|
|
Minuty do domu
magda skawińska
f o t o
*
m a c i e j
s k a w i ń s k i |
 |
Przemek się cieszy, że nie dał się wpuścić w "Kabaty". Na osiedlu powstają od kilkunastu lat pilnie strzeżone apartementowce i bloki. Dojazd jest coraz większym
utrapieniem, a do domu po pracy trzeba się dostać SZYBKO. Przemek się cieszy. Kupił dwupoziomowe mieszkanie po prawej stronie Wisły. Wieczorem jedzie 6
minut. Szybko jak trzeba
Ja wracam dłużej. Z Radia na Zachodni - przeszło kwadrans, o ile nie ma korka. Potem godzina piętnaście w pekaesie. Oczywiście o ile nic się nie wydarzy.
A do tej autobusowej wyprawy trzeba jeszcze doliczyć kilka minut w samochodzie, którym Maciek wyjedzie po mnie na przystanek z Gostolina. Fordem wychodzi
siedem, nysą około dwunastu. Cała podróż zajmuje około dwóch godzin.
Przemkowi jest wyraźnie głupio, kiedy ja skrupulatnie liczę minuty. Wiem, że w imię starej przyjaźni niezręcznie mu mnie nazwać frajerzyną i zaczynam się czuć
gorzej chyba jeszcze niż on. "Ale ja bardzo lubię jeździć PKS-em" - mówię i mam nadzieję, że ta informacja trochę mu ulży. "Można obserwować ludzi, posłuchać o
problemach, zajrzeć przez ramię do gazety, której zazwyczaj się nie czyta...." "Tak, to fajne, ale ja wolę się dostać do domu w kilka minut"- kończy Przemek.
Widzę, że mu ulżyło, że zaszufladkował mnie do grona nieszkodliwych wariatów. Może nie musi się już użalać nade mną, że wypadłam z wyścigu, że mi się nie udało
zaistnieć, zarobić...Znika mu z twarzy zakłopotanie. Już jest dobrze. Z przylepioną do rękawa etykietą wysłuchuję wartkiej historii o wtargnięciu na pensję, o
odparciu niesłusznego ataku i szczęśliwym zakończeniu. I już się żegnam. Nie mogę usłyszeć wszystkich epitetów pod adresem złej pani komornik, mój PKS
odchodzi za 40 minut, muszę się jeszcze dostać na Zachodni.
Zajmuję miejsce niedaleko kierowcy. Strategiczne. Tu się najwięcej dzieje. Z tyłu zazwyczaj siadają żołnierze na przepustce, robotnicy wracający z budów. A
buduje się w stolicy dużo. Centra handlowe, biurowce, osiedla... Większość robociarzy podróżuje żukami przerobionymi na gaz.
Ile razy widzę, jak rano jadą ściśnięci z opuszczonymi głowami poruszając się wraz z samochodem na wybojach. Wieczorami są inni, prawie wyprostowani.
Czasami mignie w oknie podawana flaszka z "żurkiem".
W PKS-ie pije się za to piwo. Wiem, bo jak autobus jest w okolicach Czosnowa, pierwsi podróżni szepcą kierowcy prośby, żeby się zatrzymał. Pertraktacje
trwają czasami kilka minut, ale zazwyczaj są skuteczne.
Cały autobus cierpliwie czeka, kilkoro za wiatą przynosi sobie ulgę. Nikt nie zgłasza pretensji. Przynajmniej głośno. Większość będzie jechać dwie, może trzy
godziny. Niektórzy do samej Mławy. Minuty lecą. Zapomniałam ich doliczyć do rachunku dla Przemka. Trzasnęły drzwi. Jedziemy.
Zaparowane okno. Mignęła kobieta na poboczu. Łapie okazję. To chyba ta sama, którą Maciek podwozi często do Kroczewa. Za pierwszym razem chciała mu
wcisnąć monetę. Za kolejnym dowiedział się, że mają z mężem poloneza. Zepsuł się. Naprawa kosztuje. Nie stać ich. Wielu ludzi jeździ do pracy "stopem". Gdyby
kupili miesięczny na PKS z pensji niewiele by zostało.
Nie wzięłam nic do czytania. Chociaż ciemno próbuję zajrzeć przez ramię sąsiadce. Tam latynoamerykańska gwiazda ma romans, albo się z kimś rozstaje. Nie
wiem. Nie mogę dojrzeć tytułu.
Sąsiadka chrupie orzeszki w czekoladzie, a ja jestem głodna, więc odwracam się i przysłuchuję rozmowie, jaką prowadzi z kierowcą pasażer, który okazuje się
jego kolegą po fachu, wracającym z pracy.
Dowiaduję się, że jeździ coraz więcej godzin za coraz mniejsze pieniądze, że nie ma "własnego" autobusu tylko prowadzi co popadnie, że do biura przyjęli
dziewczynę po prestiżowym kierunku, prymuska, zna języki, odrzuciła jakąś super propozycję, wybrała pracę w regionalnym PKS-ie. Zwolnili ją. Może miejsce
było potrzebne dla kogoś znajomego... Mówi coraz ciszej. Zauważył, że się przysłuchuję. Obok ciągle chrupanie orzeszków. Autobus jedzie 60 na godzinę. Zima. Ślisko.
Żałuję, że nie "zgłuszyłam" się jak blondynka, która buja się pomiędzy rzędami siedzeń. Zostawiła na Marymoncie przyjaciela. Co zrobić, kierowca nie zabrał.
Bezskutecznie próbowali go wsadzić do autobusu koledzy, co sami ledwie stali na nogach. Nie dało rady, ciągle wypadał. Na mamrotania tamtych z przystanku,
żeby wziąć kumpla do Załusk, kierowca cierpliwie odpowiadał, że kolegę może wziąć "lecący za godzinę Raciążak". Próbowali przekonywać. Może nie chcieli
czekać na mrozie, może nie bardzo liczyli na to, że wytrzeźwieje. Może chcieli jeszcze się dopić, a on przeszkadzał...
W Kroczewie czeka Maciek i nysa. Muszę jeszcze przejść przez Gdańską. Oświetlone pasy. Miga pomarańczowa lampka. Kierowcy nie dają jednak żadnych
forów, trzeba biec.
Dom. Ciepło. Przy kolacji przypominam sobie czasy kiedy padł samochód. Do rachunku musiałabym wtedy dodać godzinę na piechotę z przystanku do Gostolina.
Nie wiem jak miałabym to wytłumaczyć Przemkowi.
koniec
|