|
jesień/zima'06 |
|
W każdym jęku wiatru jest szyderczy śmiech - antropologiczna opowieść w twórczości J.S.Rabiego piotr jakub fereński, zuzanna morawiecka (UWr.)
W 1967 rok Roland Barthes opublikował artykuł, w wersji angielskiej noszący
tytuł Science versus Literature, w którym
próbował określić status i rolę nauki, w szczególności humanistyki w jej
relacji do literatury. Wychodząc od stwierdzenia, iż każde określenie granic
nauki ma arbitralny, społecznie ustalony charakter, Barthes odrzucił takie jej
wyznaczniki jak treść, metoda czy etyka, wykazując, że literatura posiada je
wszystkie w równym stopniu. Obejmuje ona ten sam ogromny zakres tematyczny, co
nauka, a przy tym traktuje wiedzę całościowo, nie zaś cząstkowo. Literatura
w swych licznie reprezentowanych na przestrzeni epok szkołach i programach
wypracowywała także określoną metodykę i etykę. Z nauką łączy ją również
to, iż obie są wypowiedziami (discours). Tu jednak lokuje się zarazem i główna
między nimi różnica, ponieważ zupełnie inaczej podchodzą do tego co dla
nich konstytutywne, czyli języka. „Dla nauki język to tylko narzędzie, które
należy uczynić możliwie najbardziej przejrzystym i neutralnym, podporządkowane
materii nauki (operacjom, hipotezom wynikom), która istnieje jakoby poza nim i
przed nim, albowiem z jednej strony i najpierw istnieją treści naukowego
przekazu, z drugiej zaś i potem – forma słowna obarczona zadaniem wyrażania
tych treści, która jest niczym”[1].
Inaczej jest w przypadku literatury, gdyż język stanowi jej byt, jak wyraża
się Barthes. Przywołuje on definicję Romana Jacobsona mówiącą, iż w
sferze technicznej przedmiotem przekazu poetyckiego czy literackiego jest sama
jego forma. W wymiarze etycznym i politycznym natomiast, po przez język właśnie,
literatura posiada moc podważania centralnych pojęć kultury i wywoływania
rewolucyjnych zmian. W przeciwieństwie do nauki nie kamufluje ona języka, lecz
bierze za niego odpowiedzialność, co ma doniosłe znaczenie szczególnie dla
strukturalizmu, za którego przedstawiciela w omawianym tekście autor się
przedstawia. Kierunek ten, zrodzony z lingwistyki, za obiekt dociekań obierając
język, jednocześnie sam mieści się w materii swych badań. Pytanie jakie
stawia Barthes dotyczy tego, w jaką stronę strukturalizm powinien zmierzać.
Może pozostać analityczny dążąc do wzorca nauk ścisłych lub pogrążyć
się w „nieskończoności języka, którego kanałem jest […] literatura”[2].
Musi wybrać czy chce być kolejną dyscypliną uznającą język jedynie za
instrument służący wyrażaniu autonomicznie od niego formułowanych myśli w
celu opisu neutralnie istniejącej rzeczywistości, czy też stać się
„odpowiedzialnym” pisarstwem. Wyraźne powraca w ten sposób dawna kwestia
odrębności, czy właściwiej mówiąc swoistości nauk humanistycznych. Barthes odpowiadając sobie, stwierdza, iż strukturalizm, by przetrwać,
powinien zunifikować się ze swym przedmiotem, tj. literaturą, porzucając dążenia
do nie osiągalnej w istocie „naukowości”. Musi zatem wyraźnie zerwać z
panującą iluzją przeźroczystości języka i myślą o niezwykłym
uprzywilejowaniu kodu naukowego. Jak zaznacza francuski semiolog i metodolog
humanistyki, obiektywność i ścisłość, choć na etapie wstępnych
przygotowań do pracy badawczej posiadają pewne znaczenie, to jednak
zdecydowanie nie są one już cechami samej wypowiedzi, ponieważ za tą zawsze
stoi bardziej lub mniej wyeksponowany podmiot. Strukturalizm winien przywrócić
świadomość miejsca jakie zajmuje język w wypowiedzi naukowej, czy też używając
innego określenia - w „twórczości humanistycznej”. Tedy zdaniem Barthesa
„nauka stała by się […] literaturą - o tyle, o ile literatura […] –
jest i zawsze była nauką. Wszak to co dziś odkrywają – w jakiejkolwiek
perspektywie: socjologicznej, psychologicznej, psychiatrycznej, lingwistycznej
itd. - nauki humanistyczne, literatura znała zawsze. Różnica jest tylko
jedna: literatura tego nie mówiła, pisała to”[3].
Powyższa refleksja Barthesa nad specyfiką i kondycją poznania
humanistycznego, w jakiejś mierze zawierała już w sobie to, co w niedługim
czasie stało się charakterystyczne dla koncepcji wielu autorów zaliczanych do
nurtu postmodernistycznego. Na terenie antropologii kulturowej, na którą
oczywiście, w latach sześćdziesiątych, silnie oddziałał strukturalizm,
pisarstwo jako element dyskursu naukowego zaczęto utożsamiać po prostu z jedną
ze współczesnych form działalności kulturotwórczej. Uwolnione od rygoru
obiektywności, mającej wynikać z zastosowania rzetelnych i sprawdzonych metod
badawczych, stało się kreacją, a nie adekwatną reprezentacją rzeczywistości
- w tym ujęciu właściwie zastąpionej przez tekst. Antropologia składałaby
się więc raczej ze zbioru opowieści, nie zaś ze skrupulatnych relacji i
diagnoz, wykorzystujących przeźroczystość języka. Zmianie uległo
rozumienie tego czym jest autorytet antropologiczny. Uwagę zwrócono nie tylko
na znaczenie obciążającego badacza „bagażu” kulturowego i na subiektywność
jego narracji, ale również na „kunszt” pisarski. W ten sposób zatarciu
ulegała wyraźna dotychczas granica między literaturą a antropologią. Niektórzy autorzy nie podążyli jednak aż tak radykalną drogą, choć
mimo to zdołali wskazać na istotność samego „pisania”. W „Dziele i życiu”
Clifford Geertz odwołując się do rozważań Foucaulta w What is an Autor? i do artykułu Barthesa Authors and Writers wskazuje na różnice po między „autorami”
tworzącymi „dzieła” i „pisarzami”, z pod piór których wychodzą
„teksty”. Opisywane przez niego wielkie postacie historii antropologii
kulturowej jak Malinowski, Levi-Strauss, czy Benedict należą zdecydowanie do
tej pierwszej kategorii, będąc założycielami dyskursywności,
„budowniczymi teatrów języka”. Książka Geertza stanowi próbę ukazania
obecnej w antropologii od jej początków literackości i związanej z tym wagi
autorstwa dla rozwoju dyscypliny. Tymczasem, jak słusznie zauważa:
„Dowodzenie, że pisanie etnografii wiąże się z opowiadaniem historii,
robieniem zdjęć, wymyślaniem symbolizmów i rozwijaniem metafor, jest
powszechnie odrzucane, czasem nawet zaciekle, z powodu właściwego Zachodowi,
co najmniej od czasów Platona, pomieszania wyobrażonego z urojonym, fikcyjnego
z fałszywym, kreowania faktów z ich fabrykowaniem. Dziwaczny pomysł, że
rzeczywistość ma swój własny język, w którym woli być opisywana, że sama
jej natura wymaga, żebyśmy mówili o niej bez zbędnej przesady – łopata to
łopata, róża to róża – pod groźbą iluzji, tandety i samooczarowania,
prowadzi do jeszcze dziwaczniejszego pomysłu, że jeżeli zniknie dosłowność,
znikną też fakty”[4]. W powyższej perspektywie literatura, przynajmniej w jakiejś swej części
jawić się może już nie tylko jako przydatny dla antropologicznych analiz
dokument, lecz sama w sobie, uwzględniając właściwości jej własnej formy
przekazu - literackość – posiada specyficzną wartość poznawczą. To, o
czym mówili Barthes i Geertz dobrze wydaje się oddawać wyrażona w
metaforyczny sposób myśl, którą Bruno Schulz zawarł na jednej ze stron Sanatorium Pod Klepsydrą. „Jednej rzeczy trzeba się wystrzegać
w tych sprawach: ciasnej małostkowości, pedanterii, tępej dosłowności.
Wszystkie rzeczy są powiązane, wszystkie nici uchodzą do jednego kłębka.
Czy zauważyliście, że między wierszami pewnych książek przelatują tłumnie
jaskółki, całe wersety drgających spiczastych jaskółek? Należy czytać z
lotu tych ptaków…”[5]. W tradycji literackiej Afryki Południowej twórca rzadko kiedy mógł
sobie pozwolić na skupienie się jedynie na aspekcie czysto artystycznym. Pióro
było zazwyczaj narzędziem walki – o język, o niepodległość, o równouprawnienie.
Pisarz musiał bardzo często stawać się krytykiem politycznym i społecznym;
posługując się jednym z najskuteczniejszych przez całe wieki narzędzi, biorąc
odpowiedzialność za innych, słowo po słowie zmieniał świadomość swoich
czytelników. Przyjąwszy strategię "krytyki od wewnątrz", zaangażowana
społecznie literatura południowoafrykańska nie formułuje jawnych oskarżeń,
nie wskazuje gotowych rozwiązań, tylko po prostu opowiada historie. Bardzo wdzięcznym do tego celu gatunkiem jest dziś dobrze zadomowione w
afrikaans-języcznej tradycji krótkie opowiadanie – "kotrverhaal",
nazywane również "krótką sztuką" – "kortkuns" i
przybierające niekiedy radykalną formę "kort-kort", czyli "krótkie-krótkie",
ograniczone objętościowo do jednej strony maszynopisu. Nazwa ta łączy nie
tylko opowiadania, ale także szkice, eseje i teksty o charakterze bardziej
dokumentalnym. Mistrzem krótkiego opowiadania, jak również prekursorem literackiej
rewolucji w Afryce Południowej lat sześćdziesiątych, był Jan Sebastian
Rabie (1920 - 2002). Zebrane w pod wieloma względami przełomowym tomie
"Dwadzieścia jeden" ("Een-en-twintig") "krótkie
prozy" ("kortprosa"), czy też " wiersze prozą"
("prosagedigte") jego autorstwa cechuje, jak pisze J.C. Kannemeyer, "niezwykle
skoncentrowana ekspresja słowa, charakterystyka często anonimowych bohaterów,
powiązania z fantastyką, dziwacznością, groteską i osobliwością oraz
przedstawienie bezustannie zmieniającej się rzeczywistości [co] jest wszakże
nowym wkładem do afrykańskiej prozy i bezwarunkowym odcięciem się od często
przyjemnej i lokalnie realistycznej dawnej sztuki narracji."[6] Mimo iż do
konstruowania swych zazwyczaj alegorycznych i symbolicznych obrazów używa często
wykreowanych postaci i zdarzeń, to jednak opowiadania Rabiego bliższe są w
swej istocie fabularyzowanego dokumentu, niż fikcji literackiej. Rabie był bystrym i wrażliwym obserwatorem rzeczywistości, a swoim
zaangażowaniem zyskał miano "bojownika
o prawdę"[7],
co znalazło odzwierciedlenie nie tylko w jego twórczości literackiej, ale
takze w wieloloetniej pracy dziennikarskiej. Świadomość odrębności i
specyfiki własnej kultury, a z drugiej strony przekonanie o powszechności
pewnych problemów i zjawisk wzmocniły liczne i długie podróże do Europy
(Francja, Wielka Brytania, Grecja), Stanów Zjednoczonych i Izraela. Dzięki
temu te krótkie opowiadania łączą w sobie dwa punkty widzenia: wewnętrzny i
zewnętrzny – autor świadomy jest swego uczestnictwa w opisywanej przez
siebie rzeczywistości, ale może spojrzeć na nią z dystansu obcej
kultury.Tomik "Dwadzieścia jeden" powstał podczas pobytu Rabiego w
Paryżu w latach 1948-55. Prawie wszystkie opowiadania pierwotnie napisane zostały
po angielsku, a następnie niejako ponownie napisane w afrikaans, co nie jest
bez znaczenia wziąwszy pod uwagę polityczne konotacje tego języka. Powrót do
afrikaans może w tym kontekście być interpretowany jako świadoma decyzja
powrotu do Afryki Południowej równiez w sensie mentalnym, jako wybór nie całkowitej
negacji i potępienia, a konstruktywnej krytyki od wewnątrz. Po jego przyjeździe
do Kapsztadu, dom Jana Rabiego stał się przystanią i miejscem spotkań przyszłych
"literackich rebeliantów"[8]
młodszego pokolenia, którzy wbrew reżimowi i systemowi, którego nie
potrafili zaakceptować, podjęli się żmudnej, niemal pozytywistycznej pracy u
podstaw świadomości społecznej. Jeśli definicję reportażu umieścimy na pograniczu literatury i
dziennikarstwa[9],
uznamy w jego genealogii udział "nie tylko publicystyki, ale i [...]
gatunków prozy fabularnej i odmian prozy dyskursywno – refleksyjnej"[10],
a także zgodziwszy się na "deklarowany subiektywizm w opisie rzeczywistości"[11],
wtedy przynależności gatunkowej opowiadań Rabiego należy szukać pomiędzy
literaturą piękną, a reportażem. Przeważnie spełniają one większość z
rejterowskich wyznaczników reportażu[12].
Zgodnie ze słowami Egona Erwina Kischa "każdy pisarz, także nierealista,
potrzebuje studiów środowiska, a każde studium środowiska jest reportażem”[13].
Natomiast narzędzie literackie udziela tekstom Rabiego funkcji perswazyjnej, która
w publicystyce nie jest uprawniona[14]. Posługując się metaforą i parabolą Rabie potrafi bardzo zwięźle i
bezpośrednio przekazać odbiorcy swoją wiedzę o otaczającej go rzeczywistości.
Przykładem takiego opowiadania jest "Susza" ("Droogte"),
gdzie pisarz w sposób oszczędny stylistycznie, ale mimo to niezwykle
sugestywny, ukazuje bardzo prosty obraz – dwóch mężczyzn buduje dom. Jeden
jest czarny, a drugi biały. Czarny pracuje w słońcu, a biały w cieniu.
Otacza ich pustynia. Biały jest szefem i kieruje budową w ten sposób, że
jego dom pozbawiony jest okien i drzwi, a on cegła po cegle zamurowuje się
wewnątrz. Na koniec czarny bezsilnie uderza pięściami w mur i woła:
"Wyjdź szefie... Wyjdź do mnie..."[15] Już sama fabuła jest wymowna, ale Rabie wzmacnia ją jeszcze i wzbogaca
dialogiem. Biały tłumaczy czarnemu dlaczego musi pracować w słońcu: "Jesteś
przeklęty [...]. Dawno temu mój Bóg przeklął cię ciemnością."[16] Potem następuje
rozpoczęta przez białego wymiana zdań dotycząca przeszłości: - "Dawno
temu przybyli przez morze moi przodkowie. Przybyli z daleka, w białych okrętach
wysokich
jak drzewa, a na lądzie zbudowali wozy, które przykryli żaglami ze swych okrętów.
Daleko, daleko wędrowali i szeroko rozsypywali popiół ze swych ognisk po tym
wielkim i barbarzyńskim kraju. Lecz teraz ich dzieci są zmęczone, chcemy
budować domy i was, czarnych, uczyć jak z nami żyć. Najwyższy czas, nawet
jeśli wasze skóry na zawsze pozostaną czarne...
Czarny go pociesza:
- A moi przodkowie ochrzcili swoje włócznie we krwi twoich i zobaczyli,
że jest czerwona, tak jak nasza.
- Czas żebyś zapomniał o krwawej przeszłości – mówi biały ze
smutkiem – chodź, musisz nauczyć się ze mną pracować. Musimy zbudować
ten dom!"[17] Ostatnią rzeczą,
którą biały tłumaczy czarnemu jest przyczyna dla której nie pozostawia w
swoim domu otworów na drzwi i okna: "Tego
także nie potrafisz zrozumieć – mówi miękko. – Dawno temu w innym kraju
moi przodkowie budowali mury, aby bronić się przed morzem. Grube, wodoszczelne
mury. Dlatego mój dom nie posiada drzwi i okien."[18] Poza sferą akcji i warstwą zwerbalizowaną ustami bohaterów, w
opowiadaniu funkcjonuje również trzecia płaszczyzna – autor daje
czytelnikowi wgląd w to, co nie zostało wypowiedziane, a stanowi główny
czynnik powodujący napięcie między nimi. Dwukrotnie mamy szansę poznać myśli
bohaterów - najpierw po słowach białego: - "Twoi
przodkowie nie żyją. Czas, żebyś zapomniał.
Czarny patrzy na niego milcząco, a jego oczy mówią: twoi przodkowie
także nie żyją. Jesteśmy tu sami."[19], a potem przy
rozmowie o domu: - "Ale tu
nie ma powodzi! – wykrzykuje czarny – piasek jest suchy jak czaszka! Ty
jesteś tym morzem, myśli biały, nie mówiąc nic więcej."[20] Całość spaja i zamyka klamrą obraz rozpalonego bezlitosnym słońcem
pyłu wirującego w szamańskim tańcu żniwnym Ngoma. Opowiadanie "Susza" stanowi jasny, klarowny wykład o podłożu
i skutkach aktualnej wówczas sytuacji społecznej: o programowej autoizolacji
białej zbiorowości, o poczuciu wyższości uzasadnianym przez potomków
protestanckich osadników radykalną interpretacją Biblii (chcąc skłonić białego
do wyjścia z zamurowanego domu, czarny woła: "Ale szefie, nigdy tu nie
przyjdzie powódź? Nigdy nie będzie tu padać przez czterdzieści dni i nocy,
jak w Księdze twojego białego Boga!"[21]),
oraz o upartym przywiązaniu do tradycji od wielu już pokoleń całkowicie
nieprzystosowanej do lokalnych warunków środowiska naturalnego, i w końcu o
wielopłaszczyznowym wzajemnym niezrozumieniu. W innym opowiadaniu z tego tomu, zatytułowanym "Stellenbosch, moja
dolino" ("Stellenbosch, my vallei"), powraca pokrewna tematyka,
chociaż strategia narracyjna jest zupełnie odmienna. Jest to próba
rekonstrukcji świadomości umierającego z zimna człowieka uwięzionego w maleńkim
namiocie w sercu burzy śnieżnej na górskim szczycie. Płaszczyzna realna
przeplata się tu ze wspomnieniami z dawnych lat. Początkowo umysł bohatera
przywołuje obrazy dla niego przyjemne i bezpieczne, krainę jego młodości, do
której ucieka myślami przed groźną rzeczywistością: "Radość
niesie mnie przez spokojne miasteczko, w którym chciwie rozpoznaję każdy dąb,
każdy szmer wody, każdy kawałek poplamionego słońcem muru. Oto wybór pamięci,
oto dolina mojej młodości, najpiękniejsza."[22] Potem jednak
wspomnienia błądząc wśród splątanych wątków dryfują nieubłaganie ku
zdarzeniom, o których bohater wolałby nie pamiętać, broni się przed nimi
bezskutecznie próbując powrócić świadomością do chwili bieżącej: "Z
gwałtownym dreszczem zdejmuję z oczu ciemne okulary śniegowe i mówię głośno:
'Zimno', żeby odegnać tamto ślepe niezrozumienie. Mój namiocik skręca się
i drży w dyszącej gardzieli burzy: dlaczego muszę sobie o tym przypominać właśnie
teraz, gdy dolina śpiewa we wszystkich moich włóknach jak lina
ratunkowa?"[23] Ale sumienie,
obudzone w momencie zagrożenia życia, nie dopuszcza innych wspomnień, snuje
swą opowieść do końca. Bohater cofa się do czasów studenckich – "W
zielonkawym świetle akwarium falują białe i brązowe twarze. Zachrypnięte,
gwałtowne krzyki i podniesione pięści. Po kilku sekundach biegniemy, domyślam
się, że jakiś kolorowy popchnął białą dziewczynę, żeby jako pierwszy
dostać się do okienka sklepiku. Zaraz potem nocna ulica wzdycha wypełniona
naszą oburzoną pogonią. Tu i tam dwudziestu, trzydziestu podskakuje do gałęzi
dębów po kije do bicia, w mgnieniu oka ogałacając je jak szarańcza strzępy
liści. Na przecznicy gasną lampy i z ciemności wita nas deszcz kamieni.
Garstka policji oddaje strzały w powietrze. Śmiejemy się i krzyczymy. Nagle są
nas setki, tysiąc, sfora wilków w ślepym pościgu. Szturmujemy ciemność,
nasze serca biją, biją, jesteśmy bohaterami w uniesieniu ryzykującymi życiem
w imię naszego zbiorowego gniewu. I
nagle przed nami pustka, już po wszystkim, możemy podnieceni i dumni wracać
do domu."[24] Bezlitosna pamięć
natychmiast przywołuje kolejny obraz: "Tuż
po porannej mszy, gdy stoimy w krąg czyści i w niedzielnych ubraniach,
przychodzi nowa plotka, której ślepo dajemy posłuch. W niedzielnych ubraniach
uderzamy w świetle słońca, biała, młodzieńcza, tysięczna banda. I znowu
jak szarańcza ohydnie obdzieramy dęby, znowu na granicy biedniejszych ulic
wita nas grad kamieni. Daleko przed nami, gdzie malusieńcy kolorowi chłopcy
pchają taczki kamieni, kłębi się czarny tłum. Tym razem błyskają ostrza
noży, w naszych rękach pojawiają się trzonki siekier. Najśmielsi jak
snajperzy pełzną po dachach. Jeden po drugim nieprzytomny i pokrwawiony odciągany
jest do tyłu. Kotłujemy się wrzeszcząc."[25] Nie pomaga
interwencja studenta teologii, jego nawoływanie o pokój spotyka się z salwą
śmiechu i gradem kamieni. Po zakończeniu bójki staje się on przedmiotem
drwin. Bohater z wyraźnym bólem, wstydem i żalem spogląda na siebie w tamtym
czasie, w tamtym miejscu i w tamtej sytuacji: "W
każdym jęku wiatru jest szyderczy śmiech, w każdym wyciszeniu jest umieranie
na długo przed nadejściem lodowej nocy; jak mogłem wtedy wiedzieć o tej rdzy
w tym, co wiernie zachowuje wspomnienia, w tym, z czego ten cierpliwy koralowiec
buduje duszę dorosłego mężczyzny? Wtedy śmiałem
się razem, razem atakowałem. Tak jak inni, młody chłopak w niedzielnym
ubraniu z ustami wykrzywionymi nienawiścią, bez tchu. Ponad stertami kamieni,
przez opuszczone ulice, gdzie kamieniami w każdą szybę okazywaliśmy swoją
wyższość, wszystkiemu, co nie pozostało skulone w swoich domach, odpłaciliśmy
za arogancję."[26] Uwagę zwraca w tym opowiadaniu przede wszystkim pierwszoosobowa
narracja, która nie występuje w żadnym innym utworze z tego tomiku. Opisywana
dolina to Stellenbosch, gdzie Rabie studiował w latach 1937–40. Opowiadanie
napisane zostało w roku "Nowe piramidy" ("Die nuwe piramides") to utwór
najbardziej wstrząsający, bo odarty z wszelkich formalnych atrybutów
beletrystyki. W tym opowiadaniu brakuje nawet fikcji literackiej, autor opisuje
tu w sposób reporterski obóz zagłady z czasów II Wojny Światowej. W tekście
nie pada nazwa miejscowości, ale fragment: "Komin
bryzga gęstymi, duszącymi chmurami. Ciężarówki codziennie wywożą popiół
dwie mile dalej do Wisły."[28] nie pozostawia
wątpliwości, że chodzi o Oświęcim. Rabie nie był więźniem obozu, w czasie wojny nie był nawet w Europie,
a tym bardziej w Polsce. Wycinek rzeczywistości opisany w tym kawałku prozy
ukazuje drogę transportu więźniów od wyjścia z wagonu kolejowego na peron,
przez komorę gazową aż do "piętnastu gorących pieców"[29]. Tak jak w każdym innym utworze, tak i w tym opowiadaniu Rabie wybiera
najbardziej jaskrawy i dobitny przykład do zilustrowania swojej myśli, by nie
pozostawić możliwości błędnej interpretacji, bowiem to, co ma do
przekazania, uważa za niezwykle ważne. Jeśli nie znajduje w rzeczywistości
powszechnie znanej odbiorcy odpowiednio sugestywnego ostrzeżenia, posługuje się
parabolą. W tym przypadku, niestety, realne wydarzenia historyczne dostarczyły
przykładu bardziej drastycznego, niż mogłaby wysyntetyzować wyobraźnia
artysty. Tytuł opowiadania jest kluczem do analizy treści. Największa,
najtrwalsza piramida to władza, która poprzez system rozkazów pozwala na
wzajemne zrzucanie odpowiedzialności: "Co
dzieje się dzisiaj, działo się wczoraj i stanie się jutro. Wszyscy tylko
wykonują rozkazy. Rozkazy przychodzą z góry. Rozkazy przychodzą od kogoś
innego, zawsze wyżej. Rozkazy są piramidą, niewidzialną, doskonałą jak
maszyna do wymazywania odpowiedzialności, doskonała w pogardzie dla człowieka."[30] Na samym dole
tej piramidy znajdują się więźniowie pełniący funkcje sanitarne: "unoszą
swoje gumowe węże i silnymi, czystymi strumieniami wody do czysta zmywają z
ciał wszelkie osobiste dążenia. Żadnego rozdzierającego serce respektu dla
nich. Żadnego zapomnienia dla nich. Tylko współwina jako cena za własne życie.
Ten feniks zrzuca na nich skałę, codziennie. Codziennie dźwigają zdradę całego
wszechświata do wind unoszących pięciokroć trzy tysiące anonimowych ciał
do spalenia."[31] Druga piramida to kłamstwo i hipokryzja "by wszystko przebiegało
planowo"[32],
bez zakłóceń, bez opóźnień spowodowanych ludzkimi emocjami takimi jak
strach czy litość. Dlatego więźniowie do ostatniej chwili nie są świadomi
czekającego ich losu. W błędnym optymizmie utwierdzani są na każdym kroku
przez architekturę obozu, tablice (dez)informacyjne, rozkazy płynące z głośników
i spokój służb sanitarnych. Nawet oficer SS, który "czterokrotnie sypie
śmierć"[33]
pod "pokrywę cementowej rury"[34],
wysiada z karetki Czerwonego Krzyża. "Nie
słychać odgłosów konania tuż pod trawnikiem. Żadne ludzkie oko nie jest świadkiem
trzech tysięcy równoczesnych morderstw."[35] Kolejna
piramida to "Piramida ciał zestertowana pod sufit. Nikomu nie było dane umrzeć w chwalebnej samotności. Tu panował tylko
szalony strach, zwierzęca potrzeba dostania się ponad nisko unoszącą się
warstwę gazu, by żyć dwie, trzy minuty dłużej wspinając się w górę i
zmiatając słabszych, już umierających. W doskonałej piramidzie leżą trzy
tysiące ciał piętrzących się pod sufit. Dzieci, kobiety i niemowlęta poniżej,
a na samym szczycie mężczyźni, najsilniejsi."[36] To
odzwierciedlenie najmocniejszej, szczególnie w sytuacjach ekstremalnych, siły
powodującej zachowaniem ludzkim – instynktu samozachowawczego.
Na koniec autor konfrontuje te "nowe", symboliczne piramidy z
egipskimi: "Za rok,
za dwa lata, za liczbę produkcyjną powyżej sześciu zer zabitych,
krematorium, hańba i drut kolczasty, ta hańba i okrucieństwo mordu pod
trawnikiem zostaną starte z powierzchni ziemi.
Kiedyś, pięć tysięcy lat temu, ludzie także budowali piramidy.
Piramidy, aby życie czcić nawet w śmierci. Kamień, który trwa."[37]
Ogólny wniosek z tego opowiadania można sformułować w ten sposób, że
wspólną podstawą wszystkich tych piramid mających punkt styczny w komorze
gazowej obozu w Auschwitz jest tak zwana świadomość społeczna, która,
według tezy zawartej w opowiadaniu, również ma tendencję do wybierania rozwiązań
najłatwiejszych, czyli w tym przypadku dążącej do hipokryzji naiwności
wobec propagandy.
Proza Rabiego, jak zresztą każda inna "literatura z najwyższej półki",
wykracza poza ramy gatunkowe i poza funkcję estetyczną. Mamy tu do czynienia z
jednym z tych fenomenów literackich, w których relacja pomiędzy treścią a
formą osiąga pełną równowagę, komunikat zyskuje wymiar ponadosobisty, a
jego ujęcie dąży do obiektywizmu. Te południowoafrykańskie opowieści mogą
stanowić rodzaj dokumentacji stanu kultury pozornie odległej, ale posiadającej
zaskakująco liczne i silne związki z europejskim kręgiem kulturowym. Lektura
tych opowiadań, między innymi dzięki dużemu zaangażowaniu społecznemu,
osobistym doświadczeniom i drodze zawodowej autora, biegłości formalnej i
reportażowemu potraktowaniu materii literackiej, jest okazją do obserwacji
pewnych zjawisk z zupełnie innej perspektywy.
We wszystkich opowiadaniach Rabie w sposób metaforyczny stara się
ukazywać problemy, które uważa za szczególnie istotne. Przykłady zaczerpnięte
ze społeczeństwa ukształtowanego systemem apartheidu są czytelne również
dla przedstawicieli kultury europejskiej i na odwrót – obrazy z realiów całkowicie
obcych potencjalnym odbiorcom tekstu mogą oddziaływać na nich w sposób
bardziej sugestywny. Dzięki temu mogą stać się źródłem wiedzy zarówno o
kulturze własnej, jak obcej, dla czytelników nie tylko rodzimych, ale także
spoza reprezentowanego kręgu kulturowego, a także o osobistym stosunku autora
do przedstawionego zagadnienia. [1]R.
B a r t h e s: Mit i znak. Eseje.
Przeł. W. Błońska, Warszawa 1970, s. 316. [2]
Ibidem, s. 318. [3]
Ibidem, s. 324. [4]
C. G e e r t z: Dzieło i Życie.
Antropolog jako autor. Przeł. E. Dżurak, S. Sikora, Warszawa 2000, s.
189. [5]
B. S c h u l z: Sanatorium Pod
Klepsydrą. Kraków 1978. [6] J. C. K a n n e m e y e
r: Geskiedenis van die Afrikaanse
Literatuur II, Pretoria i in. 1983, s .336. Przekład z języka
afrikaans, tak jak w przypadku wszystkich innych przytoczonych tu cytatów
dotyczących Jana Rabiego i jego twórczości, został wykonany na potrzeby
opracowania przez Z. Morawiecką. [7]
D. H. S t e e n b e r g: Jan Rabie (1920-). W: Perspektief
en Profiel – 'n Afrikaanse Literatuurgeskiedenis. Red. H. P. v
a n C o l l e r. Pretoria 1999,
s.498. [8]
m. in. Breyten Breytenbach, Ingrid Jonker, André Brink, Abraham de Vries,
Etienne Leroux, Richard Rive, Athol Fugard. [9]
K. W o l n y – Z m o r z y ń s k i, Reportaż
– jak go napisać?. Rzeszów 1996, s.175. Za: J. M
o r a w i e c k i: Dokumentowanie
rzeczywistości i perswazja literacka w tygodniku "Ogoniok".
Analiza ewolucji reportażu (1995-2002), rozprawa doktorska pisana pod
kierownictwem naukowym prof. dr hab. Krystyny Galon-Kurkowej obroniona 20
września 2005 na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego,
s. 44-45. Praca nie jest opublikowana, dostępna w Bibliotece Filologii Słowiańskiej
na ul. Pocztowej 9 we Wrocławiu. [10]
J. Morawiecki, op.cit., s.47. [11]
ibidem, s.45. [12]
czyli: "przystępność – uwzględniającą możliwości percepcyjne
szerokiego grona odbiorców, systematyczność, dociekliwość (cecha
publicysty), inwencję (kreatywne, samodzielne myślenie publicysty, formułowanie
przez niego hipotez, konkluzji), ścisłość (manifestacja wyczerpującego
i rzeczowego przedstawienia problemu), naoczność (barwność, niebanalność
w przedstawianiu zjawisk), impresyjność (indywidualny stosunek autora do
tematu), selektywność (wybór przedstawienia istotnych zagadnień),
permanentność oddziaływania", ibidem. [13]
ibidem, p.44. [14]
"czytelnik, nawet jeśli nie zna opisywanej sytuacji czy osób, to ma
– choćby teoretycznie – możliwość porównania obrazu ukazanego w
dokumencie z rzeczywistym (może na przykład odszukać kołchoz opisany w
reportażu i porównać jego mieszkańców z bohaterami ukazanymi w tekście;
nie ma takiej możliwości w przypadku literatury pięknej, na przykład –
nowel Szukszyna; w pierwszym przypadku odbiorca porównuje ciągle świat
przedstawiony z własną wizją i doświadczeniem – w drugim – w większym
stopniu przyjmuje wizję autora jako zastaną; nawet jeśli obraz jest
kontrowersyjny, czytelnik nie poddaje go w takim stopniu w wątpliwość w
momencie samego procesu czytania).", ibidem, s.48. [15] J. R a b i e: Versamelverhale.
Kaapstad i in. 1980, s.35. [16]
ibidem, s.33. [17]
ibidem, s.33-34. [18]
ibidem, s.34. [19]
ibidem. [20]
ibidem. [21]
ibidem, s.35. [22]
ibidem, s.47-48. [23]
ibidem, s.48. [24]
ibidem. [25]
ibidem. [26]
ibidem, s.49. [27]
Podczas drugiej wyprawy, odbytej tuż przed napisaniem tego opowiadania,
"zdobył miano 'Le Boer la mieux resisté' (najwytrzymalszego
Bura)", J.C. C o e t z e e: Jan
Sebastian Rabie: 'n Monografie. Durban 1979, s.12. [28]
J. Rabie, op.cit., s.44. [29]
ibidem. [30]
ibidem. [31]
ibidem. [32]
ibidem, s.43. [33]
ibidem. [34]
ibidem. [35]
ibidem. [36]
ibidem, s.44. [37]
ibidem. |
JESIEŃ/ZIMA 2006 str. 1 wędrowiec © dziennikarze wędrowni |