dziennikarze wędrowni
|
archiwum |
|
wydanie: maj, 2002   reportaże   strona główna |
|
A wolność czym dla pana jest?
jan janusz morawiecki, jędrzej morawiecki - tekst
- Od jak dawna pan tu jest?
II. Najpierw kilka słów o Lubiążu. Tu rozegra się spora część historii. Mała dolnośląska wieś nad rzeką, koło Wołowa, przykryta lasem, wzgórzami, uśpieniem. Lubiąż żyje polami, pękiem sklepów i przede wszystkim - psychiatrycznym szpitalem. Pod bramą kompleksu rozkładają się wschodnie stragany, asfaltową drogą idzie co dzień z bloków personel. Historia lecznictwa psychiatrycznego rozpoczęła się tu już w 1830 roku w klasztorze cystersów. Tam po raz pierwszy powstał profesjonalny zakład lecznictwa i pielęgnacji... W 1940 szpital w klasztorze przestał istnieć. Ordynator szpitala w Lubiążu, Jacek Kacalak: "Do dzisiaj zagadką pozostaje co stało się z pacjentami z tamtego okresu, biorąc pod uwagę postępowanie Rzeszy Niemieckiej w stosunku do chorych psychicznie. Jeszcze do maja 1945 roku szpitalem zarządzał niemiecki dyrektor. W szpitalu przez pewien okres stacjonowały wojska radzieckie, które prowadząc rabunkową eksploatację obiektu, opuściły go w 1949 roku. Wtedy całą przestrzeń szpitala przejął ówczesny resort rolnictwa, który zorganizował tu Ośrodek Szkolenia Kadr Mechanizacji i Rolnictwa. W 1956 roku ośrodek został rozwiązany - pozostawiając po sobie kolejną dewastację obiektu. W kwietniu 1957 roku, do opuszczonego obiektu przybył pierwszy transport chorych psychicznie z przepełnionych szpitali psychiatrycznych z całej Polski. Jednak oficjalne otwarcie szpitala psychiatrycznego w Lubiążu nastąpiło dopiero 25 maja 1958 roku. To bardzo ważne - otwarcie nastąpiło po roku od przywiezienia tych pacjentów. Po przejęciu obiektu przez lecznictwo psychiatryczne, po wojnie, nie dokonywano remontów i modernizacji obiektu. Nie zapewniano funkcjonującego ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i fachowego przygotowania personelu. Do tego ogromne przepełnienie. Stąd pierwsza kontrola z pionu lecznictwa psychiatrycznego w 1968 roku wykazała skandaliczne warunki przebywania chorych psychicznie". III. "Niemcy uważali, że tu jest malaryczny klimat, dlatego zmieniali co
pięć lat pielęgniarki, salowe, wszystkich pracowników... A ja 41 lat już
tu wytrzymałam!" - doktorowa uśmiecha się, kręci głową, żartuje. Siedzi
na ławce pod kasztanem, rozmawia z panią psycholog, wspomina. Przed oczami
staje dawny Lubiąż, prom, pacjenci rozstrzelani przez Niemców. Doktorowa
zatacza łuk ręką: "Tu z tyłu jest taki zarośnięty cmentarzyk, tam gdzie
pacjenci na fiołki chodzą i w maju co nieco baraszkują, bara-bara - tam
jest zbiorowa mogiła". Później czasy powojenne, szpital, personel dojeżdżający
z okolicznych wsi, poranny sznur rowerów przez pola. W końcu wspomnienia
o lekarzach: "Była jedna Niemka, została z akcji przesiedleńczej. Bała
się wszystkich, spała w trumnie. Raz zaszedł listonosz do domu. Jak poruszyła
ręką - dostał zawału. Była przełożoną pielęgniarek. W końcu zawieźli ją
w trumnie do domu opieki - tam zamieszkała. Kto jeszcze? Maksymowicz była
bardzo fajna. Narzekała tylko strasznie na tych pierwszych dyrektorów,
bo wypisywali czysty spirytus. Biedactwo, przychodziła - <<Wandeczko,
oni mi ciągle powtarzają: wypisz, a jak ja mam to potem rozliczać? Tak
litr za litrem?>>. Inna herbatę grzebieniem mieszała, bo łyżek nie było.
Wielu rzeczy brakowało. Tak, woda zamarzała, na ścianach był szron. Przyjeżdżali
dziennikarze. Ale co? Miałam powiedzieć coś na dyrekcję? Przecież by mnie
zwolnili". Do Lubiąża trafiła z ogłoszenia. Wcześniej jeździła po wsiach,
przygotowywała pogadanki o higienie. Dojrzała informację w gazecie, zgłosiła
się. Została zastępcą ordynatora - jak i inni. Zastępcą - by dopełnić formalności.
Ordynatorów i tak nie było. Pracowała, żyła, grali w brydża, spotykała
się wieczorami z towarzystwem. Piastowała stanowisko, mijały lata. "Był
tu taki Ruski - ten to był aparat, z Krymu przyjechał. Pół litra i pod
koc - to była jego recepta. Później wyjechał do siebie, przysyłał listy"
pół po rusku, pół po polsku. Pisał: <<dorogaja Wanda>>". Doktor Sokołowska
sypie dowcipami, miła, czarująca. Wspomina z rozrzewnieniem dawne czasy,
żegna się: "Co złego to nie ja, jak mówią Amerykańcy", cmoka, ściska, wstaje
z ławki. Ubrana w brązową sukienkę, frędzle zamiatają na wietrze, w słońcu
błyszczy długi, kremowy kołnierzyk. Siwiuteńka, włosy zaczesane do tyłu,
mówi że nudno, nie ma co czytać, nawet ksiądz wyniósł wszystkie książki
z plebanii, co tu robić, w końcu znika w ciężkiej willi.
IV. Janina Bazyluk. Do Lubiąża przyjechała 15 marca 1954 roku, razem z koleżanką.
Dostały nakaz pracy. Jak zobaczyły szpital, zabarykadowały się w pokoju,
płakały, nie wychodziły dwa tygodnie. Personalny podawał im przez okno
jedzenie. A po dwóch tygodniach - nagły wypadek, były potrzebne, by zatamować
krwotok, wyszły, zaczęły pracę. Zostały. Po dwóch latach zobaczyły pociągi
z centralnej, wschodniej Polski. "30 kwietnia 1956 roku o godzinie 24 przyjęliśmy
pierwszy transport pacjentów, zbierany z kilku szpitali. Byli to okropnie
nieznośni pacjenci. Bardzo chorzy pacjenci. Bez nóg, bez rąk... Niepodobni
do ludzi. I wielu z nich nieufnych, w sobie zamkniętych, agresywnych, podejrzliwych...
Przyjmowaliśmy prawie do rana.
V. Pan Marian i pani psycholog po raz kolejny. VI. Dyrektor szpitala psychiatrycznego w Lubiążu Dariusz Wilbik. Refleksja
pierwsza:
VII. Leopold Krupski rozmawia z sąsiadem przez płot, na działkach. Wspominają dawne czasy, swój przyjazd do Lubiąża. "Dowiedzieliśmy się na gębę. Cisza, spokój, dobre pieniądze. Można było rządzić. I rządziliśmy". Mówią jeszcze, że przyjechali poprawić byt i poprawili. Dawni salowi cieszą się życiem, czystą wodą, chodzą nad Odrę łowić ryby, patrzą na niebo. Gawędzą w upale. VIII. Poszukiwanie kolejnych śladów, kolejnych miejsc. Pytanie o prawdę
innych śląskich szpitali psychiatrycznych.
IX. Wiosenne góry. Były dyrektor dużego dolnośląskiego szpitala psychiatrycznego siedzi w słońcu, rozparty w ogrodowym fotelu, wśród świerków, w willi na terenie kliniki. Uśmiecha się pobłażliwie, kiwa głową, przestrzega, tłumaczy że szron na ścianach to rzecz najmniej ważna, że w polskiej psychiatrii działo się wiele rzeczy pięknych i o nich trzeba opowiadać. "To bardzo ryzykowne pisać o tym szronie, zgonach, o transporcie. To tylko wycinek rzeczywistości. Zawsze było tak, że ludzie zdrowi, szczególnie ci o bardziej wiotkiej konstrukcji moralnej, starali się wykorzystać ludzi chorych do swoich celów - po prostu dlatego, że są słabsi. Ale opisywać to? To może być bardzo źle odebrane w środowisku. Wielce ryzykowne. Życzę wszystkiego dobrego, ale to szalony materiał. W nim tkwi szaleństwo" " długi wybuch śmiechu. X. Pismo doktora Zdzisława Jaroszewskiego do doktora Jana Lesiaka: "Kolega w swym liście wspomina o moim liście z 86 roku, który ja przeczytałem, sprowokowany, jak pamiętam, przemówieniem rocznicowym, w którym mówca pomijał ciemne strony pierwszych lat działalności szpitala. W 1961 lub 1962 byłem członkiem komisji z ramienia Instytutu Psychoneurologicznego, wysłanej do Lubiąża z powodu niepokojących skarg do Ministerstwa Zdrowia. Stwierdziliśmy nieludzkie warunki w jakich przebywali chorzy na oddziałach psychiatrycznych. Bezradne kierownictwo szpitala winne było zaniedbań tylko częściowo (...). Po przejęciu obiektu po wojnie od resortu rolnictwa i oddaniu go psychiatrii, otwarto szpital bez zapewnienia funkcjonującego ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i przygotowanego personelu. Bez poczucia odpowiedzialności za los chorych. <<Zasłużeni>> szybkim uruchomieniem szpitala zostali zaraz odznaczeni, a już potem się nie troszczyli o ciężko chorych, których pozbywano się i zwożono tu z przepełnionych szpitali. W mojej długoletniej praktyce psychiatrycznej nie spotkałem się z takimi zaniedbaniami w opiece nad chorymi jak wtedy w Lubiążu, wizytując w nocy oddziały nie ogrzewane w zimie, bez światła z powodu wyłączenia prądu przez miasto. Widziałem rozbite ustępy, łazienki zarzucone zanieczyszczoną pościelą, salowe siedzące przy świeczkach poza cuchnącymi salami z chorymi. Odmówiły przystąpienia do sprzątania. Dlatego, po powrocie do szpitala w Drewnicy, którym kierowałem, uzyskałem zgodę kilku pielęgniarek, na czele z przełożoną Emilią Rudnicką, pośpieszenia z pomocą chorym w Lubiążu. Mówiły później, że nie widziały jeszcze tak olbrzymich odleżyn z ranami wypełnionymi rojami robaków, chorych leżących w nieczystościach itp. Pomoc tego ofiarnego zespołu pielęgniarek była skuteczna, ale nie pamiętam, aby im za to podziękowano. Ówczesne kierownictwo szpitala bardziej dbało o opinię komitetu powiatowego PZPR, który losem chorych się nie interesował. W czasie naszej wizytacji kierownictwo było zajęte długą naradą partyjno-ideologiczną. Pozwoliłem sobie raz jeszcze o tym wszystkim wspomnieć, bo nie wolno zapominać o tych doświadczeniach, na ich tle tym bardziej jaśnieje wysiłek kolejnych zespołów ofiarnie oddanym chorym i pracownikom Lubiąża, którzy zdołali w końcu stworzyć chorym dobre warunki opieki. Łączę serdeczne wyrazy..."
XI. Doktor Jan Lisowski - w Lubiążu od 1959 do 1962 roku. Szpital wspomina z nostalgią. "Byłem jeszcze bardzo młody. Przyjechałem, bo zainteresowały mnie badania, prowadzone przez doktora Janusza Zielińskiego, razem z kierowniczką laboratorium. Chodziło o szacunkową metodę określania poziomu neuroleptyku w moczu. Bo pacjenci oszukiwali często przy zażywaniu leku: chowali pod język, prowokowali wymioty... A jak się mocz przebada - od razu wszystko wychodzi. To mnie zafascynowało: nawiązałem korespondencję, dostałem kopię wyników. Potem wsiadłem w pociąg, w ciemno przyjechałem. Przyjęli mnie serdecznie. Lubiąż zawsze miał problemy kadrowe. Każdemu dawano półtora etatu i mieszkanie służbowe - byle tylko się osiedlił. Miałem zostać parę miesięcy, odbudować swoje oszczędności. Ale zasiedziałem się na trzy lata. Na miejscu było pięciu lekarzy na przeszło tysiąc pacjentów. Koledzy z trudnością radzili sobie z obowiązkami, dyżury były często całodobowe. Rotacja była ogromna. Bo atmosfera się popsuła. Mając 25 lat - po pół roku byłem najstarszym stażem lekarzem. Powód - konflikty personalne. Stworzyły się dwa obozy. Myślałem wtedy, że to względy ambicjonalne, teraz mam więcej doświadczenia życiowego, wiem, że chodziło jak zwykle o pieniądze. Ja sam miałem bardzo skromne doświadczenie i zostałem rzucony na głęboką wodę. Opieka nad tymi pacjentami była niezbyt dokładna. Działało się doraźnie. Ale warunki do rozwoju były wyśmienite. Przede wszystkim szpital był rewelacyjnie zaopatrzony w leki. I to bajeranckie, takie, których teraz nawet nie ma: i dożylne i doustne i odżywki, kroplówki, hydrolizaty białkowe, neuroleptyki, wszystko. Nawet LSD koledzy znaleźli, coś próbowali na pacjentach eksperymentować. W Lubiążu wprowadziliśmy wstrząsy elektryczne bezdrgawkowe. Dwa razy w tygodniu organizowaliśmy dni elektrowstrząsów. Brało się po kilkunastu pacjentów. Teraz bez kontroli anestezjologa nikomu by to do głowy nie przyszło. Nie ma szans. Ale wtedy to było pionierskie ryzyko, prawdziwy eksperyment". Młodzi lekarze dorabiali na całodobowych dyżurach, odkładali oszczędności, uczyli się, eksperymentowali na pensjonariuszach, na Marianie. Po pracy spotykali się z wołowską palestrą, gawędzili o patologiach, psychiatrii. "No i nieustające brydże. To właśnie w Lubiążu nauczyłem się tej gry. Raz w miesiącu jeździliśmy też na wspólne zakupy do Wrocławia. Do tego imprezy artystyczne, autobus wiózł nas do teatru... Co roku było winobranie w Zielonej Górze. Co do kultury - mieliśmy kaowca - Eligiusza Mikołajczyka: Kontrowersyjna postać. Śmiali się z niego, że zawsze jak prowadził pacjentów, to szedł przodem i skopywał ze ścieżki kamienie, żeby w głowę nie dostać. Później się już oswoił. No i bardziej robił zabawy dla personelu. Był tu przez rok, nazbierał materiału, przyjrzał się. Wydał tomik opowiadań - <<Odległości z bliska>>. Ja mu ten tytuł zasugerowałem. Później zajął się handlem, sprzedawał tandetne pocztówki grające, potem kości, talizmany dla młodzieży...". Doktor Lisowski sypie anegdotami: "W wolnych chwilach przeglądałem zabawne historie chorobowe, na przykład opis: <<Pacjent po zakończeniu badania zapytał, czy może pocałować lekarza w czoło. Otrzymał na to odpowiedź, iż może go pocałować, jednak w inne miejsce. Pacjent się zdenerwował i rzucił w lekarza kałamarzem>>. Pacjenci nie wymagali ciągłej opieki, ale my musieliśmy prowadzić dokumentację - przynajmniej raz w miesiącu uzupełniać. Trzeba było wypełniać <<pacjent czuje się dobrze, tralala, gorączkuje, okresowo rozdrażniony coś tam innego>>. Jak pacjent siedział już dwa-trzy lata, niekoniecznie chciało się regularnie robić wypisy. I później, kiedy odchodziłem z Lubiąża, to były takie kwiatki, że nie miałem co robić, uzupełniałem swoje braki, brałem kartę, a tam: "sierpień - pacjent spokojny, zatrudniony w gospodarstwie, kosi trawę na trawnikach szpitalnych", następny wpis: <<"grudzień - zachowanie pacjenta jak poprzednio">> - śmieje się. "Więcej niż połowa pacjentów to byli ci z transportów. Sporo było z tym perypetii. Pamiętam na przykład taki transport: przyjechał pod wieczór. Zaglądamy: myśleliśmy, że się jeden pacjent zdrzemnął, a on zmarł w czasie drogi. Cały zesztywniały... Straszny był ambaras, żeby go z takiego ciasnego <<sana>> wyciągnąć. Wiadomo - każdy szpital woli mieć pacjentów w lepszym stanie psychicznymi i fizycznym, niż psychiatryczne kaleki. A więc do transportów kierowano najgorszą kategorię pacjentów" przeważnie defekty schizofreniczne, głębokie otępienia epileptyczne. Wielu nie potrafiło powiedzieć jak się nazywają. Pielęgniarze nieśli sterty papierów, wszystkie przemieszane, często bez fotografii, trudno było skojarzyć dokumentację z transportem. A więc było bardzo dużo <<NN>>: mieliśmy <<NN Cygan>>, <<NN Rudy>>, <<NN październik>> - bo w październiku się u nas znalazł... Pisaliśmy to wszystko na plastrach, przyczepialiśmy na czoło, żeby ich rozróżnić. Tacy pacjenci przewlekli - schizofrenicy nie wymagali leczenia, a postępowania opiekuńczego. Jakież leczenie? Głęboki defekt i tyle. Dostawali dawki podtrzymujące. Jak się znacznie pogorszyło, to wtedy przychodził lekarz, zwiększał dawkę. 70-80 procent pacjentów nie wymagało aktywnego zainteresowania ze strony lekarzy. Tu się brało ludzi na przechowanie". I znowu o wsi: "Było tu bardzo romantycznie - dwa promy, zieleń. Znajomości, które wtedy zawarłem - pielęgnuję do tej pory. Witamy się z radością na zjazdach, przesyłamy świąteczne życzenia, imieninowe kartki. Ale jak przychodziła w Lubiążu jesień, czy roztopy - stawało się nieznośnie. Dopadała mnie tęsknota, melancholia. Wyjechałem do Wrocławia". Lisowski żegna się serdecznie, prowadzi przez oddział, nad którym sprawuje teraz pieczę jako ordynator, odsuwa zamek, w drzwiach odżywają kolejne wspomnienia, opowiada na zakończenie z rozrzewnieniem: "Młodość, frontowe warunki. Jak była ostra zima, mieliśmy stale problemy z ogrzewaniem. Pacjenci byli wyniszczeni, padali. Umierało po 20-30 osób. Jakieś ciche zapalenia płuc, wyziębienie... Traktowaliśmy to z kolegami jako prawdziwe wyzwanie". XII.
XIII. Ostatnie próby poszukiwań. Branice - osobna opowieść o biskupie Natthanie, który założył szpital na przełomie wieków, o arteterapii, resocjalizacji poprzez pracę, kompromisach, funkcjonowaniu nowoczesnego szpitala w hitlerowskim systemie, o powojennej rzeczywistości, potem o dramatycznej decyzji pozostania w Polsce, o ubecji, wyjeździe do Opawy, sporach o przeszłość. Na koniec o gazecie "Zygzak", redagowanej przez pacjentów, o panu Wojtku co komponuje, o szukaniu sponsorów. Ślady przeszłości: rozmyte, niepewne. Postój, sklep, ostatnie rozmowy. XIV.
Podróż do Warszawy, poszukiwanie Eligiusza Mikołajczyka, kaowca, tego z zewnątrz, bez zobowiązań. Urywkowe rozmowy w drzwiach, wytarte klatki schodowe, kolejne adresy, miejsca. Bez rezultatu. Oczekiwanie na wiadomość z Centralnego Biura Adresowego. Na kontakt z tym, który pomoże odsłonić przeszłość XV. Kolejne śląskie miasteczko. Sfatygowany kompleks szpitalny. Niedziela. Odwiedzin jednak mało, rodziny nie chcą się przyznawać. Puste korytarze. Długie oczekiwanie, postrzępiona rozmowa w gabinecie, ostrzeżenie przed spotkaniem z dyrektorem: że nie lubi wspominać przeszłości, tym bardziej opisywać. Kolejny pawilon, w nim pokoik mieszkalny, na stole słodycze, kwiaty. Dyrektor zaprasza, siada - niezwykle dystyngowany, ubrany w staroświecki, dobrze skrojony granatowy garnitur w drobniutkie prążki. Z kieszonki kamizelki zwisa łańcuszek. Dyrektor dyskretnie, ale i demonstracyjnie wyciąga zegarek, sprawdza czas. Powtarza jak refren, jak i inni dyrektorzy, że psychiatria polska ma wiele wspaniałych kart, że je należy opisywać. Mówi pięknym językiem, starannie dobiera słowa. Zabrania robić notatek. Zaczyna wspominać przeszłość, mówi o młodości, o tym, że wkrótce po ukończeniu studiów podjechał nocą pod dom samochód z UB. Zabrali go tak, jak stał, zawieźli do miasteczka, w którym postanowiono uruchomić oddział psychiatryczny. Zaczęto zwozić pacjentów. Po pewnym czasie został wezwany do Warszawy. Zaczął współpracę przy organizacji transportów. Sam staranie unika tego określenia. "Czasy powojenne, sytuacja w kraju ciężka. We wschodnich rejonach szpitale psychiatryczne były przepełnione. Możliwości hospitalizacji chorych zostały wyczerpane. Jedyną szansą okazały się ziemie odzyskane. Zaczęła się walka z czasem. Walka z wyzwaniem. Teraz ta historia jest zamknięta". XVI. Historia się zamyka.
XVII. We Wrocławiu czeka list z Centralnego Biura Adresowego. Kaowiec,
Eligiusz Mikołajczyk - ten który miał opowiedzieć o sprawie z dystansu,
spoza układu - zmarł w 1990 roku. Pozostawił po sobie opowiadanie o Lubiążu.
W grudniu 1960 roku, opisując prywatki szpitalnego personelu, stolikowe
podziały, rozterki młodych lekarzy, nie leczone dolegliwości pacjentów,
zdania z góry: "nie chcemy niczego sugerować, ale po co takiej żyć", malując
konflikty z kierownictwem, prowincjonalny Lubiąż, brydże, plotki, potańcówki,
pisał: "Łatwo ulegamy. Niepostrzeżenie wrastamy w różne kółka i kółeczka.
Aklimatyzujemy się, żeby nie zostać na uboczu. Poza nawiasem innych. I
wreszcie nuda wysysa nas od środka, tracimy rusztowania, a jeżeli ratujemy
jakieś resztki, to zwichnięte i powykręcane. Zbyt często zapominamy, że
to tylko szansa, urodzić się, żeby zostać człowiekiem". Tekst był opublikowany w całości w Tygodniku Powszechnym. |
|
© dziennikarze wędrowni |