| Warsztaty pisania ikon |
|
|
|
| tekst: anna dorota morawiecka | |
|
Na desce rozdzielczej papierowy ołtarzyk. Różaniec podskakuje na wybojach jak maskot- ka, a kierowca jak kapłan mruczy: "A ty kuda? Szczo za liudyna?" Ci, co chcą wysiąść, pokornie powtarzają litanię: "Zadnij dwier, bud' laska." W pełnym zaufaniu, jak wierni na tacę, podają z rąk do rąk dwie hrywny dla kierowcy. Za szybą złota kopuła cerkwi, jak lampa błyskowa, przypomina o przemijaniu. "Ej, zabawa" – ryczy z radia nasz chór cerkiewny. Czas: rok 2007, październik
Uczniowie polscy:
Uczniowie ukraińscy:
Oksanka – nauczycielka pisania ikon Roksolana – przewodniczka po Lwowie Nasza Oksana, która nie pojawiła się w tym zapisie, choć czuwała dyskretnie i troskliwie nad całym przedsięwzięciem Statyści:
Wszystkie zdarzenia i osoby są prawdziwe, wybór, kolejność, oraz sposób oświetlenia podporządkowane zostały zamysłowi kompozycyjnemu. Sposób interpretacji rzeczywistości subiektywny. Prolog wskazywał na to, że nasza historia będzie układała się w kompozycję lawinową. Wsiedliśmy do wagonu razem z kibicami piłki nożnej. Przegrali mecz. Stan frustracji skutecznie rozładowywali wódką z piwem i przekleństwami. Na peronach w pełnym uzbrojeniu, w zwartym szyku stała policja. Potem dwaj dzielni „sokiści” przesunięli kibica z jednego końca korytarza na drugi i pociąg ruszył. Zostaliśmy sami: pasażerowie i zalękniony konduktor. "Panie konduktorze, czy w całym pociągu są kibice?" Najchętniej zamiast odpowiadać na nasze pytania schroniłby się bezpiecznie w służbowym przedziale za lokomotywą. Zaczął nas przekonywać, że oni też są pasażerami i wcale nie są pijani. Potem jednak poradził, żeby w Opolu się przesiąść do drugiego za lokomotywą. Tak zrobiliśmy. Wreszcie, bezpieczni i wyzwoleni z przykrego towarzystwa, wtuliliśmy głowy w co kto miał, a pociąg niósł nas przez gwiaździstą noc ku wschodowi. W Przemyślu o świcie jak zwykle zimno. Dzieci zdezorientowane naszą bezradnością próbowały zrozumieć logikę przejścia granicznego. Dopiero w drodze powrotnej połapali się, na czym polega zabawa w celników i mrówki. Wszyscy przestawili zegarki – ja nie. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Zmieniłam jedynie kartę telefoniczną na ukraińską, a czas zredukowałam do zera. Niech się zatrzyma. Wszystko było inaczej, niż się spodziewaliśmy: klasztor oddalony od Lwowa, a w nim my, przez siedem dni w izolacji od świata, odkrywamy tajniki niedostępnej wiedzy – palec Boży wycelowany w samo serce. Dotąd malowałam moje anioły samotnie. Teraz miały nabrać mocy. Miałam znaleźć się wśród wtajemniczonych. Chyba wszyscy przygotowywaliśmy się na cud. Z takim oczekiwaniem słuchałam niedzielnej Ewangelii o dziesięciu trędowatych. Jezus zapytał: "Gdzie jest tych dziewięciu z dziesięciu, którzy do mnie przyszli?" Tylko jeden uwierzył i zanim poszedł pokazać się kapłanom, zawrócił i padł na kolana dziękując za oczyszczenie. Tych dziewięciu z dziesięciu to my. Panie, gdzie my jesteśmy?
Edyta zapytała, czy można zgasić światło. Miękka poduszka i biały prostokąt hotelowego sufitu. Wszystko inaczej, niż miało być. Mieliśmy pisać ikony w klasztornych celach. Młodzi pytali po drodze, czy w oknach będą kraty i czy kwatery jednoosobowe; czy długie korytarze z wąską smugą światła i czy dziewczyny będą musiały zakrywać włosy (martwiły się, że nie wszystkie mają chustki). I czy nabożeństwo o czwartej rano. Tymczasem wioska oddalona od świata okazała się industrialnym wytworem lat 80-tych, a klasztor ekskluzywnym ponad stan (jak wszystko tutaj) hotelem – pustą i niezrozumiałą inwestycją dla turystów. Jesteśmy jedynymi lokatorami – dziewięcioro pielgrzymów z Polski. Nowojaworiwsk przed dwudziestu laty przeobraził się z małej przyklasztornej osady w potężne osiedle dla pracowników nowopowstałej fabryki. Obecnie, po likwidacji fabryki, miasteczko stało się noclegownią pustoszejącą pomiędzy szóstą rano, a ósmą wieczorem. W marszrutkach pękających w szwach tłoczą się młodzi, starzy i my pomiędzy nimi – dziewięciu niedowiarków, którzy przyjechali do Nowojaworiwska spędzać noce w przyklasztornym, luksusie, a we dnie pisać ikony w szkole rzemiosł we Lwowie. Są długie korytarze, ale nie kamienne. Są wnęki jak w poczekalni do lekarza – pełnią rolę kaplic: białe serwetki, reprodukcje ikon w tandetnych złotych ramkach, papierowe plansze z czymś w rodzaju dezyderaty, czy dziesięciu przykazań skierowanych do gości. Wielkie, puste przestrzenie i szpary pod drzwiami, przez które przekradają się myszki w poszukiwaniu odpadków. Z wierzchu złociste, falbaniaste kapy, a pod łóżkiem zakamuflowane cegłówki, co podtrzymują mebel – jakby życie było dziecinną zabawą, a przedmioty pełniły role umownych rekwizytów. Nie warto niczego wykonywać zbyt solidnie, bo przecież za chwilę nastąpi zmiana koncepcji. Po co naprawiać pęknięte łóżko, skoro zaraz może przestać być łóżkiem. Zamiast w policjantów i złodziei będziemy bawić się w komórki do wynajęcia, albo w pływający okręt. Kościół będzie spichlerzem, szkoła kurzą fermą, a klasztor hotelem. Tylko las wciąż pachnie żywicą i sosny szumią obojętne na ludzkie pomysły. Pierwsze rozczarowanie pomału topnieje. Cała świecka zewnętrzność zaczyna wydawać się kruchą osłoną, za którą, jak za carskim wrotami, słychać nabożeństwo.
Zamiast porannej modlitwy i dzwonów - dwugodzinne trwanie w zatłoczonej marszrutce. Za szybą światło rysuje linie perspektywiczne lasu. Zamykam oczy i czuję punkt zbiegu w samej źrenicy. Na desce rozdzielczej ołtarzyk ze zmiętych, papierowych ikon. Różaniec nad kierownicą podskakuje na wybojach jak maskotka, a kierowca jak kapłan mruczy: "A ty kuda? Szczo s tiebie za liudyna?" Ci, którzy chcą wysiąść, pokornie powtarzają litanię: "Zadnij dwier, bud' laska." W pełnym zaufaniu, jak wierni na tacę, podają z rąk do rąk dwie hrywny dla kierowcy. Z prawej strony chłopak czyni szeroki znak krzyża, z lewej za szybą złota kopuła cerkwi, jak lampa błyskowa, przypomina o przemijaniu. "Ej, zabawa" – ryczy z radia nasz chór cerkiewny. Wreszcie. Przedmieścia Lwowa. Wypluci z jednej marszrutki stoimy w oczekiwaniu na kolejną. Jacek - uzbrojony w aparat fotograficzny, ze słuchawkami na uszach - podryguje w rytmie "Gwiezdnych wojen". Wydajemy okrzyki turystycznego niezobowiązującego zachwytu na widok ład, zaporożców i innych maszyn z charakterem. I jeszcze raz bliski kontakt cielesny człowieka z człowiekiem w marszrucie, troska pasażerów siedzących o tych, którzy stoją poparta przyjaznym przyjęciem ich bagażu na kolana. Edyta głośnym "Ekskursja, wysiadamy!" budzi nas z modlitewnej zadumy. Jeszcze tylko heroiczne przedarcie się na drugą stronę ulicy (kierowcy zamiast hamulców używają klaksonu, a piesi jak gołębie umykają spod kół) i już. Wkraczamy na dziedziniec szkoły. Ciekawe, co oni sobie myślą – ci młodzi, zdolni Ukraińcy – wybrańcy ekskluzywnej lwowskiej szkoły rzemiosł artystycznych – co oni sobie myślą widząc nas, pielgrzymów z Polski. Czy widzą w nas trędowatych czy oczyszczonych? Szkoła rzemiosł wita nas z wielką pompą: ciasteczka, pomarańczki, wylewne powitania, wygodne fotele w pokoju nauczycielskim. Szybka prezentacja pracowni i korytarzy utwierdzająca nas w poczuciu klęski. Surowa szkoła rzemiosła z autokratą dyrektorem za wielkim, rzeźbionym biurkiem zabarykadowanym podwójnymi drzwiami i sekretarką. Żeby doczekać się audiencji trzeba cierpliwości ikonopisty, który nie spieszy się z nakładaniem kolejnych warstw farby. Czas oczekiwania na wyschnięcie podkładu to czas na modlitwę. Podobnie dyrektor Wasylij Aleksandrowycz ukryty w swojej dyrektorskiej fortecy osiągalny jest dla petenta dopiero po przejściu kolejnych stopni wtajemniczenia. W majsterni konserwacji wita nas młodziutka i promienna jak anioł Oksanka. Dziecinnym głosem przedstawia się jako nasz nauczyciel. Zanim kupimy deskę za sześćdziesiąt hrywien – mamy pójść na ekskursję do muzeum narodowego, zobaczyć prawdziwe ikony. Wobec potęgi światła bijącego ze starych, milczących desek uwięzionych w ciszy muzeum widok karykaturalnej pani w kasie znaczy tyle, co guma do żucia wrzucona do oceanu. Zakłócamy ciszę, w której dwóch zmarzniętych, wychudzonych młodzieńców kopiuje w nabożnym skupieniu świętego Mikołaja. Nie traktują nas jak intruzów. Przerywają swoją pracę i przyłączają się do nas. Jako jedyni rozumieją melodyjną opowieść naszej przewodniczki, która z wielkim zaangażowaniem i kompetencją odkrywa historię ikon w języku ukraińskim. Czy musieliśmy przejechać blisko tysiąc kilometrów, żeby ci dwaj mogli tego wysłuchać? Panie, uczyń cud – niech ikony przemówią po polsku. Kolana się uginają. Serce pęka z żalu, że trzeba iść dalej. A było już tak blisko. Po zabawnych perypetiach związanych z bardziej lub mniej udaną próbą spożycia obiadu w odpustowej scenerii restauracji, która okazała się być polem doświadczalnym dla zawodowej szkoły kelnerów, rozpoczynamy naukę pisania ikon. Każdy z nas wybiera sobie reprodukcję, którą ma skopiować i znów wpatrujemy się z naiwną ufnością w śliczną Oksanę, znów wsłuchujemy się w melodię ukraińskiej mowy . Co jakiś czas łowiliśmy znajome słowa. Nie mając pojęcia, dokąd zmierzamy – zaglądamy przez ramię naszym ukraińskim przyjaciołom, zupełnie jak uczniowie podczas sprawdzianu. Oni zresztą chętnie pozwalają ściągać. I zaczynamy rozumieć. Zrozumieliśmy wreszcie, że emulsja to nie biała jak śmietana zawartość puszki zakupionej w sklepie z farbami, tylko żółteczko, słoneczko kołysane w dłoniach, wyzwolone z koszulki i zmiksowane z piwem odmierzanym w białej skorupce-szkarłupce; wymieszane pędzelkiem i nałożone ciekną warstwą na powierzchnię deski. Zapachniało domem, w którym usiądziemy przy kuchennym stole i poczekamy, aż zarumienią się bułeczki. Ten sam zapach wypełni majsternię następnego dnia, kiedy pierwsza warstwa wyschnie i można będzie rozpocząć kolejny etap malowania ikony.
Jedziemy. Autobus nabity szczelnie mężczyznami. Siedzę na tylnym siedzeniu pomiędzy czterema żołnierzami. Ten z prawej ufnie oparł głowę uszance o moje ramię i śni pewnie o swojej matuszce. Śpij, synku. Ja dzisiaj będę szukać złotowłosego anioła dla Joli. Może trochę twojej ufności spłynie na moje prawe ramię, może mojej dłoni uda się wydobyć z zacieków emulsji ikonę. Korzystam z przywileju nauczycielskiego, i z pewnym zażenowaniem co prawda. Chcę stworzyć własną ikonę, nie kopię, proszę o pozwolenie. No i co z tego, że mi wolno, skoro czuję się jak Dedal, którego Ikar poprosił o zastępstwo?
Dziś poznaliśmy technikę nakładania farby, którą Oksanka nazwała „stawoczek”. Na dociekliwe pytanie Jacka (ciekawość usprawiedliwiona podobnie brzmiącym nazwiskiem babci) usłyszeliśmy mistrzowskie opisowe tłumaczenie: „Eta takoj malieńkoj akiean”. Wypełnialiśmy więc lica świętych maleńkimi okieanami w kolorze oliwki. Znów jak ślepcy, którzy pytają głuchych o drogę. Podróżowanie zatłoczoną marszrutą wychodzi nam natomiast coraz lepiej, daje nam. To, co wczoraj wydawało się niemożliwe, dziś stało się bez trudu osiągalne. Dzięki Ci Panie za to, że obdarowałeś nas zdolnością przystosowania się, o którą sami się nie podejrzewaliśmy.
Kolejne warstwy emulsji, wzbierająca bezradność, brak drogowskazu i nagle pełen spokoju i pewności głos Edyty nad naszymi głowami: „Uhm… uhm.”. To najpiękniejsza korekta, jaką słyszałam. Edyta nie pisze ikony, czuwa za to nad ekskursją. Ktoś musi czuwać. Dzięki Ci Panie za tych, którzy czuwają, żebyśmy nie byli samotni. Podczas kiedy piątego dnia wysycha emulsja, my wyruszyliśmy w zadziwiającą gonitwę za Roksolaną, która w sposób nieznoszący sprzeciwu realizowała sprawnie i szybko program „Stary Lwów dla Polaków – troszku po polsku”. Zatrzymywaliśmy się na jakichś pustych placach obok ludzi leniwie pijących piwo i na życzenie przewodniczki wpatrywaliśmy się potulnie w trawnik, na którym kiedyś była synagoga. Biedna pani Roksolana, pewnie w domu mąż czeka na obiad, zakupy niezrobione, a my się tak wleczemy. No to szybko: „oto rzeźba Jezusa w Ogrójcu” – groźne spojrzenie – jakbyśmy to my byli winni, że stał tu kiedyś święty Onufry, a bolszewicy go zniszczyli. Zaczynamy się buntować. Cudowne, zagubione w czasie uliczki pełne urokliwych zakamarków, szczegółów, guzików z szaty Matki Bożej, kieszeni i dziurek od klucza, odpadających tynków odkrywających nielegalne apokryfy Ewangelii. Zaczęły uwodzić nas błędne ogniki i dwuznaczne obietnice. Aż dziwne, że zgubił się tylko jeden z dziewięciu. Następnego dnia twierdził, że było odwrotnie – tylko on jeden zapomniał się, albo raczej odnalazł w cerkiewnych śpiewach i odłączył od grupy. A gdzie poszło ośmiu z tych dziewięciu? Poszło codzienną trasą zamartwiając się o dziewiątego. Kto wie, może odnalazł się dzięki temu, że wypatrywaliśmy go z hotelowego okna i że modliliśmy się dzwoniąc na pogotowie i pocieszaliśmy się dobrym słowem: „Nie trzeba się martwić, na pewno robi zdjęcia i wróci ostatnią marszrutką.” Dzięki Ci Panie za dziecięcą ufność i wzajemną odpowiedzialność.
Przy kolacji Edyta powiedziała: „To był dobry i potrzebny dzień.” Nie wyruszyliśmy do Lwowa, bo Nowojaworiwsk powracał tłumnie do domu na weekend. Trudno byłoby dziewięciu zmieścić się tam, gdzie jest miejsce najwyżej dla jednego. Zaprosiliśmy za to uczniów majsterni do naszego hotelu. Od rana padał deszcz, zamiast budować w lesie instalacje rysowaliśmy siebie nawzajem w hotelowym hallu. Gala z zapałem przeprowadziła intrygujący wywiad dotyczący naszego wieku i znaku zodiaku. Porównywaliśmy polskie i ukraińskie nazwy przedmiotów znajdujących się w zasięgu wzroku.
W nocy myszka szeleściła w poszukiwaniu czegoś nadzwyczajnego. Może była duchem archidiakona i czuła się w obowiązku skontrolować moje pełne herezji zapiski. Pani spotkana na przystanku powiedziała, że w Nowojaworiwsku monastyr stał tam, gdzie teraz nasz hotel.
Znowu wracamy do Nowojaworiwska – zmęczeni. Wpatrujemy się w mgłę za szkłem. Niepokoi mnie bałagan w mojej ikonie. Nie umiałam rozpoznać wszystkich ciemnych miejsc. Czy to znaczy, że nie zrozumiałam swoich grzechów? Dziś mieliśmy kłaść warstwę średnią, a ja zorientowałam się, że położyłam ją na początku jako pierwszą. Żeby zajaśniała ta najpiękniejsza – zabraknie mroku pierwszej. Kładąc ciemne tony słuchałam płynącej z magnetofonu mszy prowsławnej. Pochyleni nad naszymi deskami pracowaliśmy w wielkim skupieniu i niepojętym zapamiętaniu. Kiedy Edyta rzuciła hasło do odwrotu, udawaliśmy, że to nie do nas. Zachowywaliśmy się jak dwór śpiącej królewny – obudź nas, Edyto, za sto lat. Teraz jesteśmy zaczarowani.
Niedziela. Przez hotelowy hall płyną śpiewne modlitwy porannego nabożeństwa. Na trzydniowe rekolekcje przyjechało kilka rodzin z dziećmi. Maluszki raczkują po podłodze korytarzy, a prześwietlone porannym słońcem sylwetki dorosłych chwieją się jak drzewa, malując na sobie płynnym ruchem rozłożyste krzyże. W tylnych rzędach rozmodlonej gromadki – tuż przy drzwiach – panie z kuchni w służbowych, białych fartuchach. Sosny za oknem zaczynają się złocić. Czy to już dziś Oksana opowie nam, jak mistrzowie złocili aureole?
|



