej z zapachem zgnilizny, spalenizny,
machorki, kapusty i zbutwiałej owczej skóry zderzyły się z zimowym powietrzem i odrzuciły mnie kilka
kroków wstecz. W tumanie pojawił się facet o tatarskim obliczu, w sukiennej
kamizelce. „Gdzie tu mieszka Żigitow, ten co się niedawno wprowadził?” –
spytałem. „Żgutow? Wiemy! Jedenasty numyr, baćka, schody prawej strany, na górze.
Dzisz, panie, gdzie karzina w szybie?”. Ruszyłem wedle wskazówek. Schody, zgodnie z petersburskim
zwyczajem, były podwójne: frontowe do małych, brudne do dużych mieszkań.
Stopnie zroszone wodą przemienioną w sople okazały się diablo śliskie. Od
pierwszej chwili poraziły mnie chorobliwe westchnienia dochodzące z góry. Każdy
dźwięk ma swoje znaczenie. Sądząc po wyrazie tych bolesnych westchnień można było
przypuścić, że wyrywały się z piersi mimowolnie. Szedłem ostrożnie po
stopniach, lecz przybliżając się do podestu, z którego słychać było tę
przygnębiającą symfonię, odnotowałem, że koncert stawał się coraz cichszy i
koniec końców zamilkł gdzieś w momencie, kiedy wkroczyłem na dechy między
trzecim a czwartym piętrem.
      Tam, pod
oknem, zwiesiwszy ręce między kolanami, osłabiony, z pochylonym tułowiem,
siedział chłop chudziutki, płowy, mniej więcej trzydziestoletni. U stóp jego
leżała porządna, oblodzona linka. Obfite kłęby pary, jak gdyby wygnane z jego
ciała wysiłkiem ciężkiej roboty, przesiąkały przez grubą kurtę, przylepioną do
ramion, pleców, piersi i zawisały w powietrzu, zagęszczając się i otulając
biednego człowieka niby chmura dymu. Kiedy wstąpiłem na podest, chłop uniósł z
bólem głowę. Przeraziłem się. W dobrotliwej, zatroskanej twarzy wyczytać można
było tyle cierpienia, że mimo woli się zatrzymałem. Usta miał otwarte, dolną
wargę wyraźnie wysuniętą, powieki nie miały siły unieść się wyżej niż w pół
oczu, zapadnięte policzki lśniły jak marmur.
- Co z tobą? – spytałem.
Ten, pokręciwszy słabo głową, rzucił głucho.
- Nic takiego, panie.
- Jak to nic. Choryś?
- Załatwiłem się na amen – odpowiedział obojętnie.
- Na amen?
- Z całym ciężarem drew zleciałem ze schodów, stoczyłem
się po lodzie, ślisko cholernie...
- Kiedy to?
- A z godzinę temu będzie.
- Godzinę?
- Odpocząć, dzisz, nie idzie – powiedział, siląc się na
uśmiech.
- Głowyś nie rozwalił? Nie złamałeś sobie niczego?
- Wszystko w porządeczku. Tylko pierś ścisnęło.
- Pierś?
- Tchu nie starcza, pod serce podpełzło...
- Stąd jesteś?
- Jestem woziwodą, wujku.
- Trzeba ci iść do domu, natrzeć szybko pierś sadłem,
napić się gorącego.
- Nogi mi jakby skosiło, panie, próbowałem wstać, nie
idzie, sił brak.
- Spróbuj jeszcze, pomogę.
Trzeba było go mocno trzymać, czepiając się śliskiej
poręczy. Jedną ręką oparty o ścianę, drugą bezwładnie na mnie zwieszoną, biedak
z wielkim trudem, noga za nogą, dotarł na dół w milczeniu.
Każdy krok był mu
cierpieniem i zwycięstwem ducha nad ciałem.
- Masz może olej lotny? – spytałem. Nie zrozumiał.
- A herbatę?
- A gdzieżby nam w głowie jakieś herbaty, panie.
- Bierz, kup za to lekarstwo.
Srebrnego rubla nie przyjął, ale spojrzał mi w oczy z
jakąś nagłą błogością, która rozlała się po smutnej twarzy i powiedział
nieśmiało: „Jakie nam tam lekarstwa, wasza miłość! Tam na górze mieszkańcy
siedzą bez opału, nie zdołałem wnieść...”.
- Ech, bratku, ty się przecie ledwie ruszasz!
- Cóż, wujaszku, ludzie nie mogą zostać przeze mnie bez
ognia i wody. A sił nie starcza... A jako pozwolicie... – mówił wstydliwie
– Ja bym opłacił zastępstwo za wasze ruble?
- Jasne, jasne! – rzuciłem, dołączywszy do pierwszej
monety trzy kolejne – Dobry z ciebie chłopak. Bierz, starczy i na lekarstwo i
na zmiennika. A leczyć się trzeba.
Ten szybko uścisnął mi rękę, uniósł ją do ust, drugą otarł
oczy. Dłoń miał mokrą, roztrzęsioną, parzyła jak ogień. Chory okazał tyle
pokory wobec losu, tyle niewinnej wdzięczności... Poruszył mnie swą czystością.
Wezwałem dozorcę, opłaciłem transport woziwody do domu i ruszyłem do
przyjaciela. Całe spotkanie z druhem z młodości. Gadaliśmy o mej przygodzie.
Wychodząc z kamienicy chciałem wypytać dozorcę o biednego znajomego – ale tego
już nie było. Spotkałem go po sześciu dniach na tym samym podwórku, ten
wypytywany o los chorego powiedział:
- Na drugi dzień, wujku, druh-przyjaciel rozniósł drwa i
wodę, a wcześniej już za robotę wzięli się inni, póki się nie wygrzebie,
mówili, przypilnujemy coby miejsca nie
stracił...
- A gdzież mieszka ten woziwoda?
- A tam, prościutko, baćka, w K-m. zaułku w domu
Strubniczychinów!
Z trudem odszukałem dom, którego gospodarz nosił imię nie
zbliżone nawet do podanego przez dozorcę i zszedłem do sutereny zajmowanej
przez artel woziwodów. Było ciemno, duszno, cicho. Zatęchła para zaległa
lodowatym matowym słojem na szkłach moich okularów. Nie widząc nic wkoło,
krzyknąłem.
- Ciszej tam! – odpowiedział ktoś ze złością półgłosem.
Okazał się nim trzydziestopięcioletni mniej więcej chłop.
- Czyż nie tutaj mieszka – spytałem – woziwoda, który
pracował w domu L-a i załatwił się na amen parę dni temu?
- Tutaj, tutaj, panie! Wybaczcie, - odpowiedział szeptem
facet i patrząc na mnie z zadowoleniem dodał – A czyż to nie wy, wasza miłość,
pomogliście mu wtedy?
- Co z nim?
- Ciągle was wspominał. Przecież my sieroty-nieboraki,
dobro w sercu mamy wyryte. Powtarzał ciągle: panicz, to, panicz tamto... Daj mu
Bóg zdrowia.
- Gdzież on?
- Odchodzi, najdroższy, na zawsze odchodzi. Od
przedwczoraj strasznie majaczy. Rozumie jeszcze i uchem słyszy, ale język już
odbiło!
Pod oknem, przyozdobionym w fantastyczne stalaktyty,
blisko ściany, na której zielona pleśń rozlała się malowniczymi ornamentami,
wśród miejsc zdobnych w czarne plamy, na płótnach przykrytych podłą owczą
skórą, leżał mój chory, wyciągnięty na plecach jak martwy. Z otwartych ust
dobywał się lekki oddech, zmieniający się w chłodnym powietrzu najpierw w
cienką strużkę pary, potem w coraz rzadsze kłęby. Oczy miał zamknięte. W
złożone ręce wetknięto mu prosty miedziany krzyżyk, zapewne z braku ikony,
krzyżyk ten kolebał się wraz z wstrząsem chorej piersi. Twarz odchodzącego
wyrażała niewiarygodny cierpiętniczo-uroczysty spokój.
- Pantelejmon! – powiedział cicho facet, który mnie
wprowadził do izby, uklęknąwszy na kolana i dotykając ostrożnie chorego. – Ej!
Pantelejmon!
- Przestań, przestań! – powiedziałem.
- Nie, panie. Sam to nakazał. Ciągle was wspominał,
powiadał: braciszkowie, umrę lekko jak go ujrzę. Pantelejmon! Bóg przysłał ci
panicza!
Umierający otwarł powoli oczy, powiódł wzrokiem wkoło,
wlepił we mnie zamglone spojrzenie i wyswobodziwszy nadzwyczajnym wysiłkiem
rękę z półkożuszka, wyciągnął ją, szukając jakby czegoś. Podałem mu swoją dłoń.
Podniósł ją najpierw do trzepoczących ust, potem do serca. Wypuszczając,
ścisnął ją jeszcze słabo, wskazał na niebo palcem i oczami. Mięśnie jego twarzy
przetoczyło coś niby cień, nie zmieniając jednak ich kształtu, żaden dźwięk nie
wydobył się z ust. Chory ścisnął miedziany krzyż na piersi, potem zbliżył go do
mnie, po twarzy nieszczęśnika spłynęły dwie wielkie łzy, jak perły skrzące się
blaskiem nieba.
Z opowieści chłopa towarzyszącego umierającemu
dowiedziałem się, że doktor, którego z wielkim trudem udało im się sprowadzić,
powiedział tylko: „jakież tu leczenie, trzeba go wieźć do szpitala”. W szpitalu
ani tego, ani następnego dnia nie było miejsca. Z powrotem przywieźli go prawie
martwego. „Jutro” – powiedzieli – „umrze gdzieś trójka, miejsca się oczyszczą,
próbujcie, może akurat zdążycie”. Ale kolejnego dnia chorego nie dało się już
dotknąć, tak bardzo cierpiał. Po wspólnej naradzie artelu, zdecydowano zakupić
za składkowe pieniądze szałwi i mięty, którą zalano wrzątkiem z miodem i podano
Pantelejmonowi. Nie wypił. Pobiegli jeszcze po cyrulika, mając nadzieję, że
upuszczenie krwi pomoże. Ten spojrzawszy na chorego odmówił. Koniec końców,
starając się wykorzystać całą swoją wiedzę, dobrzy ludzie chcieli go natrzeć
grzanym winem, lecz ten ich nie dopuścił, poprosił tylko szeptem: „dajcie,
przyjaciele, księdza”. Artel zaprosił z pobliskiej parafii ojca Aleksieja,
który Pantelejmona wyspowiadał, odwiedził go jeszcze kolejnego dnia, przyniósł
poduszkę, nowy półkożuszek, obiecał zajść raz jeszcze. Błękitnej asygnaty,
wartej pięć rubli, nie przyjął.
„Prócz tego, wujku, prosił was żarliwie prosił, żeby
odszukać... – dodał chłop. – „pozwólcie wyjaśnić sprawę później”.
Powiedziałem mu, że póki w człowieku jest iskra życia,
grzech nie pomagać. Obiecałem przysłać swojego doktora. Zapamiętał, gdzie
mieszkam, obiecał zajść natychmiast, gdyby coś się działo.
Kolejnego dnia doktor doniósł mi, że nie zastał już
woziwody wśród żywych. Dwie godziny później zaszedł do mnie przyjaciel
nieboszczyka.
- Cóż, brachu! Umarł nam Pantelejmon?
- Nakazał nam żyć długo, wujku. Wola Boża, wszyscy
umrzemy. Dzieci zostawił, ich szkoda, trójka, jedno mniejsze od drugiego.
- To on był żonaty?
- Żonaty, wujaszku, już pięć lat z Aksinią Czubarową z
sąsiadów, piękna baba, krew z mlekiem, a jaka rezolutna! Nie rozstałby się on z
nią za nic w świecie i ani na dzień, ale chude lata przyszły w naszej stronie.
Nieboszczyk podnajął chłopa, młodszego brata zostawił w domu, a sam postanowił
tutaj szczęścia popróbować. Oto i jak mu szczęście odpłaciło!
- Ze wsi dawno wyjechał?
- Będzie osiem miesięcy, mój drogi. Dwie stówki posłał
żonie. Ostry był robotnik, z ambicją! Grosza nie przehulał, każdą kopiejkę słał
do swoich, by mieli się za co – powiadał – biedni wykarmić, obroku nakupić.
Tęsknił strasznie, wujku, jak tylko wspomnę o Oksiucie, mówił, o dzieciuszkach,
serce kwili. Umierając tęsknił mocno, twardo.
- Cóż zrobić, mój drogi, od śmierci nikt nie ucieknie.
- Dokładnie tak! Nie złośćcie się tylko, wasza miłość,
nieboszczyk nakazał rzucić się wam do nóg, prosić żarliwie, łzy lać, w takiej
sprawie...
- Mów, mów, zrobię co mogę.
- Jak tylko poczuł się gorzej, zrozumiałem, że pomóc
trzeba, ale praca nie poczeka. Sprawy u nas tak stoją, wujaszku, że dzień
przepuścisz, stracisz wszystkie miejsca, nikt nie spyta: czy chory, czy umarł,
ważne by była woda i drwa. A nowego miejsca szybko nie wypracujesz, za
sześciorublówką trzeba się nachodzić z dwa miesiące. Dużo nas, biednego ludu, w
Pitrze, coraz więcej. Cóż, myślę, wyjdziemy wszyscy rano, a jego tu zostawimy?
No więc mówię mu: Pantelejmonie, zostanę dziś przy tobie, tyś nam zmarniał
całkiem. „Ni, ni, Mychajło – on na to. – Nawet o tym nie chcę słyszeć, brachu.
Idź swoją drogą, inaczej wszystkie miejsca stracisz. A cóż po mnie? Przyszedł
czas Woli Bożej, Bogu mnie zostaw, druhu. Ja nie kamienicznik, dla którego ty biegać
za chlebem musisz. Pogrążać swoją śmiercią przyjaciół – grzech. A i tobie źle
by było dla obcego martwego zdradzić własnych żywych. Mam dla ciebie inną
posługę. Szukaj bracie gdzie się tylko da tego panicza. W tamtym domu wiedzą na
pewno. Upadnij mu do nóg, poproś by odebrał od mieszkańców pieniądze, są mi
winni 34 ruble 20 kopiejek. Niech odeśle je Oksiucie. Mnie się śmierć już na
dobre czepiła, niechże panicz napisze im list, że do ostatniej chwili o żonie i
dzieciuszkach pamiętałem, łzy przelewałem, błogosławiłem, a tam będę się za
nich do Boga modlić”. I tutaj, wujaszku, Pantelejmon zaryczał potężnie, gorzko,
a potem wymówił przez łzy: „Niechże wyjdzie Oksiuta po mnie za Pietruchę
Kononowa, gdzież jej, biednej, samotnie z trójką dzieciaczków, szczezłaby,
nieszczęsna!”.
Mój rozmówca przerwał, by otrzeć jasne łzy koniuszkiem
brudnego kaftana.
- Bardzoś kochał Pantelejmona? – spytałem.
- Jak go nie kochać, łaskawco. Sami widzicie jaki był!
Jakbyśmy się nie miłowali, toby kupa nieszczęścia nastała, same łzy i rozpacz,
bo od kogo nam miłości czekać, jak nie od siebie wzajem, biedaków-nieboraków?
- No mówże, co było dalej?
- A potem, wujaszku, było to, że powtórzyłem wszystko
przed artelem, serca chłopakom ścisnęło,
postanowiliśmy jednogłośnie Pantelejmona oszukać.
- Jak to oszukać?
- Zaraz, wasza miłość, zaraz powiem, żeby tylko wątku nie
stracić, nie zapomnieć czego. – Mówiąc to wyciągnął zza pazuchy węzełek.
– Oto, wasza miłość, obrazek i obrączka,
Pantelejmon kazał posłać to do swoich. A to wasze trzy ruble i pięćdziesiąt
kopiejek, polecił je wam oddać. Jedną pięćdziesiątkę tylko, za pozwoleniem, że
tak powiem zatrzymał, najął zmiennika na tamten dzień. A tu jeszcze 13 rubli 8
kopiejek ruchomości, które znaleźliśmy w pudle, a to już sami uskładaliśmy, po
dwie ćwierćrublówki od łba, 14 dusz w artelu, czym chata bogata, wszystko to
dla wdowy i sierot, tylko w liście nie piszcie, że od nas, tylko że jakoś tak
po prostu...
- Bóg wam wynagrodzi, dobrzy ludzie. Ale w jaki sposób
żeście go oszukali?
- A bo myśmy, że tak powiem, postanowili, żeby nic mu nie
mówiąc, bo z niego taki delikates, tośmy nie mówili, że do końca miesiąca za
niego pracujemy, na zmianę. No więc wyjdzie z siedemnaście rubli do końca
miesiąca, razem da już 34 ruble 29 kopiejek, wsparcie dla rodziny. A za sieroty
Bóg nam odpłaci. Wszystko tu przyniosłem, wasza miłość, zechciejcie przeliczyć,
13 rubli 8 kopiejek, tu czternaście połówek srebra, 34,20, tu 17 rubli...
- Osiemdziesiąt dziewięć rubli, siedemdziesiąt osiem
kopiejek. Ależ tych ostatnich 34 rubli i 17 kopiejek jeszcze nie dostaliście,
po cóż oddajecie je teraz?
- Dostaniemy i podzielimy po swojemu, wujku, a teraz
zebraliśmy co się dało, żeby sierotom posłać. Osiemdziesiąt dziewięć rubli,
siedemdziesiąt osiem kopiejek? No i chwała Bogu! Ech, do stówki niedużo
brakuje!
- Nie, mój drogi, sprawę tak należy ułożyć, posłuchaj:
wasze i moje pieniądze weź z powrotem, mam dobrych znajomych, co są od was
bogatsi, rozumiesz?
- Kapuję, panie. Jak chcesz tak i zrobisz. Tylko że ja
woli artelu nie śmiem się sprzeciwić. Tak świat urządzony, ja mu naprzeciw nie
pójdę. A te trzy ruble pięćdziesiąt nie do nas należą, wujaszku, one
nieboszczyka. A wola nieboszczyka jest święta, zgodnie z jego nakazem trzeba je
wam wziąć, panie.
- Co prawda to prawda. Ale wyście się pewnie i na pogrzeb
złożyli?
- Chłopski pogrzeb nie taka wielka rzecz, panie. Dwa
rubelki na oczy starczyły, do tego przyjęcie. On był nam przecie przyjacielem.
- Tak czy inaczej odnieś pieniądze do artelu, niech się
tak ugadają, żeby zmarłego w cerkwi pożegnać.
- A to można, wujku!
Ot i cała historia biednego Pantelejmona i jego towarzyszy, to jest
historia większości petersburskich wodowozów, ludzi w swej większości
najlepszych najszczerszych z ludu roboczego.
tłumaczenie : dziennikarze wędrowni (morawiecki)
|