|
|
Głupi kaowcy
jędrzej morawiecki, tekst filip łepkowicz, zdjęcia
Nie zrobią wielkiej
kariery. Nie podbiją świata. Nie skończą studiów prawniczych, ekonomicznych,
nie będą nosić krawatów, komórek, jadać w drogich restauracjach. Nie trafią
na pierwsze strony gazet. Nie wyrwą się do stolicy. Nie zarobią pięciu
tysięcy miesięcznie. Żyją na prowincji. Jedni sprzeciwiają się pustyni,
co pochłania miasteczko. Nie chcą by ich miejscowość stała się sypialnią,
by utonęła w marazmie. Inni walczą o pegeer, o spychane, poniżane dzieci,
o bezrobotnych rolników, o swoje miejsce we wsi. Nie zaczytywali się pozytywistycznymi
nowelkami. Nie marzyli o męczeńskiej śmierci "Siłaczki". Młodzi "kaowcy".
Chcą godnie żyć. Próbują działać.
OPOWIEŚĆ I.
Najpierw "kaowiec" najmłodszy,
rzekłbyś - początkujący. Marcin Chludziński. Ma dwadzieścia dwa lata. Urodzony
i wychowany w Bardzie - niewielkim miasteczku w Kotlinie Kłodzkiej, ze
wszech stron otoczonym przez góry, las. Miejscowość utrzymuje się z turystyki.
Bezrobocie spore - by znaleźć pracę, trzeba jechać do Kłodzka, Ząbkowic
Śląskich - kilkanaście kilometrów. Bardo pozbawione jest prawie całkiem
przemysłu. Ma za to szlak kaplic różańcowych. Idziesz przez las, co kilkadziesiąt
metrów miniaturki kościołów. Na koniec szlaku scena ukrzyżowania, w kręgu,
trzymetrowe postaci z białego kamienia. W świetle gwiazd dostrzeżesz w
marmurze magię. Tak w każdym razie twierdzi Marcin. Chadzał tu kiedyś z
kumplami, grał na gitarze, potem wdrapywali się po kamiennych
murach kaplic, śpiewali do mrocznych wnętrz, głosy niosło lasem.Co jeszcze jest w Bardzie?
Dyskoteka z pijanymi małolatami, szkoła podstawowa, przedszkole, dom dziecka.
Niegdyś było jeszcze kino. Ale ciężarówka, co jechała od strony Kłodzka,
uderzyła w dom kultury, zabiła operatora. Kina już nie ma. Jest za to komisariat
z surowym policjantem Adasiem, kolejowa stacyjka, jeden kościół. No i rzeczka
z pstrągami. To właściwie wszystko. O reszcie niech opowie nasz bohater.
Marcin Chludziński: Widziałem
Bardo jako wielką klepsydrę, przez którą przeciskają się ludzie jak ziarnka
piasku. Patrzyłem na swoich sąsiadów, na swoją rodzinę. Mój ojciec pracuje
fizycznie od piętnastego roku życia, teraz w zakładzie Gospodarki Komunalnej.
Matka jest pielęgniarką, a w służbie zdrowia - wiadomo - coraz gorzej.
Pomyślałem, że ja tak nie chcę. Że muszę się stąd wyrwać. Zdałem do liceum
z klasą teatralną. Wyjechałem do Kłodzka. Ujrzałem wielki świat. Usłyszałem
o malarstwie, o historii sztuki. Przerabialiśmy Mrożka, Różewicza, Becketa,
Joyca. Pięćdziesiąt dramatów rocznie, wersy na pamięć, kolokwium z "Iliady",
Odysei"... Przyjeżdżali jacyś aktorzy, logopedzi, warsztaty, spotkania...
Ja sam byłem typem mola książkowego. Okularki, koszulka, golfik. Och, ach,
intelekt. Ostro przeżywałem, niezłe jazdy. Chciałem być wielkim aktorem.
Wyobrażałem sobie siebie na afiszach kin, teatrów, moje nazwisko w folderach,
gazetach... Po prostu gwiazda. Widziałem to. Inaczej być nie mogło. W trzeciej
klasie odjechałem na całego.

Naczytałem się Baudelaire'a i innych kolesi.
Cały byłem w czerni, głowa spuszczona, oczy w gwiazdach. Moderna pełną
gębą. Kłóciłem się z nauczycielami, starałem się ich ośmieszyć. Nie miałem
wątpliwości - będę mieszkać w Warszawie, może w Łodzi - tam kamery, reżyseria,
masa ludzi z biznesu. Tylko to wchodziło w grę. Ewentualnie Wrocław, ale
to na trzecim planie. Co potem się stało? Życie
się stało. Oblałem maturę z polskiego. Z próbnej miałem sześć, czytałem
publicznie przed klasą. Z prawdziwej dostałem dwa, na ustnej popłynąłem
jak szmata. Nie czytałem lektur, olewałem system.
Nie mogłem zdawać do żadnej szkoły teatralnej. Dostałem propozycję z teatru w Białymstoku. Pojechałem,
zagrałem trzy spektakle. Minął rok. Podszedłem do egzaminu na PWST we Wrocławiu.
Przeszedłem pierwszy etap, padłem na drugim. Wtedy poczułem, że ktoś mi
obciął skrzydła. Załamałem się. Łatwo powiedzieć: "Trudno". Wróciłem do
domu, uwaliłem się z kumplami, mówili: "Zdasz następnym razem". Ale przez
rok trzeba coś robić.Zaszedłem do Domu Kultury
w Bardzie, założyłem stowarzyszenie gier fabularnych. Przyszło trzech chłopaków,
wkręcili się, zaczepiali mnie na ulicy, pytali, kiedy znowu. Dyrektor się
cieszył.Ale stowarzyszenie padło.
Zniszczyła mnie praca. Pracowałem wtedy w sklepie monopolowym w
Kłodzku. Wstawałem o piątej rano, wracałem o piątej wieczorem. Dwa dni
wolnego w miesiącu. Kasa, magazyn, faktury, obsługa klientów... Wracałem
do domu, padałem, budziłem się, znów jechałem do pracy. Próbowałem ciągnąć
zaocznie polonistykę, ale na naukę nie miałem ni czasu, ni siły. Nie podszedłem
nawet do pierwszej sesji. Potem kopałem rowy w Telekomunikacji,
razem z recydywistami. Prócz tego były jeszcze jakieś budowy, noszenie
worków, mieszanie zaprawy. Książki mi z głowy kompletnie wywietrzały. Przestałem
czytać. Trochę grałem na gitarze, ale ręce od kilofa zesztywniały. Później był zasiłek. Nudziłem
się. Odwiedziłem starego polonistę. Poszedłem znów do Domu
Kultury. Zacząłem tam grać z kumplami. Założyliśmy zespół muzyczny. Siedzieliśmy
po pięć dni w tygodniu, po sześć, osiem godzin. Młodzież bardzka przyjęła
nas entuzjastycznie. Zaczęli przychodzić na próby, słuchać. Ktoś przywiózł
perkusję, inny zadeklarował pomoc. Bardo ożyło.
Wszystko trwało kilka
miesięcy. Świeżo upieczeni, młodzi bezrobotni grali, młodzież waliła drzwiami
i oknami. A potem Marcin z zespołem zostali z domu kultury wyrzuceni. Marcin rozmawiał z dyrektorem,
poszła ostra wymiana zdań. Mniejsza, kto winien, kto miał rację. Dyrektor
krzyczał, Marcin krzyczał... "Ja tu jeszcze wrócę" - rzucił dwudziestodwuletni
niedoszły "kaowiec" i trzasnął drzwiami. Tak zakończył działalność jedyny
zespół rockowy w miasteczku. Marcin wyjechał z Barda. A potem zdał do wrocławskiej
SkiBy (Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy). Bo gdy
zatrzaskiwał drzwi bardzkiego Domu Kultury, zrozumiał, że by wrócić, musi
zostać "kaowcem" dyplomowanym.
OPOWIEŚĆ II.
Paweł Pawlik nie trzaskał
drzwiami, nie marzył pewnie o tak wielkim świecie, nie widział się na afiszach,
nie chodził w czerni. Nie uciekał z miasteczka. Po studiach wrócił do rodzinnej
Oleśnicy, rozpoczął karierę "kaowca". Wsiadł na rower, jeździł po drogach
piaszczystych, wyboistych, przez las, wioski. W ręku mapa, w sercu zapał.
Działał. Z różnym skutkiem.
Paweł Pawlik: Zacząłem
jeździć po pegeerach. Tam dzieci były inne niż w zwykłych wioskach. Czuły
się napiętnowane. Nawet dyrektorka szkoły mówiła o nich jako gorszych.
Pamiętam, chciałem zrobić plac zabaw. A ona: "Na cholerę. Jeżeli nie będzie
solidnej latarni i wartownika, to w nocy wszystko pójdzie na opał". Pegeerowskie
dzieci były niedopieszczone, ciągle spychane, upokarzane.Siedziałem w świetlicy
i dowiadywałem się o wszystkim co wokół. Scenki, które wymyślały dzieci,
były odzwierciedleniem rzeczywistości. Zobaczyłem, jak rozbudowana jest
hierarchia w pegeerze. Urzędnik był ważniejszy od brygadzisty. Brygadzista
był o klasę wyżej niż zwykły pegeerowski robotnik. Dowiadywałem się o kobietach,
co dolewały wody do mleka. Wiedziałem kto kradnie, kto pije, kto wystawia
popołudniami niemowlę na mróz... Raz wzięliśmy na zajęciach
bajkę ludową, schemat kopciuszka. One miały stworzyć tekst, sytuację. Powstało
coś pokracznego i fascynującego. W parku spotyka się chłop
bujający w obłokach i samotna kobieta. Jej rozsypują się zakupy, zaczyna
się sprzeczka, on: "Niech pani na mnie nie krzyczy, ja mam chore serce".
Potem ona dowiaduje się ile on ma hektarów, z miejsca się w nim zakochuje.
Ona ma córkę, on też (kopciuszka). Ona wysyła chłopa na roboty za granicę.
Sama zaczyna myśleć, co zrobić, by pozbyć się kopciuszka, by jej córka
wszystko odziedziczyła. Akcja się rozwija, w trakcie
przyśpiewki, na przykład: "Pożenili, ucha, ucha, / Stare kości, ucha, ucha,
/ Więcej smutku, ucha, ucha / Niż radości, ucha-cha". Na końcu konflikt pomiędzy
macochą a kopciuszkiem zostaje zażegnany. Finał: ojciec wraca z zagranicy,
rzuca tekst wymyślony przez dzieci: "Sprzedajemy gospodarę, wyjeżdżamy
do Paryża. W Paryżu jest prawdziwe życie". Grane w pegeerowskim klubie
w Nowoszycach, wymyślone przez pegeerowskie dzieci - brzmiało to niesamowicie. Cały pegeer był zresztą
niezwykły. Mieszkało tam bezdzietne małżeństwo, przyjechali z Oleśnicy,
za mieszkaniem. Nazbierali trochę majątku, postanowili zrobić świetlicę.
Stworzyli klub bez jabola. Pełna kultura: miały być tylko drinki, piwo,
pizza... Ewa i Zdzisław Mróz. Ja nazwałem ich sobie najcieplejszymi mrozami
świata. Było w nich coś dobrego, coś pięknego. U nich w klubie odbywały
się wszystkie próby, u nich przedstawienia, występy zespołów ludowych...
Ale minął rok, Mrozów zabrakło. Splajtowali. W świetlicy pojawił się prawdziwy
mróz. Próbowaliśmy jeszcze działać. Sala była ogrzewana dmuchawą spalinową.
Wszyscy śmierdzieliśmy ropą, dzieciaki ciągle chorowały. Śpiewaliśmy, spaliny
waliły w gardło. Nadszedł koniec. Poniosłem druzgocącą klęskę. To najpiękniejsze
miejsce, w jakim kiedykolwiek pracowałem.
OPOWIEŚĆ III.
Mrozy nadal mieszkają
w pegeerze. Zanim o nich, powiedzmy jednak coś więcej o samej wsi. W Nowoszycach
żyje około trzystu osób, w tym siedmiu rolników indywidualnych, jeden jeszcze
aktywny. Pracy, rzecz jasna, nie ma. Niektórzy mężczyźni - jeśli silni
- idą do rejonu dróg publicznych. Ale i tam ciężko - autobusem do Oleśnicy
nie dojedziesz. Pekaesy zostały przerobione na gimbusy, teraz tylko jeden
kurs dziennie. Nie ma jak wrócić. Ewa Mróz powiada, że tu
jest "Arizona" inaczej. Że osiedla po byłym pegeerze to nie tylko kupa
pijaków i złodziei, jak pokazali w telewizji. Ewa trzyma do tej pory
w ławach scenariusze przedstawień, działań, program dożynek, projekt placu
zabaw (tego, co według pani dyrektor i tak rozbiorą na rozpałkę; miała
być ważka, huśtawki, drabinki ciuchcia - wszystko z drewna, do tego krzewy
ozdobne, wybieg dla kucyka, którym miały się opiekować dzieci; wszystko
mieli zrobić mieszkańcy pegeeru; nie wyszło; nie dostali pieniędzy na materiały).
Jest i kronika - potężny album, tam Mrozy spisali całą historię klubu "Ewa".
Na pierwszej stronie start - 17 sierpnia 1995 roku - wtedy dostali klucze
do zdewastowanej świetlicy. Potem remonty, zakup sprzętu...

Ewa Mróz: Zaczął się najpiękniejszy
okres w naszym małżeństwie. Była jesień, szarówka,
wieś szła do klubu. Potem rozpoczął u nas próby zespół ludowy "Maksymki".
Trzydziestoletnie panie, niektóre miały już po siedmioro, ośmioro dzieci.
Kończyły pracę w ogrodzie, odstawiały pieluchy, stały godzinę czasu przed
lustrem, robiły makijaż, fryzurę. Do kościoła się tak nie szykowały... Ewa Mróz przewraca strony
w albumie, na zdjęciach widać zabawę choinkową. Bibułka, dzieci, z tyłu
orkiestra w mundurach wojskowych. Potem do klubu miał przyjechać wiejski
kabaret. Ewa oplakatowała cały pegeer - wszędzie afisze "Jutro kabaret,
zapraszamy". Do klubu zaszedł jeden z mieszkańców, spytał: "Pani Ewo, a
co to jest kabaret?".
Dalej wieczornica
z Szymborską. Wiersze czytała pani Jednorogowa - amatorka poezji, wszystko
w dzień wręczania Nobla.
Ewa: To był odlot. Zrobiłam
cały wystrój klubu od nowa, firanki, stoły. Dziewczyny deklamowały
wiersze, Piotrek Przysiwek robił podkład na syntezatorze. Polacy oglądali
Szymborską w telewizji, Nowoszyce miały wiersze na żywo. Klub stał się stałym punktem
wsi. Część rodziców traktowała świetlicę jak przedszkole. Przychodziły,
kiedy Ewa otwierała klub, potem były przez nią wyganiane na wieczorynkę
o dziewiętnastej. W albumie jest wszystko:
warsztaty, występy zespołu ludowego, pastorałki (jedna szósta wsi na scenie),
autokar pod świetlicą, wyjazd do Szprotawy... A potem - włamanie. Złodzieje
wynieśli wszystko. Ewa siedziała dwa dni w domu, mąż krzyczał, że się nie
podda, przywoził trabantem nowy towar... Potem była jeszcze prośba o umorzenie
rat za dzierżawę, obietnice radnych... Na obietnicach się skończyło. W
tym czasie rząd wprowadził nowe koncesje na alkohol (poprzednie,
ważne jeszcze na cztery lata, przestały obowiązywać). A wszystko to zimą,
kiedy ruch mniejszy, kiedy trzeba ogrzać klub... Mrozy zawiesiły działalność
handlową. Ewa do tej pory nie rozumie tego, co się stało. Był lokal, byli
durnowaci ludzie, zapaleńcy, głupi "kaowcy", co włożyli pieniądze...
Ewa Mróz: Jak gmina mogła
to zaprzepaścić? Mam teraz status bezrobotnej, siedzę w domu, nikt nas
prawie nie odwiedza. Z dziećmi się widzę, kiedy idę do sklepu. Mam czas,
mam energię, ale nie mogę jej wykorzystać.
OPOWIEŚĆ IV.
Na koniec Adrianna i Igor
Pietrzykowscy. Ci nie splajtowali. Nic dziwnego. Nie utrzymują się z działalności
"kaowców". Igor jest zastępcą redaktora naczelnego powiatowej gazety. Adrianna
- technikiem dentystycznym. Mieszkają w Wołowie. Z wyboru. Nie to, żeby
nie uciekali niegdyś z miasteczka.
Igor Pietrzykowski: Pracowałem
przez rok we Wrocławiu, u wojewody. Setki korytarzy, po nich chodzili ludzie,
jacyś tacy zabiedzeni, szarzy, mówili ciągle o pieniądzach...
Adrianna: W dużych miastach
żyje się chyba zupełnie czym innym. Zajrzeliśmy niedawno do naszych znajomych,
a ci: "nowa komórka, nowy abonament, nowa knajpa się otworzyła...". Nie
potrafimy już z nimi rozmawiać. Wszystko zaczęło się od
buntu. Zebrały się zespoły muzyczne, które nie chciały grać w Wołowskim
Ośrodku Kultury. "Młodzi gniewni" - krzyczeli, że nie chcą bezdusznej biurokracji,
formalizmu... Kupili wagon towarowy,
postawili sto metrów od torów, podłączyli elektryczność. Ktoś przyniósł
stary fotel, ktoś chodnik, inny lampkę, obrazek na ścianę... Teraz dorobili się piwnicy,
na razie zagrzybiona, ale zrobią remont. Tu właśnie odbywają się próby,
koncerty. Młodzi zaczęli przychodzić coraz częściej, deklarują pomoc, chcą
plakatować, chcą sprzątać, chcą płacić składki na czynsz - po dziesięć
złotych miesięcznie. Pojawili się nawet punkowcy. A dla nich dycha to nie
żarty. Za dychę kupisz dwa jabole. Mimo to przychodzą, byli nawet na wieczorkach
poetyckich. Nie mówiąc o koncertach.
Igor: Nie ma zadym. Nie
biją się choć są często pijani. Jeden na przykład ledwie
kojarzy, percepcja zerowa, ale chce koniecznie rzucić butelką, musi. Ktoś
podskakuje do mikrofonu: "Chłopaki, weźcie go, poprowadźcie, niech rzuci
w stronę lasu. To przecież jest nasze. W co chcesz rzucać? W siebie rzucasz!".
To skutkuje.
Nie chcę powiedzieć, że
odciągamy ich od nałogu, że dzięki nam nie stoją pod budką z piwem. Mi
to wisi, czy stoją czy nie.
Tym niech się martwią ich rodzice. Ale mają
chociaż poszerzoną świadomość. Wiedzą, że istnieje coś poza. Że za Wołowem
nie ma krawędzi świata. Przecież większość z nich nie pójdzie na studia
do Wrocławia. Oni skończą zawodówkę, założą rodziny i będą obywatelami
tego miasta. Wrocław odwiedzą na zakupach w super- marketach, w Warszawie
nie będą już raczej nigdy, nie mówiąc o zagranicy - chyba że do Czech po
piwo. Tak się ich kariera skończy. A tu proszę: mieli zespół z Japonii,
z Norwegii, mieli Urugwajczyka w zespole z Czech... Przynajmniej ich sobie
pooglądali. Nie znaczy to, rzecz
jasna, że Wołów jest idyllą. Nie ma dotacji z gminy, klub utrzymuje się
tylko ze składek.
Igor Pietrzykowski: Wystąpiliśmy
do gminy o pieniądze, jeden z radnych spytał wprost: "A czy na te koncerty
nie przychodzi przypadkiem bolszewia?". Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Ostatnio przyjechali
do Wołowa Japończycy, grali średnio dwa utwory na minutę. Istna kakofonia
dźwięków. Dali półtoragodzinny koncert. Na całym świecie publika męczy
się po trzydziestu minutach. Na całym świecie prócz Wołowa.
Adrianna: To było coś
niesamowitego. Żadnych gwizdów. Ten zespół po raz pierwszy w swojej karierze
zagrał cztery bisy. Muzycy zapisali to w pamiętniczkach. Publika nauczyła
się krzyczeć do muzyków "Japan forever", a do wokalistki "We love you".
Igor: To jest esencja,
to trzyma w Wołowie. Przez miesiąc nic się nie dzieje, ale potem nadchodzi
to pięć minut. Kiedy zobaczyłem kolejkę po autografy przez pół sali...
Dzieciaki z liceum, punkowcy, jakaś kobieta z córką, co najpierw weszła,
żeby sprawdzić co się dzieje z dzieckiem, została... Ujrzałem to wszystko,
i poczułem, że nie potrzebuję niczego więcej.
CO DALEJ?
Marcin Chludziński
nie myśli już o powrocie do swego miasteczka jako o zemście na dyrektorze.
Zrozumiał, że Bardo jest stałym punktem na kuli ziemskiej. Powiada, że
miasteczko zmienia się w takim tempie, jak topnieją lody na biegunach.
Co jakiś czas nekrolog na murze kościoła, gdzieś urodziło się dziecko,
jakaś kronika policyjna, ktoś komuś przylutował w sobotę wieczorem pod
knajpą. To wszystko. Ciągle ten sam kołowrót niezmiennych zdarzeń. Marcin
zaczął to doceniać.
Marcin: Chciałbym uczestniczyć
w życiu tego miasta. Chcę być szanowanym obywatelem Barda. Chcę działać
razem ze swymi rówieśnikami. Dorastamy. Niedługo będziemy mieli po dwadzieścia
pięć, potem po trzydzieści lat. Można rzecz jasna uciekać. Ale można wrócić
i próbować coś zmienić. Wystarczy chcieć. Marcin chce skończyć SkiBę,
potem prowadzić świetlicę, za czterysta, czy pięćset złotych. Albo dostać
pół etatu, na przykład w domu kultury.
Marcin: Chcę porozmawiać
z dyrektorem. Minęło pół roku. Rozstaliśmy się w złości. Ale to małe miasto.
Ciężko być tu całe życie obrażonym na kogoś, kogo codziennie spotykasz
na ulicy. Igor i Adrianna dostali
dofinansowanie z powiatu i z gminy. A prócz tego farbę na remont klubu
- od właściciela wołowskiej hurtowni, co kiedyś był gitarzystą.
Igor Pietrzykowski: Nadzieje
są duże. Resztę napisze życie.
Mrozy przygotowują
jasełka, na podstawie scenariusza ułożonego przez dzieci jeszcze za czasów
klubu. Zrobią to w jakimś mieszkaniu, może w szatni, tam mniejsza powierzchnia,
łatwiej ogrzać. Świetlica pusta.
Ewa Mróz: Będzie
dobrze. Pojawił się nowy sołtys. Zaczynamy tłumaczyć ludziom, na czym polega
demokracja na wsi. Że na zebraniu trzeba powiedzieć: "Dzień dobry. Szanowni
państwo, oto porządek obrad". Radzimy, jak wypompować szambo koło świetlicy,
jak postawić pani Misi bramę do gospodarstwa... Mówiłam, że wraz z klubem
zakończył się najpiękniejszy okres w naszym małżeństwie. Ale teraz wiem,
że ten czas zakwitnie po raz drugi. Jestem w szóstym miesiącu ciąży. Wreszcie.
Po piętnastu latach. W lutym będę miała dzidziusia. Jedno jest pewne. Na
pewno nie będę siedzieć z córką czy synem na ławce, pegeerowym zwyczajem.
Nie będę machać głową w chustce w lewo, w prawo, plotkować, trwać... Nigdy.
Wszystko się ułoży. Trzeba tylko poczekać. Wieś nie może umrzeć.
Paweł Pawlik szuka
pracy we Wrocławiu. W ośrodku w Boguszycach dostał wypowiedzenie. Zabrakło
pieniędzy na etat, tegoroczna dotacja była nieco mniejsza niż spodziewana.
A Paweł nie chce pracować na umowę. Nie stać go na opłacenie ZUS-u.
Paweł Pawlik: Miała
być kariera na prowincji, ale wątek się urwał. Co teraz? Pamiętam, zawsze
nienawidziłem pozytywizmu. Ale "Siłaczka" Żeromskiego jest piękną
lekturą. Opowiada o dziewczynie, która zaorała się pracą. Tylko czy
to jest sukces? Czy zwyciężyła? Bozowska poniosła klęskę - zaorała się
na śmierć. Pewnie taka męczeńska śmierć wymaga ogromnego hartu ducha. Ale
ja takiej osobowości nie mam. Chcę pracować tak, by być skutecznym. Potrzebuję podstawowych
rzeczy. Nie mogę być głodnym, nie może być mi zimno. Już to przerabiałem
- miast robić próby, grałem z dziećmi w ping-ponga, by nie zamarzły. Dalej
tak nie mogę. Chcę mieć gdzie mieszkać, gdzie spać, prowadzić skromne życie,
nie wykraczające poza barierę godności ludzkiej W Boguszycach pozostały
związki z dzieciakami. Pozostała emocjonalna rana. Pytanie - co dalej?
Można żyć tym co się stało. Ja po prostu trzymam kciuki - żeby ta praca
nie poszła na marne. Może to wiara naiwna. Z sześciu osób, które
grały w moim ostatnim przedstawieniu, cztery chcą iść na PWST. I to jest
moja przewrotna klęska. Bo nie o to mi chodziło. Wiem jednak, że jedna
z dziewczyn, jeśli na PWST się nie dostanie - będzie zdawać na rehabilitację.
Może nasza praca jej pomoże. To byłoby straszne, gdy by świat był złożony
z samych artystów. To byłoby piękne, gdyby świat składał się z ludzi, którzy
tworzą: siebie, innych, biorą za to odpowiedzialność, myślą o tym, co czynią. Dobro istnieje realnie,
to udowodnione filozoficznie. Jeżeli pracujesz nad czymś co jest piękne,
to zaczynasz myśleć o swoim czynie, jako o dobrym, pięknym. Nie używałem
przy dzieciakach takich wielkich słów. Mówiłem o jakości. Coś jest jakieś,
nijakie, albo byle jakie. Spotkam ich po kilku latach,
zobaczę: jeżeli będą nijacy, albo byle jacy, to będzie źle. Ale jeżeli
będą jacyś - to będzie wielki sukces. To będzie zwycięstwo "kaowca".
Tekst z niewielkimi skrótami został opublikowany w Tygodniku Powszechnym.
|