| Siedem lat chudych |
|
|
|
| tekst: jędrzej morawiecki | |
|
Sen sprawdził się w domku na kurzej stopce, na rogu Marksa i Gorkiego. Domek jest zasikany, ale bajkowy. Schodki dawno ktoś wyłamał. Misza siedzi na progu i macha nogami, metr nad chodnikiem. Białe, mokre płatki szybują niezdarnie i lądują ciężko na dziurawym dachu. Teraz Brześć wygląda inaczej. Jest jeszcze co prawda mały, ograniczony nocą, w której rozmyły się srebrne nitki torów i długa bryła dworca. Taki przygraniczny węzeł z peronami upstrzonymi pęczkami białoruskich przekupek. Prawdziwe miasto zostało z drugiej strony wiaduktu. Ale Brześć jest już inny. Miejscowość ściśnięta wąską perspektywą dworca została oswojona. Cisi, niebiescy celnicy, co nie mają czasu sprawdzać deklaracji, snują się leniwie po wilgotnych peronach i piją kawę w pachnącej bufetem poczekalni. Podróżni śpią na plastykowych fotelikach. Co pewien czas z ciepłego zaplecza wytacza się sprzątaczka, idzie przez seledynową salę i szturcha ich kijem od miotły. Podróżni budzą się nieprzytomnie, kiwają głową posłusznie, bujają się nad posadzką, potem znów chrapią (rano wstaną wymięci, odkształceni, z głową pełną zbrylonych myśli). Do poczekalni wchodzą mokre od ciężkiego deszczu przekupki. Niosą pękate butelki kefiru i owinięte przezroczystą folią kurczaki. Pociągi są bardzo daleko. Prześlizgują się bezgłośnie po drugiej stronie drzwi, mrugają szeregiem żółtych okien i spadają za krótki horyzont. Na stację spłynęła dziwaczna miękkość, spokojna i przytulna. Tego spokoju i błogości nie skumają nigdy eurokrawaty ani rozhisteryzowani polscy dziennikarze bujający się po kolejnych antyreżimowych festiwalach. Pewnie nie uwierzą w białoruski sen i kolejarze jeżdżący „śmietnikiem”, krótkim elektrycznym składem wypełnionym workami ze spirytusem wiezionym przez szeregowych przemytników. Bidaków opakowanych plastykową wódą poganiają brygadierzy, co wiszą pod sufitem, kręcą błyskawicznie kloszami i wrzucają towar w „pekapowskie” lampy. Brygadierzy koordynują, rozkładają worki, zgarniają kasę i odpalają kolejarzom dolę, czasem już za Terespolem, w drodze do Siedlec. Ale ani konduktorzy ani brygadierzy białoruskiego snu nie trybią. Nie mają o dzisiejszym Brześciu pojęcia pasażerowie międzynarodowych pociągów, które po dwugodzinnej pewnie przerwie, zmianie kół na te dostosowane do torów „na chuj szerszych” od zachodnich (1) ruszają w stronę Mińska, Moskwy i Petersburga. 1.Nic nie poradzę, tak mówią, że carowi przedstawiono dwa projekty torów, zwykłe i szersze od europejskich o 89 milimetrów, „na chuj szyrie” – zapytał car no i „na chuj szersze” położono. Białoruś jest miękka, nie walczy ze stereotypami, tak myślę. Nie walczy z goścmi, jest pokorna, taka niby-bezwolna, jak tafla magicznej studni pokazuje to, czego oczekuje patrzący. W przerażonych oczach Polaka, który po przekroczeniu granicy szuka mitycznej Azji, obcej, okrutnej cywilizacji, leku na własne kompleksy wobec Zachodu, dworzec proponuje „demówkę”, przygotowaną dla zagranicznych gości. Przed pociągiem ustawia się szpaler milicjantów, z ciemnego kąta koło kas międzynarodowych wyłania się skórzany cinkciarz z wielkim kalkulatorem w spoconej dłoni, skryta za rogiem informacja odstrasza szczegółowym cennikiem usług, a koło wiaduktu czatuje konik, którzy sprzedaje bilety na zapchane moskiewskie pociągi. Ulica za postojem taksówek jest krzywa i ciemna. Przed dworcową halą kursują czarne wołgi i pękate moskwicze. Peronowe przekupki są stare, biedne, natarczywe, bezzębne, a po rosyjsku mówią szybko i niezrozumiale. Brześć nie protestuje, nagina się do wizji, podsuwa posłusznie blaszaną cysternę z kwasem pitnym, zapala po drugiej stronie wiaduktu trupiozielone lampy, zamyka restaurację na gruby łańcuch, szuka uporczywie brudu, z tym ciężko, bo białoruskie dworce są o wiele czystsze niż polskie, ale choćby jakiś zaciek, liszaj, parę butelek na torach. No i podróżny jedzie dalej, boi się, jest twardy, zaciska zęby, ściska zbielałymi palcami portfel wypchany jednodolarówkami, myśli o pieniądzach schowanych w skarpetach na dnie plecaka, torby czy walizki. Odjeżdża z Brześnia – rozłożony na bagażach, nie wstaje z łóżka, będzie ich pilnować do końca drogi, mruży oczy i z kamienną twarzą obserwuje współtowarzyszy podróży. Brześć wypełnia swoją rolę i po wyjeździe kolejnego gościa oddycha z ulgą. Tej nocy miasto nie straszy. Milicjanci są bardzo daleko. Nie przeszkadzają podróżnym, nie pałują dziś pomarszczonej, polskiej babci, która – zawinięta w miękką, szarą chustkę – zasypia w ciszy poczekalni, leży przytulegając szczelnie do ściany, cieniutka jak bożonarodzeniowy opłatek. Ktoś idzie do bufetu, przy chłodni siedzą dwie młode blondynki, odgarniają włosy, bawią się serwetkami, piją wódkę z piwem. Za nimi, dwa stoliki dalej, samotny niedogolony biznesmen z neseserem wisi nad srebrzystym kieliszkiem, jak figurka z plasteliny, powolutku opada w przedziwnym skręcie w stronę blatu. W Brześniu jest pełnia, harmonijny mikroświat dworca wydaje się trwać poza rzeczywistością: nikt nie krzyczy, nikt nie ucieka, nie płacze, nie ma tu mafii, alkoholu metylowego, rekeciarzy, opozycji, głodu, ani agentów KGB. Nie ma też Miszy. Tego tu brakuje, ten był z krwi i kości, stanowił część dworca. Jeszcze trzy miesiące temu biegał tu trzynastoletni chłopak z okragłą, lekko szelmowską, ale ciągle jeszcze bardzo naiwną twarzą. Drżał w przykrótkiej dżinsowej kurtce, palił zachodnie papierosy. Czasem rozwoził bagaże. Zwykle sprzedawał białoruskie i rosyjskie gazety. Misza pracował po południu i w nocy. A potem ruszał do domu: rzucał niedopałek papierosa i gonił ostatni trolejbus sypiący skrami z tyczkowatego pantografu. Jeżeli nie zdążył – wciskał dłonie w kieszenie i rozpływał się w ciemności, by pokonać jedenaście kilometrów nocnego miasta i przespać kilka godzin w ceglanym bloku. Misza był pośrednikiem, który łączy dworcowy mikroświat z realnym Brześciem. Biegał po dalekich pociągach, budził podróżnych powyginanych nad dworcową posadzką, wyrywał przyjezdnych z wygodnego przerażenia, pokazywał oświetloną ławkę, opowiadał o babciach z kurczakami, przynosił kefir. Misza zmieniał nastrój. Nocne miasto nie mogło już przywdziać maski i otwierało się przed zagranicznymi gośćmi zawstydzone, zażenowane. Brześć tracił w obecności Miszy tajemnicę wschodniego dworca. I Brześć się zemścił. Nie ma Miszy. Nikt go nie pamięta, nikt nie chce rozmawiać. - Znikł dwa miesiące temu - mówi kasjerka sprzedająca żetony do dworcowych flipperów, po czym milknie i chowa się w swojej budce. Kolejarz zaciska usta i odjeżdża w milczeniu z metalowym wózkiem. Taksówkarze chcą pomóc, ale nic nie wiedzą. O świcie otwiera się kiosk z telefonicznymi kopiejkami. - Misza tu nie mieszka - mówi przestraszony głos w słuchawce - Nie wiem gdzie jest. Pewnie w innym mieszkaniu. Tam nie ma telefonu. Babcia Miszy milknie, nie chce podać adresu. Potem mówi, żeby zadzwonić za dwie godziny. Brześć zaczyna budzić się ze snu. Po drugiej stronie torów pojawia się asfaltowa ulica, dalej park i błyszcząca kopuła cerkwi. Z "warszawskiej" strony dworca podjeżdża pierwszy "śmietnik". Z pociągu wychodzą zmęczeni Polacy z przemytem. Kolejowa wskazówka zbliża się do ósemki. Tym razem Misza odbiera telefon. Bardzo się cieszy. Nakrzyczał na strachliwą babcię, czekał trzy miesiące, chce się spotkać. Ale nie na dworcu. Tutaj już nie przyjdzie. Misza miał sen. Dzień przed naszym przyjazdem. Zobaczył nas w pociągu, potem na dworcu i w Brześciu, na ulicy. Sen się sprawdził w domku na kurzej stopce, na rogu Marksa i Gorkiego. Domek jest zasikany, ale bajkowy. Schodki dawno ktoś wyłamał. Misza siedzi na progu w dżinsowej kurtce i macha nogami, metr nad chodnikiem. Patrzy na hinduską restaurację po drugiej stronie ulicy. Na drewniany domek zaczynają spadać białe, mokre płatki. Szybują niezdarnie i lądują ciężko na dziurawym dachu. Miasto tonie w jednostajnym szumie deszczu i roztopionego śniegu. Misza uśmiecha się, prosi o herbatę. W plastykowym barze koło domu handlowego wysiadła kuchenka. Podają tylko zimną lemoniadę i Fantę. Za oknem przetaczają się zabłocone samochody. Misza przebiera palcami w popękanych adidasach, rozciera ręce i milczy. - Nie pracujesz już na dworcu? Zaprzecza. - Nie wejdę na dworzec. Boję się. Tutaj też. Może mnie znaleźć milicjant, oni wszędzie chodzą. Misza decyduje, że pójdziemy w stronę mostu. Pokaże drogę, którą wracał w nocy do domu, wtedy kiedy jeszcze sprzedawał gazety. Ale dworzec ominiemy. Na ulicy jest przez cały czas zimno i mokro. - Wracałem Moskiewską, potem przez most i koło cmentarza. Trzy godziny drogi. Misza mija sklep z zabawkami, przechodzi koło okrągłego kina i zatrzymuje się na szerokim skrzyżowaniu. Dalej, za parkiem zaczyna się betonowy wiadukt, który łączy miasto z białym dworcem po drugiej stronie torów. Misza sprzedawał gazety od 1994 roku. Zaczął, kiedy miał jedenaście lat. Noce zarywał tylko w czwartki i piątki. W inne dni tygodnia przychodził na dworzec na popołudnie. W czwartej klasie miał problem z zaliczeniem roku, w końcu przeszedł. Matka nie protestowała przeciwko nocnym eskapadom. Sama dostawała dwadzieścia pięć dolarów na utrzymanie pięciorga dzieci, przy takim hajcu ciężko protestować. Misza chodził na dworzec, potem wracał do domu z pieniędzmi i pił przed snem herbatę z konfiturami. Życie toczyło się powoli i cicho. Gdzieś, w głębi kraju, daleko od granicy, Łukaszenka rozwiązał parlament, potem ktoś gdzieś manifestował, wreszcie w dworcowym kiosku znikło z półek parę dzienników. Misza doszedł do wniosku, że Białoruś ma złego prezydenta, bo Łukaszenka lata prywatnym samolotem a na przykład Jelcyn własnego samolotu nie ma. Trzynastoletni sprzedawca gazet wolałby pewnie, żeby do kraju przyjechał rządzić Borys Nikolajewicz. Ale dla Miszy świat ograniczał się do dworca, pociągów, domu, szkoły i kilku brzeskich ulic. Cała reszta była daleka i bajkowa. Misza kupował rodzinie prezenty na Święta, sam miał nowe buty, gumy do żucia i kurtkę. Najbliższą namacalną władzą była dworcowa milicja. Ale ta wydawała się niegroźna. Misza był jednym elementem dworca, milicja - drugim. Funkcjonariusz w sinym mundurze krzyczał czasem, machał pałką, Misza kiwał głową, szedł dalej. - Wchodź, przebiegnij szybko po korytarzu i znikaj. I Misza wchodził do wagonu, sprzedawał gazety, posłusznie znikał z oczu milicjantom. Mijały miesiące. Chłopak kupował nowe gumy, cukierki, prezenty i odzież. Pracował. Czasem się uczył. Jesienią zeszłego roku pojawił się nowy milicjant. Czarnowłosy, wysoki lejtnant. Miał dobrą twarz. Ale po pewnym czasie koledzy Miszy zaczęli mówić, że nowy milicjant pobił Wowę specjalną białą rękawicą. Rodzice Wowy złożyli skargę, milicjant stracił jedną gwiazdkę. Na dworcu jednak został. Misza dalej sprzedawał gazety. - Szedłem w stronę stacji i codziennie powtarzałem "Żeby mnie tylko nie złapał. Żeby mnie tylko nie dogonił." Starszy lejtnant pełnił na dworcu funkcję pracownika do spraw nieletnich. I traktował swoją funkcję bardzo poważnie. W e wrześniu Misza wpadł. Nie zdążył uciec lejtnantowi i trafił na "opornyj punkt." Czarnowłosy milicjant założył białą rękawicę i bił Miszę po rękach, nogach i po twarzy. - Wszystko trwało około pięciu minut. Nie płakałem. Bóg go za to ukarze. Lejtnant nie zostawił żadnych śladów. Misza wyszedł z gabinetu i pobiegł ciemną ulicą w stronę domu. Potem przypomniał sobie, że zostawił na komisariacie plik gazet. Ale pomyślał, że gazety nie będą mu już nigdy potrzebne. Misza stoi przez cały czas przed betonowym wiaduktem. Po prawej stronie szumi park. Ulicą płynie coraz szersza struga mokrego śniegu. Słychać strzępy cerkiewnych śpiewów przemieszane z mlaszczącym szumem samochodowych opon. - O wszystkim wiemy tylko my dwaj - mówi Misza - Tylko lejtnant i ja. I tak już zostanie. Chłopak skręca w prawo i zostawia daleko za sobą jasny budynek z drugiej strony torów. Brunatne pasma peronów, komisariat, ciepły bufet i rzędy kolejowych kół znikają za skwerem. Misza nie powiedział nic nawet rodzicom. - Napisaliby donos. Być może lejtnant miałby już wtedy tylko dwie gwiazdki. Ale milicja potrafi się mścić. Boję się o rodziców. Oni nie mogą o niczym wiedzieć. Teraz Misza siedzi najczęściej w domu. Tkwi w kremowym, ceglanym bloku i myśli o podróżach. Kiedyś znajdzie inny biznes, zarobi pieniądze. Będzie już dorosły i milicjanci nie odważą się go bić. Wtedy pojedzie oglądać świat. Na przykład Mińsk, tam jest podobno dużo muzeów. Tak przynajmniej pokazują w telewizji. Może dotrze też do Polski. Z Polski przywożą dolary, mniej niż z Niemiec, ale zawsze coś. Kiedy już duży Misza zobaczy świat, przekona się jak żyją inni, wróci do Brześcia. To w końcu jego rodzinne miasto. Będzie mu dobrze, byle tylko nie bili. A na razie trzeba się ukryć i przeczekać. - Lepiej siedzieć w domu. Pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Jeżeli nie mogę zarabiać, to widocznie tak musi być. - A kto jest winny? - Nikt nie jest winny. Milicjant robi to co do niego należy. Każdy musi z czegoś żyć. Tylko dlaczego mnie bił? Nie miał prawa mnie bić! - A władza? - Władza to milicja. Misza wchodzi na asfaltowy most zawieszony nad plątaniną błyszczących torów, mija przystanek trolejbusowy i schodzi krętą ścieżką w dół, w stronę cmentarza. Tędy wracał w nocy z pracy. Bał się. Przez przerdzewiałą siatkę mógł przejść zmarły krewny, złapać i zabrać. Ale inaczej do domu dojść się nie dało. Misza zna już swoją przyszłość. Odsłonił mu ją białoruski dworzec w czasie pożegnania. Brzeska stacja jest mściwa, ale nie bezlitosna. Dworzec pozbył się natrętnego sprzedawcy gazet, ale w zamian dał mu przepowiednię. Misza ujrzał ją w domu. Pił herbatę z konfiturami, mówił matce, że nic się nie stało i nagle zobaczył przyszłość. Wróci na dworzec dziewiątego lutego, za siedem lat. Wtedy, w dzień swoich dwudziestych urodzin, przekroczy betonowy wiadukt, przejdzie przez senne sale i przekroczy próg komisariatu. Spojrzy na czarnego lejtnanta, potem znajdzie go znowu, w głębi miasta. Wtedy milicjant zatańczy inaczej. I znowu o wszystkim będą wiedzieć tylko oni dwaj. A jeszcze później Misza zostanie na brzeskim dworcu celnikiem. Przepowiednia musi się sprawdzić, Brześć nie kłamie, potrafi dotrzymać obietnicy Na razie musi marznąć w popękanych adidasach i czekać. Zbliża się powoli do klockowatych bloków i wyrzuca podarowanego papierosa. Wczoraj matka miała urodziny. Wyciągnął z szuflady ostatnie trzy dolary i kupił czekoladę. Misza rusza w stronę domu i macha ręką na pożegnanie. Niedługo będą sprzedawać mieszkanie, przeniosą się do babci. Razem będzie łatwiej. To nic. Za siedem lat wszystko się zmieni. Starszy lejtnant zniknie z ulic Brześcia i wszyscy o nim zapomną. Dworzec przyjmie Miszę do siebie z powrotem i nauczą się razem żyć. A będzie to na Białorusi rok 2007. Wystarczy cierpliwie poczekać. Krucha, dżinsowa sylwetka znika w kanciastej bramie. W oknie na czwartym piętrze pali się światło.
Fragment tekstu ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” |


