| Wielka Podróż Hendrika Jacoba Wikara |
|
|
|
| tekst: zuzanna morawiecka-pasztuszenko | |
|
Bydłu, które jest zarzynane, zawsze rozcina się brzuch, potem wtykają rękę do środka i wyrywają żyłę płucną. Podobnie traktują swoich wrogów schwytanych na wojnie, których także rozcinają na żywca, potem wtykają rękę do środka i również wyrywają żyłę płucną. Czasem gdy jeniec nie chce się ukorzyć, odcina mu się najpierw wstydliwe części ciała i bije się go nimi po pysku, wiem to zdarzyło się w mojej obecności, między Kamingou a Nanningai. 1. Założenia wstępne. Proponowana przeze mnie analiza zapisków H.J. Wikara nie ma na celu weryfikacji prawdziwości podanych przez niego informacji, jest raczej próbą rekonstrukcji obrazu Afryki Południowej współkreowanego przez wielkich podróżników holenderskiego okresu kolonialnego. Tekst Wikara jest szczególny pod wieloma względami. Z jednej strony, nawiązując pod pewnymi konwencjonalnymi względami do swoich poprzedników, wpisuje się w lokalną tradycję diaryczną. Jednak, czy to z uwagi na specyficzny charakter jego wędrówki, czy to na indywidualny sposób obserwacji i narracji, Wikar często wykracza poza ramy ówcześnie przyjętych schematów urzędowej relacji z podróży. Dodatkowym walorem tego tekstu jest jego kompleksowy charakter – autor opisuje otaczającą go rzeczywistość na tyle szczegółowo, że jego opowieść buduje dość dokładny wizerunek obserwowanego przez niego świata ludzi, wraz z ich kulturą materialną i duchową, a także niemniej drobiazgowo przedstawionego środowiska naturalnego, na który składają się opisy fauny, flory, przyrody nieożywionej i warunków klimatycznych. Być może właśnie ze względu na wymienione powyżej aspekty relacja Wikara miała kolosalny wpływ na potoczne i oficjalne myślenie o afrykańskim interiorze współczesnych mu, pochodzących z Europy, mieszkańców Przylądka Dobrej Nadziei. Dlatego, między wierszami tekstu, można wyczytać bardzo dużo o autorze i jego kulturze, której jest reprezentantem. 2. O źródle. 2.1. Okoliczności powstania tekstu. Wielka podróż Szweda Hendrika Jacoba Wikara rozpoczęła się dwa lata po jego przybyciu na Przylądek Dobrej Nadziei, w roku 1775, kiedy to zdezerterował ze służby dla Zjednoczonej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Ucieczka przed odpowiedzialnością za zdefraudowanie na cele hazardowe pieniędzy z kasy szpitala, w którym zatrudniony był na stanowisku pisarza, doprowadziła go do brzegów rzeki Oranje. Tam, w 1778 roku, przyłączył się do grupy przypadkowo napotkanych Khoi-Khoi i podjął z nimi wędrówkę wzdłuż rzeki na Wschód. Tym wydarzeniem wielki podróżnik rozpoczyna swą opowieść [1] : "Kiedy z ogromnymi trudnościami dotarłem do wielkiej rzeki [2] , pod brodem dla wozów Komp. [3] (mianowicie tam gdzie przeszła wyprawa Hoppego [4] ), nad Goedous [5] , napotkałem kilku Hotentotów z kraju małych Nomakoa, którzy zalegali nad rzeką czekając na niską wodę żeby przejść przez rzekę, do wielkich Namacquoa by wyhandlować od nich bydło za korale i tytoń, którzy to Hotci [6] , jako że rzeka nie opadała a przybierała, powiedzieli mi, że postanowili wyruszyć ze słońcem (to jest od Pd [7] ) na wschód do kraju Eynikkoa by tam handlować, które to rozwiązanie bardzo mi odpowiadało i jeszcze bardziej im je doradzałem, aż ci spośród nich, którzy jeszcze byli temu przeciwni, po moich namowach również się zgodzili. Towarzystwo Hotów składało się z 8 hotentockich mężczyzn, pięciu dziewek i 2 dzieci, pośród których było trzech Hotów i jedna dziewka, którzy rozumieli holenderski, zwierzchność nad nimi wszystkimi miał Hott Claes Barend, będący Hotem Goeyemanem [8] z góry [9] , i był już kiedyś z Jacem Koetzee [10] na wyprawie do wielkich Namacquoa. Teraz był tu zamieszkały. Temu Hottowi powiedziałem lub wmówiłem, że jestem w tej ziemi urodzony i że chętnie przyłączyłbym się do jego towarzystwa by idąc w górę wielkiej rzeki poszukać miejsca dla siebie, co go uradowało, bo wiedział, że mając mnie ze sobą, jest lepiej niż w inny sposób zabezpieczony przed rozbójnikami." (p.78). 2.2. Specyfika językowa i kompozycyjna. Niełatwo jest czytać "Sprawozdanie dla Wielce Szlachetnego Wielmożnego Pana Joachima van Plettenbergh. Członka nadzwyczajnego Rady Indii Holenderskich, Gubernatora i Dyrektora Przylądka Dobrej Nadziei i resortu tegoż etc., etc., etc., o tym co mnie pod tym się podpisującego spotkało, co usłyszałem i zobaczyłem od czasu mojej włóczęgi wzdłuż wielkiej rzeki w górę i w dół". Hendrik Jacob Wikar używał języka, który dzisiejszych badaczy zachwyca, a dla współczesnych mu uczonych był nie do zaakceptowania [11] . Łamiąc bezwzględne reguły gramatyczne, stosując zadziwiającą interpunkcję, uprawniając liczne kolokwializmy, budując własną leksykę i zapożyczając pojęcia z języków plemiennych, Wikar stworzył indywidualny, niepowtarzalny idiom. Zdaniem E.J. Möller Conradie "jego język zdecydowanie nie jest niderlandzkim, lecz także nie afrikaans, to jest niderlandzki zabarwiony afrikaans" [12] . Wyemancypowanej, "zdziczałej" formie językowej odpowiada na pozór chaotyczna struktura narracyjna, która jednak, w obrębie własnego systemu, okazuje się bardzo konsekwentna. Celem nadrzędnym jest tu podanie jak największej ilości informacji, dlatego bieg wypadków często jest nieliniowy, opowieść bywa zakłócona w najbardziej dramatycznym momencie beznamiętną dygresją na temat nie związany z akcją, obrazy przenikają się niepostrzeżenie dryfując w gąszczu wiadomości, by nagłym i niespodziewanym zwrotem powrócić w główny nurt przerwanej historii, wprawiając czytelnika w chwilowe zagubienie. Sama wędrówka i osobiste przeżycia autora stają się w tym dokumencie osnową dla wplatanej w każde zdanie wiedzy zgromadzonej w ciągu czterech lat obserwacji. Z tych niedoskonałości warsztatowych Wikar zdaje sobie sprawę, przyznaje się do nich wprost w ostatnich zdaniach swojego "Sprawozdania...": "Na zakończenie chciałbym tu uniżenie prosić Waszą Wielce Szl.ną Wielm.ść o wybaczenie, że ta moja opowieść jest napisana tak prosto i nieregularnie, pewne dziwne wyrażenia które tu występują, są dokładnymi tłumaczeniami tych samych hotentockich słów. Gdybym mógł zasłużyć na łaskawość Waszj Wielmści by móc odbyć jeszcze inne podróże w głąb lądu, w miarę możliwości zrobię to lepiej." (pp.137-138). Jednak dzięki owej nieporadności stylistycznej zapiski te wydają się bardziej wiarygodne, i, jak pisze Jerzy Koch, "Wikar jest narratorem naiwnym, ale właśnie w tej szczerości tkwi jego siła" [13] . Rzeczywiście, "Sprawozdanie..." wywarło na gubernatorze i członkach Rady Policji wrażenie tak silne, że jego autor, na mocy rezolucji z dnia 25 września 1779, został zwolniony z banicji, na którą skazano go za niestawienie się na wezwanie [14] władz, darowano mu długi i przywrócono go do służby Szlachetnej Kompanii. 3. Analiza treści "Sprawozdania...". 3.1. Uwagi ogólne. W opowieści Wikara można odnaleźć wszystkie elementy warunkujące wielką opowieść wielkiego podróżnika. Są tu opisy piękna egzotycznej przyrody, zadziwiających zwyczajów napotkanej ludności, strasznych niebezpieczeństw i niewiarygodnych kuriozów. Narrator nie jest przezroczysty – na kartach swego sprawozdania, wprawdzie w sposób możliwie oszczędny i skromny, ale daje świadectwo swego męstwa, rozsądku i wiedzy. Mimo dążenia do obiektywizmu opisu, autor nie zawsze potrafi powstrzymać się od oceniającego komentarza, a czasem nawet przyjmując paternalistyczną rolę ingeruje w życie towarzyszących mu lub napotkanych po drodze osób. Jednak sprawozdanie Wikara jest przede wszystkim szczere – stara się opisać dokładnie wszystko, a więc i swoje błędy, lęki, słabości. Podróżnik przyznaje się że pewnych rzeczy nie rozumie, nie zawsze potrafi odróżnić prawdę od fałszu, nieraz przez własną nieostrożność popada w tarapaty, z których bez pomocy przyjaciół nie umiałby się wyratować. Zarówno dla samego Wikara, jak i dla jego dzisiejszych czytelników, najważniejszym elementem tej relacji nie jest dokładny przebieg wyprawy, tylko to, "co usłyszałem i zobaczyłem". Rzetelna rejestracja zasłyszanych opowieści, własnych spostrzeżeń i niekiedy samodzielnych prób interpretacji stanowi dziś cenne, a w niektórych przypadkach jedyne, źródło wiedzy na temat kultury i warunków życia ludności Khoi-San u progu kolonizacji - Hendrik Jacob Wikar był bowiem dla wielu swych rozmówców pierwszym białym człowiekiem, którego spotkali na swej drodze. 3.2. Opisy zwyczajów i obrzędowości ludności tubylczej. 3.2.1. Składanie ofiar. Z zapisków Wikara wynika, że centralnym punktem życia obrzędowego i społecznego wszystkich zbadanych przez niego grup plemiennych było składanie ofiar ze zwierząt hodowlanych i łownych. Bez tego nie mogło się odbyć żadne istotne wydarzenie, bez względu na to czy dotyczyło całej zbiorowości, czy poszczególnych osób. Sposób zarzynania ofiar był szczególny i ściśle określony: "bydłu które zarzynane jest przy wszystkich ich odmiennychN.B. [15] zarzynaniach, zawsze rozcina się brzuch, potem wtykają rękę do środka, i wyrywają żyłę płucną. Podobnie traktują swoich wrogów schwytanych na wojnie, których także rozcinają na żywca, potem wtykają rękę do środka i również wyrywają żyłę płucną. Czasem gdy jeniec nie chce się ukorzyć, odcina mu się najpierw wstydliwe części ciała i bije się go nimi po pysku, wiem to zdarzyło się w mojej obecności, między Kamingou a Nanningai. Te nacje walczyły w ubiegłym miesiącu grudniu przez 2 dni, a spośród Nanningai 13 zostało zastrzelonych i grubo 20 z ich ludu zranionych. Lecz Nanningai schwytali jednego z wielkich Namacquoa lub Kamingon i z żalu po wielkiej stracie potraktowali go tak straszliwie. Podczas każdego ich odmiennego zarzynania zarówno mężczyźni jak i dziewki noszą żółć na głowie i skórkę na szyi, a wyłącznie dziewki ścięgna na nogach. N.B. Kiedy Hott zarzyna na użytek domowy, tak że wszyscy mogą z tego jeść, wtedy nie jest to odmienne zarzynanie, w przeciwieństwie do tego można z tego brać, czym jest odmienne zarzynanie, definicja którą mogę podać jest przybliżona, krótko mówiąc jest to rodzaj ofiary z której mogą jeść tylko określone osoby mianowicie: które same z siebie [16] już taką ofiarę składały."(p.93). Warto zwrócić tu uwagę na niemalże beznamiętny sposób opisu, który charakterystyczny jest dla całego dokumentu. Przedstawiony obraz jest bardzo drastyczny; dla Europejczyka takie metody uboju zwierząt, a także sposób traktowania jeńców, mogą wydawać się wyjątkowo okrutne, jednak ten punkt widzenia narrator ujawnia jedynym wartościującym słowem pojawiającym się w tym fragmencie – gdy określa los jeńca jako "okrutny". Dalej opisuje bardzo szczegółowo różne funkcje i rodzaje ofiar składanych w ciągu życia zarówno kobiety jak i mężczyzny, tym razem nie unikając bezpośredniego komentarza: "Z męskiego odmiennego zarzynania kobiety i dzieci nie mogą jeść, z kobiecego zarzynania na odwrót podobnie, lecz ze zwierzęcia zarżniętego na chorobę jedzą wszyscy, jakby to nie był szczególny ubój. Cała ich wiara, jak zauważyłem, opiera się na niczym innym jak na zarzynaniu. Z kobiecych osobne są 1˚ gdy dziewka zaczyna dostawać swoich okresów, 2˚ gdy zostaje uznana za kobietę, to jest zarzynanie majtkowe, 3˚ dalej gdy rzeczywiście wychodzi za mąż, 4˚ gdy zajdzie w ciążę, 5˚ gdy leży w połogu, 6˚ gdy umiera. Znów męskie gdy zrobią z niego mężczyznę, zarzynanie kłykciowe. Gdy zabije jakąś bestię lub jadalne zwierzę które jest złe, tak jak słoń, nosorożec, krowa morska, bawół, wąż etca, także dla pawiana który jest dla nich człowiekiem dawnych czasów, lecz przy zabijaniu wielbłądów [17] , dzikich koni, bawolców [18] etca nie czyni się odmiennie, bo nie są złe lub się nie bronią, ergo ubicia ich nie uważa się za czyn odważny. Dla mężczyzny także czyni się odmiennie przez kolegów gdy umrze, a żona z kobietami znów osobno czyni odmiennie dla swojego zmarłego męża. Lecz przy chorobach sposoby zarzynania są tak różnorodne, że prawie nie sposób ich wyliczyć, a odbywa się to dlatego że jest choroba, i z rozkazu czarownika; jeden spośród wszystkich których byłem świadkiem po prostu opowiem. Kiedy ma się rękę niewładną lub złamaną, musi być specjalny ubój, to jest gdy odbywa się zarzynanie pacjent nie może tego dnia bić żadnej owcy, psa lub dziecka lub czegokolwiek innego, z tego nie może jeść pacjent ani jego najbliżsi przyjaciele, jedynie czarownikN.B., kolejnego dnia znów przyprowadza się pacjentowi owcę, daje się mu kij, potem czarownik unosi rękę pacjenta, i pozwala mu ugodzić owcę, kijem, teraz znów może wszystko bić, i wszyscy mogą z tego jeść. Również zarzynają odmiennie gdy mieli wojnę przeciwko sobie, szczególnie dla tych spośród nich którzy polegli, i szczególnie dla tych którzy zabijali ich wrogów. Ta wiara w zarzynanie jest u nich tak silna że aż mnie to zdumiewa, bo nawet gdy dzieci umierają prawie z głodu, nie płaczą o kawałek mięsa z którym uczyniono odmiennie. To tak jakby miały wrodzoną wiedzę, że wiedzą że tak być nie może. N.B. Czarownik w tej i innych zagrodach, i nikt poza nim jednym, który przyjmuje cierpiącego, może się cierpiącym zajmować."(p.94-95). 3.2.2. Obrzędy inicjacyjne. Ze składaniem ofiar nierozerwalnie związane były wspomniane wyżej obrzędy przejścia, które według obserwacji Wikara, w przypadku inicjacji dziewcząt właściwie sprowadzały się głównie do rytualnego uboju bydła: "Kiedy dziewka czuje że zaczyna dostawać swoich miesięcy lub okresów, zostaje tego dnia w domu, tak żeby nie dotknął jej ani wiatr ani słońce, potem widząc to jej rodzice lub przyjaciele muszą, zarzynać dla niej owce i krowy, przez 14 dni, jeśli są bogaci. Będąc biednymi kończą na jednej, młoda dziewka musi teraz nosić na głowie żółć zarżniętego sadło na szyi, ścięgna wokół nóg, a gdy nie ma rodziców, bydło rzeźne jest jej dawane przez wujów lub braci; nigdy nie zaniedbają tego by jej to dać, lecz wiedzą że dziewczyna ta zapamięta do końca życia że zrobili z niej człowieka." (pp.99-100). Opis inicjacji męskiej również koncentruje się na ofierze, jednak jest bardziej rozbudowany pod względem ukazania kolejno następujących po sobie czynności obrzędowych: "Młody Hotentot musi stać się mężczyzną inaczej będąc już dorosłym wciąż nie może brać udziału w rozmowie, u Eynikkoa przebiega to tak; najpierw zostaje umyty wodą, to jest, jak mówią usuwanie nieczystości dziecięcych lub pastuszkowych, potem zostaje 2˚ oczyszczony tłuszczem, 3˚ przez trzy dni jest obsikiwany kolejno przez starszych, 4˚, zostaje oczyszczony krwią zarżniętej w tym celu krowy, 5˚ na koniec znów zostaje umyty tłuszczem i nasmarowany; całe bydło które posiada również zostaje opryskane tłuszczem, wtedy jest mężczyzną."(pp.103-104). 3.2.3. Życie rodzinne. a) Instytucja małżeństwa. W opisach zwyczajów poszczególnych plemion znad rzeki Oranje wyjątkowo dużo uwagi poświęcone jest obrzędowości rodzinnej, a w szczególności związanej z instytucją małżeństwa, która intryguje Wikara prawdopodobnie ze względu na odmienności wynikające z systemu poligamicznego i lineażowej struktury tych społeczności. Pierwsza notatka na ten temat pojawia się przy okazji bazującego na słowach Claasa Barenda opisu obyczajów panujących wśród ludu "Keyako lub w zagrodzie naczelnika Kandelaara"(p.81).: "Ten naczelnik jest u Nomacqów prawie bóstwem: bo nikt nie może o nim źle powiedzieć, pobiera też daninę dla podtrzymania swej godności bowiem gdy zbiednieje wszyscy podlegający jego władzy naczelnicy muszą mu dać każdy po 4 jałówki i jednego wołu, i gdy jego żołnierze coś wymienią przynoszą zapłatę najpierw do niego by ją mu pokazać, wtedy to bierze od każdego działkę tytoniu. Ustanawia również prawa i nakazuje posłuszeństwo wobec siebie bo dla nich u Nomacqów kuzyni nigdy nie mogli żenić się z kuzynkami: bo to zaliczałoby się u nich do kazirodztwa; kuzyna i kuzynkę zwano bratem i siostrą, i tak rzeczywiście było uznawane, lecz ten naczelnik Kandelaar od jakiegoś czasu zastrzegł (ze względu na własne interesy), że kuzyni i kuzynki mogą się żenić. Tak już u nich zostało od tego czasu, teraz tylko siostry i bracia się omijają, lecz kolejne wierzenie mają takie że uważa się u nich za obowiązek, którego nie wolno zaniedbać, że jeśli bratu przyjdzie umrzeć, to pozostały brat musi poślubić wdowę po zmarłym bracie, a to małżeństwo jest tak święte, że inne żony tego mężczyzny nie śmią okazywać zazdrości, a także jeśli ojcu przyjdzie umrzeć, to najstarszy syn musi poślubić najmłodszą żonę swojego ojca, lecz starszych żon nie [19] . Zapytałem więc, ile też żon taki Namacq: właściwie posiada, odpowiedź, co najmniej 2 lub 3,4 do 5 a również zdarza się i 6, znów zapytany skąd biorą się te wszystkie żony, Odp.: Z powodu zwierząt znajduje się na tych ziemiach tyle grobów, lecz nie z choroby, trzeba powiedzieć: Namacq: chłopy przez wszystkie lata wymordowują wzajemnie większość spośród siebie o bydło, dziewki nie biorą udziału w wojnie, dlatego pozostaje ich więcej, i w ten sposób kto pozostaje przy życiu i zostaje zwycięzcą, jest bogaty zarówno w bydło jak i w żony."(pp.82-83). b) Zaślubiny. W innym miejscu opisana jest bardzo szczegółowo cała ceremonia zaślubin, począwszy od starania się o rękę wybranki: "Gdy Hott stara się o dziewczynę by ją poślubić, nigdy z nią o tym nie mówi, też jej nie pyta, lecz oua [20] lub szuka jej, a odbywa się to tak: Hott uprzednio zwraca uwagę, gdzie taka dziewka wieczorem się kładzie, i przychodzi (jeśli nie jest zbyt zawstydzony lub jeśli to w sercu uczciwie zamierza) podczas gdy ogień wieczorem jeszcze się pali w domu jego przyszłego teścia, i gdy wszyscy się kładą a ogień zagaśnie, on kładzie się również obok swej przyszłej narzeczonej, która to dziewka jeśli nie jest zbyt pospieszna, wstaje i kładzie się na innym miejscu. Zalotnik jednak zostaje w jej łóżku, do rana gdy nastaje dzień, kiedy nie mówiąc ani słowa wstaje i odchodzi; następnego wieczoru to samo, jeśli łóżko zalotnicy jest na tym samym miejscu, co poprzedniego wieczoru, to jest znak że zalotnik ją dostanie, nawet jeśli zalotnica przez kilka wieczorów wstaje, to nic nie szkodzi, jest to po to by wypróbować zalotnika w jego wytrwałości, musi tylko nie ustawać wtedy to zdobędzie. A pierwszego wieczoru gdy ona zostanie, potem zalotnik wstaje o świcie; na łóżku pozostawia po sobie korale talioweN.B., to za używanie łóżka dla jego teściowej; teraz znów nie mówiąc ani słowa, odchodzi wpierw o świcie, uprzednio wymieniwszy się wpierw w milczeniu na karosy [21] ze swoją narzeczoną, i ona daje mu garść boegoe [22] , którym on posypuje sobie głowę i wciera sobie pod pachy. Teraz z miejsca owca lub krowa musi zostać zarżnięta przez zalotnika dla dziewki, cztery stopy przyszłego bydła rzeźnego muszą zostać ze sobą związane, w której to pozycji zwierzę musi leżeć godzinę lub nieco dłużej. Wtedy przychodzą razem wszystkie zamężne dziewki, a biedna narzeczona siedzi pośrodku nich oniemiała jakby zrobiła co złego, czasem widziałem je płaczące, lecz co opłakują nie wiem. Stare dziewki prowadzą teraz dyskurs, i chwalą mężów jakich chciałyby kobiety, to wszystko dlatego że dziś będą mogły napełnić sobie brzuchy po wręby, w międzyczasie podchodzi mężczyzna hotcki, to jest rzeźnik związanej krowy lub owcy, u nich nazywany czarownikiem. Jemu gdy wykona swą rzeźnicką robotę dany jest przez starszą kobietę specjalny kawałek mięsa, to jest jedyna osoba męska która z tego je, nawet zalotnik nie może tu nadstawić ust, także żadne dzieci lub dziewki, które nie czyniły jeszcze tego rodzaju zarzynania. Zalotnik też chce zwyczajowo wykazać czyny odwagi, dlatego już od rana idzie w pole z włócznią, strzałą i łukiem na polowanie. Potem woreczek żółciowy zarżniętego bydła zostaje nadmuchany i w ten sposób przywiązany do głowy zalotnicy, netvel zostaje przygotowany przez siedzących tu obżartuchów, i posypany od środka boegoe, co musi ona nosić na szyi; na ścięgna i nici zostają nanizane kwadratowe korale, które musi nosić wokół nóg."( 100-102). N.B. Będące sznurem, który owijany jest dziesięć razy wokół talii. Dalej następuje opis tańców weselnych, a także wzajemnej wymiany darów – pomiędzy zięciem a matką [23] panny młodej, a także jej ojcem [24] . Od tego momentu małżeństwo jest zawarte, "lecz nie nierozerwalnie, bo za zgodą obu stron małżeństwo jest zrywane; również mężczyzna ma prawo opuścić żonę, która okazuje się zazdrosna o drugą żonę a zdarzają się także separacje na jakiś czas, jednak z obopólnym przyzwoleniem, w którym to określonym czasie nie ma miejsca żadna wspólnota między tymże mężem i żoną, choć raz na jakiś czas się nawzajem odwiedzają."(pp.102-103). c.) Pozycja kobiet. Powyższy opis nie ogranicza się do samej ceremonii ślubnej, Wikar jest obserwatorem na tyle dociekliwym, że stara się zrozumieć specyficzne zasady ustalające relacje rodzinne panujące w małżeństwie poligamicznym: "Małżeństwo jest już właściwie i uczciwie zawarte i tak biorą sobie 2 – 3 prawe żony lub więcej jeśli są bogaci, oprócz wszystkich żon przywłaszczonych, które mają przy sobie. Dla tych także się zarzyna i uznawane jest to za zaszczyt dla dziewki jeśli miała przywłaszczonych mężów, bo gdy dziewki się kłócą lub sprzeczają, jedna drugą tak oskarża, kto dla ciebie zarzynał lub przywłaszczał ty brzydka taka i owaka, dla mnie tyle a tyle już czyniono odmiennie. U Namacquoa jak również i Eynikkoa jest także w zwyczaju wymienianie żon, a to by utrzymać zarzynanie i radość z obu stron. Więc gdy żonaty Hotentot przychodzi wieczorem do innego Hotentota który leży ze swoją żoną, kładzie się z żoną tego mężczyzny; mąż tej żony wstaje, dla tamtego i kładzie się na innym miejscu. Tamten musi mu następnego wieczoru tak samo ustąpić miejsca, lecz jeśli żona tego który tę zabawę rozpoczął jest brzydka, to wtedy jednak ten handel nie pójdzie tak gładko."(p.103). Wikara ciekawi pozycja kobiet Khoi-khoi, interesuje się ich losem, czemu często daje wyraz w swoich niezwykle oszczędnych, ale za to nie ukrywających emocji komentarzach. Raz nawet, opisując z dużym szacunkiem swą wizytę u postrzelonego przez własnego syna zatrutą strzałą naczelnika Aukokoa, przemyca informację, że "większa część bydła naczelnika, razem z żoną i dziećmi, została mu odebrana przez Aukokoa, z tego powodu że źle żył ze swoją żoną."(p.116). d.) Prawo zemsty, zwyczaje pogrzebowe i zasady dziedziczenia. W innym znów miejscu, wychodząc od zwyczajów żałobnych kobiet Eynikkoa, charakteryzuje panujące wśród tego ludu związki krewniacze i prawo zemsty: "Dziewki od Eynikkoa które straciły swoich mężów, dają sobie uciąć mały palec prawej ręki, i te młode dziewki mają dziurę w nosie jak wół juczny, gdy tańczą, wtykają tam miotlą trzcinkę [25] lub trawę. W tańcu również przyczepiają sobie luźno do głowy ogon tego lub innego zwierzęcia, tak że podczas tańca huśta się tu i tam. Generalnie nacje te bardzo mocno popierają swoich przyjaciół krwi, jeśli ojciec jednego zostanie zamordowany, jego syn gdy dorośnie, pomści go na przyjaciołach mordercy, jeśli sam morderca nie żyje i tak ciągnie się to wzajemne mordowanie, aż nic lub niewiele zostanie z jednej z tych 2 rodzin i podejmują największe niebezpieczeństwo, by jednak w nocy przynieść swoich zamordowanych i pochować, tego nie zaniedbują nigdy. Ponadto najgorsze dla nich jest zostać uznanym za skąpca, dlatego mają wszystko wspólne i niczego sobie nie odmawiają."(p.134). Kilka akapitów dalej Wikar powraca do opisu sposobów pochówku i związanych ze strukturami pokrewieństwa praw regulujących dziedziczenie, dostrzega też wyjątkową rolę wuja i nie zapomina o wyrażeniu swej troski o los wdowy: "Jeszcze coś dotyczącego Eynikkoa; gdy umrą są chowani nago na siedząco. Żona i córka nie dziedziczą bydła, tylko to co kobieta dostała za swoje wydane za mąż córki. Lecz korale, obręcze, ozdoby etca, to są dla wdowy i córek, bo synowie muszą kupić swoje żony, dlatego całe bydło przypada im w spadku. Jeśli nie ma synów, to przychodzą po to przyjaciele męża, a biedna wdowa nie może nic zatrzymać, brat ojca lub wuj jest dla niej głównym spadkobiercą. Taki wuj może przez całe życie syna swojego brata żądać od niego wszystkiego złegoN.B., a ten drugi też musi mu to oddać, to jest pr exempel jakiś może w jednym małym miejscu przypalony karos, lub krowa która straciła róg lub ogon. Mając jeszcze brata ojca przy życiu, mężczyzna nie może trzymać wyżej wymienionych, lecz dobrowolnie je oddaje. N.B. Mianowicie uszkodzony karos, krowa pozbawiona rogów lub nie mająca ogona lub coś takiego."(pp.135-136). e.) Wychowanie dzieci. Wnikając głębiej w życie rodzinne Khoi-khoi, czyni obserwacje związane z wychowaniem dzieci, w tym wypadku płci męskiej, i dostrzega że chłopcy od małego przyuczani są do roli myśliwego i wojownika, co zdaniem podróżnika stymuluje zachowania agresywne i przyczynia się do wywoływania krwawych konfliktów w życiu dorosłym – "Dzieci hotentockie potrafią bardzo zręcznie łapać ptaki, bo z jemioły lub ptasiego gówna jak ją tutaj nazywają, wyciągają wewnętrzne pestki, które żują, a wyżuta z tych pestek masa jest tak elastyczna i lepka jak może być tylko klej, taką bryłę lepkiego kleju biorą między palce, i wkręcają w to długi sznureczek lub włókno. Z tych włókien wysmarowanych kleistością, kładą obok siebie 2, 3 do 4 sztuk wzdłuż kałuży lub źródełka, końce wysmarowanych włókien przymocowują kamieniem, jak małe ptaszki piją wodę, siadają stopami na oblepionym włóknie, zazwyczaj gdy chcą odlecieć końcówki skrzydeł przyklejają się do lepkiego włókna. Dzieci siedzą teraz za drzewem lub krzakiem, i gapią się jak ptaszki siadają, wtedy przybiegają prędko by je złapać. Turkawka jest największym ptakiem, którego potrafią złapać za pomocą tej sztuki. Dzieci Eynikkoa, gdy tylko nauczą się chodzić, otrzymują dzidki i łuczki, by jak najwcześniej uczyły się ćwiczeń; póki są małe polują na małe jaszczurki, które zastrzelają, pieką i zjadają, także zięby i inne małe ptaki zastrzelają te dzieci, i są w tym bardzo ambitne, bo wszystkie skóry małych ptaszków które zastrzeliły, są zawieszane na ich głowach, co jest wielce chwalebne; jest to również dla rodziców wielką radością; przez to bardzo złe jest ich wychowanie, bo im większymi nicponiami do szamotaniny i bijatyk są dzieci, tym łatwiej wśród dorosłych, i to przez te dziecinne zabawy, starsi często nastają na siebie, i przez to dochodzi do mordów i zabójstw. Matka nawet znosi cierpliwie to, że jest obrzucana kijami i kamieniami, uważając za szczęście że ma za syna złośliwego bohatera; gdy dzieci mają 6 lub 8 lat, wycina się dla nich z dawee lub cyprysu ostre kije, na kształt włóczni i używają pnia starego zwalonego drzewa kołczanowego [26] jako domniemanego zwierzęcia, drzewo kołczanowe jest tak miękkie, że zaostrzone kije, które go dosięgną, wbijają się w nie. Tak uczą się rzucać najpierw z dwunastu do 15 kroków, ale starsi rzucają już z 24 albo 25 kroków. W tym również ja sam się ćwiczyłem, również w strzelaniu z łuku."(pp.89-90). 3.2.3 Sposoby zdobywania pokarmu. Wikar, obserwując bacznie otaczającą go rzeczywistość, potrafi dostrzec i nazwać podobieństwa i różnice [27] między zwyczajami związanymi z tradycjami europejskimi, a tymi wynikającymi z uwarunkowań kulturowych swoich przewodników. Opisując tradycyjną dietę, którą miał okazję poznać, przedstawia potrawę, którą rozpoznaje jako chleb, mimo odmienności sposobu jej przygotowania i smaku: "Hotcki chleb: na łąkach gromadzą mrówki nasiona wysokiej białej trawy lub gaa, z takiego miejsca Buszmeni wykopują nasiona, i odsiewają z nich dokładnie piasek, rozgniatają nasiona i robią z nich ciasto, i gotują tak jak my gotujemy knedle, jest bardzo pożywny lecz ma dziwny smak."(p.91). Wikar najszerzej jednak opisuje różne metody łowieckie stosowane przez swoich przewodników. a.) Polowanie z bronią. Pierwsze takie, opisane przez autora, polowanie w którym uczestniczył, zakończyło się nie sukcesem, a jak się później okazało, tragedią: "Tu po drugiej stronie rzeki leży zagroda buszmeńska zwana: Nanninghai lub wspinaczy górskich mających bydło i na oko znacznie mocniejszych w ludzi i słomiane chaty niż poprzedni Samgomomkoa; przynieśli nam 3 owce i 1 cielę na bydło rzeźne, za tytoń i daga [28] ; tutaj zraniliśmy krowę morską [29] , więc zostaliśmy tu by jej poszukać; przy tej okazji odkryłem, że krowę morską można zastrzelić również małą kulą do rusznicy jeśli tylko pod kulami jest pół na pół cyny i ołowiu, czaszki krów morskich są tak twarde że uderzające w nie kule z czystego ołowiu rozpłaszczają się na placek. Przy tym również spostrzegłem że Buszmeni nie śmieją przepływać tam gdzie leżą ze 2 krowy morskie, opowiedziano mi także że wielu Hotów zostało przez krowy morskie przegryzionymi i stary Gouzep lub Baartman pokazał mi swoją pierś gdzie krowa morska wgryzła była mu się w ciało, ale to wydarzyło się na lądzie, w nocy gdy polowali na krowy morskie, który to sposób polowania opiszę dalej. Nasi buszmeńscy towarzysze przepłynęli przez rzekę, by odszukać zranioną krowę morską i znaleźli ją jeszcze żywą leżącą po tej stronie lądu, bo inne krowy morskie odegnały ją i żreć ryb zraniona krowa morska również nie mogła przez to że musiała wybrać ląd, leżała teraz pod brzegiem tak że będąc po tej stronie nie mogliśmy jej zobaczyć, lecz oni z tamtej strony owszem, więc strzeliliśmy do zdrowej, leżącej w pobliżu na lądzie krowy morskiej, a zraniona leżała pod brzegiem, blisko nas, czego nie widzieliśmy, inaczej można było ją zabić włócznią; gdy strzał wybrzmiał, zaraz zobaczyliśmy że zraniona krowa morska zaczęła się miotać, by dotrzeć do wody, i także nam umknęła, gdyż kula nie chciała w dół; wtedy zaczęło się robić całkiem ciemno, i było daleko od obozowiska, lecz Buszmeni przepłynęli jednak, z dala od miejsca gdzie leżały krowy morskie, i przyszli do nas. <...> Rano znów szukaliśmy naszej zranionej krowy morskiej, lecz nie mogliśmy jej dostać, i zawróciliśmy do naszego schronienia. Ta wzmiankowana krowa morska stała się później przyczyną wielkiego nieszczęścia, bo 3 dni po naszym odejściu stąd, krowa morska została znaleziona martwa przez lud wyżej wspomnianych Nanningaiów, spośród których kilka dziewek uradowało się krową morską, położywszy się wieczorem spać na Słoniowej Ścieżce nie mając przy sobie psów lub ognia, wtedy przyszedł w nocy wielki byk słonia i śmiertelnie stratował 2 ze śpiących dziewek; i przy moim powrocie, były tam jeszcze 2 zranione, jedna bez ręki, inna bez kawałka policzka. 19-go września od Chabou'ów do Evyop znów postrzeliliśmy krowę morską w pysk, lecz również nie dostaliśmy."(pp.84-86). Wikar raczej nie pozostawia wątków otwartych, jeśli czegoś nie rozumie lub nie wie, stara się dociec prawdy i opisać to, czego się dowiedział. Tak też stało się w przypadku hipopotamów – w końcu czytelnik otrzymuje receptę na udane polowanie: "Hotckie polowanie na krowy morskie jest również bardzo ryzykowne, bo nocą w świetle księżyca gdy krowy morskie wychodzą z rzeki i pasą się na łąkach, idą Hotci wzdłuż rzeki i napotykają ślad tam gdzie krowa morska wyszła, i ścigają ją potem dużą grupą, dobrze wyposażeni w dzidy; naganiają ją ciągle skręcając i umykając, bo w biegu rzucają Hotci zbyt blisko, można się nie spodziewać po krowie morskiej z jej krótkimi łapami że umie biegać, lecz potrafi się nawet wspinać po górach i skalistych wzgórzach, i przyprawić Hotów o dobrą zadyszkę. Łowcy są zazwyczaj podzieleni na 2 grupy, bo gdy pierwsi łowcy są już porządnie zmordowani, rozdzielają się. Krowa morska biegnie wtedy swoimi ścieżkami z powrotem, by dostać się do rzeki, lecz tam przechwytują ją świezi i rześcy łowcy. Zdarza się też nawet że krowa morska umknie także z rąk ostatnich łowców, ale i tak przegrywa, bo przychodząc do rzeki zraniona, jej właśni koledzy nie dają jej spokoju, tylko wyganiają ją z rzeki, i żreć ryb również nie może, dlatego że wybiera brzeg, tak że Hotom często się przytrafia że znajdują na brzegu rzeki martwe lub przynajmniej mające mało życia krowy morskie, tak że je potem dobijają. Tak polują Buszmeni tu w dole, lecz na górze gdzie nie jest tak przebiegła i dzika, tam dostają ją łatwiej, bo krowy morskie tam poniżej brodu wozów Komp, i 3 – 4 dni drogi wyżej, są zbyt sprytne przez to całe strzelanie Holendrów, lecz wyżej tak jak sam widziałem, jak krowa morska leży pośrodku rzeki, i krzyknie się z brzegu, krowa morska podchodzi blisko do brzegu, z ciekawości by zobaczyć co też to takiego. Wtedy tam wyżej Eynikkoa zraniwszy ją dzidami, rozpalają wielki ogień, wtedy krowa morska zaczyna walczyć z ogniem. W tym czasie obrzucają ją dzidami, w świetle ognia, i tak dostają ją łatwiej niż tam poniżej."(pp.107-108). W podobny sposób, najpierw opisując własne doświadczenia, a następnie teoretyczne metody zasłyszane od myśliwych, podaje techniczne wskazówki pomocne przy polowaniu na różne inne niebezpieczne zwierzęta, takie jak słoń czy nosorożec. b.) Polowanie z pomocą potrzasku. Nie mniejsze zainteresowanie u Wikara budzą sposoby mniej ryzykowne, ale za to bardziej pomysłowe, takie jak na przykład wilcze doły: "Pierwszy raz widziałem kaysi lub wilcze doły, w które łapią krowy morskie, bawolce i inne dzikie zwierzęta. Te kaysi lub wilcze doły są wykopywane w twardym skalistym gruncie nieco szersze u góry niż u dołu, niezrozumiałe dla mnie, w jaki sposób potrafią w tak twardym i skalistym gruncie, i to jeszcze bez łomów i kilofów, wykopywać tak głębokie dziury, lecz mają kieri z drewna oliwnego, które jest na końcu ostro ścięte, a około nieco niżej niż w połowie tego kierie jest okrągły ciężki kamień przewiercony w środku; przez ten ciężar który kieri otrzymuje od okrągłego kamienia prędkość kopania jest jednak znośna. Od tych opisanych wyżej kaysi lub wilczych dołów odchodzą ukośnie po dwóch stronach 2 mocne ogrodzenia, zrobione z akacji lub noey [30] , i gdzie te 2 ogrodzenia się ze sobą schodzą, tam jest dół, czasem 2 do 3 obok siebie, bo tak jest wypraktykowane, że jak zwierzyna idzie od rzeki, dostaje się między te 2 ogrodzenia, które zgodnie z umową idą ukośnie do dziury; tu zwierzyna widzi w ogrodzeniu otwór, przez który chce się wydostać, ale tam jest dziura przykryta cienkimi gałązkami i obrzucona trawą, do której wpada zwierzyna. Opowiadają, że potrafią w to schwytać nawet wielbłądy i inną zwierzynę, lecz ja sam widziałem jak chwytają w to krowę morską i 1 bawolca, u Namnykoa."(pp.88-89). Opis samej pułapki wzbogacony jest dalej o szczegóły dotyczące zwyczajów z nią związanych: "Gdzieś trochę powyżej wodospadu, zaczynają się Kaysi lub wilcze doły Namnykoa, i ciągną się przez prawie 2 dni drogi w górę, z czego widać że naród ten jest pracowity. Tu w gęstych zaroślach rzeki nosorożec napędził nam strachu, leży tu w rzece mnóstwo krów morskich. 10-go ruszyliśmy znów wzdłuż rzeki, i w wilczych dołach lub kaysi znaleźliśmy bawolca którego nasi Buszmeni wyciągnęli i ubili co wydało mi się dziwnym, że zrobili to bez pozwolenia, lecz odpowiedziano mi, że jest u nich taki zwyczaj, że ten kto jest w drodze, znajdując coś w dole, może z tego dowolnie korzystać, bez sprzeciwu. Bo u Blip i Eynikkoa był obyczaj, by podróżnym dawać prowiant za nic, a oni przychodząc do innych pretendowali o to samo. Z tym wiązał się przesąd, bo ta krowa bawolca była cielna, nienarodzone cielę zostało wraz z nieczystościami wrzucone z powrotem do dołu, ogólnie mówiąc wtedy prędko znów coś tam wpadnie. Kayzi ponownie zostało porządnie ułożone i u góry przykryte trawą. Posuwając się dalej weszliśmy niepostrzeżenie do rzeki, gdzie kilku Hotów od Namnykoa wyciągało ryby ze swoich więcierzy, przynieśli nam cały swój połów ryb i chcieli pójść zwizytować kaysi, lecz powiedzieliśmy im, że przejrzeliśmy wszystkie kaysi, i znaleźliśmy tam jednego bawolca, którego ubiliśmy, na to okazali nam uznanie; wtedy dałem każdemu z nich kawałek tytoniu, co było dla nich wielką radością."(p.112). c.) Podstęp. Ciekawa jest również metoda łowiecka świadcząca o umiejętności wykorzystania trudnych warunków klimatycznych na potrzeby człowieka: "W miesiącach grudniu, styczniu, lutym i marcu klimat jest tu szczególnie gorący, tak że nie można zostawić na zewnątrz żadnej skóry lub rzemienia, bo się upiecze, i rozpada się w rękach. Słońce jest tu tak gorące, że w tym czasie nie można zrobić boso nawet 20 kroków w pyle lub w piasku, bo na stopach robą się pęcherze. W tym czasie można też przez wszystkie dni łapać gołymi rękami steenboki [31] (jeśli n.b. nie pada), bo gdy tylko steenbok wyskoczy, pozwala mu się biec jego kursem. Siedzę sobie w cieniu pod krzakiem przez circa jedną fajkę tytoniu, potem znów podejmuję ślad steenboka i ścigam go; gdy go znowu spłoszę, znów siedzę około 7–8 minut i tak jak przed momentem. Robiąc tak 3ci lub 4ty raz można go schwytać gołymi rękami gdy znowu wyskoczy, jego łapy są wtedy przepalone. To jest stały interes Buszmenów z równiny w ciepłej porze."(pp.129-130). Natomiast najbardziej wyrafinowana technika pojawia się przy okazji opisu różnych rodzajów używanych przez Buszmenów i Khoi-khoi strzał, w zależności od zastosowania: "Buszmeni i bogate w bydło nacje osiadłe wzdłuż tej wielkiej rzeki, potrafią bardzo szybko strzelać z łuku. Ich łuki są zazwyczaj z drewna czerwonego karee lub oliwnego. Potrafią ładnie zwabić zwierzynę skórą ubitego strusia, którą zakładają na siebie i chodzą w ten sposób w który robi to ten ptak w okolicy, w której dziko się pasie; będąc prawie ładnie twarzą w twarz ze zwierzyną, zaczynają się płoszyć, skacząc tu i tam tak jak robi to struś gdy coś spostrzeże. Gdy widzą to kwagga [32] dzikie konie etca, podchodzą by popatrzeć na tego przebieranego strusia, który rozpoczął tę grę pod wiatr, tak że zwierzyna nie może poczuć jego zapachu. Gdy już się zbliżą, może do nich strzelać do woli. Ich strzały, którymi strzelają do zwierzyny są zazwyczaj żelaznymi harpunami; także używany jest na czubku trzcinowej strzały kanciasty, ostry biały kamień zamiast żelaznego harpuna; te oceniają jako lepsze od żelaznego harpuna, bo kamień często rozbija się na kawałki w ciele zwierzyny. Inne strzały są robione z ostrych kości gensboków wetkniętych w trzcinę [33] . Jeśli poważnie mają zamiar strzelać do siebie nawzajem, malują strzały na czarno, bo wtedy strzały wystrzelonej szybkim strzałem, można nie zauważyć, więc nie jest się w stanie przed taką strzałą uskoczyć." (pp.130-131). 3.2.4. Rozrywka. a.) Używki. Jednym ze stałych motywów pojawiających się w "Sprawozdaniu..." są wspólne dla obu kręgów kulturowych używki [34] , takie jak alkohol i tytoń – oto wyczerpujący opis zasad wytwarzania i konsumowania piwa: "29-go września wyruszyliśmy do Hari, podeszliśmy niespodziewanie do jednej zagródki buszmeńskiej z 3 słomianych chat, dzieci rzuciły się do ucieczki pod górę, lecz starzy weselili się przy garncu piwa, więc nas nie spostrzegli, zanim byliśmy przy nich, wtedy z zakłopotania podali nam na stojąco garniec z piwem, zaczyn i sakwę miodu. Teraz nasze towarzystwo też robi codziennie piwo, zaczynem od którego piwo zaczyna pracować jest korzeńN.B. wzmiankowanego haãp [35] lub cebulki włosowej, który jest suszony i rozgniatany i rozpoczyna pracę wody miodowej, z czego powstaje zaczyn, który później im częściej używany tym większy też się staje, jest pewien zaczyn który powoduje ból brzucha, lecz nasz zaczyn jest dobry, z 2 cebrzyków czystego miodu i 4 lub 5 półkwart [36] wody może się rozweselić 6 lub 8 Hotenów, garniec ustawia się przy ogniu lub na słońcu by się zagrzał lub zaczął pracować, gdy piwo w porze suchej stoi na słońcu circa 4 godziny, pieni się i mocno pracuje. Potem zostaje wypite zanim dojdzie, a gdy pierwsza woda zostanie spita, 2 do 3 razów zalewa się zaczyn wodą, która również zostaje wypita ze smakiem, gromko się przy tym rozprawia i śpiewa bez sprzeczek i waśni, których surowo zabroniłem [37] , bo inaczej przy tej piwnej wesołości potrafią o wszystko się obwiniać i gęsto strzelają do siebie nawzajem z łuków. Piwa młodzież nie dostaje zupełnie lecz musi teraz pilnować i strzec bydła i wszystkiego innego. N.B. Korzeń zwany haãp wydaje bluszcz mający biały kwiat z czerwonymi stanniami i piorillami."(p.92). Relacja Wikara jest na tyle szczegółowa, że podaje on także tradycyjny sposób tropienia pszczół, których miód jest niezbędny do warzenia piwa metodą tradycyjną: "Szukanie miodu lub polowanie na pszczoły jest wśród Hottów, uważane za sztukę, i tak jest w istocie, bo w dzikim, pustym polu gdzie nie znają gniazd, dostają je; jednak najłatwiej je znaleźć wieczorem circa godzinę przed zachodem słońca, wtedy pszczoły ruszają pod wiatr do gniazda, lecz za dnia trzeba się kierować ku nadlatującym pszczołom i zauważyć jaki jest ich kurs; potem zwrócić uwagę na wiatr i idąc prosto pod wiatr, potem znajduje się prędko stadko pszczół. Wtedy gniazdo nie jest już daleko, w gęstych zagajnikach z drzew nad wielką rzeką zwracają uwagę na odchody pszczół, i dzięki temu znajdują gniazdo, miód wyciągnięty z drzewnych gniazd jest milszy niż ten wyciągnięty z gniazd położonych w górach, bo w zagajnikach rzecznych nie ma trujących drzew lub krzaków takich jak w górach."(p.91). Wikar zauważył również odmienność sposobu i funkcji palenia tytoniu, dlatego w swojej opowieści umieszcza także przepis na tradycyjną fajkę wodną: "Dziś pokazali mi [Gyzikoa] jak to Bliqua palą tytoń. Moczą glinę i wyrabiają ją do miękkości, potem skośnie wtykają z obu stron 2 patyki poprzecznie do siebie, a wyciągnąwszy sprawdzają czy utrafili patykami lub czy powietrze przechodzi; potem wlewa się tam wodę. Do jednej dziury wtyka się tytoń, potem palacz kładzie się na brzuchu, wciągając dym z jednej dziury, a inny podpala tytoń. Również palą z bydlęcego rogu, gdzie również przepuszczają dym przez wodę, i połykają dym tak że stają się tak pijani że tracą świadomość, i paląc padają w ogień, tak że czasem są ciężko poparzeni, zanim inni zdążą im pomóc."(p.124). b.) Taniec. Pośród opisów rozrywek różnych ludów, znajduje się także szczegółowa relacja z pokazu tańców urządzonego na cześć Wikara i jego świty przez Kouringai [38] : "Podczas mojej drugiej wyprawy zauważyłem że są z tego wyraźnie dumni wobec ludu z góry, że mieli przywilej spotkania się ze mną; ułożyli też o mnie pieśń do swojego tańca flecików, i zaszczycili mnie i moje towarzystwo tańcami fletu i Blip lub nosorożca. Te dwa tańce były mi miłe dla oka i ucha; w tańcu flecików jest najpierw melodia, i najbardziej podstawowy jest lament dziewki lub kobiety która straciła męża na wojnie; sens tego jest mniej więcej taki, że jest ona teraz będąc wdową jest z dziećmi sama, zwierzyna która dawniej była dla niej biega teraz bez strzał i jednocześnie daje do zrozumienia, że będzie żyła tak długo, aż jej syn, którego miała ze zmarłym mężem, urośnie na tyle żeby łowić dla niej zwierzynę. Mężczyźni stoją obok siebie zamknięci w kręgu, każdy ma flet, jedni mają grube flety, niektórzy cienkie, jeden mężczyzna stoi z fletem pośrodku kręgu; jako pierwszy zaczyna taniec i pieśń ze słowami, na co stojący w kręgu zaczynają wszyscy jednocześnie tańczyć w koło w tym samym czasie dmuchając we flety. Dźwięk grubych fletów pojawia się w pieśni nie inaczej jak w jej rytmie, jeśli gruby dźwięk musi tam być, a szczególnie gdy pieśń się kończy, grube flety dają się słyszeć jako ostatnie; wtedy tańczą bardzo intrygująco wybijając stopami rytm, gdy ma on być. Kobiety tańczą teraz wokół kręgu jedna za drugą, klaszcząc w ręce; tu wydarza się coś podobnego do karesseere, bo gdy tak tańczą wkoło, jeden lub 2 mężczyźni wyślizgują się z kręgu. Dlatego przyciskają się do siebie ciasno; a kto jest poza kręgiem, tańczy przy kobiecie delikatnie pociągając za jej fartuszek, za co ona znowu zdaje się mu wygrażać. Najładniejsza z tego jest muzyka, gdy wieczorem jest się 4 – 500 kroków od nich, wtedy słychać tyle głosów ile tylko można sobie wymyślić, bo wtedy klaskanie w dłonie nie zakłóca właściwego brzmienia muzyki. Taniec Bliquoa który nazywają również tańcem nosorożca, widziałem po raz pierwszy u Gyzikoa, odrobinę przypomina nasze kontredansy; towarzyszy mu nie muzyka, lecz pieśń. Dziewki są śpiewakami i stoją zazwyczaj w 2 rzędach klaszcząc w ręce i śpiewając; na to nadchodzą tańcząc mężczyźni, i natychmiast wychodzą spośród dziewcząt 2, które umieją najlepiej tańczyć; one wyobrażają teraz 2 nosorożce. Wciąż tańcząc te 2 rzekome nosorożce próbują staranować łowców lub mężczyzn, którzy tańcząc pokazują swoją sztukę ucieczki i uników."(pp.127-128). 3.2.5. Opowieści. Celem poniższej analizy wplecionych w narrację wątków zasłyszanych przez autora nie jest tutaj dekodowanie ich pod względem treści i formy, ani ustalenie wiarygodności źródła przekazu. Punktem kluczowym jest tu raczej sposób funkcjonowania tych opowieści w opisywanej przez Wikara rzeczywistości, a w szczególności ich niejednoznaczna rola w "Sprawozdaniu...". W sposób wyraźny uwidacznia się tu konflikt pomiędzy formalnymi i funkcjonalnymi zasadami konstrukcji takiej opowieści zgodnymi z tradycją plemion, z którymi zetknął się Wikar, a jego wyrosłą z konwencji relacji urzędowych VOC ambicją kronikarską, która nakazuje mu opisać wszystko dokładanie tak, jak miało miejsce w rzeczywistości. Stąd nieraz autor zdradza swą bezradność wobec niemożności weryfikacji zasłyszanych opowieści, lub wręcz ewidentnych według niego niezgodności z prawdą. a.) Kurioza. Wikar jest nie tylko dobrym obserwatorem, ale i uważnym słuchaczem. Duża część zgromadzonej przez niego wiedzy pochodzi z rozmów i opowieści, którymi towarzysze obdarowują go bardzo hojnie. Choć historie te przetłumaczone są, nie wiadomo na ile dokładnie, przez narratora i spisane jego ręką, choć stylistycznie nie różnią się od własnych spostrzeżeń i nie są wolne od uwag podróżnika, to mimo to, a może nawet właśnie dlatego, w sposób dość przejrzysty ukazują specyfikę myślenia zarówno ludności rdzennej jak i jej ówczesnych kolonizatorów. Te dwa punkty widzenia spotykają się i rozmijają w opowieściach niesamowitych, takich jak ta o mlekopijcy, kuriozum nieopisanym w żadnej innej relacji, ani wcześniej, ani później: "Hotentoci opowiadali mi, że wielcy Namaqua, którzy są bardzo bogaci w bydło, okazują swój stan i bogactwo w mlekopijcy, którego nazywają w swoim języku teyaapem, a dla którego buduje się osobny dom i łóżko z którego nie wolno mu wstać, lecz nieustannie musi leżeć, tak długo jak trwa poniższa kuracja, bo dla niego uwiązuje się i doi 8 najlepszych krów, których mleko musi codziennie trawić on i jego stary opiekun lub czarownik: żaden pies lub inny człowiek jak tylko oni 2 nie może z tego korzystać, musi pić mleko na leżąco, w żadnym przydarzającym się wypadku nie wolno mu wstać lecz jego opiekun musi go czyścić, i jak tylko się obudzi musi znów pić bez względu na to czy może to utrzymać w sobie czy nie; trwa to 3 do 4 miesięcy, a czasem dłużej, potem w końcu mleko zaczyna się zbierać w jego ciele, lub zatrzymuje on mleko w sobie, zaczyna teraz tyć i na jego tuszy zaczynają wyskakiwać zmarszczki i rozstępy, jak na skórze brzucha młodej dziewczyny, która zaszła w ciążę; jak jest już wystarczająco gruby, wtedy zabija się owcę; wtedy teyaap musi wypić cały tłuszcz z tej owcy i wtedy po raz pierwszy wstaje, i jest teraz ułomny z powodu otyłości. Taki teyaap nigdy się nie żeni i według ich opowieści taki Hott może bardzo długo wytrzymać bez jedzenia, ale jego były opiekun którego miał przez czas kuracji również nie jest chudy."(pp.86-87). Trudno jest dziś wyrokować czy opowieść ta opisuje faktyczne obyczaje, a jeśli nie, to czy mamy tu do czynienia z rodzajem legendy krążącej o obcej grupie plemiennej, czy może cała ta historia została sfabrykowana jedynie na użytek wdzięcznego słuchacza, zagubionego w gąszczu wątków rzeczywistych i wyobrażonych, chłonącego każde słowo z szeroko otwartymi oczami. Podobnie zastanawiająca, choć później pozytywnie zweryfikowana przez autora "Sprawozdania...", jest kwestia jadożłopa – "Dla Hotów najpewniejszym środkiem by wyleczyć ukąszonego przez jadowitego węża lub ciężko zranionego trucizną, są wody jadożłopa, którego się zaprawia w truciźnie, tak że później żadna trucizna mu nie szkodzi, a przebiega to tak: Hott zraniony ciężko przez węża nacinany jest w 30 miejscach na ciele i wszędzie wtykana jest trucizna, potem dają mu do wypicia 3 banieczki jadu miedzianej kapelli [39] lub żółtego węża [40] , potem okrywają go ciepło skórami i karossami, jak się silnie wypoci podają mu jad kobry plującej [41] ; potem wraca do siebie, bo rozgrywa się to między życiem a śmiercią. Pacjent w trakcie tych zabiegów traci czucie i przez dobę pozostaje poza świadomością, aż otrzyma jad kobry plującej. Niektórzy z tych na których tego próbowano odchodzą przez to na tamten świat, lecz ci którzy pozostają przy życiu, pozwalają, będąc znowu zdrowymi, kąsać się wężom i skorpionom w usta i wszędzie, co nie czyni im żadnej szkody. Żłopią pozostając w zdrowiu najsilniejszą truciznę mianowicie jad żółtego węża, lecz to jednak im szkodzi aż znów dostaną jad kobry plującej, wtedy znów są tak świezi jak wcześniej. Wody takiej osoby są w zagrożeniach bardzo lecznicze. Ponieważ to dla mnie wielka osobliwość, dałem się zaprowadzić do takiego jadożłopa i uznałem to za veritable [42] . Opowiadają także, że ktoś będący oplutym w oczy przez kobrę plującą także musi użyć wód takiego mężczyzny. Ozdrowiawszy, jego oczy stają się o wiele wyraźniejsze niż wcześniej, lecz gdy staje się stary i staje się chory, zanim przyjdzie mu umierać, najpierw staje się całkowicie ślepy, probatum na psie a także na człowieku."(p.117). Inna opowieść zdecydowanie bazuje na rzeczywistych praktykach monorchicznych [43] , mających prawdopodobnie związek z obrzędami inicjacyjnymi, jednak ich wytłumaczenie może wprawiać czytelnika w zadziwienie: "Opowiadali mi o ceremoniach wielkich Namacquoa takich jak te które później sam odnalazłem u Eynikkoa i Korakkoa (wśród których się włóczyłem), prócz tego że Eynikkoa lub Korakkoa obcinają jedno jajoN.B., utrzymując że ma być to korzystne przy bieganiu, czy to pomaga nie wiem, lecz potrafią biec prawie równo z koniem, ale spotkałem tam też młodych Hotów którym tego nie zrobiono, Blip z tego nie rezygnują i tną również swoje dziewki. N.B. lewe."(pp.98-99). Wikar przyznaje tu, że osobiście nie był świadkiem takiej ceremonii, prawdopodobnie dlatego też zadowala się wyjaśnieniem podanym mu przez dwóch starców, od których usłyszał tę opowieść. b.) Mity. Pojęcie prawdy w sposób ewidentny przestaje być jednoznaczne w przypadku mitów, które podróżnik określa mianem zabobonów i podaje w formie ciekawostek: "Wojna i całe zło bierze się od diabła, kouwnaapa, jest on czarny, jak mówią czarownicy, którzy utrzymują, że często go widują. Ponieważ jest zły, należy dla niego zarzynać i składać mu ofiary. O TzoekabieN.B. lub Bogu [44] nie wiedzą nic prócz tego, że jest dobry i że na początku uczynił kamienie lub skały, z których pochodzą ich przodkowie, tak mówią. Przeklinają słońce, wiatr i deszcz, ikode solep złorzeczy słońcu, lecz dla nowiu zdają się mieć niejaki szacunek, bowiem gdy wschodzi, tańczą i klaszczą w dłonie w radości, zwracając twarz ciągle w stronę nowiu. W kraju wielkich Nomakkoa, po drugiej stronie rzeki Bokkerivier są 2 długie rzędy grobów według ich słów stojących bardzo regularnie w linii. Tam, mówią, Tzoekoab lub bóg grzebał w dawnych czasach lud, i wszyscy którzy muszą tamtędy przejść łamią gałązkę zielonego krzewu i rzucają na groby, bo inaczej sprowadzą ciężką chorobę na swój kraj. Powszechnym zabobonem [45] u Namacquoa, Blip i Eynikkoa jest że ich bydło wyszło z jamy skalnej, a płaska skała mająca znajdować się niedaleko Blip, gdy się po niej chodzi dźwięczy jakby była pusta od spodu. W skale są ścieżki ze śladów bydła jakby odciśnięte w miękkim gruncie, a ślady pasterzy również mają tam być. Przy bydlęcej jamie jest zielony krzew, który nigdy nie wysycha. Córka bogatego naczelnika z ciekawości kazała się spuścić na trokach do bydlęcej jamy, jej oczy tam ociemniały i tego wieczora była martwa, na co ojciec tej córki wymordował większość jej towarzystwa włóczniami. N.B. dobry człowiek"(104-105). Takie traktowanie do mitu, czyli sprowadzanie go opowieści czysto fantastycznej, jest jeszcze wyraźniejsze w opowieści o zającu: "Przy okazji tego, że Hotci zatłukli zająca, muszę zameldować o hotckim wierzeniu dotyczącym tego zwierzęcia. Zjeść zająca to dla nich coś bardzo złego, i kto z głodu się tego dopuścił, nie jest już mężczyzną, i jest mu to wypominane przez całe jego życie, aż nie śmie już więcej rozmawiać. To małe zwierzę jest przez nich bardzo znienawidzone, potrafią je zatłuc lub dopaść, prowokuje ich do tego. Powodem tego jest, tak jak mówią mianowicie: Że Tzoekoab lub Bóg miał w dawnych czasach (gdy ludzie byli tacy smutni, przez to że ich przyjaciele umierali) polecić zającowi, by dostarczył ludziom wiadomość, że nie muszą się tym martwić, ze względu na to że ich przyjaciele którzy teraz umierają, jednak za jakiś czas znów się odrodzą tak jak księżyc w nowiu. Zając obiecał to przekazać, ale natychmiast wyszło z niego draństwo, poszedł do kleszcza, przekazał mu wiadomość zupełnie odwrotną i poprosił go, by opowiedział to ludziom, a ten odparł, że to dla niego za wcześnie, nie przywdział jeszcze swojej khey lub voorkros, i powiedział, że zając biega lepiej niż on i może tę wiadomość dostarczyć jeszcze prędzej. Na co zając zrobił to sam, lecz skłamał i powiedział ludziom: kto umarł, pozostanie martwy i nigdy się nie odrodzi tak jak księżyc w nowiu; nie uwierzyli w to, lecz w to, że za jakiś czas znów się odrodzą jak księżyc w nowiu [46] . Przez swoje kłamstwa zając stał się wielkim wrogiem Hottów. To wierzenie mają wszystkie znane mi narody, a starzy Hotci którzy byli daleko u Blicquoa Damracqua etca, mówią ze to właśnie wierzenie jest również i tam. To wierzenie wielokrotnie okazało się dla mnie wielce korzystne, bo gdy moje towarzystwo szło wieczorem spać o pustym żołądku, ja piekłem sobie pod popiołem zajęcze mięso, choć nie wydawało się to wobec nich nazbyt grzeczne."(pp.118-119). Swój stosunek do zasłyszanej opowieści najlepiej ilustruje niezbyt "grzecznym" postępowaniem. Choć spożywanie przez niego zajęczego mięsa nie jest oznaką braku szacunku, to jednak w tym wypadku Wikar zdecydowanie nie ma wątpliwości, że to co dla jego towarzyszy jest najświętszą prawdą, z jego punktu widzenia ma wartość jedynie anegdotyczną. c.) Celowe kłamstwa. Inaczej sprawa się ma w przypadku celowych, użytkowych kłamstw, gdy handlarze chcąc utrzymać swój interes utrzymują w tajemnicy pochodzenie swojego towaru, lub zniechęcają klientów do podróży do innego dostawcy: "Dzisiaj kilku starych spośród moich towarzyszy podróży opowiedziało mi wiele nowego. Według mojego rozeznania byli oni jeszcze 16 dni dalej na północ niż Hoppe był ze swoją wyprawą; najpierw pokazali mi korale które po hotcku nazywają koeno, w różnorakich kolorach, najładniejsze są jak hiszpańska zieleń lub zaśniedziała ruda miedzi, widziałem je również rozbite na kawałki i nic tylko robić z tego szkło. W większości pochodzą od Zountama, która to nacja miałaby mieszkać dość blisko plaży po drugiej stronie Zambdana. Ci Zambdana zbliżają się do obozujących Namacqua gdy Zountama przychodzą pracować u Namacquoa, wykuwają z żelaza i miedzi delikatne i szorstkie korale, które to 2 metale występują u nichN.B. pod jedną nazwą namaquoa'ijskie żelazo noengais lub czarna miedź, a avangais lub czerwona miedź to jest właściwa miedź. Dniówka tych kowali Samdama to u Namacquoa jedna antylopa ooibok dziennie, przez to że ta nacja jest w nie źle zaopatrzona, lecz krów mają znacznie więcej. Nacje Zambdama i Zountama są o wiele czarniejsze niż Namacquoa lecz jednak nie tak czarne i ospowate na gębach jak Damracquoa i Blip, teraz zapytałem gdzie Zountama zdobywają owe wzmiankowane koenokorale. Powiedzieli że jak się ich o to zapyta powtarzają zawsze że na kolor tych korali, zielony jak łąka trawy, muszą też mieć stare krowy, i gdy te krowy stają się tłuste, są zarzynane a zawartość ich żołądków jest zakopywana, i musi przez pewien czas pozostać pod ziemią, wyjęta stamtąd daje korale, lecz Nasi Namacquoa[,] jak powiedzieli [47] [,] którzy są ożenieni z dziewkami Zountama, opowiadają to inaczej, mianowicie że Zountama co roku idą z bydłem do Kawep i Blip, i za bydło dostają obfitość wzmiankowanych właśnie wspomnianych korali lecz u nas przychodzącym Namacquoa dają o wiele mniej korali za krowę. Ostatnie nacje od których pochodzą te korale, nawet same przychodziłyby z nimi do Namacquoa, lecz Zountama przekonują ich, że Nomacquoa są tak złą nacją, że droga jest tak daleka i bez wody, że jeśli tam pójdą ich głowa stanie się jak skorupa strusiego jaja na równinie, tzn. że umrą a sucha czaszka ich głowy zostanie znaleziona na równinie przez Zountama. Już łatwiej w to uwierzyć niż w to pierwsze bo Zountama mogli rzeczywiście praktykować te kłamstwa, dla profitu który mają z handlu tymi koralami; podobne kłamstwo opowiadają o muszlach lub kauri które noszą na głowie, lecz nacja Gyzikoa tam wyżej wzdłuż wielkiej rzeki gdzie byłem mówią mi otwarcie, że widzieli jak Blip u źródeł innej wielkiej rzeki, która położona jest tam wyżej tylko 4 dni drogi na północ od tej rzeki, wykopują te właśnie kauri u źródeł tej rzeki. N.B. u Namacquoa'ów."(pp.97-98). Tutaj Wikar się gubi. Jest w stanie określić na własny użytek które opowieści są jego zdaniem prawdziwe, a które według jego uznania fałszywe na tyle, na ile pozwala mu na to jego wiedza ze świata zewnętrznego. Ostatnia podana wersja wydaje mu się, prawdopodobna, jednak niestety i to jest fantazją, bo muszelki kauri faktycznie były sprowadzane z Malediwów. Trudno byłoby dzisiaj ustalić, czy twórca tej historyjki i tutaj celowo fałszował rzeczywistość, czy niezgodność ta wynikała z niewiedzy. Bardziej istotne są w tym fragmencie niestrudzone próby ustalenia faktów, zdemaskowania fikcji i wskazania prawdziwej (według Wikara) wersji wydarzeń. e.) Funkcja sprawcza opowieści. Rozbieżności w rozumieniu i posługiwaniu się kategorią prawdy jeszcze bardziej widoczne są w sytuacji, w której narrator uczestniczy osobiście, i swoje obserwacje konfrontuje z opisującą to samo wydarzenie opowieścią swoich towarzyszy: "Wyruszyliśmy od Amkamów do Nami. Dziś mieliśmy szczęście zastrzelić nosorożca, w czym Hotci nas dzielnie wsparli włóczniami, bo przy pierwszym strzale nosorożec rzeczywiście upadł na ziemię, ale był tylko od tego strzału pijany; jak upadł na ziemię, włócznie spadły na niego jak mżawka, wtedy Claas Barend go dalej zastrzelił. Tu jeden z naszych małych Nomakkoa poprosił by zostać uznanym zabójcą tego nosorożca, choć nie miał ani w części udziału w śmierci tego nosorożca. Jego prośba została przyjęta, wtedy chwycił własną włócznię i wbił w nosorożca aż zalał się krwią, potem stał i komenderował w jaki sposób najlepsze mięso ma być dla niego oprawione na radości nadchodzącej ofiary. W tym czasie również rozcinają nosorożca, i wyciągają sadło, które narzucają na głowę głównego zabójcy. Teraz, gdy mięso jest oprawione i zaniesione do obozowiska, rozpoczyna się radość, wtedy ofiarne mięso jest przygotowywane w szczególny sposób. Wtedy bierze się do gotowania, najważniejsze z tego są oczy, uszy, ogon, i śledziona, i serce, a także najtłustsze i najlepsze mięso; jak już jest ugotowane, główny zabójca rozdziela je miedzy wszystkich, którym wolno je jeść, Ja i Claas Barend my również dostaliśmy swoją część, ponieważ już nieraz zabijaliśmy dziką zwierzynę, choć też nie składaliśmy ofiar, a Holender może jeść wszystkie ofiarne dobra, ale Hotci, którzy jeszcze nie składali ofiar, nie mogą tego jeść. Tego ognia, na którym gotowano ofiarną żywność nie wolno nigdzie przenosić, lub używać w innych miejscach, również nie można nim zapalać fajki, lecz gdy wieczorem gotowanie się zakończy, ogień zagasza się bydlęcym nawozem. Ścięgna nosorożca daje się głównemu zabójcy, który zachowuje je do czasu gdy zdobędzie owcę lub krowę by powtórzyć tę radość. Teraz też sadzą z garnka smaruje się jego twarz całkiem na czarno, potem niektóre miejsca się oczyszcza, tak jak krzyże, że jest na twarzy pstro wymalowany. Gdy poszliśmy na górę do Ankokoa, wymienił owcę, by powtórzyć tę radość i ponieważ jest to ze sobą powiązane, muszę to tutaj dołączyć. Teraz jak ma już owcę, to wszystkie włócznie Hotów, którzy będą ją jedli, muszą przy tym być, trzymają włócznie mocno, a on łamie o włócznie nogę owcy; potem owcę się zarzyna tak jak już wcześniej opisywałem, włócznie układa się w stosie pod krzakiem, a sadło wiesza się na ostrzach. Teraz główny zabójca musi położyć się na plecach. Najpierw przeciąga mu się linię od pępka w górę do kręgosłupa; gdy tak leży na tej linii robi się w skórze gęste nacięcia, z których wypływa krew. Musi tę ciężką penitencję wytrzymać, potem przeszedłszy wcześniej próbę dzielności może potem spleść ścięgna nosorożca z nanizanymi koralami i szpulkami, które nosi na ramieniu; to jest dla niego wielki zaszczyt, tam też robi mu się w ciele 30 do 40 nacięć, wszystkie w rzędzie. Jeśli nóż jest tępy, muszą ciąć 2 do 3 razów w tym samym miejscu, wtedy robi kwaśną minę, ale to nie pomaga. Zarżnięta do tego owca musi być cała zjedzona, nawet włącznie ze skórą, ale kości i inne niejadalne części są palone lub zakopywane, by żadne psy lub dzieci się do nich nie dostały. Teraz ceremonia jest zakończona, opowiada wszystkim po kolei wiarygodną historię o tym w jakim niebezpieczeństwie był przy zabijaniu tego zwierzęcia, chociaż wcale go tam nie było. Teraz może jeść przy wszystkich tego rodzaju okolicznościach. Przy zabijaniu i czynieniu odmiennie ze słonia, krowy morskiej i bawołu również tak się to odbywa, i jest u nich surowe prawo gdy idą na polowanie, kto pierwszy dosięgnie włócznią zwierzynę, nawet jeśli tylko ją draśnie, i tak już jest jego, nawet jeśli faktycznie zabita jest przez innych; po czasie [48] kto pierwszy dosięgnie zwierzynę, ten jest jej panem, ten też może z niej uczynić odmiennie, albo musi przekazać ją innemu dobremu przyjacielowi."(pp.109-110). Wikar jest tu wyraźnie zakłopotany, bo widział jak było "naprawdę", był świadkiem całego zdarzenia i wie kto był jego rzeczywistym sprawcą. Mało tego - wie, że wiedzą o tym również pozostali uczestnicy polowania, jednak widzi, że głoszona przez nich prawda jest inna. Podróżnik nie rozumie dlaczego tak się dzieje, na początku i na końcu tej opowieści sygnalizuje niezgodność faktu zaistniałego w rzeczywistości i jego wersji wyimaginowanej, która właściwie zaczyna funkcjonować jako fakt bardziej realny i niepodważalny niż jego prototyp. Mimo to, Wikar wstrzymuje się od wartościującego komentarza, bo dostrzega, że ta modyfikacja jest celowa, uznana przez całą społeczność i pełni konkretne funkcje. Czy można uznać młodzieńca, który ogłosił się zabójcą nosorożca i później opowiadał nieprawdziwą (według Wikara - czyli niezgodną z zaobserwowaną przez niego realną sytuacją) wersję wydarzeń, za kłamcę? Jeśli tak, to kogo wobec tego miałby okłamywać, skoro historia ta rozgrywała się na oczach całej grupy i za aprobatą wszystkich została zmieniona? Otóż, zaryzykuję twierdzenie, że prawda, w tym specyficznym ujęciu, nie musi być całkowicie zgodna z faktami rzeczywiście zaistniałymi – jeśli opowieść pełni w świecie realnym funkcję zgodną z intencją swojego twórcy, jeśli zaczyna skutkować zdarzeniami o konkretnym znaczeniu i jest akceptowana przez ogół, to jest prawdziwa. Młodzieniec, aby stać się mężczyzną i przyjąć należne role społeczne, musiał przejść obrzędy inicjacyjne, do których niezbędne było własnoręczne upolowanie dzikiego zwierzęcia. Taka ceremonia istotna była dla całej grupy, dlatego do jej rozpoczęcia wystarczył fakt zabicia nosorożca, mniej ważne już było kto tego rzeczywiście dokonał. Podążając dalej za tą hipotezą można dojść do wniosku, że i niesamowite relacje dwóch starców o mlekopijcy i jadożłopie, i kłamstwa o koralach w celach handlowych, nawet jeśli nie miały nic wspólnego z prawdą w pojęciu białego odkrywcy, dla opowiadających je członków społeczności pierwotnych były tak samo prawdziwe, jak święte mity i historie nie poddane modyfikacjom merytorycznym. 3.3. Obraz przyrody. W swoim "Sprawozdaniu..." Wikar najwięcej uwagi poświęca ludziom – ich zwyczajom, wierzeniom i wytworom materialnym, ale oczywiście pojawiają się tu także opisy przyrody – zarówno ożywionej jak i nieożywionej. Sposób przedstawienia rzeczywistości w powyższych aspektach jest na tyle szczegółowy, że mimo pewnych ewidentnych braków warsztatowych, które usprawiedliwić można obcym medium językowym i pionierskim charakterem całego przedsięwzięcia, autor tego tekstu wyraźnie dąży do opisywania rzeczywistości na sposób zbliżony do naukowego, i w tych kryteriach nieraz bywał rozważany. Ten dokument był również szczególnie cenny dla władz przylądkowych, na co dowodem może być powtórne przyjęcie Wikara do służby. W decyzjach takich jak powyższa, bardziej niż ciekawością badań antropologicznych i zachwytem egzotyczną przyrodą, gubernator Van Plettenberg kierować się musiał raczej potencjalnym zyskiem z konkretnych informacji o znaczeniu gospodarczym, VOC była wszakże kompanią handlową. 3.3.1. Bogactwa naturalne. Nie wiadomo dziś, czy mając na myśli powyższe utylitarne pobudki swoich przełożonych (a Wikar pisząc swój tekst w sposób bardzo świadomy projektował odbiorcę, co postaram się dalej wykazać), czy też może kierując się swoją pasją geologiczną, w której to dziedzinie zdaje się posiadać pewną biegłość [49] , podróżnik daje liczne opisy znalezionych przez siebie bogactw naturalnych: "Tego dnia (25 września) rozstaliśmy się z rzeką i ruszyliśmy od Kaykoop do Hougay, podczas gdy rzeka bierze tu zakręt na północ a nasz kurs musi być na wschód więc opuściliśmy rzekę, i przeszliśmy dziś przez różnorodne wielkie łąki, i przez górę; droga którą dzisiaj przeszliśmy jest bardzo trudna mianowicie pokonania góry; w tej górze znalazłem rodzaj ciężkiego na wagę kamienia, według mnie myślę że to ruda żelaza. Będąc teraz z dala od rzeki musieliśmy wykopywać wodę, dla nas i dla naszych wołów jucznych. Słonie i nosorożce wykopują tu również wodę dla siebie, 27 września aż do Eyasa przy Kaykoop znalazłem nad rzeką małe kamienie, podobne do rubinów, lecz to są granaty."(p.89). Istotne w tym fragmencie są informacje precyzujące lokalizację i określające możliwości dotarcia do opisywanych surowców. Podobnie dzieje się i w innych przypadkach, jak na przykład tutaj: "15 [-go] przeszliśmy przez górę Nakourisberg do Chabous (zwanej słonawą wodą) mając uciążliwą drogę pod górę, na szczycie góry są duże kamienie, najbardziej przypominające marmur, jest tu najpiękniejsza równina wśród łąk jaką kiedykolwiek widziałem, szkoda tylko że zdrój jest słonawy i że do rzeki wiedzie jedynie wąskie przejście."(p.84). W sposób interesujący autor opisuje także kamienie zupełnie sobie nieznane: "Nad tym brodem Hosabe można znaleźć całe skarpy białego i czarniawego kryształu, a gdy rzeka jest pusta i można kopać w dnie, okazuje się że wyżej wymieniony kryształ jest pod ziemią niebieski i fioletowy, i im głębiej się kopie, tym staje się ładniejszy."(p.116). lub "W dół od tej zagrody, w bok od rzeki są duże skaliste wzgórza i góry, gdzie znajdują się różnorodne rodzaje kryształu; rodzaj który wykopałem ma niebieskawe paski od wewnątrz, gdy się ten kamień rozbije na kawałki, lecz po wierzchu nie ma nic do oglądania. Myślę że to jest nieznana krystalizacja; można tu również znaleźć coś wyglądającego na rudę."(p.119). b.) Klimat. Wikar nie zapomina również scharakteryzować specyficznych warunków klimatycznych: "Z pogodą jest tu osobliwie bo rzadko można tu spotkać deszcz z północy lub deszcz lokalny, oprócz ubiegłego roku 1778; dlatego w miesiącach lipcu i sierp.u wielka rzeka była pełna, bo inaczej według opowiadań Hotów musi być tak, że rzeka jest w tym czasie pusta, a przy dobrym monsunie rzeka musi być pełna, bo są wtedy deszcze i ciężkie burze ze wschodu, przy takiej pogodzie w jednych miejscach pada, a w innych znów nie. Wiem, sam też to widziałem, że ulewa pioruny deszcz spadły w Hakais aż cała powierzchnia ziemi zdawała się iść pod wodę, a w Koungoma około 5 godzin nie spadła ani kropla, zdarza się także, że wstaje się rano przy ładnej pogodzie, w południe już po wszystkim i pada rześko, tegoż wieczoru jest znów jasno i czysto."(p.135). Również tutaj trudno jest ocenić przyczyny pojawienia się tej wzmianki – nawet jeśli z jednej strony pobudką było tu podanie kolejnej ciekawostki lub rzetelnego opisu charakterystycznej dla tego rejonu pogody, to z drugiej dla wszystkich potencjalnych eksplorerów handlowych z pewnością opis ten stanowił cenną wskazówkę. d.) Ekosystem wielkiej rzeki. Jednak Wikar ukazuje też środowisko naturalne w sposób wolny od funkcji użytkowej, gdzie w typowy dla siebie sposób przeplata obrazy, zatraca się w dygresjach i łączy w jednym opisie elementy różnych dziedzin: "Tu od Nami jest circa 2 godziny pieszo do rzeki, jest tam potężny wielki wodospad który w porze suchej przy dobrej pogodzie można zobaczyć z odległości jednego dnia drogi lub więcej jako dym z ogniska, na moje oko cała rzeka jakby spadała z krawędzi skalnej wysokości 3 razy większej niż ta jaką ma tu zamek, lecz w porze deszczowej zaobserwowałem, gdy mijałem go w miesiącu maju, że kurz nie unosi się tak wysoko jak w porze suchej przy ładnej i czystej pogodzie, dużo zależy też od tego czy rzeka jest pełna czy nie, a gdy znów jest po można także z odległości jednego dnia drogi usłyszeć szum spienionego morza; a pół godziny powyżej tego wodospadu, prąd jest bardzo silny, bo jak mi opowiadają Namnykoa, krowy morskie gdy przez przypadek wpadną w główny nurt, nie potrafią oprzeć się nurtowi, tylko dryfują aż spadną z wodospadu, i łamią kręgosłup, i że Hotci takie krowy morskie łapią. Także kilka lat temu przepędzili stado bydła przez rzekę pół godziny powyżej wodospadu, z czego połowa spłynęła i rozbiła się przy wodospadzie. Gdy rzeka jest pusta Hotci łowią pod tym wodospadem ogrom ryb, tak że nie potrafią ich przejeść, potrafią także łowić na haczyk, lecz wiekszość łapią więcierzami zrobionymi z listew z drewna karee [50] . Widziałem w tej rzece tylko trojaki rodzaj ryb, jeden prawie jak witlinki z Olifantsrivier lecz nie z tak wieloma ościami, jest całkiem tłusty i smaczny w smaku; inna ryba jest bez łuski z potwornie wielką głową, największa jaką widziałem miała około trzy i pół stopy długości, lecz Hotci mówią że w tej rzece bywają tak duże jak człowiek. Musi być to prawdą, bo u Volkerta Schoemakera nad wielką rzeką, widziałem szkielet jednej głowy takiej ryby, którą znalazł martwą nad rzeką. Czaszka była prawie kwadratowa i na ponad stopę długa i szeroka; zabrał tę głowę z domu by ją ukazać panu podpułkownikowi van Prehn, lecz utracił ją w drodze. Wzmiankowany Schoemaker nazywa tę rybę młotogłowcem, inni Holendrzy nazywają ją Varswaterbager, lecz ja uważam że do tej pory jest jeszcze nieznana. Jest jeszcze jeden rodzaj podobny do małych karpi."(pp.110-11). W powyższym fragmencie wyraźnie widać dążenie do jak największej wiarygodności opisu – Wikar stara się swoje zadziwiające historie podbudować, tam gdzie jest to możliwe, powołuje się na nazwiska osób które również te osobliwości widziały i mogą zaświadczyć o ich autentyczności. Czego sam nie potwierdził własnym doświadczeniem, nie przypisuje sobie, tylko asekuruje się ujawnieniem informatora. Znamienne wydaje się również, że w przeciwieństwie do przytaczanych opowieści swoich autochtonicznych przewodników, do których nie raz ma pewne wątpliwości, informacje uzyskane od "wiarygodnych chrześcijan" [51] traktuje jako pewne, bez względu na to jak nieprawdopodobne mogą się wydawać. e.) Zadziwiające zwierzęta. Tego rodzaju wzmianka pojawia się w dość długim, naszpikowanym niezwykłościami opisie fauny znad Rzeki Oranje: "Od Hari do Kougaa, dziś widziałem pierwsze perliczki, również legwany, lecz później dowiedziałem się od Buszmenów, że to żadne legwany, tylko wielkie jaszczurki skalne z których też zdjąłem jedną skórę z łbem i łapami; bo myślę że legwany siedzą w wodzie w wielkiej rzece, tak jak też widziałem, a w przeciwieństwie do tego wielkie jaszczurki skalne znalazłem w górach w głąb lądu, gdzie nie ma żadnej wody w pobliżu. Małego legwana schwytanego w wodzie wielkiej rzeki, widziałem tylko do połowy, nie widzę wielkiej różnicy, bo język jest rozdwojony tak jak u jaszczurki skalnej, lecz łeb jest bardziej spiczasty i podługowaty niż u jaszczurki skalnej, jest także zieleńszy w kolorze i mieni się niebiesko, i oba są chętnie zjadane przez Eynikkoa, jaszczurka skalna może tak potężnie się utuczyć, lecz zarżnięta jest ostrzejsza i paskudniejsza z zapachu niż legwan. Miałem własną żywą jaszczurkę skalną przez 14 dni i uwiązanej na powrozie pozwalałem się paść; je mrówki, pająki i przeróżne stworzonka; jak widzi mrówkę to wystawia na 2 kciuki i dalej swój rozdwojony język, i choć mrówka jest o kciuk od języka, wciąga ją swoim oddechem. Podczas mojego powrotu pozwoliłem wiarygodnym Chrześcijanom tu na zewnątrz opowiadać sobie, jak widziano żółtawego węża długiego na prawie trzy stopy i grubości prawie ramienia, w pewnej odległości od którego mysz piszczała i krzyczała by od niego uciec, lecz podchodziła do węża im dłużej tym bliżej że w końcu weszła mu do pyskaN.B.. Ptaka długooddechowego słyszałem tylko tu w tej okolicy nocą, lecz sam go nie widziałem, Hotci mówią że jest szarawy w kolorze, większy od zięby ale mniejszy od szpaka, krzyczy najpierw kilka razy kwak, kwak, potem ćsirrr i trwa to na jednym oddechu do 4 – 5000 razy. N.B. Ten wąż jest mi obiecany, przy pierwszej okazji jak się tu zatrzymam; powiedziałem tym ludziom, że muszą go przechowywać w mocnej zalewie do peklowania."(pp.95-96). Do zwierząt Wikar ma zdecydowanie użytkowe podejście, co widać w krótkim, ale wiele mówiącym opisie protela: "Młodą antylopę gemsbok [52] Buszmeni schwytali dziś z psami, również zwierzę, które nazywają nuaap, lecz Claas Barend nazywa je ziemnym wilkiem [53] , ze łba podobny do szakala, z koloru do tygrysiego wilka [54] a z łap do zająca, je mrówki i jest dobry w smaku."(pp.96-97). Jednak także w stosunku do zwierząt Wikara wykazuje zaintersowanie badawcze. Podróżnik okazuje się wtedy nie tylko kolekcjonerem kuriozów, ale zdradza ambicje do jak najszerszego opisu zagadnienia, popartego wnikliwą analizą, taką jak dokładne (w miarę możliwości) pomiary i zgłębienie zwyczajów przedstawianego zwierzęcia – zarówno na podstawie własnych obserwacji, jak i w oparciu o zasłyszane opowieści. Dobrym przykładem takiej sytuacji jest fragment dotyczący żyrafy, która zafascynowała Wikara do tego stopnia, że projektuje on nawet podjęcie w przyszłości wyprawy mającej na celu sprowadzenie jednej sztuki tego stworzenia na Przylądek: "Przy podróży w górę podczas mojej drugiej wyprawy miałem szczęście 11 kwietnia 1779 dostać kameleopardalisa [55] , którego skórę przywiozłem, jakkolwiek strzegłem tej skóry lepiej niż siebie samego, ku mojemu ubolewaniu w niektórych miejscach jednak została zadrapana. Lecz gdy się podróżuje na cudzym wozie, trzeba się cieszyć i być zadowolonym, jeśli właściciel wozu raczy dobrze to umieścić. Ten kameleopardalis był jałówką, lecz jednak dorosłą, bo widać było że już igrała; gdy została zastrzelona, długa szyja leżała jeszcze wyprostowana w górę, dlatego zacząłem mierzyć od dołu przednich nóg aż do głowy, i miała circa 18 stóp wysokości, od piersi do ogona 9¼ stóp długości i około 9½ stopy różni się tym że przednie nogi są dłuższe od tylnych. Powyższa miara tego zwierzęcia nie powinna być brana do opracowania jako pewna, bo stopę wziąłem na oko. Żeby żyrafa jadła trawę, tego nigdy nie widziałem, choć wielokrotnie widziałem samotne lub całe stada, lecz zawsze żarły z czubków wysokich drzew. Może być, że również pasą się trawą, ale nigdy tego nie widziałem. Według tego co myślę i co wybadałem zwierzę to musi umieć całkiem długo wytrzymać bez wody, bo w suchym kraju gdzie nie ma wody, pole jest pełne śladów, lecz rzadko spotyka się ślady do rzeki; jak się uda podejść to zwierzę na odległość strzału, to ma się wielkie szczęście i zdarza się to rzadko, bo dlatego że jest tak wysokie i żre z czubków drzew, widzi człowieka już z daleka; lecz gdy ma się przyzwoitego konia, jest łatwe do schwytania, bo nie biega tak szybko jak eland. Na to by schwytać cielaki jest oczywiście szansa, bo gdy cielak ma jeden lub 2 dni Buszmeni łapią go pieszo, bo Buszmeni dokładnie pilnują czasu kiedy krowy żyraf się cielą. I jeśli spodoba się Panu Bogu i wysokim władzom bym jeszcze raz mógł wyruszyć do wielkiej rzeki, chciałbym z zamiłowania i ambicji spróbować czy byłbym w stanie przywieźć na Przylądek żywego cameleopardalisa, bo jeśli prawdą jest to co za mną przemawia a co przeczytałem, że zwierzę to w dawnych czasach było pokazywane ludowi w Rzymie, to myślę, że dla ochotnika który nie szczędzi trudu, jest to warte spróbowania."(pp.133-134). f.) Bogactwo świata roślin. Aby dopełnić obraz Wikara jako badacza przyrody, należy dodać, że nie poprzestawał on na biernej obserwacji, także w dziedzinie botaniki, co zilustrować może jego własny opis upraw eksperymentalnych, które, w tajemnicy przed ludnością tubylczą, zaprowadził z sukcesem na jednej z wysp na wielkiej rzece: "Wyspy są bardzo płodnie porośnięte trawą, i są tu również smaczne dzikie ogórki. Łyko tych ogórków porośnięte jest kolcami, jak jeżozwierz, wyspy są porośnięte różnorodnymi ładnymi drzewami, takimi jak żyrafia akacja, bawola akacja, rzeczna akacja, czarny heban, rodzynkowiec i karee, drzewa oliwne i wierzby, tak grubych i wielkich jeszcze nigdy ich nie widziałem, dochodząc do ich [56] zagród zobaczyłem wysmarowane boegoe i pomalowane głowy nosorożca, krowy morskiej i bawołu, które dla przepychu leżały pośrodku placu. W ten sposób chcieli okazać swoją chwałę, na placu i dokoła było mnóstwo małych ogrodów, w których zasiali daga, która rosła tutaj na uciechę. Chciałem tu także zasiać na próbę trochę pestek abruza [57] i dyni, lecz lękali się ich doglądać, gdyż mogłyby zostać zniszczone przez ich dzieci, i przez to ja mógłbym być na nich zły. Dlatego zasiałem na innej wyspie o czym nie wiedzieli, i podczas mojego powrotu pod koniec października odwiedziłem to miejsce i stwierdziłem że wszystko ładnie rośnie."(p.113). 3.4. Wątki osobiste. 3.4.1. Relacje z towarzyszami podróży. a.) Przyjaźń. Mimo tych niezgodności światopoglądowych, które czasem budziły w podróżniku poczucie wyższości cywilizacyjnej objawiające się w komentarzach lub nawet rzeczywistych ingerencjach w bieg wypadków, Wikar potrafił w sposób bardzo szczery zżyć się ze swoim "towarzystwem" i otwarcie przyznawać się do łączących go z nimi stosunków prawie rodzinnych: "Dziś wieczorem podejmował mnie staruszek i naczelnik Buszmenów zwany Ougaa i zaproponował, że przyjmie mnie jako przybranego brata, czemu byłem chętny, lecz nie miałem jak rzekłem bydła żeby mu ofiarować, lecz on powiedział że tytoń z mojej strony będzie tak samo dobry jak bydło; gdybym za jego życia zdobył bydło, moglibyśmy je sobie wzajemnie dawać i oddawać, a jak nie to i tak jest moim bratem i nigdy nie pozostawi mnie w przykrym położeniu, lecz pomoże mi i pozostanie mi wierny, co później okazało się prawdą, bo muszę przyznać przed Bogiem i ludźmi, że był mi nie tylko bratem, lecz nawet ojcem w całym mym cierpieniu, biedzie, głodzie i w śmiertelnych niebezpieczeństwach. Według zwyczajów Hotentotów nie mogę mu niczego odmówić, jeśli mnie poprosi, a ja to mam, muszę mu we wszystkim pomagać i wspierać, a on wobec mnie wzajemnie tak samo. Nie odprawiliśmy przy tym będących w zwyczaju ceremonii, o czym będzie mowa w innym miejscu."(pp.85-86). Rzeczywiście, Ouga i jego ludzie nie raz ratują życie wielkiego podróżnika, który w tarapaty wpada często z własnej lekkomyślności – jak na przykład wtedy, gdy mimo przestróg skosztował miodu z kwiatów trującego drzewa – ale potrafią także bronić swego towarzysza przed napaścią przerażonych widokiem białego człowieka na koniu [58] Buszmenów: "Tu z kolei była silna zagroda buszmeńska, byli to Buszmeni od Gyzikoa. Bo każda nacja posiadająca bydło ma także grupę Buszmenów pod opieką. Ci Buszmeni mówią w języku zięb lub po sińsku [59] , tak jak Buszmeni z Gór Śnieżnych. Nie wiedzieli czym są konie, lecz chcieli zastrzelić je harpunami jak dzikie zwierzęta. Również napięli na mnie wszystkie swoje łuki, ale przeszkodzili im Gyzikoa. Buszmeni nie mogli już wytrzymać pragnienia, inaczej ze strachu przed moim licznym hotentockim towarzystwem nie śmieliby zbliżyć się do rzeki, jeśli nie byliby do tego przymuszeni. Dlatego podpełzli cichutko pomiędzy drzewami i gdy jeszcze zeszli ze wzniesienia i podeszli blisko do wody, niezauważenie mnie spostrzegli, bo siedziałem na brzegu wody, mając jeszcze przy sobie jednego Hotta, i szukałem kamieni. Tu znów mieli zamiar upstrzyć strzałami mnie i mojego towarzysza, [a] nie spodziewaliśmy się z ich strony nic złego w świecie. Gyzikoa którzy znali tych Buszmenów, wiedząc że nie zrobią nic dobrego, przybiegli prędko, krzyczeli i machali swoimi szczotkami na kijachN.B. lub chustkami do nosa, Hott który był ze mną usłyszał to i podniósł wzrok, wydał okrzyk i pokazał mi, że do mnie mierzą. Gdy uniosłem wzrok, także to dostrzegłem, wtedy Buszman opuścił łuk, gdy zobaczył, że ja także go widzę, naraz byli tam i Gyzikoa i uspokoili Buszmenów. Gdybym nie miał przy sobie Hotta, dostałbym co najmniej jedną lub dwie strzały, zanim Gyzikoa by temu przeszkodzili. To że się z tego tak wyratowałem, zawdzięczam ze wszech miar wszechmocy i miłosierdziu Pana Boga; Pan Bóg, który swoim wszechmądrym kierowaniem, dla mego dobra przeprowadził mnie przez wiele niebezpieczeństw, wzbudził w mym sercu wspomnienie minionego, bym nie zapomniał, gdy niebezpieczeństwo przeminie, o wdzięczności, a całe życie sławił i wychwalał Pana za jego wszechmądre i miłościwe kierowanie. Gyzikoa uspokoili ich teraz i zabrali do naszego schronienia; też tam poszedłem, i w każdym razie nie miałem już ochoty tego dnia szukać kamieni; jeszcze ugościłem tych moich prześladowców fajką tytoniu, lecz drżeli i dygotali. Nie kazałem ich o to pytać, lecz mój przybrany brat naczelnik Ouga sam z siebie im powiedział, że nie jestem mściwy lub zły, co sami mogą zauważyć, bo jeszcze do tego ich częstuję. Podczas mojej drugiej wyprawy byli tak oswojeni, że nawet sami mnie znaleźli i prosili o fajkę tytoniu, i obiecali że jak przyjdę jeszcze raz to będą mieli dla mnie skóry różnych małych zwierzątek, tylko muszę im przynieść korale i tytoń, co też im obiecałem. N.B. Te szczotki lub chustki do nosa to jest ogon szakala lub tego innego zwierzęcia, naǎs, o którym wspominałem. Taki ogon, gdy tylko jest odcięty, jest nawlekany na cienki kij i służy im do wycierania potu; nigdy nie zapominają zabrać go z domu, robią takie chustki do nosa również z małych strusich piór, które ze sobą umiejętnie wiążą i okręcają nimi kij [60] ."(pp.125-126). W tym fragmencie Wikar zdradza się ze swoimi umiejętnościami dyplomatycznymi – mimo przeżytego strachu, do którego się przyznaje (choć zazwyczaj mało miejsca poświęca w tekście własnym emocjom), potrafi bez okazywania lęku spotkać się ze swoimi niedawnymi napastnikami i z pomocą Ougi oczarować ich swoją wspaniałomyślnością i hojnością. b.) Paternalizm. Zdarza się też, że to właśnie Wikar przejmuje kontrolę sytuacji, tak jak w przypadku, gdy udaje mu się powstrzymać swojego przybranego brata przed uśmierceniem bezbronnych starców z wrogiej grupy plemiennej: "30-go gdy chcieliśmy wyruszyć moi buszmeni powiedzieli że poprzedniej nocy zagródka uciekła, z całym dobytkiem, i że w zagrodzie było tylko 2 starych, których kazałem zawołać i wypytać, dlaczego inni uciekli. Odpowiedzieli że myśleli że na pewno umrą i nie mogli się nadziwić że jeszcze żyją, na co kazałem ich zapytać, czy myśleli że jesteśmy mordercami, łotrami i szachrajami; odpowiedzieli że nie i wszystko wyszło na jaw, mianowicie że ubiegłego roku zamordowali 2 Hotów którzy przyszli od Namnykoa do Samgomonikoa, i że to byli przyjaciele tych Buszmenów, którzy byli przy mnie. Teraz ci mordercy myśleli że przyszliśmy by tamtych na nich pomścić; i tak sami się wygadali, i gdy usłyszał to naczelnik lub mój przybrany brat Ouga, i inni spośród moich buszmenów, chcieli z miejsca tym dwóm starym poukręcać łby, i odszukać resztę która uciekła nocą, lecz ja i Claas Barend powstrzymaliśmy ich i w ostateczności z wielkim trudem ich uspokoiliśmy, że zaczęli mnie słuchać, na co kazałem tym 2 starym przetłumaczyć, że jeśli zrobią jeszcze kiedyś coś takiego to nie będę więcej powstrzymywał naczelnika Ougi, za co mnie błogosławili."(95). Fakt, że Ouga w tej sytuacji podporządkował się Wikarowi, świadczy o ogromnym autorytecie, jaki podróżnik miał wśród swoich towarzyszy, skoro potrafił odwieść ich od spełnienia uświęconego tradycją obowiązku zemsty. c.) Zależność od grupy. Nie zawsze jednak Wikar miał wpływ na decyzje naczelnika, czasem doskwierało mu uzależnienie od przewodników, bez których nie poradziłby sobie w nieznanym środowisku: "Gdy Gyzikoa mi to wszystko pokazali i opowiedzieli, bardzo zapragnąłem pójść do tych Blip, lecz moje towarzystwo nie chciało. Gyzikoa mieli na to ochotę; gdybym tylko miał przy sobie tłumacza, chętnie poszedłbym tam z Gyzikoa, i powiedzieli mi że przed około 14 dniami przeszła tamtędy ulewa z piorunami, tak że znaleźlibyśmy tu i tam na płaskich skałach dość wody dla 3 lub 4 wołów jucznych. Niestety nic z tego nie wyszło, nie byłem sobie panem, lecz musiałem tańczyć jak mi moje towarzystwo zagrało, co było dla mnie dość smutne."(p.124). d.) Przywiązanie Mimo tych nielicznych, ale gorzkich uwag, łączące ich stosunki do końca pozostały ciepłe i serdeczne, o czym świadczyć może choćby wzruszający gest Ougi: "Podczas mojej 2-giej podróży [61] widziałem pewnego popołudnia 4 wielkie stada słoni idących z zarośli przy rzece na równinę, ze swojej strony nigdy nie myślałem że na całym świecie jest tyle słoni. Zęby słoniowe, które przywiozłem ze sobą pochodzą od padłych słoni, które znalazł mój wierny przybrany brat naczelnik Ouga, i ofiarował mi pod warunkiem że powrócę by go nie zapomnieć."(p.135). To przywiązanie nie jest jednostronne, do czego Wikar przyznaje się opisując okoliczności swego powrotu na Przylądek: "Na początku miesiąca czerwca znów wracałem z moimi Buszmenami z mojej 2giej wyprawy do domu, w dół Wielkiej rzeki, i 16-go czerwca spotkało mnie szczęście, czego sobie od dawna życzyłem, mianowicie, przyszedł jeden Hott od Pietera van den Heevera, z listem dla mnie w którym zawarta była dla mnie przepustka bym podążył w kierunku Przylądka, z rozkazu Wielce Szl.go Wielm.go pana gubernatora, podpisana przez zarządcę ziemskiego de Weta. Z tą przepustką poszedłem teraz do pewnego człowieka o którym słyszałem od Hotów z góry, że mianowicie chciał wędrować na Przylądek; pokazałem temu człowiekowi moją przepustkę i poprosiłem uprzejmie by wziął na Przylądek mnie i moje rzeczy, co mi ten człowiek obiecał, lecz nie mógł wyruszyć w drogę wcześniej niż w miesiącu lipcu. Moi Hotccy towarzysze pomogli mi jeszcze na koniec przewieźć swoimi wołami pociągowymi moje rzeczy do tego człowieka, po czym pożegnałem się z nimi prawdziwie nie bez wzruszenia, i 11 lipca 1779 wyruszyłem w podróż od wielkiej rzeki do Przylądka, pokładając nadzieję w Panu Bogu, jako moim wybawicielu i pomocniku, pocieszając się w ten sposób, że wszechmocne i wszechmądre kierowanie Pana wobec mnie będzie obecne zarówno tam jak i tutaj, o co na miarę swoich słabych możliwości modliłem się do Pana."(p.136). 3.4.2. Napotkane niebezpieczeństwa. a.) Zagrożenia ze strony zwierząt. Rzeczywiście, los okazał się dla Wikara wyjątkowo łaskawy, bo ze wszystkich niebezpieczeństw, które napotkał podczas całej swej podróży, a było ich bardzo wiele, wychodził praktycznie bez szwanku. "Sprawozdanie..." jest opowieścią bardzo szczerą, autor zdaje się nie przemilczać nawet fragmentów świadczących o jego własnych słabościach, dlatego często przyznaje się do lęku, niewiedzy, lub lekkomyślności, które nie raz stają się przyczyną niebezpiecznych sytuacji, lub zwiększają już istniejące zagrożenie. Podczas polowania na rannego nosorożca, przez nieuwagę i nieumiejętność opanowania strachu, Wikar o włos rozminął się ze śmiercią: "Z tym naszym całym ściganiem nosorożca tu przy wielkim zdroju cierpieliśmy potężny głód i pragnienie, aż mój towarzysz Claas Barend był zmuszony zarżnąć młodego wołu wziętego dla juk. Hotentoci potrafią przeżyć na samym tylko cierpkim polnym wikcie, lecz dla mnie takie życie było na dłuższy czas gorzkie. Dlatego mój hotentocki towarzysz jednak zlitował się nade mną. Teraz nie mieliśmy już nic innego do zarżnięcia, dlatego gdy mogliśmy korzystać z polnego wiktu mięso było oszczędzane. Stąd wyruszyliśmy do toelykamma lub wody blizn, tylko Hotentoci, a ja i Claas Barend nie będący już słabymi z głodu, a świeżymi, pojechaliśmy konno w pole by poszukać zranionego nosorożca, i jeżdżąc w okolicy pół dnia i przez jakiś czas podążając śladem krwi zranionego nosorożca, jechaliśmy ze wzrokiem wbitym w ziemię, tak że nie mogliśmy zgubić śladu zranionego nosorożca. To czyniąc wjechaliśmy niepostrzeżenie na 6 nosorożców, na niespełna 6 kroków odległości między nami a nosorożcami, my byliśmy po jednej stronie małej akacji, a nosorożce stały po drugiej stronie, nosorożce zauważyły nas wcześniej niż my je, zaryczały, całe szczęście że było pod wiatr, i przez krzew nas nie widziały, tylko nas usłyszały, i na słuch rzuciły się w pogoń. Byłem w takim przerażeniu, że nie wiedziałem czy nosorożec w mgnieniu oka nie jest już nade mną, ale koń również się przestraszył i przeskoczył przez akacje; byłem tak skonfundowany, że nie mogłem opanować konia ani go zatrzymać, lecz modliłem się do Boga by nie spaść z konia. Nosorożce jednak pognały innym kursem, niż mój koń ze strachu obrał w biegu."(pp.105-106). Czy to chcąc zatrzeć niekorzystne wrażenie, które mogło powstać w wyniku tej szczerości, czy to we wszechobecnym dążeniu do podania wszelkich możliwych informacji na dany temat, Wikar w kolejnym akapicie podkreśla ogrom niebezpieczeństwa w jakim się znalazł, i zwracając się do czytelnika (adresatem "Sprawozdania..." jest gubernator Van Plettenberg) w formie bezpośredniej, podaje niezawodny sposób ratowania się z takiego niebezpieczeństwa: "Po tym wypadku pojechaliśmy na przełaj do innego zdroju gdzie posłaliśmy lud; byłem wówczas w takim przerażeniu, że nie miałem ochoty na dalsze polowanie, lecz powziąłem postanowienie, by przez jakiś czas zająć się szukaniem miodu i chwytaniem lisów. Lecz potem poznałem nosorożca lepiej niż wcześniej, teraz też mam wobec nosorożca asekurację większą niż wobec jakiegokolwiek innego zwierzęcia, bo nauczyłem się od Hotentotów, a także odkryłem własnym doświadczeniem, że prawdą jest, iż gdy nosorożec już się na mnie zaweźmie i jest już jakieś 3 kroki za mną, pada się za krzak, a jeśli takowego nie ma, rzuca się całym ciałem na bok, na pustą przestrzeń, by ciałem leżeć w bok od kursu po którym orze swoim rogiem, każdy ryk, który wydaje, jest również uderzeniem i jeśli nie ma nic przed sobą, i tak ryje ziemię, tak jakby ktoś tam orał, i jeśli przejdzie tak orząc tuż przy Waszych stopach, to nic, jego złość jest zbyt wielka, przemknie dalej nie mogąc zaprzeć się w pędzie lub być może W.Szl. [62] nie widzi, bo jego oczy są bądź co bądź bardzo małe i jak mi mówili Hotci ma bardzo słaby wzrok, ale jego uszy są o wiele ostrzejsze, gdy stoi spokojnie. To wszystko o nosorożcu musi być prawdą, bo mam to od GyzikoaN.B., którzy polują na nosorożce, by tak rzec, codziennie, i w tym narodzie niektóre chłopy mają taką asekurację, że uskakują tuż przed rogami nosorożca i gdy nosorożec przemyka obok, dostaje jeszcze ze dwie włócznie między żebra. Gdy ten lud Gyzikoa dostanie nosorożca, który się broni lub atakuje, nie ujdzie on im na wolność. Ten nosorożec nie przypomina wcale tego, którego widziałem wyrysowanego, z ciała podobny jest do słonia, lecz ze łba mniej więcej jak prosiak, z 2 rogami jeden nad drugim które tkwią luźno w skórze. Wygięcie rogów jest ku górze, ale słyszałem od Hotentotów że widzieli nosorożce z rogami wygiętymi w dół; od wiarygodnych Chrześcijan również to słyszałem i jeden Jacob Laauw zastrzelił je za polem żyta. N.B. Jedno z plemion Bliqua które się od nich oddzieliło i mieszka po drugiej stronie wielkiej rzeki."(pp.106-107). Nie zapomina tu zaznaczyć, że opisaną metodę ma już dobrze opanowaną, i podając dodatkowe zadziwiające szczegóły, zapewnia o swej biegłości i kompetencji w tej dziedzinie. Inaczej sprawa dzielności Wikara wygląda podczas nocnej obrony przed napaścią lwa: "Również raz w nocy odwiedził nas lew który chciał schwytać jedną krowę i ukąsił ją od tyłu pazurami. Hotci którzy nigdy nie kładą się bez broni w pogotowiu, spostrzegli go, i około potem jak pół godziny walczyli w nocy z lwem, zabili go dzielnie włóczniami. Podpalili drewno wyrzucone przez morze i różne rupiecie, że aż wszędzie było jasno. To była robota dziewek, które tym razem były też większego serca niż ja, bo mówiąc otwarcie, zainteresowany jestem polowaniem z nimi na lwa w dzień, ciemną jednak nocą pozostałem, bo gdy przychodzi do biegania, wiem z góry że zostaję na końcu, dlatego stanąłem pod wielką akacją żyrafią, tłumacząc sobie, by gdy przyjdzie na człowieka gwałtowna potrzeba wspiąć się na nią."(p.129). W tym wypadku jedyne, co wielki podróżnik ma na swoją obronę, to gęsty mrok, który jednak rozjaśniły ogniska. Tutaj Wikar pisze szczerze, że większe męstwo okazały kobiety. Opisując niebezpieczeństwa związane z dzikimi zwierzętami narrator ukazuje nie tylko zagrożenie własnego życia, posługuje się także przykładami z doświadczenia innych, takimi jak dramatyczna historia młodej dziewczyny zaatakowanej przez nosorożca: "(6 października) Wyruszyliśmy od Toelykamma do Amkamów, wziąłem dziś udział w smutnej komedii, bo jedna z dziewek Buszmenów odeszła od nas w bok na około 100 kroków by szukać heyra (N.B. jest to guma rosnąca na wszystkich akacjach [63] , do jedzenia słodka w smaku i nasycona tak że długo można na niej przetrwać). Ta dziewka weszła przez nieuwagę na krowę nosorożca leżącą tam z cielęciem. (Osobliwy zwyczaj zauważyłem u nosorożców. Utrzymują jedno stałe miejsce snu, lub legowisko, jedno stałe miejsce gdzie się czochra, jedno stałe miejsce gdzie nawozi, i na to miejsce ekspresowo biegnie by nawozić). Dziewka wszedłszy na nosorożca pobiegła ze strachu prosto do nas, lecz nim do nas dotarła, schwytał ją nosorożec. Nosorożec w wbiegł rogiem między nogi dziewczyny, uniósł ją i odrzucił na bok, i biegł tak dalej przez nasze woły juczne i wszystko, siejąc popłoch. Za wołami jucznymi napotkał mnie i jeszcze kilku Hotów, lecz prędko skręciliśmy na bok z jego kursu. Przyszedłszy do ludu usłyszałem że śpiewają piosenkę której nigdy wcześniej nie słyszałem, rozgniewałem się, że robią taki krzyk i weselą się, gdy ta biedna dziewka leży tam i jęczy i woła o pomoc, lecz mój towarzysz Claas wyjaśnił mi, że to pieśń lamentacyjna połączona z płaczem; ładny jest ten płacz, bo ciągnie się z wciąż zaśpiewywanych przez 1 lub 2 dziewki słów, które potem są powtarzane i potwierdzane przez pozostałe dziewki. Dziewka została rzeczywiście ciężko zraniona, lecz jednak mogła trochę chodzić, i pozwoliliśmy jej czasem siadać na woła jucznego. Strach był najgorszy. Jednak ładnie z tego wyszła. Przed nami było w suchej rzece duże stado kudu, lecz wiatr był nieodpowiedni, by je podejść. Wierzenie Hotów nakazywało również, by zraniona dziewka przebrała się w inną szatę, bo inaczej nie powróci do zdrowia. Wieczorem zaproponowałem moim towarzyszom podróży byśmy na zmianę trzymali w nocy wartę, a ja sam i jeszcze jeden chcieliśmy być jako pierwsi, na co przystali."(p.108). Opis ten jest o tyle ciekawy, że z jednej strony zdradza wielkie przejęcie Wikara losem zranionej dziewczyny, o czym świadczy chociażby jego zdenerwowanie wywołane dźwiękami nieznanej pieśni, a z drugiej strony nie zapomina o podstawowej funkcji swojego tekstu, czyli przekazaniu maksymalnej ilości danych. Zasada ta każe mu dwukrotnie przerwać pełną napięcia narrację – najpierw informacją na temat ciekawych zwyczajów nosorożca, a później opisem lamentu. b.) Trucizny. Do sytuacji, w których sam naraził się na niebezpieczeństwo, z którego nie uratowałby się bez pomocy przyjaciół, Wikar przyznaje się przy okazji obszernego opisu dwóch rodzajów trucizn, który w sposób charakterystyczny dla swojego stylu wzbogaca własnym doświadczeniem: "Ich dwojaka trucizna drzewna jest najważniejsza ze wszystkiego. Pierwsze lub najsilniejsze drzewo jadowe rośnie wzdłuż gór wielkiej rzeki, ma bardzo mocny zapach, szczególnie spośród wszystkich innych drzew, że bez dalszej wiedzy można je znaleźć używając jedynie węchu; jest zielone z liści; w miesiącu lipcu na liściach zaczynają siadać robaki jadowe, które inaczej podczas gdy drzewo jest suche, mieszkają pod wypłowiałym pniem drzewa. Te robaki w środku mają kolor prawie taki jak liście które jedzą. Jedynie robaki są przez Hotów zbierane, robaki są ciasno zawiązane w kawałek skóry i przechowywane, aż zgniją; wtedy ucierają je drobno na pył, i ze śliną smarują nim strzały. Jeśli domieszają do tego żółć dużej jaszczurki skalnej i jeśli ktoś zostanie tym zraniony, nie ma ratunku jeżeli nie otrzyma natychmiast wód jadożłopa. Jeśli się złamie gałązkę tego drzewa, wycieka z niej silnie pachnący sok lub olej, trzeba przy tym uważać, żeby nie dostał się do oczu bo się od tego całkowicie oślepnie. Z tym drzewem mam szczególne własne doświadczenie, zameldowania o którym nie mogę zaniedbać, bo w pewnym momencie mój przybrany brat Ouga przyniósł mi trochę miodu, mówiąc mi że zrobimy z niego piwo, lecz zabronił mi z niego jeść, co nie bardzo rozumiałem i nie na wiele się skusiłem, lecz zjadłem jeszcze około jednej łyżki, aż tu zaczęło mnie palić w gardle jak ogień, po czym nie trwało nawet 2 minut jak poczułem w ciele wielkie wzburzenie, i z szacunkiem i promisją powiedziawszy zaczęło mnie czyścić, i pozbyłem się robaków które wyglądały jak taśma na dobre 3 sągi [64] lub jeszcze dłuższe, po czym zemdlałem i Hotci polewali mnie wodą, i przyszedłem znów do siebie i wtedy zacząłem wymiotować, i to tak silnie, że z omdlenia i osłabienia musiałem tego popołudnia leżeć. Tymi robakami zostałem zarażony w dzieciństwie, że czasem nie mogłem wytrzymać bólu w ciele, lecz po wypadkach tego ustępu, dzięki Panu Bogu nie czuję już bólu. Gdy było po wszystkim Hotci powiedzieli mi że pszczoły ssały z kwiatów powyższego jadowego drzewa, i że dlatego miód był tak trujący. Drugie jadowe drzewo jest wielkim mlekowcem [65] , z pnia kwadratowym, porośniętym trującymi cierniami; u dołu pnia wydłubują dziurę i wypuszczają mleko do miski lub glinianych garnków, wcierają tę truciznę w trawę i wrzucają do małych źródełek lub kałuż o których wiedzą że przychodzą tam dzikie konie by pić wodę, które to dzikie konie wypiwszy stąd nie ujdą 400 kroków i pękają. Mięso takich otrutych koni jest gotowane i zjadane, tylko zupy z tego nie piją. Zwierzyna do której strzelają jest w większości zastrzelana z trucizną na grocie, wtedy wycinają mięso dookoła dziury po strzale, resztę zjadają do czysta. Z pnia tego tu wspomnianego trującego mlekowca, gdy jest stary i zepsuty, wyciąga się czarny rdzeń; również się go drobno uciera, zwilża się śliną i smaruje tym strzałę, lecz gdy się nią postrzeli człowieka, nie jest tak strasznie jak z poprzednią trucizną, lecz zraniony i tak musi być natychmiast cięty. Gdy rana jest umyta czystą wodą, czarowniczka wysysa z niej truciznę. Z tym mlekowcem również mam własne doświadczenie, bo pewnego dnia gdy zeszliśmy z gór Nakourisbergen zobaczyłem że wołowi jucznemu ładunek przesunął się na bok; wtedy pojechałem szybko by mu dopomóc a byłem na boso; i w ścisku i pośpiechu zahaczyłem stopą o taki trujący mlekowiec, i utkwiły mi 2 ciernie. Przybywszy wieczorem gdy chcieliśmy się rozpakowywać, moja stopa była spuchnięta jak poduszka, wtedy Hotci wycięli stamtąd ciernie i wyssali, lecz byłem zbyt wydelikacony by pozwolić ciąć odpowiednio głęboko, dlatego moja stopa stała się jeszcze bardziej nabrzmiała, że naokoło odeszło czucie i zaczęła się z niej sączyć biała woda, na koniec też cała noga stała się sztywna. Wtedy kazałem sobie dać od wszystkich kwaśnego mleka i ugotowałem je, i wkładałem nogę do tak gorącego jak tylko mogłem, na co jednak tej nocy opuchlizna na stopie się zmniejszyła, a następnego dnia powoli się poprawiło. Inaczej byłbym dzięki Panu Bogu przez ten cały czas zdrowy."(pp.131-133). c.) Ludzie. Nad Rzeką Oranje nie tylko przyroda bywa groźna – poważne niebezpieczeństwo nieraz stanowili ludzie, z którymi nie zawsze udało się uniknąć konfrontacji, choć przyznać trzeba, że w całej opowieści ani razu nie doszło do rozlewu krwi, tak jak w przypadku nocnej walki z Buszmenami: "Gdy podróżowaliśmy 2 raz w nocy, niespodziewanie wszedłem z moim towarzystwem na Buszmenów, którzy posłali między nas strzały, lecz mimo to nie wydarzyło się nieszczęście, jako że tak samo jak oni schroniliśmy się za skałami i przez namowy tych którzy ich znali, jednak się uspokoili." (p.129). Tego rodzaju zagrożenie nie zawsze wynikało z zaskoczenia, bywało tak, że biały podróżnik nie był gościem mile widzianym, czasem chciano się pozbyć intruza za pomocą spisku: "Przy moim powrocie przeszedł pomruk, że naczelnik wypraktykował by mi i Claasowi Barendowi dać utonąć w rzece, jako że nie umiemy dobrze pływać, i nie umówiliśmy się z nimi by przy naszym powrocie u nich przekraczać rzekę, a konie chcieli zastrzelić harpunami. O to kazałem wypytać mojego dobrego naczelnika, który wszystkiemu zaprzeczył i powiedział że to kit. Niemniej jednak zacząłem mieć się na baczności, i nie pozwoliłem nikomu sobie towarzyszyć, tylko mojemu przybranemu bratu naczelnikowi Oudze."(p.118). Jednym z powodów dla takiej niechęci, obok lęku wynikającego z niewiedzy, mogły być niedobre doświadczenia z białymi handlarzami bydłem lub zła sława związana z plądrującą okolicę bandą bastarda Cupido Roggevelda [66] . Wikar opisuje jednak przypadki, kiedy udało im się przełamać takie uprzedzenia i przekonać przerażoną ludność o swoich dobrych zamiarach: "Ci Namnykoa byli podzieleni na 3 zagrody, 2 leżały circa 1000 kroków od siebie, na dużej wyspie, razem wzięte miały ponad 40 słomianych chat. Podejrzewam że razem miały 300 owiec i kóz, i ponad 150 krów, lecz oprócz tych ukryli jeszcze część po drugiej stronie rzeki. Potem nawet je wyjawili, a także że myśleli że postąpimy z nimi jak Cupido Roggevelt, przed którym czuli jeszcze lęk, na co kazałem im przetłumaczyć, że nie mieliśmy takich zamiarów. Także nie przybyłem żeby z nimi handlować, tylko by obejrzeć ich kraj, a niechby moje towarzystwo postąpiło niewłaściwie, będę tam ja i Claas Barend by temu przeszkodzić. Odpowiedzieli, że słowa te słyszeli już od mojego ludu, chwalili nas i powiedzieli że przyprowadzili dla nas starą krowę rzeźną, za którą zapłaciliśmy koralami i tytoniem." (pp.113-114). Niejednokrotnie grupa Wikara wywoływała panikę i bez skojarzeń z budzącą postrach bandą, czasem wystarczała sama obecność białego człowieka: "Ta nacja jedynie z daleka słyszała dotychczas że lud hoengab lub holenderski jest na świecie. Dlatego gdy przybyliśmy pognali swoich pasterzy, do zagrody i chcieli po prostu się spakować i uciec, lecz nasi ostatni przewodnicy mianowicie Aukokoa powstrzymali ich, i przekonali ich że nie zrobimy im krzywdy, i że nie jesteśmy żadnym złym ludem, opowiedzieli im o tym jak byliśmy u nich w zagrodzie, że dawali nam żywność etc.a, lecz przeciwnie otrzymali od nas tytoń i więcej drobiazgów. Wtedy ci poszli przed nami do zagrody i opowiedzieli to zwierzchnikowi zagrody, który wyszedł mi i Claasowi Barendowi na spotkanie by nas pozdrowić, lecz zawsze trzymał się 20 kroków od koni, którym to zwierzętom nie ufał, biegnąc ciągle przed nami i przeciągle krzycząc, a przyszedłszy do zagrody ze wszystkich stron poprzynosili bambusy z mlekiem i ofiarowali mi jedną krowę rzeźną, za którą my ofiarowaliśmy im tytoń."(p.120). 3.4.3. Trofea. Ze swojej wyprawy Wikar deklaruje przywiezienie licznych trofeów, w większości są to znalezione szlachetne i półszlachetne kamienie, skóry upolowanych zwierząt i otrzymane od napotkanych po drodze plemion podarunki w postaci charakterystycznych wytwarzanych przez nich przedmiotów [67] . Warto przytoczyć tu opisy takich zdobyczy, w których podróżnik zdradza bezpośredni cel, dla którego podejmuje trud przewiezienia tych przedmiotów na Przylądek: "Ci Blip muszą być według mnie bystrą i rozsądną nacją, która posiada sztuki rzemiósł, bo o co by się nie zapytało: kto to zrobił? odpowiedź jest natychmiastowa: Blicquoa. To widać po nożu obustronnie ostrym. Na rękojeści tego noża wycięli z kości słoniowej głowę słonia, pochwa również jest rzeźbiona rzędami w kości słoniowej, który to nóż jest moim zdaniem największym rarytasem, który przywożę i zamierzam ofiarować Wielce Szl.emu i Wielm.emu panu gubernatorowi van Plettenberg."(pp.121-122). Przy interpretacji tego zabiegu należy pamiętać, że adresatem całego tekstu "Sprawozdania..." jest właśnie pan gubernator. Wikarowi nie wystarcza więc, że faktycznie zamierza Van Plettenbergowi ów "rarytas" ofiarować, jest to dla niego na tyle ważne, że zapisuje tę decyzję na kartach swojej opowieści. Dodatkową okoliczność stanowi tu być może, że ta relacja wyprzedziła swego autora w drodze na Przylądek i zaważyła na decyzji o powitaniu Wikara jako wielkiego podróżnika, a nie jako dezertera i dłużnika. Nie bez znaczenia więc była forma i treść zapisu jego historii, być może bezpośrednie zwroty do zwierzchnika i liczne potwierdzenia wierności i szacunku były wynikiem dbałości o własną przyszłość. Z charakterystyczną dla siebie szczerością narrator przyznaje się również do niepowodzeń i w tej dziedzinie, opisuje dary, których nie udało mu się dowieźć w stanie zadowalającym, jak na przykład przy okazji opisu jednego z dziwnych stworzeń: "noãs, mniejsze od szakala szare w kolorze, ze spiczastym pyskiem. Przywiozłem jedną taką skórę dla Wielce Szl. Wielmożn. pana gubera, lecz uszy zwierzęcia zostały uszkodzone przez mola."(p.91). 3.5. Strona techniczna opowieści. 3.5.1. Świadomość niedoskonałości. Czasem też otwarcie pisze o swojej bezradności wynikającej z braku pewnych umiejętności technicznych, co uniemożliwia mu podanie informacji na tyle szczegółowo, na ile by chciał, tak jak w przypadku usprawiedliwiania się z niedokładności mapy, którą sporządził własnoręcznie, a która niestety nie zachowała się do dzisiaj: "Jako że już dość długo włóczyłem się wzdłuż rzeki tam i z powrotem, chciałem w swej prostocie narysować rzekę, tak jak jest to tu z tyłu załączone, lecz jakkolwiek starałem się jak mogłem najlepiej, nie przedstawiam tego jako dobre lub prawdziwe, ponieważ po 1sze nie mam żadnej wiedzy na ten temat a po 2gie nie miałem kompasu, lecz gdzie wschodziło słońce, tam wziąłem wschód, gdzie zachodziło zachód; mając to na początek, myślę że przeciągnąwszy przez to poprzeczną linię wyznaczy się Pn. i Pd., także myślę, że Północ jest tam gdzie słońce góruje w południe."(p.136). Podobnie szczera wzmianka pojawia się w opisie obrzędu zaślubin: "Jeszcze jedna ceremonia 2 młodożeńców, gdy małżeństwo jest zawarte musi się odbyć jeszcze jeden ubój, z podgardla i piersi musi zostać ugotowana papka, do tego musi być dodany brud z głowy męża, to też musi ona zjeść, to jest oznaka jej miłości do męża – i musi wyrzucić (lecz cóż takiego nie wiem, bo wiedziałem to będąc u nich dlatego umieściłem w notatkach wyrzucanie, lecz teraz mi umknęło)." (p.103). Uwaga ta cenna jest nie tylko ze względu na to, że daje kolejny dowód naiwnej wręcz otwartości autora, ale także stanowi klucz do iście barokowej struktury tego dokumentu, otóż zdradza, że Wikar przygotowywał się do napisania swego "Sprawozdania...". Pisarz szpitalny zbiegły ze służby na Przylądku Dobrej Nadziei przez całą drogę czynił notatki, które później wkomponował w tekst relacji, dlatego być może powstaje wrażenie, że składa się on z samodzielnych fragmentów, jakby z modułów, które następują po sobie w kolejności podyktowanej wyborem pamięci, ciągiem skojarzeń autora inkrustującego swą opowieść wszelkimi danymi, które zgromadził. Pewnie dlatego narracja pełna jest dygresji i historii zawierających się w sobie na zasadzie szkatuły, a obrazy przepływają niepostrzeżenie przenosząc czytelnika w zupełnie inną sytuację i inne miejsce. 3.5.2. Obsesja liczb i dokładności. Czasem jednak Wikar dokonuje syntezy informacji zawartych w swoich zapiskach, na przykład rozliczając się ze wszystkich upolowanych zwierząt: "Podczas całych obu moich wypraw wędrując razem zabiliśmy następujące duże dzikie zwierzęta mianowicie 2 słonie pozostawione martwe na miejscu (i jeden uciekł z ranami, i po około 8 dniach od tamtego czasu został znaleziony martwy przez Buszmenów, którzy kamieniami rozbili zęby na drobne kawałeczki, by robić z nich łyżki), 2 nosorożce, 1 bawół, 1 kameleopardalis, 10 krów morskich."(p.129). To upodobanie do liczb przypomina wręcz obsesję, Wikar liczy bydło i chaty w napotkanych zagrodach [68] , interesuje się tubylczymi sposobami rachuby czasu: "Te nacje dzielą również rok na trzy, (mianowicie pora sucha, pora deszczowa, i pora rozkwitu), mają w roku 13 miesięcy, z których każdy posiada osobną nazwę. Tak więc liczą po krowie która poigrała, że 9 miesięcy chodzi a w 10tym rodzi. Jak ich zapytać, ile mają lat, wyciągną swoje 2 ręce; tyle razy, ile mają dziesiątek lat, lecz różnica 2, 3, i 4, tego nie wiedzą."(p.119). Dążenie do maksymalnej wierności, dokładności i jednoznaczności opisu zdaje się dochodzić do zenitu, gdy popycha narratora niemalże do sformułowania nieznanej jeszcze ludzkości teorii względności, przy okazji opisu tradycyjnej przeprawy przez rzekę: "17-go szukaliśmy razem drewna, by zbudować tratwę żeby się jutro przeprawić przez rzekę. 18-go przeprawiliśmy się przez rzekę; buszmeni zamiast napędzać swoje tratwy wiosłami, napędzają je wpław, przy każdej tratwie jest zazwyczaj 8 mężczyzn lub 10 mężczyzn. Z przodu tratwy trzymając się jedną rękę wyrzucają z siłą ciało i wolną ręką zagarniają wodę, a ci co płyną z tyłu, swoją moc czynią stopami, popychając w ten sposób tratwę, a jeden pojedynczy Hott przymocowuje swoje dobro do długiego kija, który trzyma w górze lewym ramieniem, i płynie tak z pojedynczym kawałkiem drewna, z własnej woli. Tak przeprawiali mnie przez rzekę wielokrotnie, jedną ręką trzymałem się kołka, który wbiłem w środek kłody, a drugą ręką i stopami pomagałem płynąć, ale buszmen płynący z tyłu wszystkim kierował i zarządzał. Kobiety również znają sztukę przepływania przez wielką rzekę, tak jak mężczyźni i dzieci, bo taki jest u nich mechanizm, że jak tylko zaczynają chodzić, cały dzień spędzają w wodzie. Po drugiejN.B. stronie rzeki nie było bawołów, ale tutaj jest ich bardzo dużo, bo ziemia jest przez nie tak poznaczona, jakby ciągle tu leżało stado krów, ich ślady i nawóz tak mało się różnią od krowich, że nie bardzo można je odróżnić. N.B. To jest po drugiej stronie rzeki stąd gdzie są bawoły, a wielce szanowny czytelnik raczy zaobserwować i zrozumieć, że teraz przeprawiłem się przez rzekę, i dlatego nazywam drugą stroną tę stronę, ponieważ teraz jestem po tej stronie, i tak samo w innych miejscach."(pp.114-115). 3.5.3. Obserwator uwikłany w bieg wydarzeń. Na koniec warto spróbować rekonstrukcji osobistego podejścia autora do opisywanej rzeczywistości. Nieliczne są przypadki, w których Wikar ocenia i stawia się wyżej nad przedmiot swoich obserwacji. Rzadko kiedy krytykuje zwyczaje swoich towarzyszy, a jeszcze rzadziej pozwala sobie na ingerencję, choć i takie przypadki się zdarzają. Odwracając zaprojektowaną przez wielkiego podróżnika sytuację i traktując jak przedmiot badań jego samego, a nie jego opowieść i informatorów, zacytuję fragment, w którym narrator ujawnia się jako uczestnik wydarzeń: "Lecz Damrakoa osiadli poniżej Blip nad inną wielką rzeką, uważani są za jeszcze potężniejszych czarowników. Pośród tych nacjiN.B. też są tacy co podają się za czarowników, i mówią że widzą że diabeł jest czarny. Widziałem jak czarują przy chorych z których usiłują wypędzić diabła; mruczą i wydają ustami różne dźwięki na chore miejsce; potem każdorazowo wychodzą na zewnątrz, i wydają tam znów inny dźwięk, następnie wypluwają wszystko z werwą. To tak jakby wyssali diabła z ciała chorego, a teraz chcieli się go pozbyć z własnego. Wchodząc znów do środka czynią swoje niedorzeczności jak wcześniej, aż w końcu pojawia się kawałek drewna, które urosło guzowate i krótko mówiąc brzydkie; ten kawałek drewna jest pokazywany pacjentowi a on wierzy że pochodzi to z jego ciała. Tym drewnem przypala się pacjentowi chore miejsce, a sadło z ostatecznie zarżniętego odmiennie bydła jest przez czarownika przeżute i tam położone; jeśli chory ciągle czuje ból, więcej musi zostać zarżnięte, i gdy czarownicy niemal są utuczeni, a chory umrze, to nazywa się to że za mało zostało zarżnięte, że diabeł jest ciągle zły, wtedy jeszcze po śmierci pacjenta musi być zarżnięte, żeby móc udobruchać diabła, i by mógł on opuścić to miejsce, by zdrowi ludzie tam nie chorowali i nie umierali. Gdy to wszystko jest załatwione i czarownicy odchodzą, wyrzucają w powietrze kawałki skały, kamienie, drewno i co im wpadnie w ręce. W ten sposób diabeł zostaje wygnany. W to wszystko wierzą tak mocno, że niemożliwością jest wybić im to z głowy, czego raz próbowałem, lecz nigdy więcej nie będę tego robić, i raz gdy w takim przypadku stanąłem za plecami czarownika, powiedział mi że muszę odejść zza jego pleców, bo inaczej nie skończy się to dla mnie dobrze; nie chciałem go drażnić i posłuchałem go. Czarownicy sprzedają też innym ludom rozmaite powykręcane drewienka, służące przy zarazie lub chorobie, a także przy innych niebezpieczeństwach ludzi lub bydła, by zostało nimi przypalone lub podrapane na ciele, tak jak między innymi sprzedają powykręcane, guzowate drewno. To jest używane gdy ktoś zostanie osaczony na wojnie, i widząc to musi zadrapać się nim na stopie, i na ciele, wtedy ma biegać tak że jego wróg go nie doścignie, i więcej tego rodzaju niedorzeczności. Łapka skoczka pustynnego też jest takim środkiem, jest ona przez nich noszona na piersi. N.B. Cyniequa, Corarqua i Gyzioqua. Blicquoa jest właściwą nazwą tychże, lecz skraca się na Blip (można powiedzieć Bok, też jak mówią szybko wychodzi z tego Blira, i to wszystko jest ta sama nacja)."(pp.122-123). Jednak oddając sprawiedliwość Hendrikowi Jacobowi Wikarowi, przyznać trzeba, że w większości jego relacji dominuje godny podziwu szacunek i przeważnie udane próby oderwania opisu od własnych uwarunkowań kulturowych. Autor często przytacza sceny bardzo dla Europejczyka drastyczne, przerażające lub budzące odrazę, ale potrafi zrobić to w taki sposób, że zmusza odbiorcę do uświadomienia sobie że taka interpretacja jest zaledwie jedną z możliwych, że w obrębie innego systemu kulturowego znaczenie takiej sytuacji może być przeciwne. Bardzo dobrą ilustracją tej właściwości jest ukazany przez Wikara wizerunek szarańczy, która w jego opisie traci na moment starotestamentowe piętno: "Szarańcza jest w górze, tak że czasem wygląda jak chmura w powietrzu, ciągnie zawsze z wiatrem, a gdy wiatr się zmienia, to i ona tak leci. 3 razy zmienia kolor, najpierw będąc małą jest czarna, bo gdzie tego roku spada chmara szarańczy, zostawia po sobie tyle jajeczek, że następnego roku w tym samym miejscu jest tyle czarnej szarańczki tej samej wielkości, że można by powiedzieć, że pył lub piasek ziemi zamienił się w szarańczę. Teraz będąc małymi i czarnymi nie latają, lecz skaczą po ziemi, wszystkie trzymając jeden kurs; coś zadziwiającego zauważyłem u tych małych, bo kopaliśmy by chwytać w rowie w wyschniętej rzece i one tam wskakiwały; te które już były dalej zawracały i też wskakiwały do rowu, jak tylko spostrzegły że ich towarzysze nie idą za nimiN.B.. Półdorosłe są czerwone, w końcu będąc dorosłymi są płowe, tam gdzie spadają czasem pozostaje ledwie kikuty krzewów i trawa. Zaraz gdy spadają na rozległe łąki, Buszmeni podpalają trawę i zbierają upieczoną szarańczę w stosy, przechowują w sakwach, odłamując głowę i skrzydełka, zjadają ze smakiem. Gdy Buszmeni widzą nadchodzącą szarańczę, okazują klaskaniem w dłonie i krzykiem wielką radość, bo oto nadchodzą ich żniwa. N.B. Widziałem je tak wiernie podążające za sobą, że wskoczyły do wielkiej rzeki, tak że w końcu rzeka wyrzucała wzdłuż brzegów sterty ich trupów."(p.130). Przez cały tekst przebija zachwyt otaczającą rzeczywistością, który udziela się odbiorcy, który chcąc nie chcąc spogląda na przedstawiony świat oczami odkrywcy, dla którego najmniejszy nawet detal ma potencjalnie kosmiczne znaczenie. 4. Podsumowanie. Afryka Południowa przebija z kart "Sprawozdania..." jako miejsce niesamowite, pełne skrajności, obfite w różnorodne formy biologiczne i geologiczne, a jednocześnie pustynne, monotonne i niegościnne dla istot żywych. Świat przyrody, sporadycznie tylko opisywany od strony użytkowej, jawi się jako przerażający i piękny, fascynujący i niebezpieczny. Wikar jest pionierem w pełnym tego słowa znaczeniu, wiele opisywanych przez niego roślin, zwierząt, minerałów i elementów krajobrazu prawdopodobnie nie było przed nim oglądane przez żadnego Europejczyka. Nasycenie nowością w tym tekście dochodzi do takiego poziomu, że jego autor zdaje się już nie dziwić niczemu, tylko po prostu opisuje dokładnie to, co widzi. Powstaje więc wrażenie, że ziemie, które czytelnik przemierza wraz z autorem, pełne są dziwów, że normą jest nieprzewidywalność i zaskoczenie. Dodatkowo świat ten stale dostarcza emocji, bowiem nie tylko to co piękne okazuje się często niebezpieczne; wydaje się że zagrożenia życia można się spodziewać właściwie w każdym momencie. Drapieżne lwy, szalone nosorożce, trujące rośliny, rwący nurt rzeki i palące słońce to jedynie część niebezpieczeństw czyhających na nieuważnego wędrowca. Dużo okrucieństwa można się spodziewać ze strony zamieszkującej ten kraj ludności. Wikar wspomina często nieustanne i, jego zdaniem, bezsensowne krwawe walki nie tylko między plemionami, ale także kończące się tragicznie sprzeczki wewnątrz opisywanych społeczności. Nierzadko podkreśla impulsywność swoich towarzyszy, a także ich, powiedzielibyśmy dzisiaj, mało humanitarny z punktu widzenia europejskiego podróżnika sposób obchodzenia się z jeńcami i bydłem rzeźnym. Jednak z drugiej strony daje liczne dowody ich otwartości i zaufania – wielu konfliktów udało się uniknąć lub załagodzić dzięki pokojowej mediacji narratora. Wzajemne poczucie odpowiedzialności każe przewodnikom Wikara raz po raz ratować go z opresji, w które wpada z powodu nieuwagi, nieznajomości realiów, swojej odmienności albo przez splot nieprzewidzianych okoliczności. W rezultacie Wikar opisuje swoich towarzyszy jako ludzi wprawdzie powodowanych gwałtownymi emocjami i odrobinę, jego zdaniem, naiwnych, bo wierzących w niewiarygodne dla niego mity, a także stosujących używki w sposób niekontrolowany, ale za to jako wspaniałych przyjaciół, przebiegłych myśliwych, pomysłowych wynalazców, dzielnych i wytrzymałych podróżników. Przygląda się ich kulturze, przez cztery lata stara się żyć tak jak oni i uczy się od nich tego, co uważa za wartościowe (czyli często niezbędne do przeżycia). Afryka Wikara jest miejscem wspaniałym dla kogoś, kto ją dobrze zna, kto świadomy jest zagrożeń które na niego czekają i potrafi sobie z nimi radzić. Na tę Afrykę trzeba mieć sposób, trzeba mieć też wiernych przyjaciół i dużo szczęścia, a i tak nigdy nie jest się całkowicie bezpiecznym. Fakt, że ze swojej wielkiej przygody wyszedł praktycznie bez szwanku, Wikar często, mniej lub bardziej otwarcie przypisuje opiece sił nadprzyrodzonych, której poleca swoich czytelników w ostatnich słowach swojego "Sprawozdania...": "Na tym chciałbym zakończyć po poleceniu Waszj Wielmnej wysokiej osoby i mądrych doradców opiece Jahwe, mam zaszczyt pozostać w głębokim szacunku bardzo pokorny i uniżony sługa Waszj Wielce Szlachetnej Wielmożności HENRIK JACOB WIKAR Przylądek 18 września 1779."(p.138). Literatura:
[1] Wszystkie cytowane tu fragmenty "Sprawozdania..." Wikara zostały przetłumaczone przeze mnie na potrzeby tego opracowania i pochodzą z: E.C. Godée Molsbergen, Reizen in Zuid-Afrika in de Hollandse tijd, v.2, 's-Gravenhage 1976. Zamiast pełnego adresu bibliograficznego, po każdym cytacie podany został w nawiasie numer strony. Przekład nie zawsze spełnia normy języka polskiego, stara się bowiem oddać specyfikę zapisu oryginalnego, który również nierzadko nie mieści się w ramach gramatycznych. [2] Grote Rivier, obecnie Oranje Rivier. [3] Kompanii, czyli VOC. [4] Sir Hendrik Hop, dnia 18 września 1761. [5] dopływ Wielkiej Rzeki, być może Brak Rivier. Fonetycznie przypomina "Goodhouse", gdzie Wikar przebywał przed rozpoczęciem podróży wzdłuż Rzeki Oranje. [6] Hotentoci – tego rodzaju skróty Wikar stosuje bardzo swobodnie w całym dokumencie. [7] na Południe od Wielkiej Rzeki. [8] lub jak sugeruje Molsbergen - Goenjemanem (E.C. Godée Molsbergen, op.cit., p.80) [9] "boovenland" – to może Boland, region w Prowincji Przylądkowej Zachodniej. [10] Jacobus Coetsé Jansz., wyprawa z 1760 roku. [11] "Autor czynił starania, by pisać po niderlandzku, ale nie zostały one w pełni zakończone sukcesem. Najlepiej świadczy o tym fakt, że jego pamiętnik nie mógł w tej formie funkcjonować oficjalnie i został <...> przepisany, uzupełniony na podstawie rozmowy z Wikarem i jako Relaas (Relacja) przekształcony na bardziej oficjalny, sformalizowany niderlandzki.", Jerzy Koch, Historia literatury południowoafrykańskiej, XVII-XIX wiek, Warszawa 2004, pp.208-109. [12] Elizabeth Johanna Möller Conradie, Hollandse skrywers uit Suid-Afrika, Pretoria 1934, p.94. [13] Jerzy Koch, op.cit, p.109. [14] 4 stycznia 1776 roku. [15] Tę formę przypisów Wikar stosuje konsekwentnie w całym tekście – skrót N.B. w górnym indeksie oznacza nota bene i odsyła do objaśnienia na dole strony, oddzielonego od tekstu podstawowego linijką przerwy. Tutaj treść takich przypisów umieszczona została na końcu cytowanego fragmentu. [16] sic! [17] czyli żyraf – nawet we współczesnym słowniku afrikaans - angielskim pod hasłem "kameel" czytamy: "(incorrectly) giraffe", D.B. Bosman, I.W. van der Merwe, L.W. Hiemstra, Tweetalige Woordenboek, Kaapstad 1984, Tafelberg, p.237. [18] hartebeest, Alcelaphus buselaphus [19] Wyraźnie mamy tu do czynienia z formą małżeństwa nakazowego, którego przykład Wikar opisuje w innym miejscu: "w zagrodzie tych Buszmenów było jak myślę najstarsza istota żeńska jaką w życiu widziałem, czułem wstręt do tego starego szkieletu, a jednak była ona żoną młodego Hotentota."(p.7). [20] prawdopodobnie jest to słowo z języka Khoi-khoi. [21] rodzaj okrycia, szaty ze skóry [22] Agathosma betulina [23] Za 2 mleczne krowy (lub jedną, jeśli pan młody jest ubogi), młodzi otrzymują "sprzęt domowy"(p.103). [24] Teściowi należy się bydło, lecz w zamian zięć otrzymuje od niego "prawie tyle samo krów z powrotem"(p.103). [25] Restionaceae spp. [26] Aloe dichotoma [27] Oprócz ciekawych rozwiązań myśliwsko-wojennych, Wikara interesują również wynalazki innego rodzaju, docenia pomysłowość swych towarzyszy, którzy potrafią w prosty, nie wymagający udogodnień technicznych sposób przeciwstawić się niekorzystnym warunkom środowiska: "Było teraz porządnie zimno a ja byłem tu tylko w koszuli i spodniach, myślałem by po prostu usiąść przy ogniu, i tak spędzić noc, lecz Buszmeni sporządzili dla mnie ciepłe legowisko, w którym mogłem spać, rozpalili najpierw na piasku wielki ogień, a gdy się wypalił, wykopali w ciepłym piasku rów tak długi jak ja, ułożyli trawę i gałązki w ciepłym rowie, w którym się położyłem przykrywając się trawą i gałązkami, ciepło z ziemi na której leżałem, zrobiło mi tak dobrze że całkiem szybko zapadłem w sen, i noc spędziłem spokojnie. Takie legowisko nazywają eykaro."(p.85). [28] dagga – Cannabis Sativa [29] Według wszelkiego prawdopodobieństwa Wikar pisząc o krowie morskiej ma na myśli hipopotama. [30] jeśli to "noenie" – to Boscia albitrunca, czyli witgatboom [31] antylopa stenbok, Raphicerus campestris. [32] Equus quagga quagga, wytępiony doszczętnie na początku XX w. południowoafrykański dziki osioł, krewniak zebry, pręgowany tylko na głowie i szyi. [33] Phragmites comunnus, Phragmites mauritianus. [34] Często przywoływana jest także daga, czyli konopie, lecz tylko z nazwy – brak jest opisu jej działania lub sposobów wykorzystania. [35] Gdy skończył się prowiant, Wikar uczył się "żyć po buszmeńsku": "Uczę się teraz także rozpoznawać korzenie, które są jadalne, tak jak jeden nazywany przez nich haãp, który rośnie jak bluszcz przy akacjach lub zaczekaj chwileczkę [czepota], rośnie on w ziemi na 2 łok [cie] i jeden z większych może nasycić 2 osoby, w smaku jest prawie jak pasternak, lecz włóknisty i włosowaty w środku, piecze się go w popiele."(p.91) [36] Czyli w sumie odpowiednio ok. 2,272 lub 2,84l. [37] Tu Wikar zdradza paternalistyczny stosunek do swoich towarzyszy – o tym szerzej w paragrafie 3.4.1. [38] Lud ten Wikar bardzo cenił ze względu na niezwykle miłe przyjęcie ("zostałem przez tę nację przyjęty, lepiej niż mogłem oczekiwać lub wyobrażać to sobie", pp.126-127), a także za pomysłowość ("w dolinie obok rzeki był zagajnik drzew, które były od dołu przycięte i przebiegały tam ścieżki na podobieństwo alei, tak że bydło i lud był zawsze w cieniu.", p.126). [39] "kooper kapelle" to pewnie "cobra de capello", czyli wąż kapturowy, Naja tripudians [40] kobra przylądkowa, Naja nivea [41] Hemachatus haemachatus [42] véritable [fr.] - prawdziwe [43] Czyli polegających na usunięciu jednego jądra. Vide E.C. Godée Molsbergen, op.cit., pp.98-100. [44] interpretacja Wikara nie jest trafna – Tsoei'koap lub Tsui Goab to czczony przez Khoi-Khoi duch potężnego naczelnika lub czarownika, imię oznacza dosłownie "zranione kolano" (Andrew Lang, Custom and Myth, Longmans 1884 - http://www.gutenberg.org/files/14080/14080.txt; Molsbergen) [45] w tamtym okresie wszelkie wierzenia pogańskie nazywane były przez Holendrów zabobonami [46] Molsbergen, powołując się na Gustava Fritscha, uzupełnia tę opowieść: "Gdy Zając opowiedział Księżycowi jak przekazał wiadomość, Księżyc się rozzłościł i uderzył Zająca w głowę kawałkiem drewna, przez co powstała rozszczepiona górna warga; Zając się bronił i drapnął Księżyc łapami tak, że na Księżycu do dzisiaj widoczne są od tego ciemne plamy.", p.119 [47] podmiotem domyślnym są tu chyba opowiadający całą tę historię dwaj starcy. [48] Zdaje się, że następuje tu komentarz opierający się na późniejszych doświadczeniach autora i w związku z tym można w tym miejscu uzupełnić to wypowiedzenie słowami "zaobserwowałem, że". [49] którą sugeruje w stwierdzeniach takich jak to: "Dziś również znalazłem w obfitości małe kryształy, i jeden czerwonawy kamień w górach, który jest mi całkowicie nieznany"(p.96) [50] Rhus lancea [51] tak jak w przypadku cytowanego w innym miejscu opisu nosorożca o osobliwie wygiętym rogu [52] antylopa oryks (Oryx gazella gazella) [53] protel grzywiasty (Proteles cristatus); protele są podrodziną hienowatych. [54] hiena cętkowana (Crocuta crocuta) [55] Ten pozorny latynizm zbudowany jest jak można przypuszczać na słowie "kameelpaard" (wielbłądzi koń) oznaczającym po prostu żyrafę. [56] Namnykoa [57] "waterlamoen" zamiast "watermeloen", czyli arbuz. [58] "Ja i konie to były dla nich największe cuda, konia bali się bardziej niż nosorożca lub złego drapieżnika."(p.118). [59] "sneese" zamiast "Chinese", czyli po chińsku [60] Uzupełnienie dramatycznej narracji takim rzeczowym opisem jest dla Wikara bardzo charakterystyczne i potwierdza tezę, że główną wartość swojej pracy widział on w ilości zawartych w niej konkretnych informacji. Można więc powiedzieć, że "Sprawozdanie..." w intencji swego autora dąży do opisu naukowego. [61] "Podczas mojej drugiej wyprawy nic istotnego się nie wydarzyło, jako że szliśmy tak szybko, że w 2 miesiące byliśmy tam i z powrotem."(p.129) [62] Waszej Szlachetności [63] Acacia mellifera i inne gatunki akacji [64] 1 sąg ≈ 1,6988 lub 1,88m. [65] Ficus cordata [66] "Z Kalagas ruszyliśmy do Kaykoop; tu przed kilkoma laty leżała mocna zagroda buszmeńska z bydłem, która została rozproszona po wizycie Cupida Roggevelta."(p.88) [67] Tak jak na przykład ozdoby - "Otrzymałem tu różnorodne kolczyki od Blicquoa, również masywne pierścienie z ichniej miedzi, i obręcze będące od środka ogonem kameleopardalisa, a z zewnątrz delikatnie okute miedzią i żelazem, z czego również widać, że również posiadają symetrię."(p.120). Ciekawe są tu wnioski, które Wikar wyciąga o twórcach na podstawie ich wytworów. [68] Na przykład: "25-go ruszyliśmy do Aukokoa lub Wąskopoliczkowców, trzeba ze stałego lądu przekroczyć 14 strumieni, zanim się dojdzie do ich zagrody, tak rzeka jest tu podzielona, bo po drugiej stronie zagrody leżą jeszcze 3 strumienie, z których jeden jest bardzo niebezpieczny do przepłynięcia. Podejrzewam że muszą mieć ponad 300 krów, i 4 lub 500 [czyli 400 lub 500] owiec; podzieleni są na 2 zagrody, około ¼ godziny pieszo od siebie. Kiedy są razem, zagroda składa się z około 40 słomianych chat..." (p.118) |


