wiosna'07
str. 1



Katakumby Misraim

michael ende, tekst
agnieszka mielcarek, kinga maciejewska, magdalena grodzicka, ilustracje




     Zrozumienie nadeszło nagle i nie pozostawiało żadnej wątpliwości. Bronić się przed nim, nic nie dawało. On, Iwri, był inny niż wszyscy pozostali ludzie rodu cieni.

     Leżał w swej sypialnej niszy i nie mógł odnaleźć snu. Otwartymi oczami wpatrywał się w sufit, który tylko o rozpiętość dłoni rozpościerał się nad jego twarzą, twardy, czarny, kamienny. Próbował sobie przypominać, lecz nadaremnie.

     Wcześniej jego sen, jak u wszystkich innych cieni, był nieświadomym stanem usztywnienia, pozostawionym samemu sobie, ciemnym miejscem pomiędzy rozbudzonymi fazami aktywności i przyjmowania posiłków. Jednakże ostatnio coś się zmieniło, podczas snu Iwri odbierał niejasne wrażenia, przeciągały przed nim obrazy, zalewały go nigdy nie doznane uczucia. Niejasno uzmysławiał sobie, że w tych stanach dochodził do ostatecznego, zewnętrznego końca świata Misraim i dostrzegał tam otwory, które odsłaniały widok na coś, co leżało poza katakumbami. Co było owym poza, tego jego pamięć nie potrafiła zatrzymać, ale po przebudzeniu jego policzki były za każdym razem mokre od łez. Iwri musiał przed sobą przyznać, że tęsknił do tych anormalnych stanów. A jednocześnie ich się wstydził, był bowiem pewien, iż ulegał iluzji. To zaś było powszechnie uznawane za niewybaczalną słabość.

     Według oficjalnej nauki, której nikt nie ważył się poddawać w wątpliwość, świat Misraim, ów labiryntowy kosmos korytarzy, schodów, hal, sztolni, komór i grot, w których ród cieni żył, pracował, spał i się rozmnażał, był rzeczywistością jedynie możliwą. Byli tam Wielcy Wiedzący, którzy obliczyli, że ten cały system katakumb nie był wprawdzie nieskończony, ale jednak nieograniczony. Z powodu nieuchwytnego zakrzywienia wszystkich przestrzeni w sobie samych hipotetyczny wędrowiec, który zmierzałby wciąż w jednym określonym kierunku, po niewyobrażalnie długiej podróży dotarłby z przeciwległej strony do punktu swego wyjścia. Byłoby przy tym obojętne, czy wykorzystane zostałyby do tego już gotowe korytarze i tunele czy też przekopano by całkiem nowe, obojętne w jakim kierunku. Odtąd pytanie, co mogłoby znajdować się poza granicami Misraim, zostało ostatecznie zdemaskowane jako nierozsądne i nie było więcej stawiane. Zwyczajnie i po prostu takie poza nie mogło istnieć, bowiem już sama jego obecność uczyniłaby go częścią Misraim i tym samym teraz tym bardziej Nie-Poza. Jedynym, co istniało od dawien dawna i istnieć będzie zawsze, są katakumby. Zgodnie z tym każde pytanie o sposób, w jaki się tutaj znaleziono, uważane było za oznakę bezgranicznej niewiedzy i drwiąco lub pobłażliwie wyśmiewane. Jako że nie było żadnego wyjścia, tak też nie było możliwe żadne wejście. Jako oznaka wysokiego wykształcenia oraz pozbawionej złudzeń świadomości uchodziło wśród cieni zadowolenie się stwierdzeniem, że przecież się tu było, bez doszukiwania się w tym stwierdzeniu jakiegokolwiek sensu lub przyczyny. Świadomość nieoddawania się jakiejkolwiek iluzji przepełniała wiedzących nawet pewną dumą, z którego to powodu wolno im było nadawać sobie tytuł »Roz-Czarowani« albo »Roz-Czarowujący«. Zgodnie z tym wśród całego pozostałego rodu cieni znawano za prawdę jedynie to, co nosiło w sobie ów gorzki posmak rozczarowania.

     Sypialna nisza, w której leżał Iwri, była jedną z wielu znajdujących się w ścianach wielkiej groty spoczynku, mówiąc dokładniej, siódma od dołu i dwudziesta ósma od prawej w ścianie zachodniej, i osiągalna tylko po jednej z przesuwalnych drabin. Również inne ściany pełne były sypialnych nisz, wszystkie jak jedna dwa metry długie i pół metra wysokie. W różnych częściach katakumb były też jeszcze inne groty spoczynku, większe niż ta oraz mniejsze. Jak wiele, Iwri nie wiedział. Kiedyś słyszał jakoby miałyby istnieć nawet komory grobowe dla par lub pojedyncze, ale to musiało dotyczyć zapewne tych szczególnie uprzywilejowanych członków rodu cieni.

     Iwri przeczesywał swą pamięć w poszukiwaniu odpowiedzi, kiedy to po raz pierwszy pojawiły się u niego owe osobliwe stany. Przy pytaniu o Kiedy stwierdził nie bez zaniepokojenia, że nie potrafił odróżnić swoich poszczególnych faz rozbudzenia. Było to tak, jakby dostrzegał tylko jeden nieskończony szereg lustrzanych obrazów, całkowicie identycznych, które gdzieś tam z tyłu gubiły się w mroku. Wciąż ta sama ołowiano-szara poświata wypełniała wszystkie przestrzenie Misraim, światło, które zdawało się przychodzić znikąd, tak, jakby stało ono niczym mgła w nieruchomym powietrzu. W zasadzie, tak do siebie mówił, jeśli czas oznaczał zmianę, to czas w ogóle nie istniał, lecz jedynie ustawiczne powtórzenie jednego i tego samego, nieustające amorficzne Teraz. Czas był poniekąd zawiesistą breją, która, aby być w ruchu, musiała być ciągle mieszana. Gdy tylko odjęło się rękę, czas zatrzymywał się, i nie było żadnej różnicy między przed a po, jak gdyby w ogóle nigdy nie był on w ruchu.

     »To do niczego nie prowadzi», usłyszał tuż przy swym uchu głos szefa. »Po prostu jest, jak jest. Teraz chcesz zakończyć to bezużyteczne rozmyślanie. Z dużo większą przyjemnością chcesz teraz myśleć to, co myślą wszyscy, i robić to, co robią wszyscy. Chcesz należeć do społeczności. Nie chcesz się wyłączać.«

     Iwri znał ten głos, jak znał go każdy cień. Ten, kto do niego mówił, był dyrektorem i najwyższym zarządcą Misraim, pan Bechmot. Nikt go nigdy nie widział, a jednak poprzez ów cichy, ochrypły szept o ujarzmiającej przenikliwości był on wszechobecny. Pomijając fazy spania mówił on niemal bez przerwy do każdego z osobna, wydawał mu polecenia i rozkazy, chwalił, ganił, kierował i koordynował jego działanie z działaniami wszystkich pozostałych. Jak to czynił, czy poprzez niewyobrażalnie pomysłowy system ukrytych głośników czy wręcz poprzez odbiornik wbudowany w ucho, nie było znane nawet Wiedzącym, jednakże jego zdolność przekazywania tych wszystkich niezliczonych a przy tym nader specyficznych zarządzeń bezustannie i jednocześnie, uznawana była za misterium nadludzkiej inteligencji, która każdy sprzeciw ukazywała z góry jako absurdalny. Z tego powodu ród cieni okazywał mu niemalże religijne uwielbienie i posłuszeństwo.

     »Chcesz teraz wstać i pójść do swej pracy«, szeptał głos.

     Drabina przysunęła się samoczynnie. Iwri wygrzebał się ze swej niszy, zszedł na dół i wyszedł z groty spoczynku na główny korytarz.

     Cienie maszerowały długimi kolumnami do swych miejsc pracy, albo też z nich powracały, schodami do góry, schodami w dół, przez tunele i korytarze, hale i sztolnie, wzdłuż bezdennych przepaści i poprzez mosty, aż do ostatnich rozgałęzień i kapilar niezmierzonego systemu żył labiryntu Misraim. Fazy aktywności, spania i przyjmowania posiłków każdego osobnika były ściśle uporządkowane, tak że ogólny krwioobieg świata nigdy nie ulegał zatrzymaniu. Na wszystko co niebędne istniały określone pomieszczenia, również na te intymniejsze potrzeby ciała jak wypróżnianie lub kopulacja.

     Iwri wstąpił w szereg. Nie musiał się zastanawiać, dokąd miał pójść, bowiem jego krokami kierował głos zarządcy: »Lewe odgałęzienie - schodami do góry - prosto - prawy tunel...«

     Zasadniczo nie było wśród cieni żadnych zawodowych specyfikacji, każdy mógł w każdym czasie zostać przeznaczony do każdej pracy. I tak Iwri był obecnie przydzielony do brygady mierniczej, która miała ustalić długość, wysokość i szerokość wszystkich istniejących stopni schodowych - przy niezliczonej liczbie schodów była to praca bez widoku na jej zakończenie. Dlatego członkowie brygady byli od czasu do czasu wymieniani, zaś nowo przydzieleni rozpoczynali liczenie od początku. Nikt z nich nie wiedział, jaki sens miała ta czynność, i nikt o to nie pytał. Głos szefa zapewniał, jakoby ich praca miała nadzwyczajną wagę, a nie było żadnego powodu, żeby w to wątpić.

     Skała, w której ów system katakumb był wydrążony, składała się z grafitowo-czarnej substancji o wielkiej ciężkości i gęstości. Kawałek wielkości głowy ważył tak wiele, że jedna osoba tylko z trudem mogła unieść go do góry. A że ponadto skała ta była jeszcze niezwykle twarda, z największą trudnością poddawała się jakiejkolwiek obróbce. Kiedy jednak udało się odłupać z niej jakiś kawał, rozpadał się on w proch. Ten zaś wywożony był pojazdami na szynach i przerabiany w bardzo odległych zakładach - Iwri nie znał nikogo, kto kiedykolwiek je widział - na jedyny pokarm rodu cieni. Rozchodziło się tu o czarną breję, która bardzo prędko gasiła głód i pragnienie, ale nie miała żadnego smaku. Nie trzeba jej było wiele. Cień, który ją spożył stawał się gęściejszy i ciemniejszy. Przeciwnie u głodnych niedobór pożywienia powodował mgłopodobne zatarcie konturów, ba, na dłuższą metę nawet lekką przejrzystość. To samo, tyle że w nieodwracalny sposób, następowało również podczas śmierci cienia: stawał się przezroczysty i przemieniał w proch.

     Mimo ciągłego zapotrzebowania na żywność, łączna ilość substancji - według informacji »Roz-Czarowujących« - pozostawała niezmienna. Co z jednej strony wybrano, to przybrało z drugiej w formie śmieci, odpadków, ekskrementów i prochów zmarłych. Tak więc tym co w przeciągu dużych okresów czasu mogło ulec zmianie, była co najwyżej wewnętrzna struktura, nie zaś pierwotna objętość świata Misraim. To spostrzeżenie było powszechnie odczuwane jako uspokajające.

     W swym miejscu pracy Iwri znalazł, jak zawsze odkąd przynależał do brygady mierniczej, kawałek kredy, którą miał zaznaczać określone miejsca na schodach. Bez sprzeciwu zabrał się do pracy, jednakże nie mógł się na niej skoncentrować. Wciąż powracały doń myśli o osobliwych przeżyciach podczas ostatniej fazy spania. Gdy czas pracy wreszcie dobiegł końca, nie odłożył kawałka kredy, jak wymagał tego przepis, z powrotem tam, gdzie go znalazł, lecz schował go sobie do kieszeni. Zdawało się, że nikt tego nie zauważył, nie zameldował się nawet głos Bechmota. Iwri sam nie potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego to uczynił. Podczas powrotnej drogi ukrył ów kawałek kredy w jednym z niższych dolnych korytarzy, który wyglądał na nieużywany. Następnie poszedł przyjąć posiłek, stał się ciemniejszy, poczuł się zmęczony i posłusznie udał się do swej sypialnej niszy. Ponownie nawiedziły go owe osobliwe obrazy i ponownie nie mógł po przebudzeniu przypomnieć sobie, co ujrzał przez otwory. O schowanym kawałku kredy zapomniał, ale ponieważ w miejscu pracy znalazł nowy, wcale sobie tego nawet nie uświadomił.

     W czasie kolejnych faz pracy powtarzał swoją kradzież jeszcze wielokrotnie, i nikt mu tego nie zabraniał. Dopiero gdy w swej kryjówce zgromadził już sześć lub siedem kawałków kredy, zdołał sobie po przebudzeniu przypomnieć swe wcześniej dla niego samego niezrozumiałe postępowanie. Zaś kiedy zbliżała się kolejna faza spania, zrobił coś, co nawet jemu jawiło się jako niesłychana samowola, wręcz przestępstwo. Zamiast, jak zarządził głos szefa, udać się do swej niszy na spoczynek, wymknął się on do swojej kryjówki. Pokonanie tej drogi sprawiło mu sporo wysiłku, gdyż podobnie jak pozostałe cienie był przyzwyczajony do tego, że jego każdy krok był kierowany. Teraz musiał podejmować własne decyzje. Jednak gdy tylko ujrzał przed sobą stosik kawałków kredy, stało się dlań jasne, dlaczego tego nieposłuszeństwa się dopuścił.

     Na jednej ze ścian Iwri wyszukał gładkie miejsce i zaczął, najpierw z wahaniem i nieporadnie, rysować kontury otworów, które udało mu się zapamiętać. Pierwsze próby nie powiodły się lub wydały mu się nazbyt prymitywne, lecz nie poddawał się i próbował ciągle od nowa. Przyświecała mu niewyraźna nadzieja, że, gdy w końcu udałoby mu się przekonująco odtworzyć owe otwory, odnalazłby w swej pamięci także to, co leżało za nimi, tam na zewnątrz, poza otworami. Jego trud był jednak daremny.

     »Ty nie chcesz robić tego, co tam robisz«, usłyszał szepczący głos Wielkiego Zarządcy, który dotąd milczał. » Jeśli będziesz to nadal robił, będę musiał ciebie opuścić. Ostrzegłem cię.«

     Iwri nie zareagował na to, lecz milcząco i zawzięcie pracował dalej.

     »To co tam robisz«, odezwał się zaklinający głos, i po raz pierwszy zabrzmiała w nim nutka gniewnej niecierpliwości, » to co tam robisz, sprawia mi ból. Dlatego musimy twą egzystencję wykreślić. Zostaniesz zastąpiony. Skoro koniecznie chcesz cierpieć, cierp. Jednak zostaną podjęte środki zapobiegawcze, żebyś swoją chorobą nie zaraził innych. Nie należysz już do rodu cieni, od tej chwili już nie jesteś niczym. Jeszcze nie wiesz, co to znaczy. Dopiero to poznasz.«

     Był to na długo ostatni raz, gdy Iwri słyszał głos szefa.

     Po tym gdy, na ile to potrafił, doprowadził swą pracę do końca, cofnął się o kilka kroków i przez jakąś chwilę przyglądał się. Rezultat rozczarował go i onieśmielił. Poczuł się nagle bardzo zmęczony.

     Poszedł przyjąć posiłek, jednak nikt nie przydzielił mu jego porcji. Po prostu go nie dostrzeżono. Na szczęście było tak też wtedy, gdy zaopatrzył się sam. A ponieważ nikt mu w tym nie przeszkadzał, cała sprawa przestała go niepokoić. To jednak zmieniło się, gdy wrócił do groty spoczynku i chciał wejść do swej sypialnej niszy. Musiał stwierdzić, że ta w międzyczasie została zajęta przez inny cień. Wolnej nie było.

     Iwri powrócił do miejsca swego czynu. Brygada sprzątaczy była akurat w trakcie zmywania jego rysunków.

     »Co robicie?«, zapytał. »Dlaczego to robicie?«

     Nikt nie odpowiedział, zdawało się, że nawet go nie usłyszeli.

     »Chciałbym wiedzieć«, rzekł po pewnej chwili jeden z pracowników do swego kolegi, »o co tu w ogóle chodzi.«

     I raptem wpadło Iwriemu do głowy pewne słowo. Przypominał je sobie, jak coś zapomnianego już bardzo dawno temu.

     »To są okna«, powiedział cicho, »okna, przez które można wyglądać. To znaczy, naturalnie nie są to okna prawdziwe, tylko ich obrazy, niestety. I oprócz tego są one jeszcze dość niedoskonałe...«

     Brygada sprzątaczy zakończyła pracę i oddaliła się. Ściana była jak poprzednio.

     »Okna...« pomrukiwał Iwri. Skąd to słowo nagle do niego nadleciało? W każdym razie w języku cieni ono nie występowało.

     Stosik kawałków kredy wciąż jeszcze leżał w kąciku. Wziął jeden z nich i na gładkiej ścianie zaczął rysować od nowa. Ale i teraz rezultat sprawił mu najwyższe niezadowolenie. Być może, powiedział do siebie, to z powodu tej ściany. Może w innym miejscu dałoby się znaleźć miejsce bardziej odpowiednie. Choć ta myśl go nie przekonała, wcisnął wszystkie kawałki kredy w kieszeń i udał się w drogę.

     Nigdy wcześniej nie musiał sobie radzić zdany tylko na własne siły, i tak już po krótkim czasie beznadziejnie pobłądził w plątaninie korytarzy i rozwidleń. Próba zrozumienia labiryntowego rozkładu grót, oraz niezwyczajna konieczność podejmowania na każdym skrzyżowaniu własnych decyzji, bardzo szybko wyczerpały siły Iwriego. Śmiertelnie zmęczony zwinął się na ziemi w jakimś kącie w kłębek i spał. Tym razem nie ukazały mu się żadne obrazy okien, przeciwnie, śnił, że ściany ze wszystkich stron przysuwały się do niego coraz bliżej, aż w końcu nie mógł poruszyć żadnym członkiem. Obudził się zlany potem.

     Kiedy wstał, ujrzał na końcu korytarza kilku strażników, którzy, jak mu się wydało, rozglądali się jakby czegoś szukając. Kierując się nagłym impulsem uciekł przed nimi. Dopiero później, gdy już nie mogąc złapać tchu musiał się zatrzymać, zapytał siebie, dlaczego w ogóle to zrobił, skoro przypuszczalnie istniał dla nich w tak samo niewielkim stopniu co dla innych cieni. Choć co prawda nie mógł być tego całkiem pewny.

     Cóż miał teraz czynić? Jako że już nie słyszał głosu wydającego polecenia, sam musiał ustanowić dla siebie jakieś zadanie, jakiś cel. Był bezradny, długo trwało, zanim znalazł w sobie na to wystarczająco siły. Tym co z początku najbardziej mu doskwierało, była jego samotność. Niby jakąś niewidzialną, acz nieprzeniknioną sferą był on oddzielony od wszystkich innych cieni. Po raz pierwszy przeczuwał wielki smutek i wiedział, że ten już nigdy go nie opuści, ba, że był to dopiero początek, pierwszy zwiastun tego, co go jeszcze oczekiwało. Sam smutek do niego wcale jeszcze nie dotarł, był on jeszcze daleko, ciążący, ogromny mrok, pomału nadciągający z daleka. Był on z każdej strony, nie było drogi ucieczki.

     Iwri bardzo się go bał. Gdyby istniała jakaś możliwość powrotu pod pieczę zarządcy i ponownego przyjęcia do rodu cieni, być może by z niej skorzystał, żeby tylko nie był już dłużej samotny. Ale jednocześnie wiedział, że już nigdy nie potrafiłby zaprzestać szukania tego, co znajdowało się za oknami. Nie było zatem dla niego odwrotu, było już na to za późno. Musiał pozwolić dziać się temu, co się działo.

     Jeśli jednak to, co ujrzał przez okna i czego nie potrafił zapamiętać, nie było urojeniem, lecz rzeczywistością, wówczas - na przekór wszelkim opiniom Wiedzących - poza Misraim istniał jakiś inny świat lub nawet wiele światów. A wtedy cały ten niezmierzony system katakumb nie byłby niczym innym niż więzieniem, w którym ród cieni był z jakiegoś niewiadomego powodu zamknięty. Zaś Bechmot, Wielki Szef, byłby tylko więziennym dozorcą. To wyjaśniało też bezwzględność, z jaką tamten odniósł się do Iwriego prób odtworzenia okien. Ale jak było to możliwe, że nikt poza nim, Iwrim, nie czuł się więźniem, że wszyscy byli ze swego niewolniczego bytu zadowoleni?

     Podczas niezliczonych faz aktywności, które odtąd następowały u niego bardzo nieregularanie, Iwri błąkał się po labiryncie Misraim w poszukiwaniu wyjścia. Będąc w ciągłym strachu przed pościgiem, bał się pozostawać dłużej w jednym miejscu. Do wciąż potężniejącego lęku oraz smutku teraz przyłączyło się także i uczucie bycia pogrzebanym za życia, nieuchronności uduszenia się w ciasnocie. Niekiedy popadał w stany paniki, które rozrastały się do nieznośnych bólów ciała.

     Wówczas zaczynał biec, aż padał z wyczerpania, albo pełzać na czworakach, albo sunąć po omacku kroczek po kroczku niby ślepiec. Tak docierał do coraz to innych regionów labiryntu, o których istnieniu nie miał wcześniej żadnego pojęcia. Doszedł do grot, które były tak przeogromne, że znalazło się w nich miejsce dla całych miast z wielopiętrowymi budynkami. Przemierzał gmatwaninę stopni raz w górę raz w dół i znowu w górę, gdyż schody nachodziły jedne na drugie, lub kończyły się w pustce. Przeciskał się przez sztolnie, które były tak wąskie i niskie, że można je było pokonać jedynie czołgając się na brzuchu. Tracił równowagę i staczał się z pochyłych powierzchni i znowu wspinał się wąskimi kominami w górę. Lecz nigdzie nie znalazł wyjścia z Misraim, nigdy żadne miejsce nie wskazywało na to, iżby dotarł do końca katakumb. Natomiast często zdarzało mu się, że jakieś miejsce robiło na nim wrażenie, jakby kiedyś dawno temu już w nim był i teraz znowu doń powrócił, ale nigdy nie był tego całkiem pewny. Żywność kradł, co nie było takie trudne, jako że wciąż nikt nie zwracał na niego żadnej uwagi, a spał gdzie i kiedy popadło.

     Podczas tych wszystkich wędrówek nosił przy sobie swoje kawałeczki kredy i pilnował ich jak najcenniejszego skarbu, wiedział bowiem, że nowych już by nie dostał. Gdziekolwiek jakieś miejsce wydało mu się ku temu odpowiednie, tam malował swe okna. W ten sposób jego zapasy naturalnie coraz bardziej się kurczyły, co bardzo go martwiło, i, żeby nie zmarnować choćby jednej kreski, za każdym razem zanim się zabrał do pracy, coraz pieczołowiciej się do tego przygotowywał. Ale tak samo uporczywie, jak Iwri ponawiał swe próby, tak samo uporczywie były one natychmiast znowu usuwane. Choć czyniło to jego działanie bezsensownym, to akurat ów pośpiech, z jakim tego dokonywano, utwierdzał go w przekonaniu, iż jego praca pomimo całej swej niedoskonałości stanowiła jakieś niebezpieczeństwo dla Bechmota albo nawet dla całego więziennego systemu. Uczepił się myśli, że wszystko stałoby się inne - cokolwiek by to oznaczało - gdyby jednak udało mu się odtworzyć to, co dawno temu ujrzał za oknami. Ale nie mógł tego odnaleźć, podczas faz spania też go to już nie nawiedzało. W zasadzie malował jeszcze tylko wspomnienie wspomnienia, które wydawało mu się coraz mniej prawdopodobne, i jego okna pozostawały puste. Ta wątpliwość była najgorsza ze wszystkiego. Rzeczywistość Misraim, w którą wierzył ród cieni, nieodwołalnie mu się gdzieś zawieruszyła, zaś tej innej, z powodu której został wygnany, nie potrafił znaleźć. Nie było dla niego żadnego wybawienia, ani z jednej, ani z drugiej strony.

     Kiedyś w końcu nadeszła chwila, gdy podczas swej ostatniej próby zużył ostatni kawałek kredy, i znowu na próżno. Tym samym wszystko dla niego się skończyło. Wielki smutek dopadł go teraz i pod sobą pogrzebał niby góra. Iwri postarał się o stryczek i powiesił się.

     Gdy znowu do siebie doszedł, miał założone kajdanki. Stali nad nim pochyleni dwaj strażnicy i coś mu surowo perswadowali. Nie rozumiał, co mówili, tyle tylko, że jakoby byli zadowoleni, iż w końcu udało im się ukrócić jego proceder. Następnie podnieśli go i odprowadzili. Nie bronił się.

     Zamknęli go w małej, niskiej pojedynczej celi, tam na długi czas pozostawiono go samemu sobie. Dużo spał, czy też mówiąc lepiej, celowo utrzymywał się w stanie półsnu, bo każda chwila na jawie oznaczała nieznośną mękę. Unikał myślenia o tym, co zamierzano z nim zrobić, czy kiedyś mógłby za malowanie swych okien zostać skazany albo czy może po prostu całkiem o nim zapomniano. A jednak jakaś niewidzialna ręka regularnie podsuwała mu pożywienie. Próbował trzonkiem łyżki żłobić w ścianach kontury okien, jednak ściany były nazbyt twarde i nie ujawniały żadnych śladów jego usiłowań.

     Leżał skulony w kącie z twarzą zwróconą do ściany, gdy cichy szmer przy drzwiach jego celi sprawił, że wytężył słuch. Nie ruszał się. Jakaś ręka chwyciła go za ramię i delikatnie nim potrząsnęła.

     »Zbudź się«, ktoś zagadnął, »chodź z nami, tylko bądź cicho.«

     Iwri powoli odwrócił się i zobaczył dwa cienie, młodzieńca i dziewczynę.

     »Co chcecie?«, zapytał niemal nie słysząc swego głosu, »kim jesteście?«

     »Przyjaciółmi«, odpowiedziała dziewczyna. »Wydostaniemy cię stąd.«

     Oboje próbowali postawić go na nogi. »Chodź już. Zostało mało czasu.«

     Iwri opierał się. »To pomyłka.«, wychrypiał, »macie na myśli kogoś innego.«

     »Nie, nie«, szepnął młodzieniec pospiesznie, »wytłumaczymy ci wszystko później, wtedy będziesz mógł pytać, ile tylko zechcesz. Ale teraz zbieraj się szybko.«

     Iwri pozwolił im siebie wyprowadzić, najpierw przez niski korytarz z kilkoma drzwiami cel, potem przez niskie pomieszczenie, w którym na ścianach wisiały klucze. Przy stole w narożniku siedziało dwóch strażników, obaj mieli twarze złożone na rękach, i z cicha pochrapywali. Porywacze pospieszyli z nim do wysoko sklepionego tunelu, w którym panował duży ruch. Wzięli go między siebie.

     »Gdyby nas ktoś zatrzymał«, szepnęła dziewczyna, »mówienie pozostaw nam.«

     Rzeczywiście przy końcu tunelu musieli przejść jeszcze jedną kontrolę.

     »Transport chorego«, oświadczył młodzieniec. »To pilne. Tu są zarządzenia.«

     Strażnik przebiegł oczami papier i rzekł: »Iść dalej.«

     Pogmatwanymi drogami dotarli wreszcie do krętych schodów, które wąskim szybem prowadziły kilka setek metrów w górę i w końcu znajdowały ujście w wielkiej zagraconej sali, najwidoczniej magazyn na różnego rodzaju już niepotrzebne maszyny. Tamtych dwoje upewniło się, że nikt za nimi nie podążał, po czym odsunęli na bok zardzewiałe blaszane płyty, za nimi było widoczne w ścianie zagłębienie. Zapukali kilka razy w jakimś skomplikowanym rytmie w określone miejsca, tylna ścianka zagłębienia rozsunęła się, i wśliznęli się do środka. Za nimi mur znów się zamknął.

     «Teraz», rzekła dziewczyna, »możesz pytać. Już jesteśmy po naszej stronie.«

     »Po naszej stronie...«, powtórzył Iwri, »po jakiej stronie?«

     »Poza światem Bechmota.«

     Iwri zatrzymał się i zmieszany rozglądał się dokoła.

     »Poza...« zamruczał kilka razy pod nosem. »poza... a więc jednak... ale... kim jesteście?«

     »Wrogami Bechmota. Czy to ci nie wystarczy?«

     »Ależ tak«, bełkotał Iwri, »to znaczy, nie. Nie wystarczy mi.«

     »Czy ty słyszysz, to mu nie wystarczy«, rzekł młodzieniec. »Wyjaśnij mu.«

     Zaśmiała się. »Rachunek pana Bechmota nigdy się nie sprawdzi. Nigdy. Już my się o to postaramy.«

     »Czy jest was wielu?«

     Dziewczyna westchnęła. »Niestety nie.« A młodzieniec dodał: »W każdym razie nie dość.«

     »A ja - jakie zamiary macie wobec mnie?«

     »No, ty przecież należysz do nas, czy może nie?«

     »Pilnie nam potrzeba takich jak ty.«

     »Do czego mnie potrzebujecie?«

     »Tego dowiesz się już od samej Madam.«

     »Bardzo jej zależy na twojej współpracy.«

     »Madam? Kto to jest?«

     »Jest lekarzem. Pani Dr. Lewjothan - nigdy o niej nie słyszałeś?«

     »Ona jest tą, której zawdzięczasz swój ratunek. To ona nas wysłała.«

     Iwri znów zatrzymał się. »Macie może na myśli tę - eh - Pocieszycielkę?«

     »Tak, zdaje się, że tak się ją nazywa wśród rodu cieni.«

     »Ale chodź teraz dalej. Nie pozwól jej czekać.«

     »Czy to oznacza - ona jest naprawdę?«

     Rzeczywiście Iwri od czasu do czasu słyszał w strzępach rozmów albo w formie napomknień o plotce, wedle której miała istnieć pewna tajemnicza grupa, mająca w jakiś bliżej nieznany sposób walczyć z szefem i jego systemem i być dowodzoną przez jakąś lekarkę, właśnie ową Pocieszycielkę. Mówienie o tym nie było wskazane. Iwri nie dawał tym nielicznym napomknieniom wiary i dlatego już wkrótce o nich zapominał. Śpiesznie zapytał: »Ona chce mnie widzieć? Dlaczego?«

     »Może z powodu tego twojego malowania okien.«

     »Czy ona o tym wie?«

     »O tak, mój drogi. Ona dużo wie, w niejednej sprawie więcej niż Bechmot. Jest to też niezbędne, inaczej byśmy szybko zostali załatwieni.«

     »Ale moje okna...«, mamrotał Iwri, »nigdy nie zostały ukończone. Zawsze były niepełne. Brakowało najważniejszego.«

     »Tu nie chodzi o to.«

     »To w takim razie o co tutaj chodzi?«

     »Być może o to«, powiedział młodzieniec, »że jesteś odporny.«

     »Że co?«

     »Słuchaj«, zwróciła się dziewczyna do swego partnera, »obawiam się, że za dużo gadasz.«

     »Możliwe«, odpowiedział tamten, »lepiej zostawię to Madam Lewjothan.«

     Korytarz, którym tu przyszli raptownie się otworzył, i wyszli na rampę. Widok, który stąd się roztaczał, był dla Iwriego w pierwszym momencie obezwładniający. W grocie o potężnych rozmiarach rozpościerał się przed jego oczami kompleks szklanych cieplarni, niczym błyskające światełkami miasto. Każda z nich była od wewnątrz oświetlona i jarzyła się swoistym, różowo-fioletowym światłem. Po środku tego szeroko rozsianego kompleksu wznosił się kryształowy pałac, nad którym górowała wąska, też kryształowa, wieża.

     »Tam na górze«, usłyszał Iwri tuż przy swym uchu głos dziewczyny, »ona już ciebie oczekuje. Sam znajdziesz drogę, trudno jest nie trafić. Dalej już nie możemy ci towarzyszyć.«

     »Dziękuję.« powiedział Iwri, »Jak wy oboje się właściwie nazywacie?« Obejrzał się za swymi towarzyszami, ale tamci już się oddalili.

     Zszedł z rampy na dół i wstąpił do pierwszej cieplarni. Uderzyło w niego wilgotne, ciepłe powietrze i niemal pozbawiło go oddechu. Pachniało słodkawo i odurzająco zgnilizną. Iwri musiał zdusić w sobie mdłości. W czarnych zagonach po lewej i prawej stronie rosły chaotycznie rozmieszczone wielkie grzyby, których blade, mięsiste formy wyglądały jak organiczne chrząstki. Pomiędzy nimi zwisały śluzowate nitki.

     Gdy tak szedł, od jednej cieplarni do drugiej, ciągle kierując się na pałac, którego wieża była widoczna z wszystkich stron, rzuciło mu się w oczy, że rury ciepłownicze przebiegające wzdłuż bocznych ścian były w wielu miejscach uszkodzone, przeżarte rdzą, zaskorupiałe, tu i tam popękane. Tak samo miała się sprawa z deszczownicami, które umieszczone były przy brzegach czarnych zagonów i miały zapewniać nawadnianie grzybów. Wszędzie kapało i syczało. Cały system zdawał się być osłabiony ze starości i zaniedbany. Również lampy, z których wydobywała się owa różowo-fioletowa poświata, miały powgniatane blaszane klosze, wisiały krzywo i w nierównych odstępach, a gdzieniegdzie wcale nie działały. W tych zaciemnionych miejscach z czarnego, błotnistego podłoża nie wyrastały żadne grzyby.

     W końcu Iwri dotarł do pałacu w centrum. Do tej pory nikogo nie napotkał. Piętro po piętrze wspinał się na wieżę nie słysząc nic prócz własnego oddechu i kling-klong jego kroków na szklanych płytach podłogi. Najwyższe pomieszczenie było ośmiokątne, stąd niby z wartowniczej wieży można było we wszystkich kierunkach spoglądać na cieplarnie. Wysoko ponad wszystkim, słabo rozpoznawalny w mrocznym świetle, wyginał się łukiem sufit ogromnej groty, jakby pokryte chmurami niebo.

     »Nareszcie jesteś«, nagle odezwał się głęboki, osobliwie zawoalowany kobiecy głos, »to dobrze.«

     Iwri odwrócił się przestraszony. Po drugiej stronie ośmiokątnego pomieszczenia stała wysoka, smukła postać w białym długim fartuchu. Jej twarz była widoczna jedynie niewyraźnie, gdyż leżał na niej cień.

     »Pani Doktor Lewjothan?« zapytał zacinając się.

     Postać skinęła głową. »Podejdź nieco bliżej. Nie widzę już zbyt dobrze.«

     Zrobił w jej stronę kilka kroków, uniosła dłoń. »Zatrzymaj się. Wystarczy.«

     Iwri stał teraz pośrodku pomieszczenia, czuł się zażenowany. Jakąś chwilę było cicho, przypatrywali się sobie nawzajem.

     Dama była więcej niż o głowę od niego wyższa. Jej wąska, blada twarz była gładko rzeźbiona, lecz mimo to sprawiała wrażenie surowej, ba, wręcz srogiej. Trudno było rozróżnić czy chodziło tu o twarz kobiecego chłopca, czy chłopięcej kobiety. Jakimś sposobem były w niej zawarte obie płci. Jej ciemne, ułożone lekko pod skosem oczy spoczywały na nim bez jednego mrugnięcia. Wyczuwał jakąś hipnotyczną siłę, która wydostawała się z tego spojrzenia, lecz nie czuł żadnej potrzeby, by się przed tym bronić. Jej włosy w kolorze miedzi były krótkie, ostrzyżone prawie po męsku. Wokół jej ust błąkał się cień uśmiechu, który nie był jednak przeznaczony dla niego, lecz zdawał się być stały i ogólny. Nie był on też przejawem radości, przeciwnie nadawał jej niewytłumaczalną aurę tragizmu, która nie pozwalała mu podejść bliżej. Spuścił wzrok.

     »Twoje okna«, usłyszał jej głos, »sprowadziły na nas niebezpieczeństwo.«

     »Moje okna? Co pani chce przez to powiedzieć?«

     »Obawiam się, mój mały cieniu, że jesteś artystą. Chcę przez to powiedzieć, że nie rozumiesz swych własnych idei. Tak, twoje okna. Dla nas było od początku jasne, o co tobie chodziło. Tym co nieświadomie odtwarzałeś, były nasze cieplarnie. Ale teraz to wiesz, teraz zapewne także ty nie masz żadnej wątpliwości, nieprawda? I teraz wiesz jeszcze i to, czego dotąd ci brakowało: to, co widać za owymi oknami. Nie mogłeś tego odtworzyć, dlatego że się tego przeraźliwie bałeś. Czy jesteś tą wiedzą zaszokowany?«

     »Nie wiem«, odpowiedział niepewnie, »czy to było to...«

     Zaśmiała się bezdźwięcznie. »Zdumiewające, jak bardzo akurat to twórcze w nas broni się przed uświadomieniem sobie swych własnych pobudek. Tylko trochę odwagi, mały cieniu! Kiedy zaakceptujesz twe własne tajemne tęsknoty, poczujesz się znacznie lepiej, zapewniam cię o tym.«

     »Może i ma pani rację...« wymamrotał.

     »Ach, jestem tego zupełnie pewna, ale ty musisz dojść do tego sam. Nie chcę, żebyś tylko powtarzał moje słowa. To nie pomoże żadnemu z nas. A to właśnie twojej pomocy - dobrowolnej pomocy naturalnie - pilnie teraz potrzebuję.«

     »Mojej pomocy?« spytał Iwri. »Czego pani ode mnie chce?«

     Oderwała od niego wzrok, i przebiegała oczami po jarzącej się panoramie kompleksu cieplarni. »Sam widziałeś gdy tu szedłeś, w jak opłakanym stanie znajdują się nasze urządzenia. Nie mamy nikogo, kto mógłby zająć się ich należytą konserwacją. A bez nich nasza praca jest niemożliwa.«

     »Te grzyby - co to jest?« zapytał.

     Odwróciła się znowu do niego i zaśmiała się w ten swój osobliwy bezdźwięczny sposób. »A więc przepełniły cię przerażeniem, nieprawda? Tak, przyznaję, wyglądają dość obrzydliwie. Ale są naszym największym skarbem. Z nich wytwarzamy nasz lek, GUL, naszą najsilniejszą broń w walce przeci Bechmotowi. GUL oznacza tylko chemiczną formułę...«

     Zaczęła mu ową formułę wyjaśniać, on jednak wcale nie rozumiał, co do niego mówiła.

     »Lek jest wyciągiem z zarodników.« stwierdziła, »Ale o to nie musisz się troszczyć. Pielęgnacją, przetwarzaniem i uprawą grzybów zajmują się inni. Twoje zadanie polegałoby tylko na konserwacji całego kompleksu.«

     »Dla kogo jest to lekarstwo«, chciał wiedzieć, »i jakie jest jego działanie?«

     »Och, wybacz, zapomniałam. Tego oczywiście nie możesz wiedzieć, akurat nie ty. Właśnie dlatego tutaj jesteś. Na ciebie ono nie działa, albo straciło działanie - dlaczego, nie wiemy.«

     Zrobiła pauzę i zamyśliła się.

     »W gruncie rzeczy«, ciągnęła wreszcie dalej, przy tym zaczęła chodzić wzdłuż okiennej ściany, tak że Iwri musiał się za nią obracać, »w gruncie rzeczy ten cały pomysłowy system Bechmotha zmierza tylko do jednego jedynego celu: sprowadzenie cierpienia na jego ofiary. Tobie, mój mały, dane było odczuć, co to znaczy. Dlaczego on tego chce? Cóż, głód całkowitej władzy sam jest czymś w rodzaju bólu, który daje się uśmierzyć jedynie bólem innych. Być może katusze, które zadaje, przynoszą mu jakąś ulgę. Ale ostatecznie jest to dla nas nieistotne. To nie Bechmoth potrzebuje pomocy, lecz jego ofiary. Jestem lekarką, jak ci wiadomo, a zawodowa etyka nakazuje mi pomagać cierpiącym. Och, wiem, można o tym dyskutować w nieskończoność, ale w końcu wszystko sprowadza się do bardzo prostej prawdy: dobre jest to, co łagodzi cierpienie lub mu zapobiega; złe jest wszystko, co cierpienie powoduje lub zwiększa. Cóż, GULem, naszym lekiem, zapobiegamy u większości, że w ogóle zaczynają cierpieć. Zaś tam gdzie to już nastąpiło, możemy je do tego stopnia zredukować, że schodzi ono poniżej progu odczuwania. No a cierpienie, którego się nie odczuwa, wszak wcale nim nie jest. Można by rzec, GUL jest rodzajem środka znieczulającego, który w szczególności blokuje wrażliwość na metody tortur stosowane przez Bechmotha, lecz nie ma żadnego wpływu na inne funkcje organizmu. Większości pacjentów wystarczy już nadzwyczaj mała ilość, którą bez ich wiedzy dodajemy im do pożywienia. W trudniejszych przypadkach musimy stosować większą dawkę. Jednakże w bardzo rzadkich przypadkach zdaje się istnieć coś jakby wrodzona albo nabyta odporność na nasz środek - jak widocznie dzieje się to w twoim przypadku, mój mały cieniu. Możemy to tylko skonstatować, jak dotąd przyczyny nie są nam znane. Ty tego oczywiście wcale nie spostrzegłeś, ale w czasie licznych faz spania wstrzykiwaliśmy ci silnie skoncentrowane dawki GULu, bez najmniejszego powodzenia. Musieliśmy to robić, aby odwieść cię od dalszego malowania tych twoich okien, bo Bechmoth już i tak jest podejrzliwy, a ty mogłeś naprowadzić go na ślad. Wtedy stało się dla nas jasne, że ze względu na twą szczególną konstytucję jesteś odpowiednią osobą do zatroszczenia się o nasze cieplarnie...«

     »Dlaczego?« zapytał Iwri, »Dlaczego akurat ja?« Ciągłe obracanie się sprawiło, że lekko zakręciło mu się w głowie, oprócz tego czuł się głodny i śpiący i tylko z trudem mógł nadążać za monotonnym głosem Pocieszycielki.

     »No cóż, to widać jak na dłoni«, usłyszał jak mówiła, i po raz pierwszy w jej głosie cicho współbrzmiała niecierpliwość. »Dobrze mnie posłuchaj, mój mały, nie musisz udawać niepojętnego. Mam niewiele czasu, jestem bardzo zajęta. A więc nie pytaj o to, co i tak już zrozumiałeś. A oprócz tego myślę, że powinniśmy sobie zaufać, jesteśmy po tej samej stronie...«

     Iwri skinął głową wyczerpany. Miał jeszcze mnóstwo pytań, lecz żadnego z nich nie mógł sobie przypomnieć. Usiadł na podłodze i oparł głowę na dłoni. Ogarnęło go nieprzeparte zmęczenie. Przez jakąś chwilę jeszcze słyszał jakby z wielkiej oddali perswadujący głos, potem zapadł w sen.

     Kiedy się zbudził, był w ośmiokątnym pomieszczeniu sam. Czuł się zamroczony i pusty, w jakiś niejasny sposób wyssany, jednak katusze, które przez tak długi czas cierpiał w katakumbach, zniknęły bez śladu.

     Nie było nikogo, kogo mógłby zapytać, co winien on teraz robić. Udał się więc na poszukiwania, przebadał cały szklany pałac i wreszcie znalazł w piwnicy coś jakby warsztat, czy też coś, co dawno temu mogło nim być. Leżące gdzie popadł narzędzia były w większości w tak opłakanym stanie, że prawie nie nadawały się do użytku, jednak kilka dało się prowizorycznie naprawić. Znalazł tu także leżak z kilkoma podartymi, zakurzonymi kocami, troszkę naczyń i jedną łyżkę. I tak postanowił przeznaczyć to pomieszczenie na swe przyszłe mieszkanie.

     W innych piwnicach obok odkrył dużą ilość skrzyń z różnego rodzaju częściami zapasowymi do cieplarnianych urządzeń - rury ciepłownicze, pompy, lampy, druty, kable i wiele innych rzeczy. Bezzwłocznie zabrał się do pracy.

     W pierwszych okresach czasu, które teraz nastąpiły, działał według określonego planu. Najpierw zabrał się za największe uszkodzenia tych cieplarni, które były najbliżej szklanego pałacu, zakładał bowiem, że gdzieś tutaj znajdowało się centrum całego systemu, jakaś główna kotłownia, z której zaopatrywana była w parę lub gorącą wodę rozgałęziona sieć rur, albo też dyspozytornia oświetlenia. Nie mógł jednak nic podobnego odnaleźć, ani teraz, ani w późniejszym czasie. Najwidoczniej takiego centrum wcale nie było.

     Potem zarzucił wszelki plan i pracował tam, gdzie akurat popadło. Jego początkowy zapał przemienił się w uporczywą zaciętość. Jako że na próżno usiłował pojąć zasadniczy schemat całego kompleksu, nie pozostało mu nic innego, niż tylko łatać, tam gdzie w danej chwili było coś do załatania, raz tu, raz tam. To z kolei miało tę konsekwencję, że po krótszym lub dłuższym czasie konieczne były powtórne naprawy. Gdy był gotowy po jednej stronie, po drugiej już znowu widać było stare albo całkiem nowe uszkodzenia. Praca w wilgotnym upale i pośród smrodu grzybowych oparów była ciężka, w pocie czoła. Często po wielu godzinach najżmudniejszych trudów na wpół zaduszony padał ciężko dysząc na ziemię. Najbardziej wyczerpywała go jednak nieskończoność tej wciąż odradzającej się walki przeciw niszczeniu, walki, która nigdy, choćby tylko na kilka godzin, nie była do wygrania.

     Niemniej nie poddawał się, bo przecież wiedział, że nikt prócz niego nie mógł tej pracy wykonywać i że była ona podstawą jedynej pomocy, jakiej w swym nędznym położeniu mógł doświadczyć ród cieni. Nawet jeśli jego trud był nieobliczalny, to jednak nie był on bezsensowny. Ta myśl dawała mu siłę.

     Przez cały ten czas nigdy już nie zobaczył lekarki, nigdy też nie napotkał żadnego z jej współpracowników, acz niejednokrotnie stwierdzał, że grzyby były wyzbierane. Najwidoczniej działo się to zawsze tam, gdzie jego akurat nie było. Zawsze też gdy wracał do swego piwnicznego pomieszczenia, znajdował pożywienie, które tam dla niego zostawiano. Od czasu do czasu pojawiały się nawet nowe skrzynie z częściami zamiennymi, jak i skąd, nie wiedział. Nie miał też dość siły, żeby nad podobnymi sprawami się zastanawiać. Zazwyczaj, ledwie tylko zjadł, padał na swe legowisko i spał jak zabity. O swych oknach już nie myślał, był teraz przecież otoczony oknami ...

     Już od długiego czasu wykonywał swą samotną pracę, gdy zupełnie nieoczekiwanie jednak kogoś spotkał. Było to w jednej z tych cieplarni, które stały najdalej od szklanego pałacu tuż przy północnej krawędzi kompleksu i do których Iwri nigdy wcześniej nie dotarł. Tam znalazł w ciemnym kącie kupę łachmanów, na którą początkowo wcale nie zwracał dalszej uwagi. Dopiero po jakiejś chwili zdał sobie sprawę, że w określonych odstępach słyszał stamtąd słowa:

     »Zniszczyć ... wszystko zniszczyć ... proszę, uwierz mi ...«

     Kiedy Iwri przyjrzał się uważniej, odkrył, iż kupa łachmanów była najwyraźniej legowiskiem prastarego mężczyzny, który jeszcze tylko z ledwością oddychał, którego ciało było wychudzone na szkielet a jego twarz naznaczona była tak niesłychanym cierpieniem, że Iwri jeszcze nigdy u nikogo innego z rodu cieni czegoś takiego nie widział.

     Podniósł staruszka, lekkiego jak lalka, do góry i na rękach zaniósł go do swego piwnicznego mieszkania pod szklanym pałacem. Tam nakarmił go własnym jedzeniem, wlewał mu łyżkę po łyżce, i żeby wypoczął, chciał ułożyć go na swym posłaniu, lecz starzec wzbraniał się i silnie się do niego przywarł. Przyciągnął Iwriego ucho tuż do swoich zapadłych ust.

     »Do tej pory walczyłem ze śmiercią«, szeptał, »bo miałem nadzieję, że mnie odnajdziesz. Ale teraz pozostało mi jeszcze tylko kilka chwil. Musisz uwierzyć w to, co ci mówię, jest to prawda. Jestem twym poprzednikiem tutaj w cieplarniach. A nawet inżynierem, który swego czasu cały ten kompleks zaprojektował. Tak, wówczas także ja wierzyłem, że działam słusznie, jak teraz ty zapewne w to wierzysz. Ale ja przejrzałem Pocieszycielkę. To wszystko jest kłamstwem, nic jak kłamstwo...«

     Wyprężył się a Iwri delikatnie położył go z powrotem na posłanie. »Najpierw teraz wypocznij«, powiedział. »Później mi wszystko opowiesz.«

     »Nie«, wyrzęził starzec i potrząsał głową, »nie ma żadnego później. Przez cały czas ukrywałem się. Ona uczyniłaby wszystko, aby nie dopuścić, iżbym powiedział ci prawdę. Zaraz zrozumiesz dlaczego, ale mi nie przerywaj. Tylko po to utrzymywałem siebie dotąd przy życiu, i zaraz ono się zakończy. Słuchaj, ja jestem współodpowiedzialny za to, co dzieje się z rodem cieni. Muszę coś naprawić, i ty musisz to dla mnie zrobić. Nie wolno ci tutaj już niczego doprowadzać do porządku. Przeciwnie, musisz zniszczyć wszystko, co tylko zdołasz odnaleźć, teraz, natychmiast, cieplarnie, te przeklęte grzyby, wszystko zniszczyć, obiecaj mi to ...«

     »Dlaczego miałbym to zrobić?« odpowiedział Iwri roztrzęsiony. »Jedyna ulga dla więźniów Bechmotha...«

     »Wszystko nieprawda«, wychrypiał starzec. »Opowiedziała ci, jakoby był on jej wrogiem? Tak, każe w to wierzyć wszystkim. Ja też w to wierzyłem. Lecz w rzeczywistości współpracuje z nim. On jej potrzebuje, bez niej byłby niczym ... Ona z nim sypia. Ja - ja ich razem widziałem. Słyszałem, o czym ze sobą rozmawiali - o ich planach wobec rodu cieni. Gdy spostrzegli, że ich podsłuchiwałem, ukarali mnie - nie pytaj o więcej. Jak widzisz, umknąłem im ...«

     »Ale nie rozumiem«, wybełkotał Iwri, »Bechmoth więzi ród cieni w Misraim, żeby ich udręką gasić swe palące pragnienie władzy, a Lewjothan udaremnia jego plany, łagodząc cierpienie uwięzionych ...«

     »Och tak«, rzekł starzec, »robi to. Ale jak to robi? Podaje im ten przeklęty narkotyk, przez który wszystko zapominają. Tak, zapominają, że są więźniami, zapominają, że nie zawsze byli rodem cieni, zapominają, że poza katakumbami Misraim istnieją inne światy, z których oni wszyscy niegdyś przyszli; zapominają wszelkie przedtem i potem, zapominają wszystkie pytania i każdą tęsknotę. O tak, są spokojni i zadowoleni z tego, co jest, bowiem nie posiadają pamięci i możliwości porównywania. Posiadają jedynie chwilę. A niewolnicy, którzy nie znają niczego poza niewolnictwem, są uległymi niewolnikami, więźniowie, którzy znają jedynie byt w niewoli, nie cierpią z powodu braku wolności. Oto sposób, w jaki pomaga Pocieszycielka.«

     Opadł ponownie na łóżko i ciężko zadyszał.

     Iwri wpatrywał się w jego twarz i pomrukiwał: »Moje okna ... moje okna ... a więc jednak miałem rację ... było za nimi coś innego ... «

     »Ty i ja«, słabiutko szeptał starzec, »my należymy do tych, którzy niczego nie potrafią zapomnieć, czy tego chcemy czy nie. GUL na nas nie działa. Jesteśmy wyjątkami. Rozumiesz teraz, dlaczego ona nas potrzebuje? Jaki pożytek miałaby z pomocników, którzy wszystko zapominają.«

     Iwri teraz był pewien, iż starzec powiedział mu prawdę. Wiedział to, gdyż była to jego własna prawda, którą tak długo skazywał w sobie na milczenie. I podczas gdy teraz znowu z całą siłą dawała ona o sobie znać, odczuwał rosnący w nim szalony gniew, gniew, który sprawiał ból jego całemu ciału.

     »A więc jeśli ród cieni«, powiedział ochryple, »nie dostawałby dłużej tego przeklętego narkotyku...«

     »Tak«, ledwie słyszalnie wyrzucił z siebie starzec, »oni wszyscy zaczęliby strasznie cierpieć, bo zaczęliby zapamiętywać... Ale tylko tak odnajdą drogę wiodącą poza Misraim. Dlatego musisz sprowadzić na nich cierpienie, musisz wszystko zniszczyć... Idź, zrób to i zrób to szybko!«

     Starzec skurczył się w sobie, jego głowa opadła na jedną stronę. Nagle wydał się dziwnie mały. Nie żył.

     »Tak«, rzekł Iwri chropowatym głosem, »chcę tego. Bądź tego pewien, przyjacielu.«

     Spośród zniszczonych narzędzi wybrał najcięższy młot, jaki mógł znaleźć, wyszedł na zewnątrz ku cieplarniom.

     Choć dzieło zniszczenia szło szybciej aniżeli czasochłonne i męczące prace naprawcze, to i tak zabrało to wiele czasu, ponieważ cały kompleks był ogromny a on był sam. Systematycznie powybijał wszystkie szyby, powyrywał rury ze ścian, zadeptał grzyby, które natychmiast zamieniły się w błotnistą breję, oraz roztrzaskał wszystkie lampy. Jedna cieplarnia za drugą pogrążały się w ciemności. Szalał jakby w stanie dzikiego opętania, śmiał się przy tym i wykrzykiwał, aż padał z wyczerpania i przez jakąś chwilę spał. Potem podrywał się znowu i szalał dalej. Tym co wciąż od nowa dodawało mu siły - siły, jakiej nigdy dotąd nie posiadał - była nie tylko świadomość walki o uwolnienie rodu cieni, lecz także jego osobisty gniew na Lewjothan, obłudną lekarkę, która w tak nikczemny sposób wykorzystała jego bezradność i prostoduszność. Właściwie czekał na to, aż pojawi się ona sama albo jej ludzie, żeby przemocą powstrzymać go przed ostatecznym zniszczeniem kompleksu cieplarni. Wręcz życzył sobie tej walki, nawet jeśli musiała się ona zakończyć jego klęską. Lecz nic takiego się nie wydarzyło, ciągle był sam. Mieliby na koniec zacząć się go bać? Być może wcale nie byli tacy potężni, jak do tej pory on i wszyscy inni myśleli?

     Kiedyś wreszcie nadeszła chwila, gdy ostatnia cieplarnia leżała w gruzach i zgasło ostatnie światło. Jego dzieło było zakończone, a on stał teraz w zupełnym, nieprzeniknionym mroku. Działając bez żadnego planu, Iwri nawet nie wiedział w jakiej części potężnej groty teraz się znajdował i gdzie była rampa, z której po raz pierwszy rzucił wzrokiem na morze żarzących się świateł. Po omacku posuwał się do przodu, pod jego stopami chrzęszczące odpryski szkła lub mlaskające błoto. Wedle resztek tego, co uniknęło jego niszczycielskiej pasji, starał się ustalić jakiś kierunek, ale nie robił sobie wielkiej nadziei na to, że odnajdzie wyjście. W gruncie rzeczy nawet nie było dla niego zbyt ważne, co z nim samym teraz będzie. On swoje zrobił.

     Ale jednak przynajmniej ten jeden raz szczęście zdawało się być po jego stronie. Znalazł rampę, wspiął się na nią i szedł po omacku wzdłuż korytarza aż do owych tajemnych drzwi. Oczywiście nie dawały się one otworzyć, gdyż Iwri już nie mógł sobie przypomnieć sygnału, ale bez większego trudu udało mu się je rozwalić ciężkim młotem, który wciąż jeszcze za sobą ciągnął. Był znowu w katakumbach Misraim.

     Nie pytał siebie, co właściwie spodziewał się ujrzeć, ale jego pierwsze wrażenie było dla niego szokiem rozczarowania. Nic się nie zmieniło - te same nieskończone kolumny cieni, które posłusznie przeciągały we wszystkich kierunkach labiryntowymi korytarzami, po schodach i mostach, pracowały, przyjmowały posiłki a w swych niszach spędzały fazy spania jak dawniej, zanim on został stąd wydalony. Wszyscy reagowali na głos zarządcy, który podejmował za nich wszystkie decyzje, i wszyscy zdawali się być z tego zadowoleni. Lecz Iwri nakazał sobie cierpliwość, bo przecież brak GULu, owego przeklętego serum zapomnienia, mógł zacząć działać stopniowo.

     I rzeczywiście nie musiał czekać zbyt długo, by móc zaobserwować pierwsze objawy abstynencji. Były one o wiele bardziej przerażające, niż to sobie wyobrażał. Żaden z cieni wszak nie był przyzwyczajony by w ten sposób cierpieć, i tak pierwsze reakcje były niewspółmiernie gwałtowne. Niektórzy nagle rzucali się na ziemię, jakby mieli padaczkę, bili ramionami wokół siebie i rozdzierająco krzyczeli o pomoc. Inni pędzili w panice przed siebie i uderzali pięściami a nawet głowami o ściany, aż padali nieprzytomni. Niektórzy przysiadali na miejscu, w którym akurat stali, przestawali się ruszać i rzęzili z przekręconymi oczyma jakby się dusili. Ci, których jeszcze to nie dotknęło, przyglądali się w bezradnej zgrozie. Z godziny na godzinę liczba przypadków zwiększała się. Coraz mniej było tych, którzy posłuszni byli ochrypłemu głosowi Wielkiego Zarządcy. Sceny, jakie rozgrywały się przed oczyma Iwriego, były tak żałosne i godne litości, że najchętniej wszystko by cofnął, gdyby tylko było to jeszcze możliwe. Nazbyt dobrze znał on przecież wszystkie te cierpienia z własnego doświadczenia i czuł się teraz za nie współwinny, aczkolwiek ciągle powtarzał sobie, że tak naprawdę wszak to nie on był tym, kto całe to nieszczęście spowodował, że raczej zostało ono przez niego nareszcie uwidocznione i że było to nieuchronne i koniec końców konieczne.

     Tymczasem rozpętało się istne pandemonium. Strumienie szalejących rozbijały się o siebie w bezmyślnym strachu i zwątpieniu, nawzajem się rozdeptywały i przebiegały wrzeszcząc i wyjąc przez wszystkie tunele i hale labiryntu. Jeśli wszystko to nie miało zakończyć się jakąś bezsensowną wzajemną masakrą, natychmiast musiało się coś zdarzyć. Powszechna panika musiała zostać przeobrażona w celową rewoltę, w walkę przeciw więziennemu dozorcy oraz w systematyczne poszukiwania drogi wiodącej na zewnątrz.

     Powoli Iwriemu udało się zapewnić sobie posłuch. Najpierw byli to nieliczni, których potrafił uspokoić na tyle, że w ogóle go słuchali, jednakże prędko ich przybywało, albowiem wiadomość, że oto jest ktoś, kto orientowałby się w sytuacji i mógł pomóc, przelatywała z ust do ust. Z setek zrobiły się tysiące, i wciąż napływało ich coraz więcej i wsłuchiwali się pożądliwie w słowa Iwriego. On sam wskoczył w jednej z największych hal na cokół i wygłaszał gorące przemówienia, w których opowiedział rodowi cieni o wszystkim, czego doświadczył, oraz wzywał do wspólnej obrony, do złamania siły siłą i zmuszenia władców do ich uwolnienia.

     Nie każdy rozumiał to, co słyszał, ale przyłączył się do niego każdy. Uzbroili się we wszystko, co tylko w jakiś sposób się nadawało, w pręty i rury i różnego rodzaju narzędzia, uformowali grupy, i w końcu ogromna armia cienistych postaci rozpoczęła marsz przez nieskończony labirynt. Wołali przy tym chórem: »Bechmoth, pokaż się! Bechmoth, pokaż się!« albo »Koniec twego czasu - my chcemy wyjść.«

     Z początku wszystko zdawało się być na próżno - widocznie strategiczny plan dyrekcji polegał na samoistnym wyczerpaniu się rewolucyjnej energii - ale później zdarzyło się coś wielce nieoczekiwanego, czego także Iwri nie potrafił sobie wytłumaczyć. Jak gdyby z zewnątrz Misraim odpowiadano na ich wołania, przeszły przez ściany i sufity katakumb najpierw lekkie, następnie coraz gwałtowniejsze wstrząsy jak gdyby trzęsienie ziemi, tyle że w cudowny sposób nikomu nie wyrządzając żadnej krzywdy, bo mury nie zawaliły się, lecz po prostu zniknęły, ulotniły się jakby to powiedzieć w nic, jakby nigdy ich nie było. Owemu tajemniczemu zjawisku towarzyszyło huczące grzmienie, które zdawało się dochodzić z nieskończonej dali i brzmiało jak jakiś potężny głos, wołający: Chodź! Chodź! Chodź! Ale naturalnie nie były to żadne słowa, lecz jedynie łoskot i dudnienie trzaskających ścian.

     Ruch wojsk ustał. Nikt nie ważył się postawić choćby jednego kroku, wielu padło sobie w objęcia. A potem stało się nagle - i wszyscy patrzyli na to ze zdumieniem i lękiem - że na końcu wydłużonej sali na czołowej ścianie powoli powstała olbrzymia rysa, która coraz bardziej się rozszerzała. Światło, które przez nią się wlało, było tak przejasne, lub w każdym razie takim się wydało odzwyczajonym od światła oczom rodu cieni, że wszyscy, którzy je ujrzeli, trzymali dłoń przed oczyma albo się na wpół odwrócili.

     »Za mną!« krzyknął Iwri. »Tam! To jest droga na zewnątrz.«

     Chciał już szturmem ruszyć naprzód, ale nagle mimowolnie wstrzymał się, tak że cisnący się za nim pchnęli go do przodu. Patrząc pod ostre światło ujrzał przed szczeliną dwie postaci, większe niż każdy inny z rodu cieni. Stały spokojnie i w oczekiwaniu, najwidoczniej zdecydowane nie ustąpić ani na krok. Ponieważ można je było widzieć tylko jako czarne sylwetki, ich twarze nie dawały się rozpoznać, ale Iwri był pewien, że jedną z nich była Lewjothan, lekarka. Druga postać była jeszcze nieco większa, a jednak jej postawa sprawiała wrażenie osobliwie pochylonej niczym u garbusa. Postać wyglądała na pradawnego ogromnego starca. Trójkątna czaszka emanowała lustrzaną metaliczną nagością, a jego członki były powykrzywiane i jak gdyby ściśnięte jakimś nieustannym kurczem. Jego całe ciało wyglądało tak, jakby było z szarego ołowiu.

     Iwri zebrał wszystkie swoje siły. Postawił w stronę tamtych dwojga kilka kroków i zawołał do nich: »Odejdźcie! Zróbcie nam miejsce! Nie macie prawa nas zatrzymywać.«

     Tłum za nim podjął jego wołanie i napierał do przodu.

     Ołowiany uniósł dłoń. Zrobiło się cicho.

     »Nie!« krzyknął Iwri, jeszcze zanim ów zdołał coś powiedzieć, »nie słuchajcie go! Oni oboje będą kłamać.«

     »Ja nie będę kłamał«, rzekł Ołowiany, i każdy z rodu cieni rozpoznał ten zaklinający, ochrypły głos. »Powiem wam prawdę. Czy chcecie ją usłyszeć?«

     »Nie!« krzyknął Iwri. »Milczcie oboje! I znikajcie!«

     Ale w tłumie zabrzmiały pojedyńcze okrzyki: »Ależ tak, niechaj mówi ...« - »Niech się przed nami usprawiedliwia.« - »I tak nie damy się zatrzymać.«

     »Nikt« powoli powiedział Ołowiany, »nie ma zamiaru was zatrzymywać. Nie usiłowaliśmy robić tego do tej pory, i nie zrobimy tego też teraz.«

     »To się zgadza«, wołali w międzyczasie co niektórzy, »dotąd nawet się nie pokazał. Dlaczego nie? Czyżby Wielki Zarządca miał stracha?«

     Dało się słyszeć szydercze pomrukiwanie.

     »Nie, żadnego stracha«, odrzekł Bechmoth. »Bo i dlaczego? Możecie czynić, co czynić zechcecie, jak to zawsze czyniliście. Kto chce tam wyjść, niechaj idzie, nikt nie będzie go zatrzymywał. Decyzja należy do każdego z osobna, a my ją respektujemy.«

     »Teraz nagle?« rzucił ktoś. »Dlaczego tak naraz i dlaczego nie już wcześniej?«

     »To była zawsze wasza wola, którą my realizowaliśmy«, powiedział Bechmoth. »Tylko że wy tego nie wiecie. Obawiam się, iż między wami a nami zaszło wielkie nieporozumienie. Chętnie bym je wyjaśnił. Podarujcie mi kilka minut swojej uwagi. Potem sami możecie zdecydować, co wam się wydaje dobre i słuszne.«

     »My już zdecydowaliśmy«, zawołał Iwri. »Po co jeszcze ta gadanina!«

     »Do czego on zmierza?« wołali inni. »Niechaj to wyjaśni!«

     Tłum był podniecony, zaczęła rodzić się niepewność. Tu i tam pojedyńczy osobnicy wdali się w kłótnię z innymi. Trwało to jakąś chwilę, zanim znowu zapanował spokój. W końcu Bechmoth zaczął mówić, zmęczonym złamanym głosem na początku, ale później zdawał się stopniowo nabierać siły.

     »Wiem, nienawidzicie mnie teraz, bo wmówiono wam, iż to ja miałbym być tym, który trzymał was uwięzionych, aby waszym cierpieniem móc sycić mą żądzę władzy. Czyż tak nie było? Powiedziano wam, że cały ten nieskończony system katakumb, świat Misraim, nie byłby niczym innym niż olbrzymim więzieniem, w którym gnijecie, i że ja miałbym być dyrektorem tego więzienia, zabiegającym o utrzymywanie was wszystkim w całkowitym niewolnictwie. Czyż nie takie jest wasze mniemanie? - Ale ja was pytam - i proszę bądźcie uczciwi wobec siebie samych - kto z was z mojego powodu kiedykolwiek cierpiał? Kto gnił pod mym jarzmem? Czyż nie byliście wszyscy zadowoleni ze swego bytu, gdy sprawy jeszcze miały swój stary porządek? Czyż nie troszczyliśmy się o waszą pomyślność? Powiedzcie mi przecież - lecz bądźcie uczciwi - kto z was kiedykolwiek czuł się więźniem i był z tego powodu nieszczęśliwy?«

     »Ja!« krzyknął Iwri.

     Ołowiany pomału wyprostował rękę i wskazał na niego.

     »Ten jeden«, rzekł, »jeden jedyny pośród was wszystkich. On jest inny niż wy, on jest przypadkiem szczególnym, on do was nie należy.«

     »Ale teraz«, wołało w międzyczasie kilka głosów, »teraz wszyscy czujemy jak on. Przedtem byliśmy ślepi, nie wiedzieliśmy, co z nami się dzieje, on otworzył nam oczy. Teraz wiemy, co z nami robiliście.«

     Teraz po raz pierwszy zgłosiła się do głosu Pocieszycielka:

     »Czy wiecie to? Wiecie to naprawdę? Wiecie tylko to, co powiedział wam ten tam. Czy powiedział wam, że to on sam był tym, który sprowadził na was wszystkich cierpienie? On zniszczył urządzenia, dzięki którym uzyskiwaliśmy lekarstwo, które dotąd szczędziło wam cierpienia. Tylko on sam ponosi odpowiedzialność za to, że teraz już nie posiadacie lekarstwa. A może on was zapytał, czy chcecie z leku zrezygnować czy nie?«

     »Jakże mógłbym ich przedtem o to zapytać?« chciał zawołać Iwri, »oni by mnie nawet nie zrozumieli.« Ale nie zdążył.

     »On po prostu zdecydował za was wszystkich«, ciągnęła dalej lekarka, » ale czy powiedział wam, dlaczego to zrobił? Bo na niego to serum nie działa, jemu jednemu spośród was wszystkich nie jest ono pomocne. Dlatego postanowił uczynić chorymi was wszystkich, żebyście dzielili jego cierpienie, żebyście czynili jego wolę, bowiem on sam nigdy nie zdołałby otworzyć drogi wyprowadzającej z katakumb Misraim. A teraz powiedzcie mi, kto was wykorzystał, kto uczynił was swym narzędziem, ten tam, który na was wszystkich sprowadził ból, lęk, zwątpienie, iżby mógł w ten sposób zmierzać do swego celu, czy my, którzy uczyniliśmy wszystko, aby was przed tym uchronić?«

     Ród cieni był skonfundowany. Wątpiące, nieufne, już też przepełnione nienawiścią twarze zwróciły się ku Iwriemu.

     »Posłuchajcie mnie!« krzyknął do nich. »Wspólnie odnaleźliśmy tę drogę na zewnątrz, i wspólnie unikniemy ponownego uwięzienia. Bo że tamtych dwoje trzymało nas uwięzionych, to teraz jest pewne, jak i to, że wszyscy chcemy stąd wyjść.«

     Ponownie zabrał głos Ołowiany:

     »On mówi, że wy chcecie tam wyjść. Ale czy wiecie, co was tam na zewnątrz czeka? Dla was tamten świat nie nadaje się do zamieszkania. Już samo to bezlitosne światło rozszarpie was na strzępy. Nie będziecie wiedzieć gdzie jest góra a gdzie dół. Nie znajdziecie tam nic, czego moglibyście się trzymać. Pochłonie was wielka pustka. Z własnych sił będziecie musieli decydować o każdym oddechu i każdym uderzeniu serca, i każda decyzja będzie was wiążąca na zawsze i po wieki wieków. Mówię wam jeszcze raz: Dla was tamten świat nie nadaje się do zamieszkania. Dlatego ród cieni uciekł ongiś tu na dół i poprosił nas o udzielenie schronienia przed owym nieznośnym światłem. Ani przez chwilę nie trzymaliśmy was tu uwięzionych, nie, to była wasza wolna wola, której byliśmy posłuszni. Nie wy nam służyliście, moi przyjaciele, lecz my wam. Wraz z wami i dla was stworzyliśmy świat katakumb Misraim, i uczyniliśmy go wam tak wygodnym, jak tylko było to możliwe. Teraz chcecie to wszystko zniszczyć, z powodu tego tu jednego, który jest inny niż wy. Ale opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno. Jeśli zechcecie, jeszcze w tej godzinie może rozpocząć się odbudowa. Wszystko może być jak niegdyś. Podejmijcie decyzję teraz! Wyjdźcie z nim na zewnątrz i na własną zgubę - lub uwolnijcie się od niego na zawsze, odrzucając go, aby ziejąca rana, jakiej doznał nasz świat, mogła się znowu zamknąć i zagoić.«

     Iwri chciał odpowiedzieć, chciał zawołać, że to co mówi Bechmoth nie może być prawdą, bo tam na zewnątrz jest w końcu świat, z którego wszyscy oni pochodzą - ale zawahał się przez chwilę, gdyż i jego ogarnęła niepewność.

     Zapanowała głęboka cisza. Wszyscy odwrócili twarze od przejasnego światła. Pręty i rury w ich rękach zwróciły się w kierunku Iwriego. Nie patrząc nań popychali go przed sobą do przodu w kierunku rysy w murze. Wszystko to działo się w milczeniu. Iwri nie bronił się. Dopiero gdy został wypchnięty przez szczelinę, wyrzucił z siebie przejmujący okrzyk. Podczas gdy rysa w ścianie pomału się za nim zamykała, we wszystkich korytarzach i grotach labiryntu rozbrzmiewało zwielokrotnione echo jego głosu. Usłyszał go każdy z rodu cieni, ale później nikt nie potrafił powiedzieć, czy był to okrzyk najwyższego zachwytu czy też ostatniego, definitywnego zwątpienia.



Opowiadanie zostało wyjęte z tomu "Das Gefängnis der Freiheit"
1992 Weitbrecht Verlag in K. Thienemanns Verlag Stuttgart und Wien

WIOSNA 2007  str. 1

wędrowiec © dziennikarze wędrowni