zima 2008 - zima, której nie było
wydaje zespół
wydanie ukazało się 27 stycznia 2008 roku
The end. Koniec, czyli wywiadu nie będzie PDF Drukuj Email
tekst: dmitrij bykow   

Niemal wszystkie gatunki tradycyjnego dziennikarstwa czasu „pieriestrojki” obumarły. Wykoszono je – częściowo za Jelcyna, częściowo za Putina. Pierwsze – bez specjalnego nawet oporu – wyciągnęło kopyta Śledztwo Dziennikarskie. Był taki gatunek – zajmowali się nim przede wszystkim ludzie niebywałej wprost dumy i samolubstwa, głównie zresztą płci żeńskiej, ewidentnie lepiący swój image na bazie zachodnich filmów.

Niemal wszystkie gatunki tradycyjnego dziennikarstwa czasu „pieriestrojki” obumarły. Wykoszono je – częściowo za Jelcyna, częściowo za Putina. Pierwsze – bez specjalnego nawet oporu – wyciągnęło kopyta Śledztwo Dziennikarskie. Był taki gatunek – zajmowali się nim przede wszystkim ludzie niebywałej wprost dumy i samolubstwa, głównie zresztą płci żeńskiej, ewidentnie lepiący swój imidż na bazie zachodnich filmów, w których odważna reporterka, co nie rozstaje się z notesem nawet w łóżku, kulbaczy prezesa dużej korporacji i nie zapominając przy tym pojękiwać, zadaje mu kilka kluczowych pytań. Ludzie zajmujący się Dziennikarstwem Śledczym znali przyczynę wszystkiego. Wielka polityka rozgrywana była według nich jedynie w saunach. Na początku „pieriestrojki” dziennikarstwo było gatunkiem ryzykownym, awanturniczym i poniekąd pożytecznym. Z czasem jednak przeistoczyło się ono w kanalizę: naprawdę istotne informacje zaczęły być bowiem dostępne wtedy tylko, gdy przeciek-w-ściek był wygodny dla tej czy innej grupy dworskich przyjemniaczków. Do dyskredytacji gatunku przyczyniły się w dużym stopniu publikatory plotek i pogłosek, które brzydzę się tu przywoływać.

Niemal równocześnie zdechł reportaż: wcześniej dotyczył on głównie przemysłu i nikogo specjalnie nie zajmował. Sam od takich reportaży zaczynałem, zawszem się cholernie tej roboty wstydził: przychodzisz do dobrych, zapracowanych ludzi, zadajesz idiotyczne pytania, trujesz im dupę... Żywię wobec robotników, ludzi pracy, zadawniony i silny kompleks. Koniec końców okazało się jednak, że nie ma już o czym reportaży pisać: przemysł upadł, o życiu banków, gdzie faktycznie przeniosło się życie, pisać jeszcze trudniej niż o trudzie dojarki. Jakiż zresztą bank cię do siebie dopuści... Przetrwały co prawda reportaże z otwarcia przeróżnych pożytecznych obiektów typu nowa stacja metra czy kolejna opera: piszą je dziennikarze nie tyle nawet sprzedajni co będący bezpośrednią własnością konkretnego mera czy gubernatora. Stylistyka, w której utrzymane są owe teksty, przypomina nie tyle nawet relacje z kolejnego zjazdu KPZR, co noty pochwalne, które wdzięczne mieszczaństwo stosowało do najmożniejszych kupców wołżańskich: wyście naszym ojcem, a i dobrodziejem naszym, a i nie porzucajcie nas sierotek, biednych i skrzywdzonych.

Najdłużej trzymał się wywiad – pradawne zajęcie dziennikarzy całej planety. Od komunikacji ustnej zaczęło się dziennikarstwo jako takie: „Powiedzcie, wodzu, jesteście radzi rezultatom wczorajszego polowania?” – „Uuuuauuu” – „A jakie są wasze plany twórcze?” – „Trachnąć tego tam włochacza, żeby zimą było dużo mięsa-a-a-a-a!”. Należy stwierdzić ze smutkiem – wywiad właśnie umarł. Sprzeczać się na temat kryzysu gatunku będą zapewne jeszcze długo: czy winne jest bankructwo dotychczasowych paradygmatów, czy zmęczenie całej cywilizacji europejskiej (w co osobiście ani trochę nie wierzę), czy też przyczynę stanowi próba ustalenia nowych reguł gry. Bo kiedyś każdy grał jak chciał, a teraz wszystko według zasad. Stąd też na to by usłyszeć cokolwiek nowego nie mamy praktycznie żadnych szans.

Zacznijmy od tego, że 90 procent rosyjskich wywiadów nie ma sensu choćby dlatego, że dziennikarz jest zwykle bardziej rozgarnięty od swego rozmówcy, a już na pewno lepiej poinformowany. Sytuacja to tragiczna, niedorzeczna i, biada nam!, uniwersalna: znam dobrze dziennikarzy niemieckich, amerykańskich, tych z Pribaltiki, wszyscy mówią to samo.

Dziennikarskiej zemsty za lata poniżeń dokonały współczesne szakale akcji w stylu impiczmentu Clintona czy kompromitacji Nicksona. Rzecz nie w dziennikarskiej zarozumiałości: po prostu pierwszy lepszy profesjonalista prowadzący wywiad z gwiazdą estrady czy wielkim politykiem nie tylko zna wcześniej jego odpowiedzi, ale mógłby wręcz sam odpowiadać na pytania znacznie lepiej – tak z punktu widzenia wizerunku rozmówcy jak i interesów czytelnika. Załóżmy nawet, że lubię osobiście Alsę czy Natalię Wietlicką, są takie śliczne i dają ludziom radość. Określonym ludziom co prawda a i typ radości jest dość specyficzny. Ale cóż, taka im się trafiła sfera działalności. Wątpię jednak czy przywołane tu postaci, a także Filip Kirkorow, Kristina Orbakajte, Szura, Pienkin bądź Walierij Lieontjew, mogą i powinny wygłaszać wiążące prawdy życiowe. Dotyczy to w przytłaczającej większości osobowości telewizyjnych (z wyłączeniem analityków), osobiste moje doświadczenie wykazuje bowiem co następuje: praktycznie każda teległowa traci rezon bez telesuflera. Za kamerą bowiem sytuacja wygląda tak: lektor patrzy na suflera, a wam zdaje się, że spogląda na was. Kiedy prowadzicie z nim wywiad, widzicie jak wodzi wzrokiem nad waszą głową ekranu, na którym widać zwykle zredagowany już tekst.

Bohaterów współczesnych wywiadów możemy bez trudu podzielić na cztery kategorie. Są to: Ludzie Władzy Państwowej (politycy, administracja, lojalni oligarchowie), Oligarchowie Opozycyjni (mamy na razie tylko jednego, o drugim coś nie słychać), Duchowi Przywódcy Narodu i Bożyszcza Estrady.

Zacznijmy od Ludzi Władzy Państwowej. Tych ostatnio nie ma sensu pytać o nic. Wszyscy bez wyjątku żądają, by pytania dostarczyć z uprzedzeniem (nie mieliby również chyba nic przeciwko wysyłaniu pocztą odpowiedzi), wszyscy są coraz trudniej uchwytni, obłędny wysiłek łowienia „obiektu” zaczął być niewspółmiernie duży w stosunku do rezultatu. Wszyscy współcześni Ludzie Władzy Państwowej dzielą się zaś na tych, którzy przyszli za Jelcyna i tych, których nominował Putin. Pierwsi często podkreślają, że Prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Władimirowicz Putin (tytuł w stylu Sulejmana ibn Duda, pokój im obu) czyni wszystko absolutnie słusznie, nie ma mowy o jakichkolwiek rozbieżnościach zdań, oczywista. W ogóle wszystkie te pogłoski o konflikcie na Kremlu służą jedynie naszym wrogom, wiecie, rozumiecie. W ostatnim roku rozwinęła się znacząco gospodarka, zmniejszyła przestępczość, zwiększył import, zmniejszył eksport, wzrosły ceny ropy, spadły ceny oleju jadalnego (co szczególnie warte podkreślenia). Kraj patrzy z ufnością w przyszłość. Pierwszy prezydent Rosji ma jednak tę bezsporną zasługę, że ugruntował zmiany, tego cofnąć się już nie da. A kiedy przemiany stały się już nieodwracalne, przyszedł Prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Władimirowicz Putin i skonsolidował kraj.

Można oczywiście zapytać o kompromitujące materiały.

  • A czy to prawda, co się o was mówi. No, że wy... Ten, tego...

  • Nie! Co wy? Oczywiście, że nie!

  • Ale czy nie moglibyście skomentować...

  • Nie, nie chcę, nie będę tego komentować. To absurd, niedorzeczność, to woda na młyn wroga. Natomiast obniżka cen oleju jadalnego...

  • Poczekajcie, zaraz, była przecież publikacja...

  • Nie czytam publikacji pisanych na zamówienie. Doskonale wiem, jak się je robi. Natomiast olej jadalny...

  • Z olejem wszystko jasne, ale mówi się, że macie daczę na pięćdziesięciu hektarach (...)!

  • Co? Ja daczę? Ja nie mam żadnej daczy. Tylko ogródek działkowy rodziców żony, sześćdziesiąt arów. Uwielbiam pielęgnować tam kwiaty. A i obsadzić ziemię ziemniaczkami to – co by nie gadać – duże wsparcie dla domowego budżetu. A jeszcze jak polać te ziemniaczki olejem, to powiem wam, że naprawdę...

Ekipa Putina zachowuje się odmiennie. Prezydenta nazywa się po prostu „prezydentem”. Ton powściągliwy ale mocny: oto przyszliśmy i wiemy co trzeba. Możecie spać spokojnie, czynimy wszystko, co tylko możliwe. A emerytury? Emerytury będą. A wypłaty? Wypłaty też. A skąd weźmiecie? My wiemy, gdzie wziąć. Wiemy znacznie więcej niż wy. Są rzeczy, o których się wam nie śniło. A my o nich wiemy. Nie możemy o nich powiedzieć ze względu na bezpieczeństwo Państwa, ale – wierzcie nam na słowo – my o nich wiemy. Wiemy też, że w każdym wywiadzie potrzebny jest smaczek, jakiś pikantny szczególik, i zaraz rzucimy wam go jak kość: prezydent każdego ranka czyści zęby. A czym czyści – tego już powiedzieć nie możemy, to by już była reklama. Ale osobiście powiedział mi kiedyś: „wiesz, zęby rano umyć to jest coś! Od razu jasność przychodzi, w głowie taka czystość...”. Od tego czasu każdego ranka myję zęby i muszę to powiedzieć – to była nieoceniona rada!

Ot i mamy już tytuł: „Iwan Pietrow: <<Prezydent każdego ranka czyści... zęby>>”. Słowo „zęby” wydrukować drobniutko, tak by z początku wywołać skojarzenie z czystkami stalinowskimi, żeby jednak czytelnik – zrozumiawszy wymowę całego tytułu – roześmiał się z ulgą, jak człowiek, którego wzięli za pupę, podnieśli, mrugnęli porozumiewawczo i na powrót postawili na ziemi.

Autoryzacja wywiadu prowadzonego z Ludźmi Władzy Państwowej przemienia się w wielodniową torturę: najpierw nasz tekst czyta pomocnik, potem sekretarz prasowy, potem znowu pomocnik sekretarza (On sam się do tego zwykle nie zniża). Poprawki są nanoszone aż do chwili kierowania numeru do druku. Nawet kiedy już wychlastają z tekstu całą żywą tkankę, długo jeszcze przestawiają słowa i dopisują przecinki. A kiedy już numer trafi do drukarni, przyjedzie tam kurier, by mogli i „szczotki” skontrolować. (...)

Druga kategoria bohaterów wywiadu to Opozycyjni Oligarchowie i zbliżeni do nich analitycy telewizyjni. Ci z kolei utrzymują stabilny wizerunek podtruwanych i nieszczęśliwych, to [drugie] jednak wydaje się karkołomne wziąwszy pod uwagę dostatek, jakim opływają. Stąd nieuniknione pęknięcie, jakie pojawia się w większości prowadzonych z nimi wywiadów. Główne chwyty stylistyczne są dwa: po pierwsze wieloznaczne aluzje i boleśnie wykrzywione usta, po drugie – rozrywanie koszuli na piersi (cena koszuli przewyższa przy tym znacznie roczną zapłatę reportera).

  • Powiedzcie, w Moskwie, tego, we wrześniu 1999...

  • A jak myślicie?

  • To znaczy, że wiedzieliście?

Wieloznaczne kiwnięcie.

  • Dlaczegóż więc...

  • Do samego końca miałem nadzieję! Do samego końca! Nie chciałem w to uwierzyć... A przecież wiedziałem... A teraz chcę. I wierzę.

  • Powiedzcie, a w Nowym Jorku... No wiecie, wrześniowa tragedia...

  • Ależ z pana naiwniak, słowo honoru!

  • No jak to...

  • Naprawdę myśleliście, że to Bin Laden? Ten głupi Arab? Nie, ja tu czuję rękę Sofii Wasiljewny...

  • Wiedzieliście?

Bolesne kiwnięcie:

  • Nie mogłem temu zapobiec. Gdybym tylko był w Rosji... Gdyby mnie wpuścili chociaż na granicę... Już stamtąd zadzwoniłbym do kogo trzeba i wszystko odwołał. A teraz nie mam żadnych narzędzi, by ich poskromić.

  • Powiedzcie, prześladują was?

  • I to jak! Nie widzicie w jakich warunkach żyję? Na to zasługuję? Ale widać tak trzeba – na wygnaniu, w podziemiu... Jak Aleksandr Hercen, jak Hackelberry@ Finn. Jak Kurka-Raba, której złote jaja nie są już nikomu potrzebne (tu gwałtownie przechodzi od smutku do wściekłości). Tak, kradliśmy, tak! Ale – nikt w to nie wątpi, to złodziejstwo było motorem zmian. Wszyscy kradli, wszyscy! Ale czyż nie było wtedy ciekawie? Także dla was?! Nigdy nie będzie już tak ciekawie!

Trzecia kategoria to Duchowi Przywódcy Narodu, ludzie posunięci w latach, najlepiej sędziwi. O nowych ich czynach od dawna nikt nie słyszał, a to, co głoszą publice, okazuje się zwykle ponurą brednią. Wyrażają otwarty, stuprocentowy konserwatyzm, a priori

wyrażają nienawiść do nowych czasów i do wszystkich, którzy w tym czasach cokolwiek robią. (...) Znacie na pamięć wszystko, co możecie od tych ludzi usłyszeć, których naznaczono – głównie za wysługę lat, na przywódców duchowych narodu. Z wszystkich ludzi, których w różnym czasie ładowano w tę rolę, nie wpisał się w nią jedynie Astafjew. Do ostatniego dnia pozostawał wyjątkowo żywotny: silny pisarz, po swojemu wściekły, ale i na swój sposób współczujący. Szczególnej trudności nastręczają rozmowy z dzisiejszymi sześćdziesięciolatkami, których w zasadzie nie da się nie lubić, bo wszyscy są naprawdę dobrymi ludźmi, ale krąg idei, w którym się obracają, dawno już został spenetrowany i nigdy nie będzie przez nich przekroczony. Doskonale zdawał sobie sprawę z tej pokoleniowej słabości Okudżawa, który pod koniec życia unikał jakichkolwiek kontaktów z prasą: „Nie chcę udzielać wywiadów, obrzydła mi ta rola”. I z setki naprawdę wielkich ludzi, kokieteryjnie odmawiających wywiadu, bodajże on jedyny czynił to ze stuprocentową szczerością.

Duchowy Ojciec Narodu będzie was niezmiennie wzywał do uduchowienia właśnie, do powściągliwości, wyzbycia się ekstremizmu, do cierpliwości, pokory, lojalności ale i samodzielności. „I wiecie, czasem myślę sobie, że dwa i dwa to rzeczywiście cztery”. A wam będzie żal, tak cholernie żal tego człowieka, który swego czasu dokonał rzeczy wielkich, ale teraz nie chce już niczego: nie dlatego, że jest stary (wiek talentu zwykle nie psuje), ale dlatego, że odpowiada mu własny status. A status Duchowego Ojca Narodu jest niemożliwy do pogodzenia z wypowiadaniem jakichkolwiek oryginalnych myśli: jeśli szykujecie się iść między Ojców, na członka rady do spraw kultury, w szeregi siedzących po prawicy i przyozdabiających sobą coroczne wydarzenia kulturalne w stylu rocznicy puszkinowskiej – obowiązkiem waszym jest nie mówić, a nawet nie myśleć o niczym nowym. Powinniście, jak te mateczki z „Zatwornika i Szestipalogo” Pielewina, zarządzać wąską, jasno określoną wiązką reakcji: wspomagać rosyjską państwowość, kochać rosyjską kulturę i żywić nadzieję – szczerze żywić nadzieję! - że władza podoła wszystkim wyzwaniom epoki. Właśnie ta szczera nadzieja powinna wieść was przez wichry czasów, pomóc mówić w każdym momencie to, co powiedzieć należy.

Przejdźmy do gwiazd estrady i telewizji. W porównaniu z nimi Ludzie Władzy Państwowej okażą się wzorami erudycji i krasomówstwa. Gwiazdek bowiem nie da się rozkręcić niczym – ni pytaniami o hobby, ni wzruszającym wspominaniem wspólnego dzieciństwa (jesteśmy przecież rówieśnikami), ni nawet otwartą prowokacją: „A wiecie, niektórym na samą myśl o waszym programie (o waszej muzyce) po prostu rzygać się chce”.

  • No, wiecie... Zawistni ludzie są wszędzie. Staram się ich nie dostrzegać. Idę po prostu do cerkwi i tam o wszystkim zapominam. Tam zaczynam rozumieć, że należy nieść innym radość, nie zważać na przeszkody. Cierpienia są nam dane po to, byśmy byli pokorni.

Prawie każdy taki „estradnik” nie zapomni wspomnieć ciepłym słowem swego możnego protektora, bo prawie każdy ma takiegoż. Będzie nim bądź to znaczący bankier, sponsor występów, bądź miejskie (milicyjne, celne) naczalstwo, z którym przyjaźni się bezinteresownie nasz bohater. Wszyscy ci ludzie robią tak wiele dobrego dla mieszkańców miasta, widzów, przestępców (warte podkreślenia!). To są prawdziwi mężczyźni. Prawdziwi. O prawdziwych mężczyznach lubią rozprawiać rosyjscy artyści i prowadzący telewizyjne programy, kreujący się na twardych, brutalnych wręcz macho. Prawdziwa brutalność zastępowana jest jednak zwykle histeryczną grypserą, w ciągu wywiadu niejeden raz będą oni wykrzykiwać: „Jak śmiecie pytać mnie o moją dzielnię, o moją ukochaną ulicę? Ja kocham wszystkie ulice. Kumacie? Wszystkie!!!”.

Dotarłszy to tego ustępu czytelnik – a tego typu czytelnicy bywają fanami Mikołaja Baskowa i Aleksandra Szyłowa – wykrzyknie na całe gardło: „Gnuśny zawistnik! Niespełniony piosenkarz! Ropucha!”. Nie wspomnę już o oburzonych głosach tych, którzy z trwogą odnajdą tu swój własny obraz: „Kim wy jesteście, pismaki, grafomani, byśmy mieli przed wami duszę otwierać? Ładujecie się w nią z butami, pakujecie w nasze życie, bierzecie za to pieniądze, a my was na oczy widzieć nie chcemy!”.

Najgorsze jest to, że ci ludzie będą mieć rację. Ałła Demidowa zwierzyła mi się kiedyś: „Wywiad to rodzaj miłosierdzia wobec dziennikarza. Chciałabym leżeć na sofie, z filiżanką w dłoni, a zmuszona jestem rozmawiać z człowiekiem, który nie widział ani jednego mojego spektaklu. To jego chleb, a ja nie mam sił mu odmówić”. Po tych słowach zacząłem jeszcze bardziej szanować Ałłę Demidową, choć oglądałem wcześniej kilka jej spektakli.

Tak, drodzy państwo, współczesny dziennikarz rosyjski to zwykle stworzenie porywcze, głupie, bardzo młode, na wpół piśmienne, zupełnie niekompetentne, gotowe pytać z całkowitą powagą Konstantina Rajkina jak brzmi jego otczestwo, mające niezwykle ogólne pojęcie o twórczości takich nawet pisarzy jak Borys Akunin. Dziennikarstwo stało się profesją ludzi słabo wykształconych, dopadł nas pod koniec ubiegłego wieku nie tylko niż demograficzny ale i kryzys edukacji. Przychodzi mi czasem korygować teksty tych chłopców i dziewcząt marzących o dziennikarstwie, poprawiam je i oczom nie wierzę: dwudziestolatka po raz pierwszy usłyszała o Eurazji, inna z przekonaniem zaliczyła „Hamleta” do zbioru „małych tragedii” Puszkina. Riebiata, to jakiś straszny sen! (...)

Z drugiej jednak strony, po to przecież są wywiady, żeby takiemu dzieciakowi otworzyć oczy, nauczyć go myśleć nieszablonowo. Pamiętam, jak wywracał się mój świat podczas każdej rozmowy z Jurijem Dawydowym i ówczesnym (ówczesnym!) Borysem Griebienszczikowym, Nowełłą Matwiejewą, Junną Moric, El’darem Riazanowym i Aleksandrem Alieksandrowym! Byłem dokładnie takim szczeniakiem, ale oni nie wzdragali się przed objaśnianiem mi świata, wywiad z Jurijem Nortsztejnem i Andriejem Smirnowem robiłem na drugim roku studiów, tuż przed powołaniem do wojska! Współczesne bożyszcza zaczynają porażająco szybko brązowieć.

Zresztą... Wszystkie te utyskiwania zdają mi się nadaremne. Choćby dlatego, że wkroczyliśmy w nową strefę życia, społeczeństwo się odbudowuje, tworzy nowe reguły gry. Gra podporządkowana określonym regułom wymaga od nas zawsze przewidywalności. Przewidywalności w tym, o co pytamy, co odpowiadamy, co słyszymy. Bo bez reguł – przyznać trzeba – bez reguł trudno było już wytrzymać. Inna rzecz, że w dziennikarstwie ciekawe jest tylko to, co zdobyte dzięki łamaniu reguł, lub co wypowiedziane bez przestrzegania politycznej poprawności. Ale ileż można!

No i myślę sobie – może powinniśmy na razie zamilknąć? Zostawić w spokoju wszystkie bożyszcza, nie ładować się im do łóżka, przestać się interesować zakulisowymi rozgrywkami i roszadami kadrowymi. Z boku widać zawsze lepiej. Przecież wszyscy politycy są tylko aktorami na wielkiej scenie, oni nie wiedzą więcej niż powinien wiedzieć określony bohater. Może przyszedł czas analityki (nie tej pod krawatem, ale metafizycznej, z dodatkiem kontekstu historycznego)? Może czas mówić o sztuce, a nie przepytywać tych, którzy sztukę robią? Może głównymi gatunkami dziennikarstwa stają się krótka informacja (poszedł, powiedział, pojechał) i esej – niezobowiązujący list do czytelnika, traktujący o tym, co mnie i ciebie porusza?

Tak czy inaczej nie ma we współczesnej Rosji człowieka, do którego miałbym pytania. A dokładniej – pytania, na które mógłby odpowiedzieć. Przecież – jak uczy nas wielki Sheckley: żeby zadać dobre pytania, trzeba znać większą część odpowiedzi.

Mam pytania do historii. I do samego siebie. I myślę, że coś podobnego czujemy dziś my wszyscy.

A wywiad niech na razie poczeka. Do czasu, aż znowu będziemy mieli sobie coś do powiedzenia.

 

tłumaczenie: dziennikarze wędrowni (morawiecki)

tekst ukazał się w tygodniku "Ogoniok"