zima 2008 - zima, której nie było
wydaje zespół
wydanie ukazało się 27 stycznia 2008 roku
Dzieci PDF Drukuj Email
tekst: anna politkowska   

Czystka rozpoczęła się 28 stycznia. Wieczorem wojsko owinęło wieś kilkoma kordonami. O poranku wszystkie ulice były już zatarasowane przez BeTeeRy, których numery identyfikacyjne zamazano błotem. Zupełnie nisko krążyły nad siołem helikoptery, łupek leciał z dachów jak klonowe liście, ogołocone domy odkrywały wnętrza strychów. Rankiem 29 stycznia Liza Juszajewa zaczęła rodzić – tak już bywa, nie da się takich rzeczy skoordynować z terminem „specoperacji”, ustalonym przez generała Władimira Mołtienskiego.

Ciągle jeszcze myślicie, że wojnę należy popierać? Żeby nie doszło do najgorszego i tak dalej? Dotarlismy już do momentu, w którym słowo „czystka” zna każde dziecko, a dorośli przestali je nawet brać w cudzysłów.

 
Czyścić to tyle co karcić, sztorcować. Zwykle nie wiadomo nawet za co. Taki właśnie sens tego starego rosyjskiego słowa przywróciła nam wojna czeczeńska. Zawdzięczamy go też wszystkim tym  szychom w wojsku, co dzielą się zwykle w telewizji nowinkami z ojczyźnianego getta, znanego lepiej pod nazwą „strefy operacji antyterrosystycznych”...


Marzec 2002 – trzydziesty miesiąc drugiej wojny czeczeńskiej. Głównym jej spec-przedsięwzięciem – jeśli wierzyć wojskowym - ma być właśnie czystka. Od listopada roku 2001 aż do dnia dzisiejszego  przetacza się więc przez Czeczenię ta obłędna wojna. Szali, Kurczałoj, Cocan-Jurt, Baczi-Jurt, Urus-Martan, Grozny, znów Szali, znowu Kurczałoj, i jeszcze jeden, i jeszcze raz Argun, a teraz Cziczi-Jurt... Wielodniowe blokady. Ryczące kobiety. Rodziny wywożące swoich skatowanych synów jak się da, wszelkimi środkami – byle dalej z Czeczenii. Demonstracje starszyzn. I wreszcie generał Mołtienski, toć to nasz dowódca na froncie antyterrorystycznym, cały w orderach i gwiazdach, patrzcie, znów stoi przed kamerami, prawdziwy chwat, cały aż ocieka adrenaliną, a tło za nim jak zawsze to samo: „skarcone”, wyczyszczone wioski. I trupy. Generał zdaje raport z kolejnego znaczącego sukcesu.


Chattaba i Basajewa już przecież nie ma... Ale nagle zaczynasz rozumieć, że coś jest nie tak – uczyli cię przecież w szkole, jesteś zdolny do tej arytmetyki, zsumuj ich wszystkich, wszystkich tych bojowników, których „pojmał” Mołtienski tej zimy. Spójrz, znów wyszedł z tego cały pułk, dokładnie jak w poprzednim bojowym sezonie.


Skąd więc tylu bojowników? Co dzieje się naprawdę w czasie czystek? Gdzie prawda? Kto tę prawdę dzierży? W co przerodziły się „spec-przedsięwzięcia”? Jaki ich cel? I wreszcie – jakie są ich rezultaty?


Spojrzenie raczej spokojne.


- Ucieszyłem się, jak mnie poprowadzili na rozstrzelanie.

- Ucieszyłeś się? A co z rodzicami? Pomyślałeś o nich wtedy? O tym, jak będą cierpieć?


Mahomed Idigow, którego niedawno prowadzili na rozstrzelanie, ma 16 lat. Chodził do dziesiątej klasy szkoły numer 2 w miejscowości Stare Atagi, Rejon Groznieński. Patrzcie, ma swoje ukochane dżinsy, jeszcze bardziej ukochanego walkmana i kupę kaset z muzyką. Typowy szesnastolatek. Kiepsko u Mahomeda tylko z oczami – spojrzenie jakieś zbyt spokojne, jak u dorosłego. W połączeniu z posturą nastolatka i niezgrabną kanciastością ruchów wygląda to niepokojąco dziwnie. Równie dziwnie jak to, że Magomed opowiada o wszystkim beznamiętnie: o tym, że prądem tortorowali go tak samo jak dorosłych, bez taryfy ulgowej. Mężczyźni po torturach sami prosili oficerów – „nie męczcie młodziaka, lepiej już nas...”. A oficerowie odpowiadali: „Spokojnie, spokojnie, wy najlepsze żywe bomby robicie właśnie z uczniów”.


Żeby odpowiedzieć na pytanie o rodziców, Mahomed robi pauzę. Wreszcie brwi idą mu do góry, jak u dziecka i układają się w daszek: próbuje się nie rozpłakać. Opanował się. Odpowiada prosto i jasno, jakby wszystko zostało już rozstrzygnięte:


- Innym też bliscy giną.


No i prawda, dlaczego komuś miałoby być lżej? Skoro wszystkim wkoło źle.


Czystka, prowadzona w miejscowości Stare Atagi od 28 stycznia do piątego lutego, była dla wsi czystką nr 2 od początku roku i czystką nr 20 od początku drugiej wojny czeczeńskiej. Spec-przedsięwzięcia organizowane są tu co miesiąc. Oficjalna przyczyna takiej regularności jest klarowna: toć to jedno z największych siół Czeczenii, liczące 15 tysięcy mieszkańców, 20 kilometrów od Groznego i 10 od tak zwanych „Wilczych Wrót” (w slangu wojskowych: wejście do Wąwozu Argunskiego), stąd miejscowość ma renomę niespokojnej, pełnej wachabitów i do nich zbliżonych.


Ale co do tego wszystkiego ma Mahomed?


1 lutego, rankiem, w najbardziej nieokiełznany dzień czystki nr 20, nastolatek zostak pojmany przez ludzi w maskach, w swoim własnym domu na ulicy Nagornej, władowali go jak kłodę do wojskowago kamaza, dostarczyli do punktu filtracyjnego i poddali torturom.


- Zimno było tego dnia, bardzo zimno. Najpierw postawili nas na kilka godzin pod ścianą – ręce do góry, nogi szeroko, twarzą do muru, opuszczać rąk nie wolno było, od razu bili. Mógł nas uderzyć każdy, kto akurat przechodził. Kurtkę mi rozpięli, sweter podnieśli, całą odzież pocięli na pasy, jak u klowna.

- Po co?


- Żebym bardziej zmarzł. Cały się trząsłem.


Nie wyrabiam: Mahomet jest zbyt beznamiętny. Nie chcę tak dłużej, patrzeć na tę spokojną, skupioną twarzyczkę przy akompaniamencie straszliwej opowieści. Żeby się chociaż dzieciątko rozpłakało, już byłoby czym myśli zająć, pocieszyć go, dajmy na to...


- Bardzo bili?


- Вez ustanku. Po nerkach. Potem położyli na ziemię i za szyję ciągali po błocie.


- Po co? Zrozumiałeś, po co?


- A tak, dla hecy.


- Ale czegoś w ogóle chcieli od ciebie?  


- Bili cały dzień – nie chcieli niczego. Męczyli i tyle. A na przesłuchanie zaprowadzili dopiero wieczorem. Przesłuchiwali w trójkę. Pokazali jakąś listę, pytają: „Który z nich jest bojownikiem? Gdzie się bojownicy leczą?Kto jest ich lekarzem? U kogo nocują? Którzy sąsiedzi ich karmią?”. „Nie wiem” - mówiłem.


- А оni?


- „Pomóc ci?” - pytali. I męczyli prądem. Czyli pomagali. Podłączą przewody i kręcą korbką – jak w telefonie. Im szybciej kręcą, tym we mnie mocniej prąd płynie. I pytali jeszcze: gdzie mój starszy brat, „wachabita”.  


- А on jest wachabitą?


- Nie, jasne, że nie.


- No więc ty co im?


- Milczałem.


- А oni?


- Znowu prądem.


Wojna już przegrana.  


- Bolało?


Osadzona na cienkiej szyji głowa Machomeda nurkuje gwałtownie, opada poniżej ramion, między kościste kolana. Mahomed nie chce odpowiadać. Ale tym razem jego odpowiedź jest mi bardzo potrzebna.  


- No więc bardzo bolało?


- Bardzo.


- To dlatego ucieszyłeś się, jak się poprowadzili na rozstrzelanie?


Mahomed w dreszczach, jakby miał 38,8. Za plecami ma baterię ampułek do kroplówki, zastrzyki, watę...


- A to czyje?


- Moje. Nerki odbili, płuca.


W pokoju kupa luda. Ale my siedzimy w ciemnej, atramentowej ciszy, jak w opustoszałym bunkrze z dźwiękoszczelnymi murami. Mężczyźni trwają w odrętwieniu. Gdzieś z tyłu za domem zaczyna się nocny ostrzał artyleryjski, tu jednak nikt nawet nie mrugnie, nikt już nie waży na te armatnie jęki, podobne do pogrzebowych lamentów.


Pojmuję, że wojna, nazywana ciągle siłą przyzwyczajenia „operacją antyterrorystyczną” została już przegrana. Mamy ją ciągnąć jedynie dla chwili przyjemności grupki dawno już oszalałych ludzi? Ciszę przerywa Isa – ojciec Mahomeda, chudy człowiek o twarzy zoranej szczelinami cierpienia:


- Jestem weteranem Armii Radzieckiej, inwalidą. Ja służyłem na Sachalinie, ja wszystko rozumiem... Ale... Podczas poprzedniej czystki zabrali mi starszego syna, zbili, wypuścili, wtedy postanowiłem wysłać go stąd jak najdalej, do znajomych, byle tylko ocalić. Co, nie miałem racji? Podczas tej czystki wzięli średniego, okaleczyli mego Mahomeda. Co mam czynić? Młodszy ma jedenaście lat. Czy za niego też się za chwilę wezmą? Żaden z moich synów nie strzela, nie pali, niepije. Jak mamy dalej żyć?

 

Nie wiem jak. Wiem tylko, że to nie jest życie. I wiem jeszcze czemu się tak dzieje: cały nasz kraj schwycił się zgodnie za ręce i ruszył w taniec, tańczy dla wielkichj wodzów (a z Rosją tańczy Europa i Ameryka), trzymają się za ręce, godzą w milczeniu na torturowanie dzieci, na początku XXI wieku mamy współczesne europejskie getto , nazywane mylnie „strefą operacji antyterrorystycznych”. I dzieci nam tego getta nie zapomną.


- Miło było poznać – mówi Mahomed. I mówi to tonem lordowskim. Pięknie wychowany chłopak, mało brakowało, a strzeliłby obcasami na pożegnanie, gdyby tylko nie... gdyby nie Stare Atagi za ciemnymi oknami. Gdyby nie smutna kobieta, zerkająca z przestrachem z ciemnego korytarzyka.

 


- Poroniła pani?


Czystka rozpoczęła się 28 stycznia. Wieczorem wojsko owinęło wieś kilkoma kordonami. O poranku wszystkie ulice były już zatarasowane przez BeTeeRy, których numery identyfikacyjne zamazano błotem. Zupełnie nisko, jakby szykując się do lądowania, krążyły nad siołem helikoptery, azbest leciał z dachów jak klonowe liście na jesiennym wietrze, ogołocone domy odkrywały wnętrza strychów. Rankiem 29 stycznia Liza Juszajewa, będąca w ostatnim miesiącu ciąży, zaczęła rodzić – tak już bywa, nie da się takich rzeczy skoordynować z terminem „specoperacji”, ustalonym przez generała Władimira Mołtienskiego, dowodzącego Zjednoczonym Zgrupowaniem w Czeczenii.  


Krewni Lizy poszli do wojskowych stojących w pierwszym kordonie, zaczęli wypraszać przejście dla rodzącej, błagali, by puścić ją do szpitala. Ci jednak nie pozwolili.  Kobiety   krzyczały, czyniły wyrzuty, chłopcy, wy też macie przecież matki, żony, siostry. Żołnierze odpowiadali, że są sierotami, że przyszli z bidula. I jeszcze, że przyjechali tutaj, by zabijać  żywych, a nie pomagać rodzącym się.


No i tak właśnie się stało: kiedy wojskowi dali wreszcie spokój okrucieństwom, „akcja” się już rozpoczęła. Liza nie była w stanie przejść 300 metrów dzielących ją od lekarza, obwarowanego wojskami w swojej kanciapie. Zaczęli się więc dogadywać od nowa, tym razem w sprawie samochodu. A czas leciał. Wreszcie dowieźli ją do szpitala. Ale tam stali zupełnie inni żołnierze, z przyzwyczajenia postawili pod ścianą i kierowcę i Lizę – w pozie pojmanego bojownika – ręce do góry, nogi szeroko. Przez pewien czas Juszajewa dawała radę, potem zaczęła się osuwać. Wrótce potem dzieciątko objawiło się światu. Ale już martwe.     

 

 Ciągle jeszcze myślicie, że wojnę należy popierać? Żeby nie doszło do najgorszego i tak dalej?


A co, skoro najgorsze już się wydarzyło? Utraciliśmy miary, utraciliśmy zasady, jakie w nas wpojono w bardziej spokojnych czasach. Z samego dna naszej duszy wypełzła fala tego co najbardziej obmierzłe, lepkie, wrzeszczące, coś, co wcześniej mogliśmy jedynie przeczuwać.


- Poroniła pani kiedyś? Urodziła pani kiedyś martwe, bo żywego urodzić nie pozwolili? - wystrzeliła do mnie kobieta, zaglądająca do pokoju Mahomeda.


Jeśli wiecie co na takie pytanie odpowiedzieć, to ciągle jesteście jeszcze szczęśliwymi ludźmi.


tłumaczenie: dziennikarze wędrowni (morawiecki)