| I
|
Ucieczka każdego dnia dariusz hoeft
Odcinek - II
To nie ja wypatrzyłem Helmuta, lecz Helmut wypatrzył mnie. Zrazu go przeoczyłem. On, zgięty nad stołem, nieruchomy, wydawał się być częścią tła, jednym z elementów świetlicy. Nawet jego włosy – grube, poskręcane, gęste i zupełnie siwe – dopasowane były do koloru, który zewsząd go otaczał.
Obserwował mnie znad szachownicy. Po raz kolejny remisował sam ze sobą, z czego był zresztą zadowolony, ponieważ nie lubił przegrywać. Cierpliwie czekał, aż wreszcie go dostrzegę – siwego na siwym tle – a gdy tak się stało, uniósł nieco krzaczaste brwi, wygiął usta w coś, co miało być zachęcającym uśmiechem i skinął na mnie, ażebym usiadł po stronie białych.
Chciał mnie obegrać – jak wszystkich, którzy przewinęli się przez świetlicę. Każdego nowoprzybyłego sadzał zaraz na skrzypliwym krześle i rozprawiał się z nim w kilku błyskawicznych partiach. To mu wystarczało. Potwierdził, co chciał potwierdzić i choćby błagał go kto, zaklinał, żebrał, z takim już nie grywał.
O szachach mam mgliste pojęcie. Z Helmutem nie miałbym szans – zrozumiałem to po kilku wykonanych przez niego ruchach, opisanych pewnie w tysiąckrotnych wariantach wkuwanych przez szachistów na pamięć. Zacząłem więc postukiwać w blat stołu, zgrzytać zębami, mlaskać, a wreszcie gwizdać. Gwizdanie przechyliło szalę zwycięstwa. Helmut drżał z irytacji. Nerwowo przygładzał rozcapierzonymi paluchami tę swoją kędzierzawą siwiznę. Robił głupstwo za głupstwem, aż nareszcie, straciwszy nadzieję i cierpliwość, poddał się.
Byłem pierwszym, który z nim wygrał, toteż zasługiwałem na to, żeby się ze mną zaprzyjaźnił.
Ludzie mądrzy zawsze szukają przyjaciół wśród tych, którzy z jakichś względów wzbudzają ich respekt. Nawet szachiści.
Helmut wcale nie miał na imię Helmut. Miał na imię Adolf. Jednak wystarczyło spojrzeć na niego, na jego poczciwą, choć nie pozbawioną szlachetności twarz, na drwiąco naiwne i jakby lękiem podszyte źrenice w kolorze wysuszonego tytoniu, na całą jego flegmatyczną, wysoką postać, a sama myśl o tym, że oto jest Adolf, wydawała się niedorzecznością.
Kiedyś tam komuś, komu słowo „Adolf” nie przeszło przez gardło zawołał za nim „Helmut” i inni to podchwycili. Tak już zostało.
Któregoś dnia, siedząc w cieniu lipy w oczekiwaniu na obiad, zacząłem rozwlekłą przemowę o znaczeniu imienia. Mówiąc zagłuszałem burczenie w brzuchu i zwierzęce podniecenie, kiedy słaby wietrzyk przynosił zapach gulaszu. Gadałem i gadałem. Taki humanistyczny słowotok można zapchać tylko żarciem, które wpierw połyka się prawie nie przeżuwając, potem mlaszcze, wreszcie – ostatnie kęsy, ostatnie okruszynki – wyjada się namysłem, wybrzydzając, bo wreszcie czuje się smak.
Po jedzeniu znowu można filozofować, chociaż myśli nie są już tak klarowne jak przedtem, nie mają tej wyrazistości, stają się ociężałe, mętne, i tylko dzięki temu zmętnieniu mają pozór głębi. Wreszcie, gdy stają się już wyłącznie ciągiem wątpliwości, przychodzi zbawcza drzemka.
Jednakże wówczas, pod lipą, łowiąc zapach gulaszu smużący się w powietrzu, umysł miałem tak przejrzysty, jak ten majowy nieboskłon, co wisiał nade mną. Wszystko, co mówiłem, było niezłym wstępem niezłego eseju. A mówiłem o tożsamości imienia i istoty, którą współczesny świat lekceważy. Nie tak widziano to jeszcze niedawno. Nie nazwane – nie istniało. Praojciec Adam zaczął od nadawania imion i jak gdyby powtórnie stwarzał świat, świat, który miał mu być poddany. Cóż dopiero zmiana imienia! To dopiero znaczący akt! Weźmy takiego Abrama, jeśli iść tropem Księgi...
I tak dalej, i tak dalej. Zdanie poganiałem zdaniem, bo chciałem dojść do imienia Helmut, które nie było prawdziwym imieniem mojego przyjaciela, a mimo to nie istniało imię prawdziwsze od tego właśnie. Zanim jednak omówiłem średniowieczny zwyczaj nadawania imienia mieczom, zapędzono nas @do stołówki. Gulasz z kaszą przesłonił wszystko inne. Cały wszechświat zmieścił się na krótko do talerza z rozgotowaną kaszą i chudym gulaszem.
Wszakże Helmut pamiętał, co do niego mówiłem, pewnie lepiej, niż ja sam. Pamiętał, bo gdy łomotanie łyżek trochę ucichło, burknął oblizując wargi błyszczące od tłuszczu:
Ja nie Adam i nie Abram. Ja Helmut.
Po namyśle powtórzył:
Helmut, kurwa mać.
Helmut dławił się polskimi wyrazami i wymawiał je w charakterystyczny, twardy sposób. Grzechoty, rzężenia, poświsty i szeleszczenia rosły mu w gardle jak zbyt duży kęs zakalcowatego ciasta, a gdy je wreszcie z siebie wypluwał, od razu było słychać, że nie są to dźwięki stworzone dla Helmutowych ust.
Jedyny polski zwrot, który opanował zadziwiająco dobrze to „kurwa mać”. Nauczył się go pewnie od kogoś ze wschodnich kresów, ponieważ samogłoski rozciągał w przykrótkim zaśpiewie i zwykłe przekleństwo stawało się raptem urwaną wpół frazą muzyczna, zapowiedzią melodii, która nie miała dalszego ciągu.
Przyszło mi do głowy, że gdyby znowu imię było tożsame z istotą, to Helmut właściwie powinien nazywać się „Helmut kurwa mać”. Koniecznie jednak należałoby to wymówić tak, jak on sam. Po twardym „Helmut” radośnie i miękko wyśpiewane „kurwa mać”.
Tylko w ten sposób można było oddać jego dwunarodową naturę.
Do czwartego dnia pobytu w wewnątrzszpitalnym świecie ja byłem istotą bezimienną.
Helmut rozmawiał ze mną w sposób doskonale bezosobowy, jakbym był zjawą z jego wyobraźni. Gdy mu się przedstawiłem, zbył to wzruszeniem ramion. Dla niego były to bezużyteczne dźwięki. Czekał, aż moje imię zjawi się samo.
Zjawiło się przypadkowo. Wymówił je Pluskwa, który dosiadł się do naszego stolika przy śniadaniu. Odwracaliśmy od niego twarze, bo jedliśmy jakąś tłustą pastę rybną z cebulą i ilekroć coś mówił, zionął cuchnącym oddechem. Imię to wsiąknęłoby w dalszej paplaninie Pluskwy, ale Helmut czuwał, szturchnął go, ażeby się zamknął i powtórzył moje nowe imię kilkakrotnie.
Imię to miało w sobie niepotrzebny patos podszyty czymś dwuznacznym, nieszczerym, słabym, pokrętnym, rozdartym jak przenoszone i za ciasne ubranie. Było to imię w sam raz dla takiego nieudacznika z idiotycznymi ambicjami jak ja. W pełni na nie zasłużyłem. Brzmiało ono: Humanista.
Długie, ale w sumie niezłe.
Cokolwiek przez ten wyraz rozumiecie.
Z naszej trójki tylko Pluskwa buntował się przeciw swojemu imieniu, ale bunt jego był daremny, jak wszystkie działania wbrew naturze rzeczy. Bądź co bądź Pluskwa był tylko chudym, małym, bladym wypierdkiem, który wlókł za sobą serowaty zapach przepoconych nóg. Na dodatek lubił dłubać w nosie. Jak inaczej można go było nazwać?
Ale wyłącznie my dwaj mogliśmy go tak nazywać. Jeśli kto inny odważył się zawołać za nim „Pluskwa”, to on, zwykle ustępliwy i przymilny, rwał się do bójki, ściskał kościste piąstki, podrygiwał na swoich chudych nogach i wyszczerzał zęby, jakby chciał przegryźć nieszczęśnikowi gardło.
Jedynie my byliśmy jego przyjaciółmi i jedynie my wymawialiśmy słowo „Pluskwa” bez cienia wyższości. W zamian za to on nie próbował nas oszukiwać, okłamywać, nie wdzięczył się przypochlebnie i nie żebrał o papierosy.
Każdy człowiek ma kilka różnych natur, w które stroi się jak w zapasowe komplety ubrań.
Dla nas Pluskwa wybierał naturę odświętną.
Pluskwa pojawił się w szpitalnym świcie dobę – może dwie – po mnie. Siadywał z nami przy posiłkach, ale zaraz potem szedł do innych w nadziei na to, że odniesie z tego jakąś korzyść. Krążył obłudnie uśmiechnięty między tymi i owymi, samotny w gromadzie, albowiem usiłował być ze wszystkimi, czyli nie był z nikim.
W dzień swojego przemienienia żebrał o papierosy podszedłszy do robotników zatrudnionych przy remoncie sąsiedniego oddziału. Niczego nie wskórał. Powiedział więc do nich nadąsany, że empatii w nich nie ma, niech ich cholera.
Empatia – było to niewłaściwie słowo wypowiedziane w niewłaściwym czasie. Brzmiało tak obco i brzydko, że robotnicy uznali je za rodzaj obelgi. Obruszyli się.
Ty nas nie pouczaj, taka siaka twoja mać! – zawołał któryś z nich.
Nie pouczam – tłumaczył się Pluskwa, garbiąc się pod ciężarem cudzej niełaski – ja tylko tak, ogólnie, panowie przecież dobrzy, nie poskąpią papieroska...
Ech, gnida paskudna, pluskwa – przerwano mu ze zniecierpliwieniem. Pluskwa raptem wyprostował się. Nadął. W bezsilnej złości cisnął w robotników przygarścią żwiru.
Zaraz potem wydobyliśmy go spod trzech budowlańców i gdyby nie Helmut, który zabasował coś po niemiecku, co wprawiło wszystkich w osłupienie, nie obyłoby się pewnie bez złamanego żebra lub czegoś gorszego.
Robotnicy strzepnęli z kolan piasek, obtarli kułakami nosy, wysmarkali się, splunęli Pluskwie pod nogi i odeszli do swojej pracy, a ściślej: usiedli na workach z cementem przy betoniarce, aby brygadzista ich nie dostrzegł.
My też chcieliśmy odejść – ku swojej ulubionej ławce, tej odrapanej, pod lipą, oprószonej petami i łupinami słonecznika. Jednakże zatrzymał nas Pluskwa. Był wzruszony. Głos mu się trząsł i trzęsły ręce. Mamrotał coś bez ładu i składu, lecz my i tak rozumieliśmy, w czym rzecz. Nikomu dotąd nie zależało na Pluskwie i gdy był w kłopotach, inni tylko mu nowych kłopotów dokładali. Trudno mu było uwierzyć, że ryzykowaliśmy, że nas obiją i sponiewierają, byle jemu nie stała się krzywda.
Spojrzeliśmy z Helmutem na siebie i w zgodnym odruchu skinęliśmy na Pluskwę, ażeby zasiadł z nami na ławce pod lipą. Nie wszyscy posiadają dar odczuwania szczerej wdzięczności. A ten właśnie dar odróżnia człowieka od człowieczej pluskwy. Bo Pluskwa wbrew pozorom pluskwą nie był.
Ilekroć zasiadaliśmy na ławce pod lipą niektórzy naigrywali się, że my chyba, kurcze, w trójcy jedyni.
Udawaliśmy, że tego nie słyszymy, albo wzruszaliśmy obojętnie ramionami, ale była to obojętność udawana, obojętność wydętych warg i lekko przymrużonych oczu, bo tak naprawdę cieszyło nas ich gadanie. Nieodmiennie podszyte było zawiścią.
Helmut siadywał pośrodku, wysoki, siwowłosy, wyprostowany jak kij od miotły. Po lewicy Helmutowej Pluskwa, chudy, malutki i wiercący się, jakby w tyłek parzyły go spodnie. Zaś po prawicy Helmuta ja, Humanista. Ani wysoki, ani niski. Ni to gruby, ni szczupły. Nijaki.
Pięknie musieliśmy wyglądać siedząc tak i poziewując.
Gdyby nie szare pidżamy i rozdeptane papucie wyglądalibyśmy jeszcze piękniej.
odcinek III
|