|
|
Matka krowa
jan sebastian rabie
rys. zuzanna morawiecka
|
      Paul Roux
był kulawym chłopkiem wypijającym swoje dwa litry wina dziennie i orającym
swoje ziemie i żonę z żelazną regularnością ich corocznych żniw.
      Lecz,
jakkolwiek odporny na każdy wiatr i niepogodę, Paul Roux nie przetrzymał szoku,
gdy żelazne gąsienice, wielkie jak dom burmistrza, wpełzły do wsi chrapiąc
dymem i grzmiąc ze swych brzydkich
pysków. Widok niemieckich najeźdźców z miejsca odebrał mu rozum; jego twarz
przybrała idiotyczny wytrzeszcz; a jego usta rozwarły się zaślinione strachem,
który miał trwać całe lata.
      Tam, na
swojej ziemi, Paul Roux upadł na kolana i na czworaka zaczął się gramolić w
kierunku krów w oborze. Jakby odcinając się od ludzi wpełzł na słomę pomiędzy
szerokie, ciepłe ciała, wśród matczynego samozadowolenia bezpiecznie
nieświadomy działań wojennych. |
      Brązowa
krowa rasy jersey obok Paula Roux przyjaźnie go obwąchała. Nie robiła nic
groźniejszego nad przeżuwanie i delikatne wzdychanie za każdym razem, gdy jej
żłób był pusty, od czasu do czasu też wylizywała go swoim cierpliwym językiem,
by zachęcić mleko w wymionach.
      Paul Roux
pozostał nieczuły na wszelkie próby świata zewnętrznego by przywrócić mu ludzką
świadomość. Ślina ciągle ściekała z drżących ust, a jego bełkot brzmiał
dokładnie jak pierwszy niezdarny ryk
cielęcia. Gdy sąsiedzi zaciągnęli go przemocą do łóżka, uciekł na czworaka do
obory. Po niedługim czasie przekopał się przez słomę, by radośnie przycisnąć
się do spokojnego biodra brązowej dżersejki: było tak, jakby spośród innych
krów wybrał ją sobie na matkę. Jego żona była później zobowiązana przynosić mu
jedzenie do obory, przywiązywać go do krzesła i karmić drewnianą łyżką. Czasem,
gdy była zła, zamierzała się na dżersejkę rzemieniem.
      Cywilizacja
nie ustawała we wdzieraniu się z ganiącymi spojrzeniami. Uczone osoby mamrotały
freudiańskie formuły i prorokowały, że jedynie drugi szok o równej sile jak
widok Niemców jest w stanie przywrócić Paula Roux ludzkości. Lecz lata mijały i
ukazywano mu najpierw wycofujących się Niemców, potem zwycięskich Amerykanów na
jeszcze większych czołgach, mieszkańców wioski krzyczących i machających
flagami, a nawet jak inny mężczyzna na jego oczach posiada jego żonę – oczy
Paula Roux pozostały matowe i okrągłe jak u nowonarodzonego cielaka, a jego
usta drżące i zaślinione jak przedtem. Przez ten cały czas krowa dżersejka żuła
swoją paszę i roztaczała pachnący oddech nad swoim przybranym cielęciem,
wylizując go w matczyny sposób. I przez pięć lat ziemie Paula Roux leżały odłogiem.
      Wtedy,
pewnego pięknego poranka wkrótce po śmierci Hitlera i zawarciu pokoju, osłupiali wieśniacy ujrzeli
jak Paul Roux wyszedł ze swojej obory. Potem pochylił się nad kranem, by zmyć z
twarzy zielonkawy brud i zapach skwaśniałego mleka, wszedł do domu, przywitał
się z żoną i z dziećmi jak człowiek, który właśnie powstał z martwych.
      Gdy
usłyszał, że ceny, w stosunku do przedwojennych, wzrosły dziesięciokrotnie,
Paul Roux przeklął. Jeszcze tego samego dnia, pilnie wypełniając obowiązki
wobec swojej ziemi i żony, udowodnił, że tamte pięć lat ma już za sobą.
Następnego dnia oznajmił swojej rodzinie:
      - Możemy
sprzedać rzeźnikowi jedną z krów. Ceny są dobre.
      Jakby dla wyjaśnienia dodał:
      - Możemy
sprzedać tę dżersejkę, tę brązową, która mi nasrała w oczy.
III'50
z tomu: "Dwadzieścia jeden"
tłumaczenie - zuzanna morawiecka
|