|
|
Katakumby Misraim
michael ende, tekst agnieszka mielcarek, kinga maciejewska, magdalena grodzicka, ilustracje

Zrozumienie
nadeszło nagle i nie pozostawiało żadnej wątpliwości. Bronić się przed nim, nic
nie dawało. On, Iwri, był inny niż wszyscy pozostali ludzie rodu cieni.
Leżał w
swej sypialnej niszy i nie mógł odnaleźć
snu. Otwartymi oczami wpatrywał się w sufit, który tylko o rozpiętość dłoni
rozpościerał się nad jego twarzą, twardy, czarny, kamienny. Próbował sobie
przypominać, lecz nadaremnie.
Wcześniej
jego sen, jak u wszystkich innych cieni, był nieświadomym stanem usztywnienia,
pozostawionym samemu sobie, ciemnym miejscem pomiędzy rozbudzonymi fazami
aktywności i przyjmowania posiłków. Jednakże ostatnio coś się zmieniło, podczas
snu Iwri odbierał niejasne wrażenia, przeciągały przed nim obrazy, zalewały go
nigdy nie doznane uczucia. Niejasno uzmysławiał sobie, że w tych stanach
dochodził do ostatecznego, zewnętrznego końca świata Misraim i dostrzegał tam
otwory, które odsłaniały widok na coś, co leżało poza katakumbami. Co było owym
poza, tego jego pamięć nie potrafiła zatrzymać, ale po przebudzeniu jego
policzki były za każdym razem mokre od łez. Iwri musiał przed sobą przyznać, że
tęsknił do tych anormalnych stanów. A jednocześnie ich się wstydził, był bowiem
pewien, iż ulegał iluzji. To zaś było powszechnie uznawane za niewybaczalną
słabość.
Według
oficjalnej nauki, której nikt nie ważył się poddawać w wątpliwość, świat
Misraim, ów labiryntowy kosmos korytarzy, schodów, hal, sztolni, komór i grot,
w których ród cieni żył, pracował, spał i się rozmnażał, był rzeczywistością
jedynie możliwą. Byli tam Wielcy Wiedzący, którzy obliczyli, że ten cały system
katakumb nie był wprawdzie nieskończony, ale jednak nieograniczony. Z powodu
nieuchwytnego zakrzywienia wszystkich przestrzeni w sobie samych hipotetyczny
wędrowiec, który zmierzałby wciąż w jednym określonym kierunku, po
niewyobrażalnie długiej podróży dotarłby z przeciwległej strony do punktu swego
wyjścia. Byłoby przy tym obojętne, czy wykorzystane zostałyby do tego już
gotowe korytarze i tunele czy też przekopano by całkiem nowe, obojętne w jakim
kierunku. Odtąd pytanie, co mogłoby znajdować się poza granicami Misraim,
zostało ostatecznie zdemaskowane jako nierozsądne i nie było więcej stawiane.
Zwyczajnie i po prostu takie poza nie mogło istnieć, bowiem już sama jego
obecność uczyniłaby go częścią Misraim i tym samym teraz tym bardziej Nie-Poza.
Jedynym, co istniało od dawien dawna i istnieć będzie zawsze, są katakumby.
Zgodnie z tym każde pytanie o sposób, w jaki się tutaj znaleziono, uważane było
za oznakę bezgranicznej niewiedzy i drwiąco lub pobłażliwie wyśmiewane. Jako że
nie było żadnego wyjścia, tak też nie było możliwe żadne wejście. Jako oznaka
wysokiego wykształcenia oraz pozbawionej złudzeń świadomości uchodziło wśród
cieni zadowolenie się stwierdzeniem, że przecież się tu było, bez doszukiwania
się w tym stwierdzeniu jakiegokolwiek sensu lub przyczyny. Świadomość nieoddawania się
jakiejkolwiek iluzji przepełniała wiedzących nawet pewną dumą, z którego to
powodu wolno im było nadawać sobie tytuł »Roz-Czarowani« albo
»Roz-Czarowujący«. Zgodnie z tym wśród całego pozostałego rodu cieni znawano za
prawdę jedynie to, co nosiło w sobie ów gorzki posmak rozczarowania.
Sypialna
nisza, w której leżał Iwri, była jedną z wielu znajdujących się w ścianach
wielkiej groty spoczynku, mówiąc dokładniej, siódma od dołu i dwudziesta ósma
od prawej w ścianie zachodniej, i osiągalna tylko po jednej z przesuwalnych
drabin. Również inne ściany pełne były sypialnych nisz, wszystkie jak jedna dwa
metry długie i pół metra wysokie. W różnych częściach katakumb były też jeszcze
inne groty spoczynku, większe niż ta oraz mniejsze. Jak wiele, Iwri nie
wiedział. Kiedyś słyszał jakoby miałyby istnieć nawet komory grobowe dla par
lub pojedyncze, ale to musiało dotyczyć zapewne tych szczególnie
uprzywilejowanych członków rodu cieni.
Iwri
przeczesywał swą pamięć w poszukiwaniu odpowiedzi, kiedy to po raz pierwszy
pojawiły się u niego owe osobliwe stany. Przy pytaniu o Kiedy stwierdził nie
bez zaniepokojenia, że nie potrafił odróżnić swoich poszczególnych faz
rozbudzenia. Było to tak, jakby dostrzegał tylko jeden nieskończony szereg
lustrzanych obrazów, całkowicie identycznych, które gdzieś tam z tyłu gubiły
się w mroku. Wciąż ta sama ołowiano-szara poświata wypełniała wszystkie
przestrzenie Misraim, światło, które zdawało się przychodzić znikąd, tak, jakby
stało ono niczym mgła w nieruchomym powietrzu. W zasadzie, tak do siebie mówił,
jeśli czas oznaczał zmianę, to czas w ogóle nie istniał, lecz jedynie
ustawiczne powtórzenie jednego i tego samego, nieustające amorficzne Teraz.
Czas był poniekąd zawiesistą breją, która, aby być w ruchu, musiała być ciągle
mieszana. Gdy tylko odjęło się rękę, czas zatrzymywał się, i nie było żadnej
różnicy między przed a po, jak gdyby w ogóle nigdy nie był on w ruchu.
.JPG)
»To do
niczego nie prowadzi», usłyszał tuż przy swym uchu głos szefa. »Po prostu jest,
jak jest. Teraz chcesz zakończyć to bezużyteczne rozmyślanie. Z dużo większą
przyjemnością chcesz teraz myśleć to, co myślą wszyscy, i robić to, co robią
wszyscy. Chcesz należeć do społeczności. Nie chcesz się wyłączać.«
Iwri znał
ten głos, jak znał go każdy cień. Ten, kto do niego mówił, był dyrektorem i
najwyższym zarządcą Misraim, pan Bechmot. Nikt go nigdy nie widział, a jednak
poprzez ów cichy, ochrypły szept o ujarzmiającej przenikliwości był on
wszechobecny. Pomijając fazy spania mówił on niemal bez przerwy do każdego z
osobna, wydawał mu polecenia i rozkazy, chwalił, ganił, kierował i koordynował
jego działanie z działaniami wszystkich pozostałych. Jak to czynił, czy poprzez
niewyobrażalnie pomysłowy system ukrytych głośników czy wręcz poprzez odbiornik
wbudowany w ucho, nie było znane nawet Wiedzącym, jednakże jego zdolność
przekazywania tych wszystkich niezliczonych a przy tym nader specyficznych
zarządzeń bezustannie i jednocześnie, uznawana była za misterium nadludzkiej
inteligencji, która każdy sprzeciw ukazywała z góry jako absurdalny. Z tego
powodu ród cieni okazywał mu niemalże religijne uwielbienie i posłuszeństwo.
»Chcesz
teraz wstać i pójść do swej pracy«, szeptał głos.
Drabina
przysunęła się samoczynnie. Iwri wygrzebał się ze swej niszy, zszedł na dół i
wyszedł z groty spoczynku na główny korytarz.
Cienie
maszerowały długimi kolumnami do swych miejsc pracy, albo też z nich powracały,
schodami do góry, schodami w dół, przez tunele i korytarze, hale i sztolnie,
wzdłuż bezdennych przepaści i poprzez mosty, aż do ostatnich rozgałęzień i
kapilar niezmierzonego systemu żył labiryntu Misraim. Fazy aktywności, spania i
przyjmowania posiłków każdego osobnika były ściśle uporządkowane, tak że ogólny
krwioobieg świata nigdy nie ulegał zatrzymaniu. Na wszystko co niebędne
istniały określone pomieszczenia, również na te intymniejsze potrzeby ciała jak
wypróżnianie lub kopulacja.
Iwri
wstąpił w szereg. Nie musiał się zastanawiać, dokąd miał pójść, bowiem jego
krokami kierował głos zarządcy: »Lewe odgałęzienie - schodami do góry - prosto
- prawy tunel...«
Zasadniczo
nie było wśród cieni żadnych zawodowych specyfikacji, każdy mógł w każdym
czasie zostać przeznaczony do każdej pracy. I tak Iwri był obecnie przydzielony
do brygady mierniczej, która miała ustalić długość, wysokość i szerokość
wszystkich istniejących stopni schodowych - przy niezliczonej liczbie schodów
była to praca bez widoku na jej zakończenie. Dlatego członkowie brygady byli od
czasu do czasu wymieniani, zaś nowo przydzieleni rozpoczynali liczenie od
początku. Nikt z nich nie wiedział, jaki sens miała ta czynność, i nikt o to
nie pytał. Głos szefa zapewniał, jakoby ich praca miała nadzwyczajną wagę, a
nie było żadnego powodu, żeby w to wątpić.
Skała, w
której ów system katakumb był wydrążony, składała się z grafitowo-czarnej
substancji o wielkiej ciężkości i gęstości. Kawałek wielkości głowy ważył tak wiele,
że jedna osoba tylko z trudem mogła unieść go do góry. A że ponadto skała ta
była jeszcze niezwykle twarda, z największą trudnością poddawała się
jakiejkolwiek obróbce. Kiedy jednak udało się odłupać z niej jakiś kawał,
rozpadał się on w proch. Ten zaś wywożony był pojazdami na szynach i
przerabiany w bardzo odległych zakładach - Iwri nie znał nikogo, kto
kiedykolwiek je widział - na jedyny pokarm rodu cieni. Rozchodziło się tu o
czarną breję, która bardzo prędko gasiła głód i pragnienie, ale nie miała
żadnego smaku. Nie trzeba jej było wiele. Cień, który ją spożył stawał się
gęściejszy i ciemniejszy. Przeciwnie u głodnych niedobór pożywienia
powodował mgłopodobne zatarcie konturów,
ba, na dłuższą metę nawet lekką przejrzystość. To samo, tyle że w nieodwracalny
sposób, następowało również podczas śmierci cienia: stawał się przezroczysty i
przemieniał w proch.
.JPG)
Mimo
ciągłego zapotrzebowania na żywność, łączna ilość substancji - według
informacji »Roz-Czarowujących« - pozostawała niezmienna. Co z jednej strony
wybrano, to przybrało z drugiej w formie śmieci, odpadków, ekskrementów i
prochów zmarłych. Tak więc tym co w przeciągu dużych okresów czasu mogło ulec
zmianie, była co najwyżej wewnętrzna struktura, nie zaś pierwotna objętość
świata Misraim. To spostrzeżenie było powszechnie odczuwane jako uspokajające.
W swym
miejscu pracy Iwri znalazł, jak zawsze odkąd przynależał do brygady mierniczej,
kawałek kredy, którą miał zaznaczać określone miejsca na schodach. Bez
sprzeciwu zabrał się do pracy, jednakże nie mógł się na niej skoncentrować.
Wciąż powracały doń myśli o osobliwych przeżyciach podczas ostatniej fazy
spania. Gdy czas pracy wreszcie dobiegł końca, nie odłożył kawałka kredy, jak
wymagał tego przepis, z powrotem tam, gdzie go znalazł, lecz schował go sobie
do kieszeni. Zdawało się, że nikt tego nie zauważył, nie zameldował się nawet
głos Bechmota. Iwri sam nie potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego to uczynił.
Podczas powrotnej drogi ukrył ów kawałek kredy w jednym z niższych dolnych
korytarzy, który wyglądał na nieużywany. Następnie poszedł przyjąć posiłek,
stał się ciemniejszy, poczuł się zmęczony i posłusznie udał się do swej
sypialnej niszy. Ponownie nawiedziły go owe osobliwe obrazy i ponownie nie mógł
po przebudzeniu przypomnieć sobie, co ujrzał przez otwory. O schowanym kawałku
kredy zapomniał, ale ponieważ w miejscu pracy znalazł nowy, wcale sobie tego
nawet nie uświadomił.
W czasie kolejnych faz pracy
powtarzał swoją kradzież jeszcze wielokrotnie, i nikt mu tego nie zabraniał.
Dopiero gdy w swej kryjówce zgromadził już sześć lub siedem kawałków kredy,
zdołał sobie po przebudzeniu przypomnieć swe wcześniej dla niego samego
niezrozumiałe postępowanie. Zaś kiedy zbliżała się kolejna faza spania, zrobił
coś, co nawet jemu jawiło się jako niesłychana samowola, wręcz przestępstwo.
Zamiast, jak zarządził głos szefa, udać się do swej niszy na spoczynek, wymknął
się on do swojej kryjówki. Pokonanie tej drogi sprawiło mu sporo wysiłku, gdyż
podobnie jak pozostałe cienie był przyzwyczajony do tego, że jego każdy krok
był kierowany. Teraz musiał podejmować własne decyzje. Jednak gdy tylko ujrzał
przed sobą stosik kawałków kredy, stało się dlań jasne, dlaczego tego
nieposłuszeństwa się dopuścił.
Na jednej
ze ścian Iwri wyszukał gładkie miejsce i zaczął, najpierw z wahaniem i
nieporadnie, rysować kontury otworów, które udało mu się zapamiętać. Pierwsze
próby nie powiodły się lub wydały mu się nazbyt prymitywne, lecz nie poddawał
się i próbował ciągle od nowa. Przyświecała mu niewyraźna nadzieja, że, gdy w
końcu udałoby mu się przekonująco odtworzyć owe otwory, odnalazłby w swej
pamięci także to, co leżało za nimi, tam na zewnątrz, poza otworami. Jego trud
był jednak daremny.
»Ty nie
chcesz robić tego, co tam robisz«, usłyszał szepczący głos Wielkiego Zarządcy,
który dotąd milczał. » Jeśli będziesz to nadal robił, będę musiał ciebie
opuścić. Ostrzegłem cię.«
Iwri nie
zareagował na to, lecz milcząco i zawzięcie pracował dalej.
.JPG)
»To co tam
robisz«, odezwał się zaklinający głos, i po raz pierwszy zabrzmiała w nim nutka
gniewnej niecierpliwości, » to co tam robisz, sprawia mi ból. Dlatego musimy
twą egzystencję wykreślić. Zostaniesz zastąpiony. Skoro koniecznie chcesz
cierpieć, cierp. Jednak zostaną podjęte środki zapobiegawcze, żebyś swoją chorobą
nie zaraził innych. Nie należysz już do rodu cieni, od tej chwili już nie
jesteś niczym. Jeszcze nie wiesz, co to znaczy. Dopiero to poznasz.«
Był to na
długo ostatni raz, gdy Iwri słyszał głos szefa.
Po tym gdy,
na ile to potrafił, doprowadził swą pracę do końca, cofnął się o kilka kroków i
przez jakąś chwilę przyglądał się. Rezultat rozczarował go i onieśmielił.
Poczuł się nagle bardzo zmęczony.
Poszedł
przyjąć posiłek, jednak nikt nie przydzielił mu jego porcji. Po prostu go nie
dostrzeżono. Na szczęście było tak też wtedy, gdy zaopatrzył się sam. A
ponieważ nikt mu w tym nie przeszkadzał, cała sprawa przestała go niepokoić. To
jednak zmieniło się, gdy wrócił do groty spoczynku i chciał wejść do swej
sypialnej niszy. Musiał stwierdzić, że ta w międzyczasie została zajęta przez
inny cień. Wolnej nie było.
Iwri
powrócił do miejsca swego czynu. Brygada sprzątaczy była akurat w trakcie
zmywania jego rysunków.
»Co robicie?«, zapytał. »Dlaczego to
robicie?«
Nikt nie
odpowiedział, zdawało się, że nawet go nie usłyszeli.
»Chciałbym
wiedzieć«, rzekł po pewnej chwili jeden z pracowników do swego kolegi, »o co tu
w ogóle chodzi.«
I raptem
wpadło Iwriemu do głowy pewne słowo. Przypominał je sobie, jak coś zapomnianego
już bardzo dawno temu.
»To są
okna«, powiedział cicho, »okna, przez które można wyglądać. To znaczy,
naturalnie nie są to okna prawdziwe, tylko ich obrazy, niestety. I oprócz tego
są one jeszcze dość niedoskonałe...«
Brygada
sprzątaczy zakończyła pracę i oddaliła się. Ściana była jak poprzednio.
»Okna...«
pomrukiwał Iwri. Skąd to słowo nagle do niego nadleciało? W każdym razie w
języku cieni ono nie występowało.
.JPG)
Stosik
kawałków kredy wciąż jeszcze leżał w kąciku. Wziął jeden z nich i na gładkiej
ścianie zaczął rysować od nowa. Ale i teraz rezultat sprawił mu najwyższe
niezadowolenie. Być może, powiedział do siebie, to z powodu tej ściany. Może w
innym miejscu dałoby się znaleźć miejsce bardziej odpowiednie. Choć ta myśl go
nie przekonała, wcisnął wszystkie kawałki kredy w kieszeń i udał się w drogę.
Nigdy
wcześniej nie musiał sobie radzić zdany tylko na własne siły, i tak już po
krótkim czasie beznadziejnie pobłądził w plątaninie korytarzy i rozwidleń.
Próba zrozumienia labiryntowego rozkładu grót, oraz niezwyczajna konieczność
podejmowania na każdym skrzyżowaniu własnych decyzji, bardzo szybko wyczerpały
siły Iwriego. Śmiertelnie zmęczony zwinął się na ziemi w jakimś kącie w kłębek
i spał. Tym razem nie ukazały mu się żadne obrazy okien, przeciwnie, śnił, że
ściany ze wszystkich stron przysuwały się do niego coraz bliżej, aż w końcu nie
mógł poruszyć żadnym członkiem. Obudził się zlany potem.
Kiedy
wstał, ujrzał na końcu korytarza kilku strażników, którzy, jak mu się wydało,
rozglądali się jakby czegoś szukając. Kierując się nagłym impulsem uciekł przed
nimi. Dopiero później, gdy już nie mogąc złapać tchu musiał się zatrzymać,
zapytał siebie, dlaczego w ogóle to zrobił, skoro przypuszczalnie istniał dla
nich w tak samo niewielkim stopniu co dla innych cieni. Choć co prawda nie mógł
być tego całkiem pewny.
Cóż miał
teraz czynić? Jako że już nie słyszał głosu wydającego polecenia, sam musiał
ustanowić dla siebie jakieś zadanie, jakiś cel. Był bezradny, długo trwało,
zanim znalazł w sobie na to wystarczająco siły. Tym co z początku najbardziej
mu doskwierało, była jego samotność. Niby jakąś niewidzialną, acz
nieprzeniknioną sferą był on oddzielony od wszystkich innych cieni. Po raz
pierwszy przeczuwał wielki smutek i wiedział, że ten już nigdy go nie opuści,
ba, że był to dopiero początek, pierwszy zwiastun tego, co go jeszcze
oczekiwało. Sam smutek do niego wcale jeszcze nie dotarł, był on jeszcze
daleko, ciążący, ogromny mrok, pomału nadciągający z daleka. Był on z każdej
strony, nie było drogi ucieczki.
Iwri bardzo
się go bał. Gdyby istniała jakaś możliwość powrotu pod pieczę zarządcy i
ponownego przyjęcia do rodu cieni, być może by z niej skorzystał, żeby tylko
nie był już dłużej samotny. Ale jednocześnie wiedział, że już nigdy nie
potrafiłby zaprzestać szukania tego, co znajdowało się za oknami. Nie było
zatem dla niego odwrotu, było już na to za późno. Musiał pozwolić dziać się
temu, co się działo.
Jeśli
jednak to, co ujrzał przez okna i czego nie potrafił zapamiętać, nie było
urojeniem, lecz rzeczywistością, wówczas - na przekór wszelkim opiniom
Wiedzących - poza Misraim istniał jakiś inny świat lub nawet wiele światów. A
wtedy cały ten niezmierzony system katakumb nie byłby niczym innym niż
więzieniem, w którym ród cieni był z jakiegoś niewiadomego powodu zamknięty.
Zaś Bechmot, Wielki Szef, byłby tylko więziennym dozorcą. To wyjaśniało też
bezwzględność, z jaką tamten odniósł się do Iwriego prób odtworzenia okien. Ale
jak było to możliwe, że nikt poza nim, Iwrim, nie czuł się więźniem, że wszyscy
byli ze swego niewolniczego bytu zadowoleni?
Podczas
niezliczonych faz aktywności, które odtąd następowały u niego bardzo
nieregularanie, Iwri błąkał się po labiryncie Misraim w poszukiwaniu wyjścia.
Będąc w ciągłym strachu przed pościgiem, bał się pozostawać dłużej w jednym
miejscu. Do wciąż potężniejącego lęku oraz smutku teraz przyłączyło się także i
uczucie bycia pogrzebanym za życia, nieuchronności uduszenia się w ciasnocie.
Niekiedy popadał w stany paniki, które rozrastały się do nieznośnych bólów
ciała.
.JPG)
Wówczas
zaczynał biec, aż padał z wyczerpania, albo pełzać na czworakach, albo sunąć po
omacku kroczek po kroczku niby ślepiec. Tak docierał do coraz to innych
regionów labiryntu, o których istnieniu nie miał wcześniej żadnego pojęcia. Doszedł
do grot, które były tak przeogromne, że znalazło się w nich miejsce dla całych
miast z wielopiętrowymi budynkami. Przemierzał gmatwaninę stopni raz w górę raz
w dół i znowu w górę, gdyż schody nachodziły jedne na drugie, lub kończyły się
w pustce. Przeciskał się przez sztolnie, które były tak wąskie i niskie, że
można je było pokonać jedynie czołgając się na brzuchu. Tracił równowagę i
staczał się z pochyłych powierzchni i znowu wspinał się wąskimi kominami w
górę. Lecz nigdzie nie znalazł wyjścia z Misraim, nigdy żadne miejsce nie
wskazywało na to, iżby dotarł do końca katakumb. Natomiast często zdarzało mu
się, że jakieś miejsce robiło na nim wrażenie, jakby kiedyś dawno temu już w
nim był i teraz znowu doń powrócił, ale nigdy nie był tego całkiem pewny.
Żywność kradł, co nie było takie trudne, jako że wciąż nikt nie zwracał na
niego żadnej uwagi, a spał gdzie i kiedy popadło.
Podczas
tych wszystkich wędrówek nosił przy sobie swoje kawałeczki kredy i pilnował ich
jak najcenniejszego skarbu, wiedział bowiem, że nowych już by nie dostał.
Gdziekolwiek jakieś miejsce wydało mu się ku temu odpowiednie, tam malował swe
okna. W ten sposób jego zapasy naturalnie coraz bardziej się kurczyły, co
bardzo go martwiło, i, żeby nie zmarnować choćby jednej kreski, za każdym razem
zanim się zabrał do pracy, coraz pieczołowiciej się do tego przygotowywał. Ale
tak samo uporczywie, jak Iwri ponawiał swe próby, tak samo uporczywie były one
natychmiast znowu usuwane. Choć czyniło
to jego działanie bezsensownym, to akurat ów pośpiech, z jakim tego dokonywano,
utwierdzał go w przekonaniu, iż jego praca pomimo całej swej niedoskonałości
stanowiła jakieś niebezpieczeństwo dla Bechmota albo nawet dla całego
więziennego systemu. Uczepił się myśli, że wszystko stałoby się inne -
cokolwiek by to oznaczało - gdyby jednak udało mu się odtworzyć to, co dawno
temu ujrzał za oknami. Ale nie mógł tego odnaleźć, podczas faz spania też go to
już nie nawiedzało. W zasadzie malował jeszcze tylko wspomnienie wspomnienia,
które wydawało mu się coraz mniej prawdopodobne, i jego okna pozostawały puste.
Ta wątpliwość była najgorsza ze wszystkiego. Rzeczywistość Misraim, w którą
wierzył ród cieni, nieodwołalnie mu się gdzieś zawieruszyła, zaś tej innej, z
powodu której został wygnany, nie potrafił znaleźć. Nie było dla niego żadnego
wybawienia, ani z jednej, ani z drugiej strony.
Kiedyś w
końcu nadeszła chwila, gdy podczas swej ostatniej próby zużył ostatni kawałek
kredy, i znowu na próżno. Tym samym wszystko dla niego się skończyło. Wielki
smutek dopadł go teraz i pod sobą pogrzebał niby góra. Iwri postarał się o
stryczek i powiesił się.
Gdy znowu
do siebie doszedł, miał założone kajdanki. Stali nad nim pochyleni dwaj
strażnicy i coś mu surowo perswadowali. Nie rozumiał, co mówili, tyle tylko, że
jakoby byli zadowoleni, iż w końcu udało im się ukrócić jego proceder.
Następnie podnieśli go i odprowadzili. Nie bronił się.
.JPG)
Zamknęli go
w małej, niskiej pojedynczej celi, tam na długi czas pozostawiono go samemu
sobie. Dużo spał, czy też mówiąc lepiej, celowo utrzymywał się w stanie półsnu,
bo każda chwila na jawie oznaczała nieznośną mękę. Unikał myślenia o tym, co
zamierzano z nim zrobić, czy kiedyś mógłby za malowanie swych okien zostać
skazany albo czy może po prostu całkiem o nim zapomniano. A jednak jakaś
niewidzialna ręka regularnie podsuwała mu pożywienie. Próbował trzonkiem łyżki
żłobić w ścianach kontury okien, jednak ściany były nazbyt twarde i nie
ujawniały żadnych śladów jego usiłowań.
Leżał
skulony w kącie z twarzą zwróconą do ściany, gdy cichy szmer przy drzwiach jego
celi sprawił, że wytężył słuch. Nie ruszał się. Jakaś ręka chwyciła go za ramię
i delikatnie nim potrząsnęła.
»Zbudź
się«, ktoś zagadnął, »chodź z nami, tylko bądź cicho.«
Iwri powoli
odwrócił się i zobaczył dwa cienie, młodzieńca i dziewczynę.
»Co
chcecie?«, zapytał niemal nie słysząc swego głosu, »kim jesteście?«
»Przyjaciółmi«,
odpowiedziała dziewczyna. »Wydostaniemy cię stąd.«
Oboje
próbowali postawić go na nogi. »Chodź już. Zostało mało czasu.«
Iwri
opierał się. »To pomyłka.«, wychrypiał, »macie na myśli kogoś innego.«
»Nie, nie«,
szepnął młodzieniec pospiesznie, »wytłumaczymy ci wszystko później, wtedy
będziesz mógł pytać, ile tylko zechcesz. Ale teraz zbieraj się szybko.«
Iwri pozwolił
im siebie wyprowadzić, najpierw przez niski korytarz z kilkoma drzwiami cel, potem przez niskie pomieszczenie, w
którym na ścianach wisiały klucze. Przy stole w narożniku siedziało dwóch
strażników, obaj mieli twarze złożone na rękach, i z cicha pochrapywali.
Porywacze pospieszyli z nim do wysoko sklepionego tunelu, w którym panował duży
ruch. Wzięli go między siebie.
»Gdyby nas
ktoś zatrzymał«, szepnęła dziewczyna,
»mówienie pozostaw nam.«
Rzeczywiście
przy końcu tunelu musieli przejść jeszcze jedną kontrolę.
»Transport
chorego«, oświadczył młodzieniec. »To pilne. Tu są zarządzenia.«
Strażnik
przebiegł oczami papier i rzekł: »Iść dalej.«
Pogmatwanymi
drogami dotarli wreszcie do krętych schodów, które wąskim szybem prowadziły kilka
setek metrów w górę i w końcu znajdowały ujście w wielkiej zagraconej sali,
najwidoczniej magazyn na różnego rodzaju już niepotrzebne maszyny. Tamtych
dwoje upewniło się, że nikt za nimi nie podążał, po czym odsunęli na bok
zardzewiałe blaszane płyty, za nimi było widoczne w ścianie zagłębienie.
Zapukali kilka razy w jakimś skomplikowanym rytmie w określone miejsca, tylna
ścianka zagłębienia rozsunęła się, i wśliznęli się do środka. Za nimi mur znów
się zamknął.
.JPG)
«Teraz»,
rzekła dziewczyna, »możesz pytać. Już jesteśmy po naszej stronie.«
»Po naszej
stronie...«, powtórzył Iwri, »po jakiej stronie?«
»Poza
światem Bechmota.«
Iwri
zatrzymał się i zmieszany rozglądał się dokoła.
»Poza...«
zamruczał kilka razy pod nosem. »poza... a więc jednak... ale... kim
jesteście?«
»Wrogami
Bechmota. Czy to ci nie wystarczy?«
»Ależ tak«,
bełkotał Iwri, »to znaczy, nie. Nie wystarczy mi.«
»Czy ty
słyszysz, to mu nie wystarczy«, rzekł młodzieniec. »Wyjaśnij mu.«
Zaśmiała
się. »Rachunek pana Bechmota nigdy się nie sprawdzi. Nigdy. Już my się o to
postaramy.«
»Czy jest
was wielu?«
Dziewczyna
westchnęła. »Niestety nie.« A młodzieniec dodał: »W każdym razie nie dość.«
»A ja -
jakie zamiary macie wobec mnie?«
»No, ty
przecież należysz do nas, czy może nie?«
»Pilnie nam
potrzeba takich jak ty.«
»Do czego
mnie potrzebujecie?«
»Tego
dowiesz się już od samej Madam.«
»Bardzo jej
zależy na twojej współpracy.«
»Madam? Kto
to jest?«
»Jest
lekarzem. Pani Dr. Lewjothan - nigdy o niej nie słyszałeś?«
»Ona jest
tą, której zawdzięczasz swój ratunek. To ona nas wysłała.«
Iwri znów
zatrzymał się. »Macie może na myśli tę - eh - Pocieszycielkę?«
»Tak, zdaje
się, że tak się ją nazywa wśród rodu cieni.«
»Ale chodź
teraz dalej. Nie pozwól jej czekać.«
»Czy to
oznacza - ona jest naprawdę?«
Rzeczywiście
Iwri od czasu do czasu słyszał w strzępach rozmów albo w formie napomknień o
plotce, wedle której miała istnieć pewna tajemnicza grupa, mająca w jakiś
bliżej nieznany sposób walczyć z szefem i jego systemem i być dowodzoną przez
jakąś lekarkę, właśnie ową Pocieszycielkę. Mówienie o tym nie było wskazane.
Iwri nie dawał tym nielicznym napomknieniom wiary i dlatego już wkrótce o nich
zapominał. Śpiesznie zapytał: »Ona chce mnie widzieć? Dlaczego?«
.JPG)
»Może z
powodu tego twojego malowania okien.«
»Czy ona o
tym wie?«
»O tak, mój
drogi. Ona dużo wie, w niejednej sprawie więcej niż Bechmot. Jest to też
niezbędne, inaczej byśmy szybko zostali załatwieni.«
»Ale moje
okna...«, mamrotał Iwri, »nigdy nie zostały ukończone. Zawsze były niepełne.
Brakowało najważniejszego.«
»Tu nie
chodzi o to.«
»To w takim
razie o co tutaj chodzi?«
»Być może o
to«, powiedział młodzieniec, »że jesteś odporny.«
»Że co?«
»Słuchaj«,
zwróciła się dziewczyna do swego partnera, »obawiam się, że za dużo gadasz.«
»Możliwe«,
odpowiedział tamten, »lepiej zostawię to Madam Lewjothan.«
Korytarz,
którym tu przyszli raptownie się otworzył, i wyszli na rampę. Widok, który stąd
się roztaczał, był dla Iwriego w pierwszym momencie obezwładniający. W grocie o
potężnych rozmiarach rozpościerał się przed jego oczami kompleks szklanych
cieplarni, niczym błyskające światełkami miasto. Każda z nich była od wewnątrz
oświetlona i jarzyła się swoistym, różowo-fioletowym światłem. Po środku tego
szeroko rozsianego kompleksu wznosił się kryształowy pałac, nad którym górowała
wąska, też kryształowa, wieża.
»Tam na
górze«, usłyszał Iwri tuż przy swym uchu głos dziewczyny, »ona już ciebie
oczekuje. Sam znajdziesz drogę, trudno jest nie trafić. Dalej już nie możemy ci
towarzyszyć.«
»Dziękuję.«
powiedział Iwri, »Jak wy oboje się właściwie nazywacie?« Obejrzał się za swymi
towarzyszami, ale tamci już się oddalili.
Zszedł z
rampy na dół i wstąpił do pierwszej cieplarni. Uderzyło w niego wilgotne,
ciepłe powietrze i niemal pozbawiło go oddechu. Pachniało słodkawo i odurzająco
zgnilizną. Iwri musiał zdusić w sobie mdłości. W czarnych zagonach po lewej i
prawej stronie rosły chaotycznie rozmieszczone wielkie grzyby, których blade,
mięsiste formy wyglądały jak organiczne chrząstki. Pomiędzy nimi zwisały
śluzowate nitki.
Gdy tak
szedł, od jednej cieplarni do drugiej, ciągle kierując się na pałac, którego
wieża była widoczna z wszystkich stron, rzuciło mu się w oczy, że rury
ciepłownicze przebiegające wzdłuż bocznych ścian były w wielu miejscach
uszkodzone, przeżarte rdzą, zaskorupiałe, tu i tam popękane. Tak samo miała się
sprawa z deszczownicami, które umieszczone były przy brzegach czarnych zagonów
i miały zapewniać nawadnianie grzybów. Wszędzie kapało i syczało. Cały system
zdawał się być osłabiony ze starości i zaniedbany. Również lampy, z których
wydobywała się owa różowo-fioletowa poświata, miały powgniatane blaszane
klosze, wisiały krzywo i w nierównych odstępach, a gdzieniegdzie wcale nie
działały. W tych zaciemnionych miejscach z czarnego, błotnistego podłoża nie
wyrastały żadne grzyby.
.jpg)
W końcu
Iwri dotarł do pałacu w centrum. Do tej pory nikogo nie napotkał. Piętro po
piętrze wspinał się na wieżę nie słysząc nic prócz własnego oddechu i
kling-klong jego kroków na szklanych płytach podłogi. Najwyższe pomieszczenie
było ośmiokątne, stąd niby z wartowniczej wieży można było we wszystkich
kierunkach spoglądać na cieplarnie. Wysoko ponad wszystkim, słabo rozpoznawalny
w mrocznym świetle, wyginał się łukiem sufit ogromnej groty, jakby pokryte
chmurami niebo.
»Nareszcie
jesteś«, nagle odezwał się głęboki, osobliwie zawoalowany kobiecy głos, »to
dobrze.«
Iwri
odwrócił się przestraszony. Po drugiej stronie ośmiokątnego pomieszczenia stała
wysoka, smukła postać w białym długim fartuchu. Jej twarz była widoczna jedynie
niewyraźnie, gdyż leżał na niej cień.
»Pani
Doktor Lewjothan?« zapytał zacinając się.
Postać
skinęła głową. »Podejdź nieco bliżej. Nie widzę już zbyt dobrze.«
Zrobił w
jej stronę kilka kroków, uniosła dłoń. »Zatrzymaj się. Wystarczy.«
Iwri stał
teraz pośrodku pomieszczenia, czuł się zażenowany. Jakąś chwilę było cicho,
przypatrywali się sobie nawzajem.
Dama była więcej niż o głowę od
niego wyższa. Jej wąska, blada twarz była gładko rzeźbiona, lecz mimo to
sprawiała wrażenie surowej, ba, wręcz srogiej. Trudno było rozróżnić czy
chodziło tu o twarz kobiecego chłopca, czy chłopięcej kobiety. Jakimś sposobem
były w niej zawarte obie płci. Jej ciemne, ułożone lekko pod skosem oczy
spoczywały na nim bez jednego mrugnięcia. Wyczuwał jakąś hipnotyczną siłę,
która wydostawała się z tego spojrzenia, lecz nie czuł żadnej potrzeby, by się
przed tym bronić. Jej włosy w kolorze miedzi były krótkie, ostrzyżone prawie po
męsku. Wokół jej ust błąkał się cień uśmiechu, który nie był jednak
przeznaczony dla niego, lecz zdawał się być stały i ogólny. Nie był on też
przejawem radości, przeciwnie nadawał jej niewytłumaczalną aurę tragizmu, która
nie pozwalała mu podejść bliżej. Spuścił wzrok.
»Twoje
okna«, usłyszał jej głos, »sprowadziły na nas niebezpieczeństwo.«
»Moje okna?
Co pani chce przez to powiedzieć?«
.jpg)
»Obawiam
się, mój mały cieniu, że jesteś artystą. Chcę przez to powiedzieć, że nie
rozumiesz swych własnych idei. Tak, twoje okna. Dla nas było od początku jasne,
o co tobie chodziło. Tym co nieświadomie odtwarzałeś, były nasze cieplarnie.
Ale teraz to wiesz, teraz zapewne także ty nie masz żadnej wątpliwości,
nieprawda? I teraz wiesz jeszcze i to, czego dotąd ci brakowało: to, co widać
za owymi oknami. Nie mogłeś tego odtworzyć, dlatego że się tego przeraźliwie
bałeś. Czy jesteś tą wiedzą zaszokowany?«
»Nie wiem«,
odpowiedział niepewnie, »czy to było to...«
Zaśmiała
się bezdźwięcznie. »Zdumiewające, jak bardzo akurat to twórcze w nas broni się
przed uświadomieniem sobie swych własnych pobudek. Tylko trochę odwagi, mały
cieniu! Kiedy zaakceptujesz twe własne tajemne tęsknoty, poczujesz się znacznie
lepiej, zapewniam cię o tym.«
»Może i ma
pani rację...« wymamrotał.
»Ach,
jestem tego zupełnie pewna, ale ty musisz dojść do tego sam. Nie chcę, żebyś
tylko powtarzał moje słowa. To nie pomoże żadnemu z nas. A to właśnie twojej
pomocy - dobrowolnej pomocy naturalnie - pilnie teraz potrzebuję.«
»Mojej
pomocy?« spytał Iwri. »Czego pani ode mnie chce?«
Oderwała od
niego wzrok, i przebiegała oczami po jarzącej się panoramie kompleksu
cieplarni. »Sam widziałeś gdy tu szedłeś, w jak opłakanym stanie znajdują się
nasze urządzenia. Nie mamy nikogo, kto mógłby zająć się ich należytą
konserwacją. A bez nich nasza praca jest niemożliwa.«
»Te grzyby
- co to jest?« zapytał.
Odwróciła
się znowu do niego i zaśmiała się w ten swój osobliwy bezdźwięczny sposób. »A
więc przepełniły cię przerażeniem, nieprawda? Tak, przyznaję, wyglądają dość
obrzydliwie. Ale są naszym największym skarbem. Z nich wytwarzamy nasz lek,
GUL, naszą najsilniejszą broń w walce przeci Bechmotowi. GUL oznacza tylko
chemiczną formułę...«
Zaczęła mu
ową formułę wyjaśniać, on jednak wcale nie rozumiał, co do niego mówiła.
»Lek jest
wyciągiem z zarodników.« stwierdziła, »Ale o to nie musisz się troszczyć.
Pielęgnacją, przetwarzaniem i uprawą grzybów zajmują się inni. Twoje zadanie
polegałoby tylko na konserwacji całego kompleksu.«
»Dla kogo
jest to lekarstwo«, chciał wiedzieć, »i jakie jest jego działanie?«
»Och,
wybacz, zapomniałam. Tego oczywiście nie możesz wiedzieć, akurat nie ty.
Właśnie dlatego tutaj jesteś. Na ciebie ono nie działa, albo straciło działanie
- dlaczego, nie wiemy.«
Zrobiła
pauzę i zamyśliła się.

»W gruncie
rzeczy«, ciągnęła wreszcie dalej, przy tym zaczęła chodzić wzdłuż okiennej
ściany, tak że Iwri musiał się za nią obracać, »w gruncie rzeczy ten cały
pomysłowy system Bechmotha zmierza tylko do jednego jedynego celu: sprowadzenie
cierpienia na jego ofiary. Tobie, mój mały, dane było odczuć, co to znaczy.
Dlaczego on tego chce? Cóż, głód całkowitej władzy sam jest czymś w rodzaju
bólu, który daje się uśmierzyć jedynie bólem innych. Być może katusze, które
zadaje, przynoszą mu jakąś ulgę. Ale ostatecznie jest to dla nas nieistotne. To
nie Bechmoth potrzebuje pomocy, lecz jego ofiary. Jestem lekarką, jak ci
wiadomo, a zawodowa etyka nakazuje mi pomagać cierpiącym. Och, wiem, można o
tym dyskutować w nieskończoność, ale w końcu wszystko sprowadza się do bardzo
prostej prawdy: dobre jest to, co łagodzi cierpienie lub mu zapobiega; złe jest
wszystko, co cierpienie powoduje lub zwiększa. Cóż, GULem, naszym lekiem,
zapobiegamy u większości, że w ogóle zaczynają cierpieć. Zaś tam gdzie to już
nastąpiło, możemy je do tego stopnia zredukować, że schodzi ono poniżej progu
odczuwania. No a cierpienie, którego się nie odczuwa, wszak wcale nim nie jest.
Można by rzec, GUL jest rodzajem środka znieczulającego, który w szczególności
blokuje wrażliwość na metody tortur stosowane przez Bechmotha, lecz nie ma żadnego wpływu na inne
funkcje organizmu. Większości pacjentów wystarczy już nadzwyczaj mała ilość,
którą bez ich wiedzy dodajemy im do pożywienia. W trudniejszych przypadkach
musimy stosować większą dawkę. Jednakże w bardzo rzadkich przypadkach zdaje się
istnieć coś jakby wrodzona albo nabyta odporność na nasz środek - jak widocznie
dzieje się to w twoim przypadku, mój mały cieniu. Możemy to tylko skonstatować,
jak dotąd przyczyny nie są nam znane. Ty tego oczywiście wcale nie
spostrzegłeś, ale w czasie licznych faz spania wstrzykiwaliśmy ci silnie
skoncentrowane dawki GULu, bez najmniejszego powodzenia. Musieliśmy to robić,
aby odwieść cię od dalszego malowania tych twoich okien, bo Bechmoth już i tak
jest podejrzliwy, a ty mogłeś naprowadzić go na ślad. Wtedy stało się dla nas
jasne, że ze względu na twą szczególną konstytucję jesteś odpowiednią osobą do
zatroszczenia się o nasze cieplarnie...«
»Dlaczego?«
zapytał Iwri, »Dlaczego akurat ja?« Ciągłe obracanie się sprawiło, że lekko
zakręciło mu się w głowie, oprócz tego czuł się głodny i śpiący i tylko z
trudem mógł nadążać za monotonnym głosem Pocieszycielki.
»No cóż, to
widać jak na dłoni«, usłyszał jak mówiła, i po raz pierwszy w jej głosie cicho
współbrzmiała niecierpliwość. »Dobrze mnie posłuchaj, mój mały, nie musisz
udawać niepojętnego. Mam niewiele czasu, jestem bardzo zajęta. A więc nie pytaj
o to, co i tak już zrozumiałeś. A oprócz tego myślę, że powinniśmy sobie
zaufać, jesteśmy po tej samej stronie...«
Iwri skinął
głową wyczerpany. Miał jeszcze mnóstwo pytań, lecz żadnego z nich nie mógł
sobie przypomnieć. Usiadł na podłodze i oparł głowę na dłoni. Ogarnęło go
nieprzeparte zmęczenie. Przez jakąś chwilę jeszcze słyszał jakby z wielkiej
oddali perswadujący głos, potem zapadł w sen.

Kiedy się zbudził, był w
ośmiokątnym pomieszczeniu sam. Czuł się zamroczony i pusty, w jakiś niejasny
sposób wyssany, jednak katusze,
które przez tak długi czas cierpiał w katakumbach, zniknęły bez śladu.
Nie było
nikogo, kogo mógłby zapytać, co winien on teraz robić. Udał się więc na
poszukiwania, przebadał cały szklany pałac i wreszcie znalazł w piwnicy coś
jakby warsztat, czy też coś, co dawno temu mogło nim być. Leżące gdzie popadł
narzędzia były w większości w tak opłakanym stanie, że prawie nie nadawały się
do użytku, jednak kilka dało się prowizorycznie naprawić. Znalazł tu także
leżak z kilkoma podartymi, zakurzonymi kocami, troszkę naczyń i jedną łyżkę. I
tak postanowił przeznaczyć to pomieszczenie na swe przyszłe mieszkanie.
W innych
piwnicach obok odkrył dużą ilość skrzyń z różnego rodzaju częściami zapasowymi
do cieplarnianych urządzeń - rury ciepłownicze, pompy, lampy, druty, kable i
wiele innych rzeczy. Bezzwłocznie zabrał się do pracy.
W
pierwszych okresach czasu, które teraz nastąpiły, działał według określonego
planu. Najpierw zabrał się za największe uszkodzenia tych cieplarni, które były
najbliżej szklanego pałacu, zakładał bowiem, że gdzieś tutaj znajdowało się
centrum całego systemu, jakaś główna kotłownia, z której zaopatrywana była w
parę lub gorącą wodę rozgałęziona sieć rur, albo też dyspozytornia oświetlenia.
Nie mógł jednak nic podobnego odnaleźć, ani teraz, ani w późniejszym czasie.
Najwidoczniej takiego centrum wcale nie było.
Potem
zarzucił wszelki plan i pracował tam, gdzie akurat popadło. Jego początkowy
zapał przemienił się w uporczywą zaciętość. Jako że na próżno usiłował pojąć
zasadniczy schemat całego kompleksu, nie pozostało mu nic innego, niż tylko
łatać, tam gdzie w danej chwili było coś do załatania, raz tu, raz tam. To z
kolei miało tę konsekwencję, że po krótszym lub dłuższym czasie konieczne były
powtórne naprawy. Gdy był gotowy po jednej stronie, po drugiej już znowu widać
było stare albo całkiem nowe uszkodzenia. Praca w wilgotnym upale i pośród
smrodu grzybowych oparów była ciężka, w pocie czoła. Często po wielu godzinach
najżmudniejszych trudów na wpół zaduszony padał ciężko dysząc na ziemię.
Najbardziej wyczerpywała go jednak nieskończoność tej wciąż odradzającej się
walki przeciw niszczeniu, walki, która nigdy, choćby tylko na kilka godzin, nie
była do wygrania.
Niemniej
nie poddawał się, bo przecież wiedział, że nikt prócz niego nie mógł tej pracy
wykonywać i że była ona podstawą jedynej pomocy, jakiej w swym nędznym
położeniu mógł doświadczyć ród cieni. Nawet jeśli jego trud był nieobliczalny,
to jednak nie był on bezsensowny. Ta myśl dawała mu siłę.
Przez cały
ten czas nigdy już nie zobaczył lekarki, nigdy też nie napotkał żadnego z jej
współpracowników, acz niejednokrotnie stwierdzał, że grzyby były wyzbierane.
Najwidoczniej działo się to zawsze tam, gdzie jego akurat nie było. Zawsze też
gdy wracał do swego piwnicznego pomieszczenia, znajdował pożywienie, które tam
dla niego zostawiano. Od czasu do czasu pojawiały się nawet nowe skrzynie z
częściami zamiennymi, jak i skąd, nie wiedział. Nie miał też dość siły, żeby
nad podobnymi sprawami się zastanawiać. Zazwyczaj, ledwie tylko zjadł, padał na
swe legowisko i spał jak zabity. O swych oknach już nie myślał, był teraz
przecież otoczony oknami ...
Już od
długiego czasu wykonywał swą samotną pracę, gdy zupełnie nieoczekiwanie jednak
kogoś spotkał. Było to w jednej z tych cieplarni, które stały najdalej od
szklanego pałacu tuż przy północnej krawędzi kompleksu i do których Iwri nigdy
wcześniej nie dotarł. Tam znalazł w ciemnym kącie kupę łachmanów, na którą
początkowo wcale nie zwracał dalszej uwagi. Dopiero po jakiejś chwili zdał
sobie sprawę, że w określonych odstępach słyszał stamtąd słowa:
»Zniszczyć
... wszystko zniszczyć ... proszę, uwierz mi ...«
Kiedy Iwri
przyjrzał się uważniej, odkrył, iż kupa łachmanów była najwyraźniej legowiskiem
prastarego mężczyzny, który jeszcze tylko z ledwością oddychał, którego ciało
było wychudzone na szkielet a jego twarz naznaczona była tak niesłychanym
cierpieniem, że Iwri jeszcze nigdy u nikogo innego z rodu cieni czegoś takiego
nie widział.

Podniósł
staruszka, lekkiego jak lalka, do góry i na rękach zaniósł go do swego
piwnicznego mieszkania pod szklanym pałacem. Tam nakarmił go własnym jedzeniem,
wlewał mu łyżkę po łyżce, i żeby wypoczął, chciał ułożyć go na swym posłaniu,
lecz starzec wzbraniał się i silnie się do niego przywarł. Przyciągnął Iwriego
ucho tuż do swoich zapadłych ust.
»Do tej
pory walczyłem ze śmiercią«, szeptał, »bo miałem nadzieję, że mnie odnajdziesz.
Ale teraz pozostało mi jeszcze tylko kilka chwil. Musisz uwierzyć w to, co ci
mówię, jest to prawda. Jestem twym poprzednikiem tutaj w cieplarniach. A nawet
inżynierem, który swego czasu cały ten kompleks zaprojektował. Tak, wówczas
także ja wierzyłem, że działam słusznie, jak teraz ty zapewne w to wierzysz.
Ale ja przejrzałem Pocieszycielkę. To wszystko jest kłamstwem, nic jak
kłamstwo...«
Wyprężył
się a Iwri delikatnie położył go z powrotem na posłanie. »Najpierw teraz
wypocznij«, powiedział. »Później mi wszystko opowiesz.«
»Nie«,
wyrzęził starzec i potrząsał głową, »nie ma żadnego później. Przez cały czas
ukrywałem się. Ona uczyniłaby wszystko, aby nie dopuścić, iżbym powiedział ci
prawdę. Zaraz zrozumiesz dlaczego, ale mi nie przerywaj. Tylko po to
utrzymywałem siebie dotąd przy życiu, i zaraz ono się zakończy. Słuchaj, ja
jestem współodpowiedzialny za to, co dzieje się z rodem cieni. Muszę coś
naprawić, i ty musisz to dla mnie zrobić. Nie wolno ci tutaj już niczego
doprowadzać do porządku. Przeciwnie, musisz zniszczyć wszystko, co tylko
zdołasz odnaleźć, teraz, natychmiast, cieplarnie, te przeklęte grzyby, wszystko
zniszczyć, obiecaj mi to ...«
»Dlaczego
miałbym to zrobić?« odpowiedział Iwri roztrzęsiony. »Jedyna ulga dla więźniów
Bechmotha...«
»Wszystko
nieprawda«, wychrypiał starzec. »Opowiedziała ci, jakoby był on jej wrogiem?
Tak, każe w to wierzyć wszystkim. Ja też w to wierzyłem. Lecz w rzeczywistości
współpracuje z nim. On jej potrzebuje, bez niej byłby niczym ... Ona z nim
sypia. Ja - ja ich razem widziałem. Słyszałem, o czym ze sobą rozmawiali - o ich
planach wobec rodu cieni. Gdy spostrzegli, że ich podsłuchiwałem, ukarali mnie
- nie pytaj o więcej. Jak widzisz, umknąłem im ...«
»Ale nie
rozumiem«, wybełkotał Iwri, »Bechmoth więzi ród cieni w Misraim, żeby ich
udręką gasić swe palące pragnienie władzy, a Lewjothan udaremnia jego plany,
łagodząc cierpienie uwięzionych ...«
»Och tak«,
rzekł starzec, »robi to. Ale jak to robi? Podaje im ten przeklęty narkotyk,
przez który wszystko zapominają. Tak, zapominają, że są więźniami, zapominają,
że nie zawsze byli rodem cieni, zapominają, że poza katakumbami Misraim
istnieją inne światy, z których oni wszyscy niegdyś przyszli; zapominają
wszelkie przedtem i potem, zapominają wszystkie pytania i każdą tęsknotę. O
tak, są spokojni i zadowoleni z tego, co jest, bowiem nie posiadają pamięci i
możliwości porównywania. Posiadają jedynie chwilę. A niewolnicy, którzy nie
znają niczego poza niewolnictwem, są uległymi niewolnikami, więźniowie, którzy
znają jedynie byt w niewoli, nie cierpią z powodu braku wolności. Oto sposób, w
jaki pomaga Pocieszycielka.«
Opadł
ponownie na łóżko i ciężko zadyszał.
Iwri
wpatrywał się w jego twarz i pomrukiwał: »Moje okna ... moje okna ... a więc
jednak miałem rację ... było za nimi coś innego ... «
»Ty i ja«,
słabiutko szeptał starzec, »my należymy do tych, którzy niczego nie potrafią
zapomnieć, czy tego chcemy czy nie. GUL na nas nie działa. Jesteśmy wyjątkami.
Rozumiesz teraz, dlaczego ona nas potrzebuje? Jaki pożytek miałaby z
pomocników, którzy wszystko zapominają.«
Iwri teraz
był pewien, iż starzec powiedział mu prawdę. Wiedział to, gdyż była to jego
własna prawda, którą tak długo skazywał w sobie na milczenie. I podczas gdy
teraz znowu z całą siłą dawała ona o sobie znać, odczuwał rosnący w nim szalony
gniew, gniew, który sprawiał ból jego całemu ciału.
»A więc
jeśli ród cieni«, powiedział ochryple, »nie dostawałby dłużej tego przeklętego
narkotyku...«
»Tak«,
ledwie słyszalnie wyrzucił z siebie starzec, »oni wszyscy zaczęliby strasznie
cierpieć, bo zaczęliby zapamiętywać... Ale tylko tak odnajdą drogę wiodącą poza
Misraim. Dlatego musisz sprowadzić na nich cierpienie, musisz wszystko
zniszczyć... Idź, zrób to i zrób to szybko!«
Starzec
skurczył się w sobie, jego głowa opadła na jedną stronę. Nagle wydał się
dziwnie mały. Nie żył.
»Tak«,
rzekł Iwri chropowatym głosem, »chcę tego. Bądź tego pewien, przyjacielu.«
Spośród
zniszczonych narzędzi wybrał najcięższy młot, jaki mógł znaleźć, wyszedł na
zewnątrz ku cieplarniom.

Choć dzieło
zniszczenia szło szybciej aniżeli czasochłonne i męczące prace naprawcze, to i
tak zabrało to wiele czasu, ponieważ cały kompleks był ogromny a on był sam.
Systematycznie powybijał wszystkie szyby, powyrywał rury ze ścian, zadeptał
grzyby, które natychmiast zamieniły się w błotnistą breję, oraz roztrzaskał
wszystkie lampy. Jedna cieplarnia za drugą pogrążały się w ciemności. Szalał
jakby w stanie dzikiego opętania, śmiał się przy tym i wykrzykiwał, aż padał z
wyczerpania i przez jakąś chwilę spał. Potem podrywał się znowu i szalał dalej.
Tym co wciąż od nowa dodawało mu siły - siły, jakiej nigdy dotąd nie posiadał -
była nie tylko świadomość walki o uwolnienie rodu cieni, lecz także jego
osobisty gniew na Lewjothan, obłudną lekarkę, która w tak nikczemny sposób
wykorzystała jego bezradność i prostoduszność. Właściwie czekał na to, aż
pojawi się ona sama albo jej ludzie, żeby przemocą powstrzymać go przed
ostatecznym zniszczeniem kompleksu cieplarni. Wręcz życzył sobie tej walki,
nawet jeśli musiała się ona zakończyć jego klęską. Lecz nic takiego się nie
wydarzyło, ciągle był sam. Mieliby na koniec zacząć się go bać? Być może wcale
nie byli tacy potężni, jak do tej pory on i wszyscy inni myśleli?
Kiedyś
wreszcie nadeszła chwila, gdy ostatnia cieplarnia leżała w gruzach i zgasło
ostatnie światło. Jego dzieło było zakończone, a on stał teraz w zupełnym,
nieprzeniknionym mroku. Działając bez żadnego planu, Iwri nawet nie wiedział w
jakiej części potężnej groty teraz się znajdował i gdzie była rampa, z której
po raz pierwszy rzucił wzrokiem na morze żarzących się świateł. Po omacku
posuwał się do przodu, pod jego stopami chrzęszczące odpryski szkła lub
mlaskające błoto. Wedle resztek tego, co uniknęło jego niszczycielskiej pasji,
starał się ustalić jakiś kierunek, ale nie robił sobie wielkiej nadziei na to,
że odnajdzie wyjście. W gruncie rzeczy nawet nie było dla niego zbyt ważne, co
z nim samym teraz będzie. On swoje zrobił.
Ale jednak
przynajmniej ten jeden raz szczęście zdawało się być po jego stronie. Znalazł
rampę, wspiął się na nią i szedł po omacku wzdłuż korytarza aż do owych
tajemnych drzwi. Oczywiście nie dawały się one otworzyć, gdyż Iwri już nie mógł
sobie przypomnieć sygnału, ale bez większego trudu udało mu się je rozwalić
ciężkim młotem, który wciąż jeszcze za sobą ciągnął. Był znowu w katakumbach
Misraim.
Nie pytał
siebie, co właściwie spodziewał się ujrzeć, ale jego pierwsze wrażenie było dla
niego szokiem rozczarowania. Nic się nie zmieniło - te same nieskończone
kolumny cieni, które posłusznie przeciągały we wszystkich kierunkach
labiryntowymi korytarzami, po schodach i mostach, pracowały, przyjmowały
posiłki a w swych niszach spędzały fazy spania jak dawniej, zanim on został
stąd wydalony. Wszyscy reagowali na głos zarządcy, który podejmował za nich wszystkie
decyzje, i wszyscy zdawali się być z
tego zadowoleni. Lecz Iwri nakazał sobie cierpliwość, bo przecież brak GULu,
owego przeklętego serum zapomnienia, mógł zacząć działać stopniowo.
I rzeczywiście nie musiał czekać zbyt długo,
by móc zaobserwować pierwsze objawy
abstynencji. Były one o wiele bardziej przerażające, niż to sobie wyobrażał.
Żaden z cieni wszak nie był przyzwyczajony by w ten sposób cierpieć, i tak
pierwsze reakcje były niewspółmiernie gwałtowne. Niektórzy nagle rzucali się na
ziemię, jakby mieli padaczkę, bili ramionami wokół siebie i rozdzierająco
krzyczeli o pomoc. Inni pędzili w panice przed siebie i uderzali pięściami a
nawet głowami o ściany, aż padali nieprzytomni. Niektórzy przysiadali na
miejscu, w którym akurat stali, przestawali
się ruszać i rzęzili z przekręconymi oczyma jakby się dusili. Ci, których
jeszcze to nie dotknęło, przyglądali się w bezradnej zgrozie. Z godziny na
godzinę liczba przypadków zwiększała się. Coraz mniej było tych, którzy
posłuszni byli ochrypłemu głosowi Wielkiego Zarządcy. Sceny, jakie rozgrywały
się przed oczyma Iwriego, były tak żałosne i godne litości, że najchętniej
wszystko by cofnął, gdyby tylko było to jeszcze możliwe. Nazbyt dobrze znał on
przecież wszystkie te cierpienia z własnego doświadczenia i czuł się teraz za
nie współwinny, aczkolwiek ciągle powtarzał sobie, że tak naprawdę wszak to nie
on był tym, kto całe to nieszczęście spowodował, że raczej zostało ono przez
niego nareszcie uwidocznione i że było to nieuchronne i koniec końców konieczne.

Tymczasem
rozpętało się istne pandemonium. Strumienie szalejących rozbijały się o siebie
w bezmyślnym strachu i zwątpieniu, nawzajem się rozdeptywały i przebiegały
wrzeszcząc i wyjąc przez wszystkie tunele i hale labiryntu. Jeśli wszystko to
nie miało zakończyć się jakąś bezsensowną wzajemną masakrą, natychmiast musiało
się coś zdarzyć. Powszechna panika musiała zostać przeobrażona w celową
rewoltę, w walkę przeciw więziennemu dozorcy oraz w systematyczne poszukiwania
drogi wiodącej na zewnątrz.
Powoli
Iwriemu udało się zapewnić sobie posłuch. Najpierw byli to nieliczni, których
potrafił uspokoić na tyle, że w ogóle go słuchali, jednakże prędko ich
przybywało, albowiem wiadomość, że oto jest ktoś, kto orientowałby się w
sytuacji i mógł pomóc, przelatywała z ust do ust. Z setek zrobiły się tysiące,
i wciąż napływało ich coraz więcej i wsłuchiwali się pożądliwie w słowa
Iwriego. On sam wskoczył w jednej z największych hal na cokół i wygłaszał
gorące przemówienia, w których opowiedział rodowi cieni o wszystkim, czego
doświadczył, oraz wzywał do wspólnej obrony, do złamania siły siłą i zmuszenia
władców do ich uwolnienia.
Nie każdy
rozumiał to, co słyszał, ale przyłączył się do niego każdy. Uzbroili się we
wszystko, co tylko w jakiś sposób się nadawało, w pręty i rury i różnego
rodzaju narzędzia, uformowali grupy, i w końcu ogromna armia cienistych postaci
rozpoczęła marsz przez nieskończony labirynt. Wołali przy tym chórem:
»Bechmoth, pokaż się! Bechmoth, pokaż się!« albo »Koniec twego czasu - my
chcemy wyjść.«
Z początku
wszystko zdawało się być na próżno - widocznie strategiczny plan dyrekcji
polegał na samoistnym wyczerpaniu się rewolucyjnej energii - ale później
zdarzyło się coś wielce nieoczekiwanego, czego także Iwri nie potrafił sobie
wytłumaczyć. Jak gdyby z zewnątrz Misraim odpowiadano na ich wołania, przeszły
przez ściany i sufity katakumb najpierw lekkie, następnie coraz gwałtowniejsze
wstrząsy jak gdyby trzęsienie ziemi, tyle że w cudowny sposób nikomu nie
wyrządzając żadnej krzywdy, bo mury nie zawaliły się, lecz po prostu zniknęły,
ulotniły się jakby to powiedzieć w nic, jakby nigdy ich nie było. Owemu
tajemniczemu zjawisku towarzyszyło huczące grzmienie, które zdawało się
dochodzić z nieskończonej dali i brzmiało jak jakiś potężny głos, wołający:
Chodź! Chodź! Chodź! Ale naturalnie nie były to żadne słowa, lecz jedynie
łoskot i dudnienie trzaskających ścian.
Ruch wojsk
ustał. Nikt nie ważył się postawić choćby jednego kroku, wielu padło sobie w
objęcia. A potem stało się nagle - i wszyscy patrzyli na to ze zdumieniem i
lękiem - że na końcu wydłużonej sali na czołowej ścianie powoli powstała
olbrzymia rysa, która coraz bardziej się rozszerzała. Światło, które przez nią
się wlało, było tak przejasne, lub w każdym razie takim się wydało odzwyczajonym od światła oczom rodu
cieni, że wszyscy, którzy je ujrzeli, trzymali dłoń przed oczyma albo się na
wpół odwrócili.
»Za mną!«
krzyknął Iwri. »Tam! To jest droga na zewnątrz.«
Chciał już
szturmem ruszyć naprzód, ale nagle mimowolnie wstrzymał się, tak że cisnący się
za nim pchnęli go do przodu. Patrząc pod ostre światło ujrzał przed szczeliną
dwie postaci, większe niż każdy inny z rodu cieni. Stały spokojnie i w
oczekiwaniu, najwidoczniej zdecydowane nie ustąpić ani na krok. Ponieważ można
je było widzieć tylko jako czarne sylwetki, ich twarze nie dawały się
rozpoznać, ale Iwri był pewien, że jedną z nich była Lewjothan, lekarka. Druga
postać była jeszcze nieco większa, a jednak jej postawa sprawiała wrażenie
osobliwie pochylonej niczym u garbusa. Postać wyglądała na pradawnego ogromnego
starca. Trójkątna czaszka emanowała lustrzaną metaliczną nagością, a jego
członki były powykrzywiane i jak gdyby ściśnięte jakimś nieustannym kurczem.
Jego całe ciało wyglądało tak, jakby było z szarego ołowiu.
Iwri zebrał
wszystkie swoje siły. Postawił w stronę tamtych dwojga kilka kroków i zawołał
do nich: »Odejdźcie! Zróbcie nam miejsce! Nie macie prawa nas zatrzymywać.«
Tłum za nim
podjął jego wołanie i napierał do przodu.
Ołowiany
uniósł dłoń. Zrobiło się cicho.
»Nie!«
krzyknął Iwri, jeszcze zanim ów zdołał coś powiedzieć, »nie słuchajcie go! Oni
oboje będą kłamać.«
»Ja nie
będę kłamał«, rzekł Ołowiany, i każdy z rodu cieni rozpoznał ten zaklinający,
ochrypły głos. »Powiem wam prawdę. Czy chcecie ją usłyszeć?«
»Nie!«
krzyknął Iwri. »Milczcie oboje! I znikajcie!«
Ale w
tłumie zabrzmiały pojedyńcze okrzyki: »Ależ tak, niechaj mówi ...« - »Niech się
przed nami usprawiedliwia.« - »I tak nie damy się zatrzymać.«
»Nikt«
powoli powiedział Ołowiany, »nie ma zamiaru was zatrzymywać. Nie usiłowaliśmy
robić tego do tej pory, i nie zrobimy tego też teraz.«
»To się
zgadza«, wołali w międzyczasie co niektórzy, »dotąd nawet się nie pokazał.
Dlaczego nie? Czyżby Wielki Zarządca miał stracha?«
Dało się
słyszeć szydercze pomrukiwanie.
»Nie,
żadnego stracha«, odrzekł Bechmoth. »Bo i dlaczego? Możecie czynić, co czynić
zechcecie, jak to zawsze czyniliście. Kto chce tam wyjść, niechaj idzie, nikt
nie będzie go zatrzymywał. Decyzja należy do każdego z osobna, a my ją
respektujemy.«
»Teraz
nagle?« rzucił ktoś. »Dlaczego tak naraz i dlaczego nie już wcześniej?«
»To była
zawsze wasza wola, którą my realizowaliśmy«, powiedział Bechmoth. »Tylko że wy
tego nie wiecie. Obawiam się, iż między wami a nami zaszło wielkie
nieporozumienie. Chętnie bym je wyjaśnił. Podarujcie mi kilka minut swojej
uwagi. Potem sami możecie zdecydować, co wam się wydaje dobre i słuszne.«
»My już
zdecydowaliśmy«, zawołał Iwri. »Po co jeszcze ta gadanina!«
»Do czego
on zmierza?« wołali inni. »Niechaj to wyjaśni!«
Tłum był
podniecony, zaczęła rodzić się niepewność. Tu i tam pojedyńczy osobnicy wdali
się w kłótnię z innymi. Trwało to jakąś chwilę, zanim znowu zapanował spokój. W
końcu Bechmoth zaczął mówić, zmęczonym złamanym głosem na początku, ale później
zdawał się stopniowo nabierać siły.

»Wiem,
nienawidzicie mnie teraz, bo wmówiono wam, iż to ja miałbym być tym, który
trzymał was uwięzionych, aby waszym cierpieniem móc sycić mą żądzę władzy. Czyż
tak nie było? Powiedziano wam, że cały ten nieskończony system katakumb, świat
Misraim, nie byłby niczym innym niż olbrzymim więzieniem, w którym gnijecie, i
że ja miałbym być dyrektorem tego więzienia, zabiegającym o utrzymywanie was wszystkim
w całkowitym niewolnictwie. Czyż nie takie jest wasze mniemanie? - Ale ja was
pytam - i proszę bądźcie uczciwi wobec siebie samych - kto z was z mojego
powodu kiedykolwiek cierpiał? Kto gnił pod mym jarzmem? Czyż nie byliście
wszyscy zadowoleni ze swego bytu, gdy sprawy jeszcze miały swój stary porządek?
Czyż nie troszczyliśmy się o waszą pomyślność? Powiedzcie mi przecież - lecz
bądźcie uczciwi - kto z was kiedykolwiek czuł się więźniem i był z tego powodu
nieszczęśliwy?«
»Ja!«
krzyknął Iwri.
Ołowiany
pomału wyprostował rękę i wskazał na niego.
»Ten
jeden«, rzekł, »jeden jedyny pośród was wszystkich. On jest inny niż wy, on
jest przypadkiem szczególnym, on do was nie należy.«
»Ale
teraz«, wołało w międzyczasie kilka głosów, »teraz wszyscy czujemy jak on.
Przedtem byliśmy ślepi, nie wiedzieliśmy, co z nami się dzieje, on otworzył nam
oczy. Teraz wiemy, co z nami robiliście.«
Teraz po
raz pierwszy zgłosiła się do głosu Pocieszycielka:
»Czy wiecie
to? Wiecie to naprawdę? Wiecie tylko to, co powiedział wam ten tam. Czy
powiedział wam, że to on sam był tym, który sprowadził na was wszystkich
cierpienie? On zniszczył urządzenia, dzięki którym uzyskiwaliśmy lekarstwo,
które dotąd szczędziło wam cierpienia. Tylko on sam ponosi odpowiedzialność za
to, że teraz już nie posiadacie lekarstwa. A może on was zapytał, czy chcecie z
leku zrezygnować czy nie?«
»Jakże
mógłbym ich przedtem o to zapytać?« chciał zawołać Iwri, »oni by mnie nawet nie
zrozumieli.« Ale nie zdążył.
»On po
prostu zdecydował za was wszystkich«, ciągnęła dalej lekarka, » ale czy
powiedział wam, dlaczego to zrobił? Bo na niego to serum nie działa, jemu
jednemu spośród was wszystkich nie jest ono pomocne. Dlatego postanowił uczynić
chorymi was wszystkich, żebyście dzielili jego cierpienie, żebyście czynili
jego wolę, bowiem on sam nigdy nie zdołałby otworzyć drogi wyprowadzającej z
katakumb Misraim. A teraz powiedzcie mi, kto was wykorzystał, kto uczynił was
swym narzędziem, ten tam, który na was wszystkich sprowadził ból, lęk,
zwątpienie, iżby mógł w ten sposób zmierzać do swego celu, czy my, którzy
uczyniliśmy wszystko, aby was przed tym uchronić?«
Ród cieni
był skonfundowany. Wątpiące, nieufne, już też przepełnione nienawiścią twarze
zwróciły się ku Iwriemu.
»Posłuchajcie
mnie!« krzyknął do nich. »Wspólnie odnaleźliśmy tę drogę na zewnątrz, i
wspólnie unikniemy ponownego uwięzienia. Bo że tamtych dwoje trzymało nas
uwięzionych, to teraz jest pewne, jak i to, że wszyscy chcemy stąd wyjść.«
Ponownie
zabrał głos Ołowiany:
»On mówi,
że wy chcecie tam wyjść. Ale czy wiecie, co was tam na zewnątrz czeka? Dla was
tamten świat nie nadaje się do zamieszkania. Już samo to bezlitosne światło
rozszarpie was na strzępy. Nie będziecie wiedzieć gdzie jest góra a gdzie dół.
Nie znajdziecie tam nic, czego moglibyście się trzymać. Pochłonie was wielka
pustka. Z własnych sił będziecie musieli decydować o każdym oddechu i każdym
uderzeniu serca, i każda decyzja będzie was wiążąca na zawsze i po wieki
wieków. Mówię wam jeszcze raz: Dla was tamten świat nie nadaje się do
zamieszkania. Dlatego ród cieni uciekł ongiś tu na dół i poprosił nas o
udzielenie schronienia przed owym nieznośnym światłem. Ani przez chwilę nie
trzymaliśmy was tu uwięzionych, nie, to była wasza wolna wola, której byliśmy
posłuszni. Nie wy nam służyliście, moi przyjaciele, lecz my wam. Wraz z wami i
dla was stworzyliśmy świat katakumb
Misraim, i uczyniliśmy go wam tak wygodnym, jak tylko było to możliwe. Teraz
chcecie to wszystko zniszczyć, z powodu tego tu jednego, który jest inny niż
wy. Ale opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno. Jeśli zechcecie, jeszcze w
tej godzinie może rozpocząć się odbudowa. Wszystko może być jak niegdyś.
Podejmijcie decyzję teraz! Wyjdźcie z nim na zewnątrz i na własną zgubę - lub
uwolnijcie się od niego na zawsze, odrzucając go, aby ziejąca rana, jakiej
doznał nasz świat, mogła się znowu zamknąć i zagoić.«
Iwri chciał
odpowiedzieć, chciał zawołać, że to co mówi Bechmoth nie może być prawdą, bo
tam na zewnątrz jest w końcu świat, z którego wszyscy oni pochodzą - ale
zawahał się przez chwilę, gdyż i jego ogarnęła niepewność.
Zapanowała głęboka cisza. Wszyscy
odwrócili twarze od przejasnego światła. Pręty i rury w ich rękach zwróciły się
w kierunku Iwriego. Nie patrząc nań popychali go przed sobą do przodu w
kierunku rysy w murze. Wszystko to działo się w milczeniu. Iwri nie bronił się.
Dopiero gdy został wypchnięty przez szczelinę, wyrzucił z siebie przejmujący
okrzyk. Podczas gdy rysa w ścianie pomału się za nim zamykała, we wszystkich
korytarzach i grotach labiryntu rozbrzmiewało zwielokrotnione echo jego głosu.
Usłyszał go każdy z rodu cieni, ale później nikt nie potrafił powiedzieć, czy
był to okrzyk najwyższego zachwytu czy też ostatniego, definitywnego
zwątpienia.
Opowiadanie zostało wyjęte z tomu "Das Gefängnis der Freiheit"
1992 Weitbrecht Verlag in K. Thienemanns Verlag Stuttgart und Wien
|