|
|
Wałbrzych
jędrzej morawiecki, tekst zuzanna morawiecka, rysunki

I.
Siedmioletnia Grażynka nie żyje.
Została zgwałcona i zamordowana. Sąsiad z bramy obok wskazał zwłoki z
zaroślach, przyznał że ukrył ciało. Ojciec dziecka został zwolniony do domu.
Matka korzysta z pomocy psychologa. Po Starym Zdroju, malowniczej, choć nie
remontowanej wałbrzyskiej dzielnicy przemykają fotoreporterzy.
Ksiądz proboszcz z założenia nie
rozmawia z żadnymi mediami. Wywiadów udziela z kolei Mariola Rząsowska –
dyrektorka szkoły podstawowej imienia Gwarków Dolnośląskich, do której chodziła
Grażynka. Chociaż i ona ma wątpliwości – czy to czas na rozmowę o tragedii? Czy
jest sens odtwarzać wydarzenie równolegle do pracy policji, docierając do tych
samych, dziesiątki razy przepytywanych osób? I trudno się z dyrektorką szkoły
nie zgodzić.
III.
Ranek bez słońca. Wstał nagle.
Zamglił przybrudzoną szybę, wyeksponował ostry podjazd, przed Wałbrzychem. Żuki
i nyski wspinały się mozolnie, wjeżdżały w miasto. A potem pokazał się Stary
Zdrój: zdobny w piekarnię, cukiernię, warzywniak, salon fryzjerski, smażalnię.
Z jednej strony widać altanki działkowe, z drugiej las. Spod tynku wychodzą
ceglane placki. Domy są szare, seledynowe, kremowe. Świecą olejnicą i okiennym
plastykiem. Z kominów snuje się biały dym. Tarpan rozwozi butle z gazem. Ulice
są jeszcze puste. O poranku rozpoczyna się opowieść o mieście zawieszonym
między zbrodnią, a pogrzebem. Próba wniknięcia w tkankę dzielnicy spłaszczonej
już światłem kamer i fleszami reporterskich aparatów.
IV.
Mariola Rząsowska, dyrektor szkoły:
„Zadzwonili około dziesiątej
rano, 1 stycznia. Prosili żeby przyjść do placówki i udostępnić wszelkie
dokumenty mówiące o przyjaciołach Grażynki. Mówili, że zgłoszono zaginięcie.
Grażynka była w pierwszej klasie, chodziła do nas od czterech miesięcy. Szkoły nie
musiałam otwierać, był już palacz. Policjanci czekali w środku. Udostępniłam
dziennik. My miałyśmy z wychowawczynią własny trop: ona się przyjaźniła z
koleżanką, która odeszła do domu dziecka. Przyszło nam do głowy, że może
pojechała do niej w odwiedziny. A jako że to jest odległość ponad trzydziestu
kilometrów i droga jest słabo skomunikowana, to może utknęła gdzieś po drodze.
Niestety – tego samego dnia wieczorem usłyszałam z mediów, że odnaleziono jej
zwłoki Była godzina 18.00.
2 stycznia
na Stary Zdrój najechali dziennikarze. Ustaliliśmy tu taką strategię, że jestem
jedyną osobą, która udziela informacji.
Z samego rana
ich jeszcze nie widziałam. O ósmej stanęliśmy z dziećmi w wielkim kręgu.
Powiedzieliśmy im, że nie mogą całkowicie ufać dorosłym. Że muszą być bardzo
czujne i ostrożne. Dzieci z klasy Grażynki były bardzo pobudzone. Nie dało się
tego dnia prowadzić żadnych zajęć. Nauczycielka zorganizowała im zabawy.
Kolejnego dnia poszliśmy na godzinę dziewiątą na mszę, którą sami zamówiliśmy.
Do kościoła mamy rzut beretem, wystarczy przejść przez boisko.
Jak wchodziliśmy, byłam zszokowana:
w środku las mikrofonów i kamer. Nie było organisty, wszyscy śpiewaliśmy
kolędy. I pamiętam przerażającą ciszę pomiędzy kolejnymi pieśniami. Kościół był
wypełniony do ostatniej ławki. Wszyscy zostali do końca. Niektórzy dziennikarze
przyjęli nawet komunię. Zjednoczyliśmy się – tak to odbieram.
Ksiądz mówił o polskich rodzinach –
fakt, że dzieci mają ojca daleko a w domu i sercu tylko matkę – to jest
przyczyna takich tragedii. Dorośli patrzą tylko na swoje szczęście a nie na
szczęście tych, których poczęli.
Na mszy była matka. Nie powiadamiałam jej. Dowiedziała się pewnie z mediów. Nie miałam
z nią kontaktu – działała z policją. W telewizji pokazywali już wtedy mieszkanie
Grażynki, było zupełnie OK. To samo potwierdza nasza szkolna pedagog. To że
matka jest człowiekiem ubogim, to nie znaczy że możemy ją piętnować. Owszem, ta
kobieta miała kiedyś przejścia. Ale przecież ona ma prawo się zmienić. Starała
się by dziecko dostało wyprawkę do pierwszej klasy, obiady, stypendium... A że
był kiedyś nadzór kuratora? Zniesiony pięć lat temu. To prawda - kiedy
zgłaszała zaginięcie – była pijana. Ale to był Sylwester. Dziecko wypuściła na
podwórko rano, a nie po zmroku. Na policję zadzwoniła już po południu. Działała
szybko. To wszystko świadczy na jej korzyść.
No więc kiedy siedziałam już w kościele – pomyślałam, że chyba popełniłam błąd, że jej
nie zawiadomiłam. W końcu to msza w jej intencji córki. Potem podeszła do mnie
w asyście dwóch krewnych. Jest w strasznym stanie psychicznym. To nie była
rozmowa, jeden wielki płacz, nic innego. I trudno się spodziewać czego innego.
Tym bardziej, że nie wiadomo, kiedy będzie pogrzeb.
Kiedy
wyszliśmy z kościoła, jeden z dziennikarzy pytał, czemu przyprowadziłam szkołę
na mszę. Powiedziałam, że większość dzieciaków chodzi na religię, uczą się tam
o wybaczaniu, u nie czynieniu drugiemu krzywdy. Dlatego przyprowadziłam ich na
wielką lekcję religii”.
 |
V.
Siostra Dobrosława, dyrektor
miejscowego przedszkola:
„Znam Grażynkę. Chodziła do nas.
Pamiętam, że mówiła niewyraźnie, miała u nas zajęcia z logopedą. To straszne co
się z nią stało. A ten człowiek... On też miał u nas dziecko. Kręcił się tu
ciągle, co rusz wisiał na płocie. Jak już go któraś siostra zapytała, to
chwalił się, że nas pilnuje, że przegonił w nocy złodzieja. Jak go przepędzono,
to siedział na łące na górze i obserwował. My brałyśmy wszystkich pod jeden
sznurek, myślałyśmy, że on patrzy co upolować w nocy. Ale może on się dzieciom
przyglądał”.
|
VI.
Mariola Rząsowska: „Szaleniec
znajdzie się zawsze. Ta tragedia nie świadczy o dzielnicy. Nie mieszkam tutaj,
ale pracuję od dwudziestu czterech lat. Zawsze marzyłam by być nauczycielem.
Jak ja się cieszyłam się, kiedy tu przyszłam...”
VII.
Andrzej Rąkowski, biuro prasowe Urzędu Miejskiego
„Żadna statystyka nie wskazuje na
to, by przestępczość wałbrzyska wyróżniała się na tle innych miast. Wskaźniki
wykrywalności są stosunkowo dobre na tle Dolnego Śląska. Ale funkcjonuje taki
schemat: jeśli ktoś ze społecznych nizin zamordował dziewczynkę, to budujemy
uogólnienie: cała dzielnica, całe miasto takie jest. To bardzo fałszywy i
krzywdzący obraz. Obraz nędzy wziął się z „biedaszybów”. Ale zapomina się, że
„biedaszybów” właściwie już nie ma, trudni się tym nie więcej niż dwieście
osób. Przyjeżdżają tu natomiast ciągle dziennikarze i nadal tropią te miejsca.
„Biedaszybnicy: chętnie pokazują się przed kamerami. Oni się boją policji i
straży miejskiej. Ale nie reporterów. Ostatnio byli tu dziennikarze francuscy,
ja osobiście przyjmowałem dziennikarzy z Czech. Do tego Polsat i Bóg wie co
jeszcze.
Dzwonek. Rąkowski do telefonu:
Zdjęcie? Dobrze. Za chwilę wyślę nekrolog Grażynki od prezydenta.
Mówi dalej: Dziennikarze
przyjeżdżają i wyjeżdżają. Ci sami drugi raz już nie wracają. A wieść się
niesie w Polskę i za granicę. Prawdą jest, że to zjawisko – nawet w takiej
szczątkowej formie – jest jak na warunki europejskie sensacyjne. Problem polega
na tym, że górnictwo węglowe w Wałbrzychu zlikwidowano w latach 90. Ten proces
nie był przygotowany w sensie społecznym. Wraz z kopalniami zamknięto wszystkie
instytucje z nimi współpracujące. Jeśli do weźmiemy do tego wałbrzyski model
rodzinny: mąż kopie pod ziemią, a żona zajmuje się domem, to zrozumiemy, że
tutaj wydarzyła się katastrofa, jakiej to miasto wcześniej w swojej historii
nie doświadczyło. 24 tysiące osób straciło pracę. W mieście pojawiła się armia
ludzi pozbawionych jakichkolwiek kwalifikacji, bo to, czego się wyuczyli w
kopalniach, było bezużyteczne na powierzchni. Wielu z nich miało choroby
zawodowe, które dyskwalifikowały ich na rynku pracy. Powstająca strefa
ekonomiczna dyktowała własne warunki. Wtedy ludzi poszukujących pracę było tak
dużo, że nikt się nie przejmował aspektami społecznymi. Ludzie, którzy przez
dłuższy czas pozostawali na bezrobociu i odwykli od dyscypliny – byli
eliminowani z pracy na przykład przez niepunktualność. Oni się czują odrzuceni,
niepotrzebni. Ale gmin o podobnym poziomie bezrobocia jest w Polsce bez liku.
Tam tak samo są rodziny patologiczne i frustracja. W Wałbrzychu nie wydarzyło
się nic wyjątkowego. Przypadek Grażynki nie dowodzi niczego. Byłem
dziennikarzem kryminalnym. Opisałem kilkaset takich historii. Przecież to, że
wydarzyła się tragedia na Gubałówce, nie znaczy, że wszyscy tam piją na umór i
się dźgają”.
|
VIII.
Mariola
Rząsowska: „Jest bieda. Ale to my wszyscy wykształciliśmy takie grupy. Jak ktoś
w szkole z niczym sobie nie radził, to szedł do zawodówki górniczej. Tam dwa
dni w tygodniu się uczył, resztę czasu spędzał na praktykach pod ziemią. To
myśmy zrobili z niego człowieka bezmyślnego. Zorganizowaliśmy mu wszystko –
miejsce pracy, wyprawkę. Umiał jedynie robić łopatą. Teraz ci ludzie żądają
pracy, niczego nie potrafią. Zatrudniałam palacza. Przerzucałam masę ofert,
długo rozmawiałam, zanim znalazłam osobę myślącą, rozumiejącą, że jak jest
zimno to trzeba dołożyć do pieca więcej, a jak się na polu ociepla to należy
przyoszczędzić na opale, nie ładować wszystkiego w komin”.
|
 |
XI.
Ulica się
zaludnia. Chodnikiem idzie dwóch nastroszonych, nieśmiałych fotoreporterów.
Chowają się w podwórku. Będą cykać zdjęcia śmietnikom. Dziennikarz TVN-u wybrał
smażalnię ryb. Potem ruszył w stronę cmentarza. Wąsaty właściciel smażalni stoi
jeszcze chwilę na zewnątrz. „Niedobry dziś będzie dzień, niedobry” – mówi
patrząc w stronę nagrobnych płyt. Ciśnienie nie takie, ludzie nie będą dziś
jeść. Zawsze na zmianę pogody chrzani się utarg”. Potem wchodzi do środka.
Rzuca: „Chodziła tutaj. Miła dziewczynka. Niemożliwe, żeby to on zrobił. Ale to
zła dzielnica. I złe miasto. Na Białym Kamieniu mam ogródek działkowy,
wycacałem tam wszystko, pergolę zrobiłem jak w uzdrowisku w Szczawnie. Drabinę
znalazłem potem na złomnicy, reszta poszła w diabły. Teraz polikwidowałem
wszystko co metalowe. A i do smażalni ciągle mi się włamują. Musiałem wstawić
mocniejsze kraty”. Poprawia kucharską czapkę, szykuje flaki, patrzy na pagórki.
„Pięknie tu jest. Ale ludzie wyjeżdżają”. Miesza w kotle.
Do smażalni wchodzi były kierowca autobusu. „Pożycz złoty sześćdziesiąt, jutro
brat odda. Wczoraj mi znikł, taki jest uczuciowy, że jak usłyszał o Grażynce,
to się od razu blady na twarzy zrobił, wyjechał z dzielnicy, do tej pory jeszcze nie wrócił. No a jak ja po niego
pojadę? Skrzynia w żuku poszła, mały fiat ledwie pyrka, może i by dał radę, ale
pewnie na jakiejś górce by się bajura skończyła, ciągle mruga rezerwą”.
Za oknem błysk słońca. Z obu stron ulicy wyziera las, faktura kamieni, malowane minią balustradki.
Wałbrzych to omszałe stoki, ogołocone z liści drzewa.
Ulicą idzie pani „stopek”, przeprowadza dzieciaki przez jednię, potem chowa się w
pobliskiej bramie.
X.
Pani „stopek” to naprawdę pani Ula. Siedzi u Doroty Skrzypińskiej. Grzeje się przy
kuchni.
Dorota: „Chodziła policja ze
zdjęciem. Pomyślałam: taka uśmiechnięta mała. Ale dzieciaki szybko dorastają,
czasem od razu nie skojarzysz”.
Ula: „Ja ją kojarzę, nowa
dziewczynka. Wybiegała na jezdnię, musiała zrobić wielkie halo, naprostować,
sprowadzić ją na pasy. Nie pamiętasz? Jeszcze ci pokazywałam – zobacz,
wszystkie jak dęby, a ona taka drobniutka. Po twarzy bym zobaczyła, jakby w jej
domu było coś nie tak. Ja od dziesięciu lat przeprowadzam dzieci przez jezdnię.
Ciągle na tym samym stanowisku pracy, dbam po powierzony mi odcinek”.
Dorota: „A jaka jesteś odporna,
wytrzymała na deszcz i mróz! Żadnego zwolnienia lekarskiego. Za te wszystkie
lata na jej ulicy był tylko jeden wypadek z dzieciakiem. Nic więcej twojej
kadencji się nie stało. Przeprowadzasz już całe pokolenia”.
Ula: „Szukałam pracy przez siedem
lat. Samotnie wychowywałam dzieci, byłam na bezrobociu. Zrobiłam kurs
księgowości. Liczyłam, że znajdę coś w ten deseń. I nagle widzę w telewizji –
szukają do pracy na „stopka”. Przed telewizorem siedziały dzieci z kolegami. Całe
towarzystwo ryknęło śmiechem. Ja do nich: „Zamknijcie się, za przeproszeniem.
Dajcie posłuchać reportażu. Na ekran wyskoczyła pani z lizakiem, w skafandrze.
Ja na to: „Matko, jakby się coś takiego przydało. To taka odpowiedzialna praca,
taka ryzykowna, jak diabli. Jak można ładować bezrobotnego na takie stanowisko,
jeśli nie ma wykształcenia? Co da krótki kurs? Trzeba łba”. Zaryzykowałam.
Weszłam do urzędu zatrudnienia. Rzuciłam prawo jazdy na stół. Mówię: „To jest
lepsze niż kurs. Dostanę tę robotę?”.
Pani Ula kończy kawę. Pije ją u
Doroty codziennie, weszła raz i teraz każdego poranka łyka smoluchę. Potem
zakłada ręcznie dzierganą czapkę, włóczkowy szalik, rękawiczki... Rusza na
przejście.
Dorota Skrzypińska siedzi nadal pod bojlerem, mówi: „Dla starych mieszkańców to ludzka
dzielnica. Wszyscy się znają. Może i miejsce jest złe, ale tylko dla tych, co
nie są tu od urodzenia. Tacy nowi z zewnątrz często cwaniakują, próbują się
pokazać. Z nimi to jest inna opcja. Mieszkam tu 38 lat. Nie ma tu żadnych
szopek. No, czasem męczy mnie jedynie dorastająca gówniarzeria. Ale oni nie
ruszą tych, wśród których dorastają. Czasem pociągną kabel, wyłączą światło na
korytarzu. Tyle. Ja nie bałam się jednak nigdy wracać z popołudniówki w pracy,
czy zejść po dwudziestej pierwszej do piwnicy po węgiel. A poza tym? Czasem
pijaczki sikają. Ale agresji jest mało. Jeden drugiego poszarpie, ale trzeci od
razu capnie ich za chabety i prowadzi na stronę. To nie jest to, co pokazują w
telewizji o Górnym Śląsku. U nas życie jest znacznie bardziej „lajtowe”. Chyba
dzięki temu, że jesteśmy tu wielką rodziną. A czy sam Wałbrzych jest dobrym
miejscem do mieszkania? Kłopot z pracą, wszyscy narzekają. Ale teraz kto chce,
ten pracuje. To już nie lata 90. Nasza Ula tyle lat tu stoi na pasach, ma swój
wiek, ale trwa. Ja mam dwójkę małych dzieci i pracuję na trzy zmiany w Strefie.
To było moje marzenie. Jestem w tak ogromnym koncernie, a mnie szanują. Witają
mnie z uśmiechem, życzą mi spokojnej pracy. Dziś na dzień dobry szef składał mi
życzenia noworoczne. Nie jestem pozostawiona sama sobie. Nie wstydzę się
dziesięć razy na dniówce o coś pytać. Dostałam się bez żadnych znajomości mimo
że zbliżam się do czterdziestki. Wszystko się spełniło. Tu można tyć. Ja nie
zamiaruję stąd uciekać aż do śmierci. A na Strefie zostanę do emerytury”.
Odprowadza na klatkę, pokazuje
okolicę. Mówi: „Tam jest ścieżka przy ogródkach, można przejść na Nowe Miasto.
Stamtąd do Śródmieścia, wszędzie skróty górami, w każde miejsce można dojść na
piechtę. Pół godziny i już. A podwórko na Starym Zdroju to nie tak jak na
wielkiej płycie, że wszędzie wydzielone ścieżynki. Tu na podwórku każdy robi co
chce – jeden siądzie, drugi rozwiesi pranie, trzeci przejdzie z pieskiem. Tu
jest życie”.
XI.
Gazety wrzucają na „jedynki”
wałbrzyską tragedię. Reporterka „Dziennika” pisze: „Zatęchłe od moczu klatki
schodowe. Małe, zagracone podwórka. Ludzie żyją dniem dzisiejszym. Nie mają
perspektyw na przyszłość. Bo i nie chcą mieć”.
XII.
Mariola Rząsowska: „Ludzie są
zmęczeni takim medialnym obrazem Wałbrzycha.
Tu są dobre rzeczy. W całej Polsce
nie ma tak zwanych nysek, które jeżdżą po naszych ulicach zamiast miejskiego
transportu. To nasi wymyślili. Chwała im za to. W mojej dzielnicy ikarus
zawraca bo nie mieści się w wąskich uliczkach. Ja swojemu dziecku mówią zawsze:
wracaj nyską – zatrzyma się dokładnie pod domem, będziesz bezpieczna.
Zaczyna się coś w Wałbrzychu coś
dziać. Aktywnie działa filharmonia. Powstają centra akademickie. Nawet jak się
potem rozjadą, to przez trzy lata tu siedzą. Mamy skate park. Jest młodzieżowa
rada miejska. Zostali wyłonieni w wyborach wśród uczniów gimnazjalnych i
licealnych. Z własnej inicjatywy organizują imprezy w mieście. Dostają
fundusze, część pozyskują sami. Będą prowadzić trzecią już Wielką Orkiestrę
Świątecznej pomocy. Na pierwszej rozdawali z tira tort – wszyscy zbiegli się –
bo za darmo. W zeszłym roku rozdawali pierniki – sami zbierali produkty,
załatwili kucharza....
No jasne – jak zjeżdżam z dzielnicy
do domu to widzę codziennie grupę kapturowców, którzy kombinując co wykręcić,
co pomazać. Ale to jest wszędzie.
Lubię Wałbrzych. Mam nadzieję, że moje dziecko po studiach tu wróci. Zobaczymy.
XIII.
Andrzej Rąkowski: „Problem tego
miasta to geografia – skąd byś nie jechał – na obrzeżach są rudery. Ale to
wrażenie powierzchowne. Mamy odrestaurowany zamek Książ, jest kryta palmiarnia,
potężna stadnina koni. Ciągnie tu 200 tysięcy turystów rocznie. To prawda:
Wałbrzych ma 126 tysięcy mieszkańców, a w latach 80. liczył 140 tysięcy. Od tej
pory liczba ludności systematycznie spada. Pamiętam, kilka lat temu jako
dziennikarz próbowałem zestawić statystykę, wychodziło około 300 osób
kwartalnie. Na początku 2003 roku bezrobocie wynosiło około 28 procent. Teraz
spadło do około 18 procent. Ani nie jest to szczególnie biedne miasto ani nie
jest to świat zbrodni. „Gazeta Prawna” uznała Wałbrzyską Strefę Ekonomiczną za
najlepszą w Polsce. Ona dała miastu ponad sześć tysięcy miejsc pracy. Na koniec
2005 roku Wałbrzych miał osiem tysięcy ofert – więcej na Dolnym Śląsku
proponował tylko Wrocław. Za 2006 rok ma ich być jeszcze więcej. Zatrudnienie
się zwiększa. Toyota rozbudowuje zakład, zatrudni dodatkowo dwieście osób.
Fluktuacja kadry jest bardzo niska. Pozyskują pracowników wśród miejscowych i
wysyłają ich na szkolenia do Japonii. Słuszne były rachuby, że jak pojawi się
koncern, to po sąsiedzku rozlokują się inne firmy, prowadzące podobną
działalność.
Co dobrego
jeszcze o mieście powiedzieć? Jest tu dziesięć tysięcy studentów. Wałbrzych
stał się zdrowszy. Kiedyś dziwne było, jeśli szedłeś ulicą i nic ci nie wpadło
do oka. Jeśli nie czułeś dymu w nozdrzach. Kiedyś brałem udział w rajdzie
pilotów i dziennikarzy – przelatywało się od Opola przez Wrocław, Lubin, potem
tutaj robiło się koło. To było jedyne miejsce na Dolnym Śląsku, którego nie
było widać. Ponad smog wystawał jedynie komin ciepłowni C3. Miasta nie było. A
lecieliśmy wilgą nisko. Ludzie chodzący tu po ulicach nie zdawali sobie sprawy,
że coś takiego nad nimi wisi.
Teraz Wałbrzych buduje obwodnicę, park wodny, halę sportowa z hotelem.
Szykuje się do batalii o odzyskanie statusu powiatu”.
XIV.
Z Rynku do Starego Zdroju jest
spory kawałek. Dwóch obywateli mija Urząd Miejski, dom handlowy, przecinają
skwer. Rozmawiają.
- Podobno się chu... wycofał z zeznań.
- Ta! Teraz to se może.
- A ty znałeś go?
- A pewnie, przecież to kur...sko takie, chodził na
puszki jak my. Szpryc je...any.
- Na naszej ulicy chodził też. No a teraz wszędzie o nim
piszą A z ciebie to niezła gwiazda!
- O tak! Jak się te wszystkie patefony na klatkę
zlazły... Wczoraj wieczorem wystąpiłem, a dziś od rana telefony się urywają,
brat siostra, ojciec, drugi brat... Wszędzie wystąpiłem – w TVN-ie, na
Trójce...
- Wczoraj ty, dzisiaj ja. Filmowali mnie z każdej
strony.
- Gratulacje!
Machają na pożegnanie. Rozstają się
pod prokuraturą, znikają w uliczkach.
 |
XV.
Siostra Dobrosława mówi o mieście gorzko:
„Ja jestem góralką” – zaczyna.
– „I w górach jest kompletnie inne życie. Inne podejście do pracy, do rozrywki, w
ogóle: do bycia na świecie. Oni tu nie szanują pracy. Młodzież szczególnie.
Chłopaki jeżdżą wózkami, wożą na złom stare lodówki. Jak im lodówek zabraknie –
wyrywają przęsło od karuzeli, kraty... Zgarniają z przedszkola wszystko – stare
kaloryfery, rury... Tak się to kręci. Jak wezmą zasiłek na dzieci, to się
zaczyna taka libacja, że się przez okna wyrzucają. Im w tym sosie jest dobrze.
|
To brzmi bardzo smutno. A żeby znaleźć światło w codzienności... Może sam fakt, że tu
jesteśmy. Dzieciaki, które od nas wychodzą – wracają. Zachodzą do nas po
szkole, opowiadają co u nich nowego, zostają chwilę się pobawić. Na ulicy nie
ma już ciągłych gwizdów, wyzwisk: „pingwiny” i tak dalej. Teraz co kawałek zza
bloku słychać „Szczęść Boże”. Te dzieci są odmieniane. No i ich rodzice też się
do nas przekonują: że nie tylko indoktrynujemy.
Szkoda, że tylko, że nikt tego środowiska głębiej nie zmienia. Chociaż kto by w tgym brał
udział? Zrobi się klub – rozkradną. U nas tyle razy okna wybijali... Ja już
kłódek nie zakładam. Bo co założyłam, strzaskali. Pokazali nam, że są silniejsi
od wszystkich zabezpieczeń. Teraz pozakładałyśmy jedynie lampy halogenowe na
fotokomórkę i spuszczamy psy. Wałbrzych z tego słynie – ludzie bez pracy z
czegoś muszą żyć. To boli, bo my całe życie poświęcamy, żeby tym dzieciom służyć.
Brałam udział w remontach, malowałam, skrobałam ściany. I nagle: jednak
kradzież druga, zniszczone zabawki. To tak boli... Trzeba to było przegryźć i
działać dalej. Wierzę, że tak musi być – po to jest krzyż, żeby to wszystko
mogło zmartwychwstać i żeby było dobro z tego.
Na dzielnicy są też dobrzy ludzie. Są dobrzy ludzie wokół nas. Pieką ciasta,
kupują zabawki, służą samochodem. Dziś rozmawiałam z nauczycielką Grażynki. Ona
jako o takiej dobrej osobie mówiła właśnie o mamie tej dziewczynki. Bo matka Grażynki
stawiała się na każdą prośbę – pomagała kiedy jechali do OSiRu, do Teatru
Dramatycznego, czy na audycję w Szkole Muzycznej. To była kobieta otwarta,
zawsze coś upiekła, pomogła ubierać dzieci do przedstawienia. Powtarzała: „w
końcu to są nasze dzieci, jak mogłabym nie pomóc?”.
Nigdy nie myślałam, że mogę znaleźć się w Wałbrzychu, że mogę służyć w przedszkolu.
Przeszłam przez wiele miejscowości, przez wiele środowisk – czasem nosili mnie
na rękach. Gdy trafiłam do Wałbrzycha – bardzo często zadawałam to pytanie:
„Panie Jezu, czego ty ode mnie oczekujesz? Dlaczego mam tu być”. I przyszła
odpowiedź. Po pierwsze usłyszałam: „Wystarczy ci mojej łaski”. A po drugie:
„Trzeba tu człowieka z korzeniami, z silną wiarą praktykowaną w życiu”. Może
mam więc tu wnieść inny świat. Mój górski naród nie jest najtrzeźwiejszy. Ale
nie piją na umór jak tu. U nas piją żeby się bawić, a nie żeby zapomnieć o
wszystkim. Nie jest tak, że picie topi bezpowrotnie zainteresowanie pracą. Ja
tu próbowałam zatrudnić jednego, drugiego, trzeciego... Ale nie może być tak,
że on o Bożym świecie nie wie, świata już nie czuje, ledwo stoi, mało do pieca
nie wpadnie. Nie wolno pić w kotłowni, bo tu są dzieci, nie można dopuszczać
takiego obrazu”.
XVI.
Pani Ula stoi znów na pasach. Mówi powoli:
„Ludzie zaczęli się bać. Boją się
alkoholu. Żeby się w nałóg władować – nie trzeba dużo. Jedna, druga, trzecia
nalewka. Po czwartej płyniesz na amen. Ja z takimi nie chleję. Trzeba mieć
rozsądek. Po prostu boję się wylądować w krzakach. Z nami dzieje się coś złego.
Bo nikt w Polsce nie powiedział nam jeszcze co to znaczy żyć godnie. Godnie za
osiemset złotych. Ja rozumiem że takie godne życie to pójść do kościoła,
wyspowiadać się, przyjąć komunię. Tak jest u mnie. Godność to dbać by nikt
dziecka nie potrącił na pasach. Nie brać procha przeciwbólowego w niedzielę,
jeśli w poniedziałek od rana staję na zebrze. A kielicha można strzelić
najwyżej w piątek po robocie. Ale co więcej? Czy żyć godnie to móc zrobić
dzieciom obiad z dwóch dań? Mi się to raczej nie uda. Czy to znaczy podawać
jedzenie o stałych godzinach? Mi to też nie zawsze wychodzi – nawet jak stojąc
na pasach obmyślę co kupić ze spożywki, to i tak kiedy zejdę z przejścia –
sklepy na dzielnicy będą już zamykać.
Bieda w Wałbrzychu nie znaczy, że
nie starcza mi na jedzenie. Ale znaczy że na jedzenie moja rodzina ma 11
złotych dziennie. A jak kupuję płyn do mycia naczyń to nie droższy niż za trzy
złote”.
Prowadzi z zebry do swojej kanciapy, kombinuje od kucharzy dwie łyżeczki kawy, odda jutro.
Częstuje, powtarza: „Tu wszystko dzieje się na ulicy. Każdy od razu wszystko
wie – tak jak o Grażynce. Dowiedzą się z kiosku, z pasów, z chodnika. To jest
dobra dzielnica. Różnie mogą mówić, jeden czasem drugiego zażółci, bluźnie. Ale
żyjemy tu razem od Drugiej Wojny Światowej. I wszystko zostaje w rodzinie.
Porachunki też. Zawsze ci pomogą: jeden wykombinuje drewno, drugi węgiel. Tak
ma być”
XVII.
Asfaltowe chodniki rozpływają się
jak strumienie, oblepiają krawężniki i spływają do jezdni. Oplatają dwie zlepione
z sobą dwupiętrowe czynszówki. W ciemnoszarej mieszkała Grażynka, w jasnoszarej
sąsiad - Andrzej Sz. Bramy oblężone przez reporterów. Lokatorzy z dołu nie
podają nazwisk. Są bezrobotni, ale wymuskali sobie mieszkanie, wyłożyli
kaflami, ściany pociągnęli na jaskrawe kolory. Wejście do kuchni zwieńczyli
łukiem. Mówią o kamienicy: „Zdemolowali mi samochód. Rozkradli części. Jak
policja poszła szukać Grażynki, ktoś się włamał, spalił komórki. Granatowych
było jak cholera, ale nie mieli głowy do włamania, nie spisali nawet protokołu.
Przychodzą tu za to ciągle młodziaki, takie bysiory-zakapiory. Boję się, że
mogą podpalić drzwi. Czuwamy z żoną do trzeciej czwartej nad razem, na zmianę”.
Gospodarze mieszkania są nowi. Mieszkają tu krótko, zaledwie kilka lat.
XVIII.
Szczyty okrągłych wzgórz znikają w
niebie. Na miastem przetaczają się chmury.
 |
XIX.
Siostra Dobrosława: „Na tragedię
Grażynki patrzę tak: być może dla mamy będzie to będzie straszny znak, który
sprawi, że więcej nie weźmie alkoholu do ust. Wielu ludzi się zbuntuje na to,
co mówię, ale ja tak myślę. Być może ją to zbliży do Boga, może w nim będzie
szukać siły? Myślę, że Bóg dałby jej ukojenie i zrozumienie. Nie wiem co ze
sprawcą. Może Grażynka i dla niego wyprosi łaskę opamiętania, nawrócenia?
Czasem tak bywa. Bo cóż można powiedzieć tu bez wiary? Że to kat,
że morderca, że trzeba go zabić, oskubać, wykastrować? Ja o karze mówić nie mogę.
Ale myślę, że Bóg mógł mieć taki zamiar, żeby uratować dwoje ludzi.
|
Nie wiem czy tak wolno myśleć. Ale może, żeby ratować to środowisko, potrzebna była
tragedia. To jest potężny wstrząs na tej dzielnicy. Każdy jeden, z którym się
nie pogada, czy z tymi pijakami codziennymi, czy ze sporadycznymi, to każdego
to ogromnie boli.
Tym bardziej, że to prawdopodobnie
zdrada od sąsiada. I to wszystko wydarzyło się tak blisko kościoła.... To
niepojęte. Wczoraj nawet patrzyłam w telewizji – pokazali najpierw mszę, a
potem obrócili kamerę i już byliśmy na miejscu. Ale tym ludziom po drodze z
kościołem jest tylko wtedy, kiedy kradną z niego blachę, kiedy wynoszą
ogrodzenie z cmentarza. Nawet pana Jezusa, pasyjkę z krzyża rozłupali w
drzazgi. Myślę, że ten dramat zaczął się wtedy. Jak podnieśli rękę na
Chrystusa. Z tego wynika prosta konsekwencja – będą zabijać się wzajem. Daj
Boże, żeby się opamiętali. Czas użyć rozumu.
Jest nadzieja, że dzieci, które w Wałbrzychu przychodzą na świat – zmienią to
miasto. Ale trzeba by z nimi pracować od najmłodszych lat. Pracować z ich
rodzinami. Modlimy się codziennie od czterech lat. Żeby to coś dało...
Powierzamy wszystkie nasze dzieci i ich rodziny Bożej opiece”.
XX.
Siedzimy w redakcji dziennikarki radiowej – Barbary Szeligowskiej.
Mówi, że Wałbrzych jest piękny – mimo złej medialnej passy.
Ona sama nie wyjeżdża stąd nawet na wakacje.
Przecież wokół i tak są góry, dziesiątki kilometrów szlaków. Opowiada o
Sylwestrze – w uzdrowisku w Szczawnie były w tym roku pląsy, szampan, podest na
kilkaset osób. Wszystko jak trzeba.
W radiu podają informację o kolejnym morderstwie. Tym razem we Wrocławiu. Potem
przychodzi informacja z prokuratury – wydali ciało Grażynki. Jutro pogrzeb.
Przyjdzie cała dzielnica.
|