zima 2004/05


strona główna



      

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - I


Bezlistne drzewa wyglądają wtedy żałośnie, zwłaszcza, gdy ogląda się je przez zamknięte okna, których nie chce się nawet uchylać, żeby ziąb człowieka nie owionął. Nie ma nic brzydszego, niż listopad podpatrywany przez zamknięte okna. Spoglądając na tę brzydotę jest się już o krok od depresji i palnięcia sobie w łeb.

Ale mnie zabrakło cierpliwości. Trwał maj w pełnym rozkwicie, a ja – jakbym nagle ogłuchł i oślepł – zeżarłem garść obrzydliwie gorzkich tabletek. Inny sposób pozbycia się siebie nie wchodził w rachubę. Wieszanie się jest zbyt pracochłonne, a zresztą nie potrafię robić porządnych węzłów. Na samą myśl o kałużach krwi i farfoclach zamiast mózgu – gdybym skoczył z wysokości – zbiera mi się na wymioty. Gaz śmierdzi. Natomiast tabletki były jak w sam raz pod ręką.

Sfuszerowałem – jak zwykle, gdy próbuję coś robić marszcząc groźnie brwi, co ma oznaczać, że jestem zdenerwowany i zawzięty.

Ocknąłem się, jak mi się zdawało, w raju. Zwiodła mnie wszechobecna, trochę okurzona i gdzieniegdzie wątpliwa biel. I gorejąca aureola anioła. Dopiero igła zręcznie wkłuta w mój półdupek drobniutką dłonią rudej pielęgniarki zgasiła mój przedwczesny uśmiech świętego. Zakląłem. Cuchnęło chlorem. Z korytarza niosło dziwne odgłosy: człapanie schorowanych ludzi, pokasływania schorowanych ludzi, jęki schorowanych ludzi, popiardywania schorowanych ludzi.

Byłem w szpitalu.



Wprawdzie leżałem otumaniony i bezwładny, ale jednak zdecydowanie bliżej było mi do ziemi, niż do nieba. I kiedy nazajutrz malutka, piegowata, ruda pielęgniareczka poprawiła moje zbarłożone posłanie, nie wytrzymałem. Ledwie mnie dotknęła, moja piżama wzdęła się bezwstydnie w kroczu.

Wstydziłem się, że ta przeklęta cielesność manifestuje się w tak ordynarny sposób, jednak pielęgniarce wcale to jakoś nie przeszkadzało. Przeciwnie. Gapiła się na mnie z zainteresowaniem i dopiero po dłuższej chwili, ponaglana wyznaczonymi przez lekarzy terminami, zakłuła mnie w tyłek po raz kolejny.

Nieśmiało zerknąłem na jej bladziuchną, pocętkowaną piegami twarzyczkę ruchliwą jak pyszczek wiewiórki. Chyba przeistoczyłem się w jej oczach z leżącego przedmiotu w istotę żywą. Odeszła uśmiechając się do mnie życzliwie. Ja też uśmiechnąłem się do niej, ale ból pomarszczył mnie tak, że nie mogła tego dostrzec.

Nigdy nie rozumiałem masochistów.

Zwłaszcza w maju.



Wieczorem dnia następnego powlokłem się na kraniec korytarza, uchyliłem okno i zapatrzyłem w ciemniejące niebo. Kiedy nie mam co robić, staję się sentymentalny, a co gorsza – rozmyślam. Czas, który marnowałem w szpitalu, wydał się namiastką wieczności: także był bezmiarem nudy.

Jedynym urozmaiceniem wydał mi się widok płaskopierśnej pielęgniareczki z rudymi włosami. Zwykle spinała je w kok. Ale gdy pojawiła się w przyszpitalnym parku, przebrana po skończonym właśnie dyżurze, jej włosy opadały już swobodnie na ramiona. W poblasku zachodzącego słońca miały kolor mosiądzu.

Poczułem przemożną chęć pogłaskania tych włosów i zadrżałem – nie wiem: z zimna, czy z pożądania.

Wrzeszcząc, aby się zatrzymała, niezgrabnie próbowałem zeskoczyć z okna na trawę. Pierwsze piętro nie jest jednak tak nisko, jak mi się zdawało. Poleciałem ikarowym lotem prosto na pysk, ręce rozrzucając szeroko, jakbym chciał objąć całą ziemię, nie samą tylko pielęgniarkę z włosami jak pęk cieniutkich drucików pokrytych rdzą.

W trawie kipiało owadzie życie. Podglądałem je jednym okiem. Nade mną głosy jakieś uradziły, że takiego świra jak ja, notorycznego samobójcę w depresji, należy odesłać TAM, GDZIE TRZEBA. Niech no tylko poczuję się lepiej.

Rankiem zajrzał do mnie mój ryży anioł, pielęgniarka z małymi dłońmi. Ona jedna domyśliła się, że to za nią wyskakiwałem z okna. Domyśliła się, jednak nikomu nic nie zamierzała mówić. Niełatwo było w to uwierzyć. Do tej pory niewielu miała zalotników. Właściwie żadnego.

Wyciągnąłem rękę, aby ją pogłaskać, a wtedy ona, zgadując moje pragnienie, rozpuściła włosy, potrząsnęła głową, pochyliła się ku mnie. Nie miała łupieżu.

Dotknąłem je – te włosy w odcieniu mosiądzu – i trzasnęła sucho iskra. Poraził mnie słabeńki prąd. Nie wiedziałem, co mam mówić i tak sobie pomilczeliśmy razem, aż niecierpliwy głos odwołał ją na korytarz.

Kiedy w południe zgarnęli mnie do rozklekotanej karetki, ruda pielęgniarka pożegnała mnie powłóczystym, smętnym spojrzeniem. Stała w oknie, z którego wczoraj wymaszerowałem zwabiony jej widokiem.

Wyglądało na to, że będzie o mnie pamiętać. Przynajmniej dopóty, dopóki karetka nie zniknie za bramą.

Maj w samochodzie miał inny zapach niż w szpitalu. Zamiast cuchnąć lizolem – cuchnął spalinami.



Człowiek nafaszerowany lekami uspokajającymi wygląda właściwie jak piekielnie opuchnięty zombie. Z początku dziwi się temu i wstydzi. Potem dostrzega, że jest jednym z wielu dziwolągów, snujących się w cieniu lip. Siada więc na uboczu, przygląda się. Widzi sporo obwisłych warg i szczerbatych półuśmiechów. Nawet młode twarze są jakieś pożółkłe i postarzałe. Ogólna mordziastość.

Po chwili odkrywa, że brzydota, którą się nikt nie przejmuje, nie jest brzydotą. Spod ciężkich powiek zerkają na niego bystre, błyszczące oczka. Z wolna przywyka do szpitalnego świata.

Jeszcze kwadrans wysiadywania i dziwi się, że ludzie z zewnątrz i personel szpitala bezustannie krzątają się, krążą to tu, to tam w ciągłym pośpiechu. A jeśli leniuchują, to i tak – biedacy! – nie umieją pozbyć się ciągłego napięcia. Szepcze więc z politowaniem: „Prawdziwy dom wariatów” – mając, oczywiście na myśli tych nieszczęśników.

Rozkoszuje się czasem, który tutaj staje się rozciągliwy jak guma do żucia. Z dumą gładzi przetarty szlafrok i spogląda na odbicie swojej zapuchniętej twarzy w kieszonkowym lusterku. Nikomu nie musi się podobać. W pewnym sensie jest piękny, skoro piękno jest niepowtarzalne. Cieszy go nawet to, że przed obiadem i dwoma godzinami terapii zajęciowej może sobie posiedzieć do woli.

Jeśli ma hemoroidy cieszy go co innego.




odcinek II


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni