|
|
Roman
anna dorota morawiecka
|
Miałam sen o zamarzniętym jeziorze, które wyszło z
brzegów, aż po horyzont. Lód był cienki, a moja świadomość – obarczona
obowiązkiem opieki nad kimś, kto szedł razem ze mną – stygła ze strachu. Żeby
nie pękł lód, trzeba było się czołgać. Na próżno wypatrywałam brzegu. Wreszcie moje
dłonie natrafiły na pionowe drzewce. Złapałam się kurczowo, a drugą ręką
przyciągnęłam do siebie tego, którego ochraniałam. Wokół drzewca była biała
zaśnieżona wysepka wielkości leżącego człowieka – jedyny stały grunt. Byliśmy uratowani. |
Spojrzałam w górę. Trzymałam się krzyża – krzyża na czyimś grobie. Grób był
wyspą na zamarzniętym jeziorze. Kiedy się obudziłam, pomyślałam, że ktoś umarł.
Nie zadzwonił jednak żaden żałobny telefon, nie przyszedł żaden sms, ani list.
Wszystko było w zasadzie w porządku. Tylko Zuzia wstała z zapuchniętymi oczami,
a potem przez wiele nocy paliło się u niej światło. Robiła niewielkie obrazki,
które wyglądały jak ochłapy mięsa. Nie pytałam. Dopiero po jakimś czasie
wszystko powiązało się w całość. Powiedziała, że nie chciała zasmucać. Nie
trzeba oszczędzać serca matki – ono cierpi jeszcze bardziej, kiedy nie rozumie.
Cała ta historia z trudem i powoli zaczęła się wyjaśniać. Informacje podobnie
jak w moim śnie spływały oszczędnie w długich odstępach czasu.
Siedziałyśmy z Klementyną na parkowej ławce przyglądając się, jak nasze dzieci bawią się w
piaskownicy. Zapytała mnie, czy wiem coś więcej o śmierci Romana. Ja nie
wiedziałam ani o śmierci, ani o tym, kim jest Roman. Jeśli można uznać to za
przypadek, to właśnie przypadkiem znajoma z piaskownicy i moja córka Zuzia
miały wspólnego przyjaciela. Siebie nawzajem znały tylko ze słyszenia. Roman
miał zresztą wielu przyjaciół; na całym świecie. Może nawet więcej ich było,
niż sam przypuszczał. Jego śmierć wstrząsnęła lodową powierzchnią jeziora z
mojego snu. Potem okazało się, że to jezioro istnieje nie tylko we śnie. Byłam
tam naprawdę – tylko że latem, kiedy lśniło w słońcu. Romana zatłukli na klatce
schodowej w Kijowie. Nie pasował jego wygląd. Widocznie za długo przebywał w
Polsce i upodobnił się do „czużych” (obcych). Robił doktorat w Lublinie.
Bili go z pasją i skutecznie. Trzeba było myć ściany. Tak dowiedziałam się, skąd się
wzięły ochłapy mięsa na obrazkach Zuzi.
To było święto Matki Boskiej Zielnej. Poszłyśmy z Jaśminką rano do kościoła;
bardzo wcześnie, żeby został cały dzień na przygody. Lał deszcz. W naszym domu
zaczął przeciekać sufit. W kościele ksiądz powiedział, że trzeba oderwać się od
ziemi. Przybiegłyśmy do domu. Zawołałam od progu: „Chłopaki, siły wyższe
nakazują nam oderwać się od ziemi.” Podziałało. W wielkim pośpiechu, jakby w
obawie, że obudzimy się ze snu, wykonywaliśmy niezbędne ruchy: Artur zadzwonił
do teatru w Niemczech, żeby przedłużyć o tydzień urlop, zawieźliśmy psa na wieś
do Jędrzeja i Asi, wyrzuciliśmy śmieci i spakowaliśmy plecaki. Ja wybrałam
pieniądze przeznaczone na opał zimą, Artur wybrał pieniądze przeznaczone na
remont domu. Przypadkiem, a może nie przypadkiem, pojawił się Filip, tym razem
bez aparatu fotograficznego i odwiózł nas arturowym samochodem na dworzec.
Filip przyszedł z kolegą – też Romanem. Mała Jaśminka kierowana intuicją
dziecka skądś wiedziała, że ta podróż wiąże się z tym, po którym płakała jej
siostra Zuzia. – z Romanem Jenenką Nikt specjalnie nie starał się o tym mówić,
ale widocznie udało jej się złożyć w całość słowa i ślady naszych dorosłych
myśli. Kiedy usłyszała jak ma na imię kolega Filipa, zapytała: „Mamo, czy to
jest ten Roman, który umarł?” Odpowiedziałam spokojnie: „Nie, tamten jest już w
niebie i nie może nas odwiedzić. Jest wielu chłopców, którzy mają na imię
Roman”. Tu chyba zaczęła się nasza ukraińska historia. Imię Roman było
kamieniem milowym w tej podróży. Romana I zostawiliśmy na dworcu we Wrocławiu.
Romana II poznaliśmy w pociągu ze Lwowa do Odessy. Był bardzo miły – odstąpił
nam dolne łóżko – bo Jaśmina bała się wejść po drabince na górę. Znał książki
Lewisa i wierzył w istnienie Narni, a jego żona przykryła rozkładaną półeczkę
białym obrusem i wyciągnęła chleb, pomidory, wódkę. Rozmawialiśmy trochę o Unii
i morzach (Czarnym i Bałtyckim).
Ta podróż zrodziła się z kilku tęsknot: tęsknoty
Artura za rzewną, natchnioną i bolesną Ukrainą, tęsknoty mojej za słońcem,
morzem, tęsknoty Jaśka za tajemniczym źródłem, z którego pochodziła jego babcia,
no i tęsknoty małej Jaśminki za przygodą. Zaczęło się od żartu: a gdyby tak
dogonić ekipę przyjaciół Romana. Tym razem mieli się spotkać tam, gdzie
spędzali nie raz lato – nad Morzem Czarnym, na Kosie.
Zuzia planowała to już od dawna. Ruszyła dwa dni temu. Teraz prawdopodobnie docierała
do przystani. >
Nasz pociąg dojechał o czwartej nad ranem do Odessy. W jakiejś bramie, na ulicy
zadaszonej gęstymi gałęziami platanów umyliśmy zęby płucząc mineralną. Później
był autobus i stateczek, którym przeprawiliśmy się przez morze na Kosę.
Zamieszkaliśmy w małym, niebieskim domku przy drodze przecinającej rozgrzany
słońcem step.
Oni wszyscy – cała ekipa przyjaciół Romana Jenenki, śpiewali do rana pod naszym
oknem. Jaśminka odsypiała w moich ramionach dwudniową podróż a ja z nerwami
napiętymi jak struny wsłuchiwałam się pieśni, od których drżał lód na moim
jeziorze. Rano poszłyśmy nad morze. Na Kosie w promieniu jakichś trzech
kilometrów od brzegu nie ma osiedli ludzkich. Jest tylko step i słone jeziora
świadczące o tym, że morze nie zawsze jest łagodne. Wielkie, lśniące tafle
płytkiej, przezroczystej wody. Powiedzieli, że mam przejść na ukos przez
jezioro, żeby dojść do plaży. Szłam niosąc na rękach Jaśminkę. Nie dowierzałam,
że to bezpieczne. Kiedy śniłam zimowy sen, nie miałam pojęcia, że słone jeziora
są takie płytkie. Uległam wtedy złudzeniu. Niepotrzebnie się bałam.
Trzeciego Romana pierwszy raz zobaczyłam, kiedy zbliżał się od linii horyzontu po stepie.
Przyjechał z daleka, nie na koniu, ale na rowerze – na spotkanie z całą resztą.
Wyglądał na jakieś osiemnaście lat. Przypominał mi Ptaśka. Chłonął każdym
nerwem ziemię, powietrze i wodę. Poruszał się w jakiś szczególny sposób. Raz
spał na plaży. Kiedy wszyscy siedzieli przy stole, on leżał na trawie i patrzył
w gwiazdy. Próbowałam z ukrycia go narysować. Wiercił się jak antylopy, które
rysowałam kiedyś we wrocławskim ZOO. Skojarzenie nie było bezpodstawne. Z
rozmowy wynikało, że jest dużo starszy, niż myślałam. Jest weterynarzem.
Opowiadał o swojej przygodzie z pytonem, którego żal mu było zabić i biegł do
swoich współpracowników w ZOO, żeby pomogli mu wyplątać się z jego splotów.
Obydwaj (on i wąż) przeżyli.
Ktoś zadał mi pytanie czy znałam Romana Jenenkę. Bez zastanowienia odpowiedziałam,
że tak. A może to nie było kłamstwo. Jeszcze przed wyjazdem przerabiałam mój
stary obrazek z cyklu „Metanoja” na zupełnie nowy. Obok na półce stała książka
Dzwinki. Na okładce była ikona malowana przez Romana. Moja praca sprzed kilku
lat miała w prawym dolnym rogu pokracznego ptaszka z „jedną nóżką bardziej” –
taki rysuneczek stylizowany na bezradność dziecięcej ręki. Całą resztę
zabazgrałam, zakleiłam i nagle ten mało ważny fragment zaczął być dostrzegalny.
Przypadek, a może nie przypadek sprawił, że na ikonie Romana był identyczny
rysunek. Dostrzegłam to dopiero po skończeniu pracy. Kiedy mój obraz i jego
stały obok siebie, wyglądało to tak, jakby ptaszek przeskakiwał z płaszczyzny
na płaszczyznę – z mojego królestwa do jego i z powrotem. Myślę, że mogę
powiedzieć, że znam Romana Jenenkę, chociaż nie wiem, jaki miał kolor oczu.
„Dziwni z was ludzie, ale dobrzy” – mówiła gospodyni Luda. – „Niczego nie strzeżecie,
cały wasz dobytek zostawiacie otwarty na wierzchu, wszystkim się dzielicie i
tak pięknie śpiewacie nasze pieśni. Przyjedźcie do nas jeszcze raz. A ty,
Aniczka, to chyba do morza przyjechałaś, bo idziesz tam o świcie, a wracasz o
zachodzie.” Tak, to prawda: spotkałam się z Morzem Czarnym. Stałam raz
trzymając się za ręce z Jaśminką w srebrnej fali pod srebrnym niebem i byłam
pewna, że tak wygląda świat, o którym przeczytałam kiedyś na skrawku starego
listu pisanego do mnie przez moją mamę – na strzępku, który zawieruszył się w
mojej pracowni. To nie była tylko nieaktualna korespondencja (mama wtedy nie
żyła), ale bieżąca informacja. Na pożółkłym papierze było napisane „zupełnie
inny świat”. Może tam, w lepszym, innym świecie, stać będziemy w srebrnym
morzu. Wtedy z Jaśminką czułyśmy, że można tak stać do końca świata. Byłyśmy
wodą. Granice pomiędzy tym, co wewnątrz, a tym, co na zewnątrz zniknęły.
Nastąpiło nasycenie: nasycenie słońcem, morzem i pieśnią. Wracaliśmy
szczęśliwi. Każdy z nas przeżył swoją własną historię i każdy wiózł ze sobą
własny bagaż.
W tamtą stronę, jadąc nocnym pociągiem, staliśmy na korytarzu i każdy z nas
myślał: „Chyba nam odbiło”.
W drodze powrotnej patrzyliśmy sobie prosto w oczy i wiedzieliśmy, że nic
lepszego od tej włóczęgi nie mogło nas spotkać. Warto było zapłacić każdą cenę.
Co rano jedzie „gruzawik” z odkrytą przyczepą;
wskakuje do niej pies-podróżnik i wyskakuje w porcie.
Przystań w postaci wpół zatopionego wraku o
wdzięcznej nazwie „Titanic” zapełnia się tłumkiem ludzi czekających na równie
archaiczny i równie nie budzący zaufania „karablik” „Pegaz”. Pareń w czerwonej
podkoszulce podaje dłoń tym, którzy boją się sami przeskoczyć pas rozhuśtanej
wody.
W Oczakowie taksówkarz w czarnej wołdze czatuje na
kasiastych turystów. Daj mu Boże zarobić parę kopiejek.
Niemiły kierowca busu, który nazwał nas „czużyje”,
woła nosowym głosem „Odessa, Odessa” i czeka z odjazdem, aż zapełnią się
wszystkie miejsca. Daj mu Boże obfitość pasażerów.
Odessa strzeże swojej tajemnicy. Może kiedyś jeszcze
otworzy się przed nami. Narazie drzemie tak jak jej dworcowe, bezdomne psy. Tym
razem nie mieliśmy dla niej czasu, chociaż próbowała nas zatrzymać. W kasie
zabrakło biletów do Lwowa. Gdybyśmy nie mogli wybrać droższej wersji pociągiem
międzynarodowym wyruszylibyśmy z Odessy dopiero za dwa dni. Goniły nas terminy.
Na pewno jedzie znów ten pociąg, w którym
urządziliśmy sobie rajską ucztę pełną winogron, nektarynek, czarnego chleba,
korniszonów i piwa pt. „bila nicz”. Kiedy spaliśmy przy otwartych drzwiach
przechodząca korytarzem kobieta powiedziała o nas „Ot, szczęśliwi ludzie”.
Słyszałam te słowa i widziałam nas, prawie śpiących i szczęśliwych. Oby o tej
kobiecie też ktoś mógł tak pomyśleć.
Jest wciąż przejście graniczne, które tym razem
przejechaliśmy pociągiem unikając czekania, upokorzeń i przepychanek. Miej Boże
miłosierdzie dla przemytników i celników.
Jest nadal restauracja w Przemyślu z reprodukcją
obrazu Klee i ten stolik, przy którym Artur powiedział, że moje malarstwo jest
ograniczone z powodu pryzmatu, poprzez który spoglądam na rzeczywistość, a mała
Jaśminka powiedziała cichutko „dzięki pryzmatowi robi się tęcza”.
Są też gdzieś nasze znajome z pociągu: Ania, która
straciła męża osiemnaście lat temu i nosi gustowną biżuterię zaprojektowaną
przez córkę Asię; Dorota z pięknymi córeczkami, które wyglądały jak
bliźniaczki, dopóki nie wstały i nie okazało się, że różnią się znacznie
wzrostem; i Lena jadąca w odwiedziny do polskiej rodziny korzystając z czterech
dni wolnego w związku ze świętem odzyskania niepodległości przez Ukrainę.
Wszyscy oni gdzieś są: Artur w Niemczech, Jaśminka w krainie snów obok mnie, Jasiek w
wirtualnym świecie komputera, ja w tych słowach, Zuzia w pieśni wśród
przyjaciół Romana, a Roman Jenenko jest w niebie.
Post Scriptum
Dziś o świcie wróciła Zuzia. Przywiozła ze sobą Jurę. Na drogę wzięli od gospodyni
Ludy nasiona kwiatów. Powiedzieli, że Roman-weterynarz został jeszcze na Kosie.
Luda pozwoliła mu mniej płacić za nocleg w zamian za pomoc w gospodarstwie.
|
 |
patrz także: Piosenka pamięci Romana Jenenki - MP3
|