dziennikarze wędrowni







 reportaże    strona główna  




Kropla

jędrzej morawiecki, tekst
maciej skawiński, zdjęcia


 Żeby dostać się do bursy - kandydat musi spełnić trzy warunki - pochodzić z biednej rodziny, mieszkać w pegeerze i chcieć się uczyć w szkole średniej. No i żyć niedaleko od morza. I trafić na księdza Waldemara. Do tego jeszcze nie zaliczać się do tak zwanej "młodzieży trudnej" i przekonać księdza, że naprawdę chce się wyrwać z pegeeru, że jest się zdeterminowanym do walki o maturę, trzeba wreszcie spakować się, podpisać regulamin, nauczyć zasad. Tyle wystarczy, by trafić do bursy. A mieszka w bursie wspomniany już surowy ksiądz dyrektor, szalony kleryk i dwudziestu jeden chłopaków z pegeerów - tych których ksiądz Waldemar wyszukał i zaakceptował. Jest w bursie poranna modlitwa, dyżury, jest siłownia, trochę książek, wieczorne rozmowy przy stole, czasem nocne oglądanie meczu, są jeszcze kontrolowane wypady na osiedle - na spotkania z dziewczyną (że niby przyszła po zeszyt), czasem jest spacer nad jeziorem, które rozlewa się za oknem i spływa w dół Szczecinka, jest dużo nauki i niedzielne powroty do rodziny na wieś. Tyle w skrócie.

 Idea więc szczytna - młodzież z upadłych pegeerów ma szansę na zdobycie wykształcenia - Kościół próbuje wyrównać szanse, pomóc biedniejszym, dobrej młodzieży z prowincji. Dwudziestka, to oczywiście niewiele, ale zawsze coś - może powstaną kolejne bursy, może powiększy się ta w Szczecinku, może... Póki co - zajrzyjmy do księdza dyrektora, opowiedzmy o początkach bursy, o miłości do pegeerowskich czynów społecznych, potem będzie mówić kleryk, potem biskup, potem będą wizyty w pegeerach, a ksiądz Dembowski odwiedzi w tym czasie prezesa Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, potem księdza dyrektora odwiedzą koledzy z okolicznych probostw, przyjdą też zaległe rachunki za gaz, potem nocne rozmowy, całość zamknie znów ksiądz dyrektor, który wygłosi sentencję końcową.

 Teraz jest wieczór, chłopaki śpią, a ksiądz Waldemar siedzi w pokoju na końcu korytarza, zalewa kawę, krzesze skry, odpala papierosa, opowiada. Najpierw o tym, jak został dyrektorem:

 "Pracowałem jako spokojny wikariusz na parafii. Miałem wiernych, kościół, tacę, chodzenie po kolędach, ciszę. I nagle - z dnia na dzień biskup skierował mnie tutaj, powiedział - będziesz prowadzić bursę. A ja nie miałem zielonego pojęcia nawet o zwykłej księgowości. Biskup na to: <<nie wiesz to się ucz. Szukaj ludzi, niech cię szkolą>>.  No i uczyłem się. Nie tylko księgowości, ale wychowywania chłopaków - bo nigdy nie myślałem, że będę miał jako ksiądz ponad dwudziestkę dzieci. Uczyłem się jak trzymać dyscyplinę, jak z nimi rozmawiać, jak kontrolować, jak wyszukiwać nowych kandydatów, no i wreszcie - jak prowadzić dom, jak pozyskiwać fundusze na remonty, jak zaprzyjaźnić się z potencjalnymi sponsorami. Muszę z nimi rozmawiać o niebie i chlebie, jeździć do Koszalina, Szczecina, Poznania i Warszawy - wszystko po to, by po wielu pogawędkach, bankietach, prywatnych spotkaniach - uderzyć w upatrzony punkt i prosić o finanse".

 Ksiądz Waldemar chodzi więc całymi dniami po urzędach, na wywiadówki, słucha nauczycieli, potem wraca, krzyczy, przemawia do rozsądku, tłumaczy, czasem próbuje załatwić korepetycje - o ile ktoś zgodzi się dać je za darmo. Prócz tego ksiądz Dembowski jeździ jeszcze po pegeerach i wyszukuje nowych kandydatów.

Krzemieniowo, rodzina Fiedurków
Krzemieniowo, rodzina Fiedurków

 "Teraz działam już ostrożniej. Wiem, że lokalny proboszcz może chwalić chłopaka, żeby pomóc mu w życiu. Wiem, że i nauczyciele kłamią w dobrej wierze, powtarzają że uczeń zdolny, żeby udało się mu wyrwać z pegeeru. Wiem, że rodzice ubarwiają czasem obraz swojej biedy. Kiedy więc siadam za stołem przyszykowanym jak na święto, to rozmawiam i staram się nie dawać im nigdy po pierwszym spotkaniu pewności, że przyjmę chłopaka. Muszę wszystko przemyśleć, mam na to pół roku. W tym czasie rodzice mogą się odkryć, pokazać, że  nie są tacy, jak mówili. Ja słucham plotek, każę proboszczowi wypytać we wsi, czasem pogadam w szkole - zaczepię woźną, podejdę pod sklep. Schematu nie ma - zależy od rodziny, od miejscowości, otoczenia, od miejscowego proboszcza".



 Potem ksiądz Dembowski opowiada o kolejnych wychowankach, o dyscyplinie, o tym, że nie lubi pytań: "ale", że musi być regulamin, bo inaczej nie zapanowałby sam nad przeszło dwudziestką chłopaków.

 Mówi jeszcze o porannych modlitwach, że nacisk na pobożność kładzie niewielki, bo to nie seminarium duchowne, czasem tylko dni skupienia, krótka modlitwa za stołem, obligatoryjne przywitanie <<szczęść Boże>>.

 Raz przyjął ksiądz dyrektor do bursy ateistę. Zorientował się dopiero na miejscu, po kilku miesiącach. Zobaczył, że modli się jakoś nieszczerze, że podejście nie to, zaczął dyskretnie wypytywać, w końcu chłopak się przyznał. "Miałem dylemat - co robić? W pierwszym rzędzie człowiek chce pomóc ludziom Kościoła, bo fundusze właśnie z Kościoła pochodzą. Ale zdecydowałem, że skoro dałem słowo, że mu pomogę - zostanie. Tym bardziej, że to ja go odszukałem, ja proponowałem. Zaczepiłem go dlatego, że dowiedziałem się od nauczycielki, że przestał chodzić do szkoły, nie miał za co dojeżdżać. Nie mogłem przeciąć tej nadziei. Zdał maturę na bardzo dobrych. Teraz jest na studiach, nie przyjechał tu ani razu, ale spotkałem go w  mieście, powiedział do niego pierwszy: <<dzień dobry>>, a on: <<szczęść Boże>>. Kilka zdań, studiuje, ma stypendium naukowe, pochodzi z bardzo patologicznej rodziny. Mam nadzieję, że za parę lat dorośnie, że kiedyś wspomni bursę i zmieni nastawienie do religii. Może coś zrozumie".

 Potem ksiądz Dembowski mówi jeszcze o rozkładzie dnia, sprawdza plany lekcji każdego z dwudziestu jeden wychowanków, odbiera telefony ("Halo szefie, spotkanie jutro? Z Agencją Własności Rolnej? W Koszalinie? A w sutannach trzeba? Będę punktualnie jak rzadko kiedy. Dobrej nocy. Z Bogiem!"), na końcu mówi znów o bursie, o tym, że chłopaki próbują czasem w dziecinny sposób szpanować, ale są w duszy dobrzy, tylko nie wolno zapominać o ich stygmatyzacji pegeerem, o kompleksie wsi: "Nieraz łapię się na tym, że mówię: <<wyglądasz jak wieśniak>>, albo <<zachowujesz się jak wieśniak>>, zaraz staram się to obrócić w żart, ale to zostało wypowiedziane". Ksiądz gasi papierosa, idzie spać.

 Noc, cisza, gdzieś zza ściany sączy się tylko cichutko muzyka techno.




 II.


 Budzik, szósta rano. Dzwonek na poranną modlitwę. Dwóch zaspało. Za oknem mgła, jezioro znika w porannej bieli. Śniadanie, chłopaki biegną do szkoły, zostawiają półki z książkami, plakaty z bitwą o Anglię, z niczego-sobie-modelkami i motorami, powieści MacLeana, Biblię, tomiszcze."Kto jest kim w Polsce 1984", poezję Gałczyńskiego, Niekrasowa, stery podręczników od angielskiego, rosyjskiego, kasety. Korytarze puste, teraz słychać, że w nocy nie techno grało, że to cichy stukot rur. Ksiądz Dembowski zaprasza do siebie na kawę, opowiada o funduszach, potem o swoich zastępcach, bo on sam by niczego nie upilnował, tym bardziej, że musi załatwiać sprawy formalne, a na miejscu jest zawsze kleryk, co roku inny, co roku szalony. "We wrześniu przysyłają mi studenta seminarium na urlopie dziekańskim - takiego, który sam podejmuje decyzję, że ma jakieś problemy, musi wstrzymać się ze studiami, przemyśleć. Albo też wykładowcy mówią mu że coś jest nie tak - wysyłają na dziekankę i do bursy. A więc dostaję zastępcę, który z reguły sam ma jakiś problem".

 Ksiądz Dembowski mówi jeszcze o wychowankach, którzy wychodzą z bursy, przyjeżdżają po paru latach po wsparcie.  "Ja biorę na siebie obowiązek pomocy tym chłopcom do czasu skończenia szkoły średniej. A potem tylko modlę się, żeby nie dzwonili, nie pisali, że mają kłopoty. Bo wewnętrznie człowiek chciałby pomóc, ale nie mogę już angażować pieniędzy kościelnych. Ja muszę zająć się tymi tu na miejscu. Jak wyjeżdżają, mówię: <<broń Boże tutaj nie wracaj po pomoc>>. Jak wrócą - udaję, że nie zauważam problemu. Bo ja nie jestem w stanie już nic zrobić.

 Ostatnio przyjechał jeden, pogadaliśmy, rano się spakował, dałem mu jedzenie na drogę, żeby przez parę dni miał co w Szczecinie jeść, pożegnaliśmy się ten stoi, chce coś powiedzieć, kombinuje, w końcu: <<proszę księdza, czy ja mógłbym następnym razem kogoś przedstawić, przyjechać z koleżanką, bo chciałbym księdzu zaprezentować>>. To jest niesamowite, stary chłop, ma już 23 lata, a chce mi przedstawić dziewczynę, dowiedzieć się, co o niej myślę. Ogromny sukces, to wewnętrznie cieszy".

 Ksiądz trzaska kolejną filiżankę kawy, żegna się, wychodzi na miasto rozmawiać ze starostwem o dofinansowaniu.




 III.


 Najwyższy czas spojrzeć na okoliczne pegeery. Rejon słynny: koszalińskie, tu stworzono od podstaw najwięcej państwowych gospodarstw, tym regionem najsilniej wstrząsnął ich upadek z początku 90. lat, runęły wszystkie - dobre i złe - bez wyjątku - zarżnięte inwestycyjnym kredytem, oprocentowaniem, które z dnia na dzień wzrosło z kilku do kilkudziesięciu procent miesięcznie. Tutaj nakręcono osiem lat później słynny już alkoholowy reportaż "Arizona".

 Pegeery zaczynają się już kilka kilometrów od Szczecinka. Pierwszy wyłania się z bukowego lasu, ciągnie wzdłuż kolejowych torów, widać białoróżowe domy, mech na dachach, z tyłu ruiny, jedna za drugą, widać sterty drewna na opał, drogę zasypaną troskliwie tynkiem, kamieniami - najprostsza ochrona przed wykrotami i błotem. Samochodów nie ma. Jeden tylko ortalionowy chłopak śmiga na rowerze, zawraca, znów się rozpędza, mknie po wrzosowym pegeerze. Z tyłu młodzi demontują ostatnią ruinę, wdrapują się na rdzawe rusztowanie, zbijają młotkiem eternitowe strzępy, balansują w kufajkach, wełnianych czapkach, pokrzykują, leci kolejna szara tafla, uciekają, potem znów stukają, piłują. Dalej ruiny po oborze, ślady po młodzieżowych imprezach, znów młodzi, <<pójdziecie cały czas prosto, pierwsza droga w prawo, wychodzicie na przejazd, stacja Żółtnica, asfaltem kita, jesteście w kolejnej wsi, stamtąd wylotówka na Szczecinek>>. Znikają różowe bloczki, znika azbest. Po prawej betonowe ściany, ślady pryzm, tu zbierało się kiedyś obornik. Pola, kukurydza, dalej trzcina, z przodu pijaczek na rowerze, sunie polną drogą wśród drzew, biała nitka znika za wzgórzem, chrzęst podeszw, kolejowy przejazd, kruchy asfalt, kolejne wsie, sklepy, na drzwiach zamówienia na brunatny węgiel po sto czterdzieści tysięcy za tonę, dalej krzewy, przekrzywiony, zapadły dom, zgięty w podkowę, droga, porcelanowy bezpiecznik na poboczu, przegniły słup, ozimina. W końcu wyłania się Omulna.

 Seledynowy budynek, brązowe bloczki, kilka szarych płyt.  Pusto, sklep zamknięty. Jeden próbuje otworzyć, ale sklepowa wyjechała, czuć tylko słodki zapach obornika. Ktoś mówi, że wszystko wokół należy do Belga, ktoś uskarża się na skupy, na zachodnich farmerów, pieje kogut, ktoś powtarza, że to kolejny rozbiór Polski, reszta milczy - leniwa, zrezygnowana, upokorzona kolejnymi dokumentami o ich degradacji, o kilku pijakach pod sklepem, zmieszani tanimi filmami komediowymi o egzotycznych pegeerusach, co próbują robić biznesy, planują nieudolnie przestępcze operacje.

 W dali słychać główną drogę. Po niebie snują się dymy Polspanu - głównego pracodawcy Szczecinka, miasta które samo boryka się ze strukturalnym bezrobociem. Dymy snują się nad lasem,  przykrywają Szczecinek kremową pierzyną. A w wiosce cicho, wiatr, za dawną oborą grają młodzi, milczą, godzinami kopią piłkę.

 Potem główna droga, nowe samochody, kierowcy za srebrzystymi szybami, nikt nie bierze na stopa, migają kolejne sedany, kombi, wzbogacone wersje, standardy, leasing, raty, tak dwie godziny, w końcu przyjeżdża pekaes do Szczecinka.




 IV.


 A w Szczecinku czeka znów ksiądz Dembowski. Zadowolony, po roku udało się załatwić ze starostwa dotację. Ksiądz częstuje kolacją, prosi na górę, znów odbiera telefony, potem mówi, że on sam urodził się w pegeerze, dlatego łatwiej mu zrozumieć realia. "Ojciec pracował na kierowniczym stanowisku, ja chodziłem do kolejnych podstawówek i - jak wszyscy - marzyłem by zostać traktorzystą, patrzyłem tęsknie na mężczyzn w waciakach, którzy bujali się na maszynach, z warkotem przelatywali wioskę. To były lata 70. i w pegeerach ludziom żyło się naprawdę dobrze.

 Nie było problemów materialnych, była praca, pieniądze. Na tych z miasta patrzyło się z góry, oni przyjeżdżali po pomoc - prosili o ziemniaczki, mięsko. Pegeer był dla mnie fantastyczny. Kochałem czyny społeczne. Tylu ludzi z wioski się schodziło, jedzenie przywozili, płoty malowaliśmy, kopanie, sprzątanie, co się da. Skrzyknęli się, plotkowali, wygłupiali, wszyscy byli razem. Dziś nikt już nie potrafi tak zjednoczyć tych ludzi. Nie rozumiałem, że czyny robiono w niedzielę właśnie po to, by nie chodzić na msze, że ta niedziela była polityczna. Skąd miałem o tym wiedzieć? Przecież ja nawet kościoła nie widziałem, księdza zobaczyłem po raz pierwszy w podstawówce.




PGR - Krzemieniowo




 Roboty w bród, zarobki nie najwyższe, ale były deputaty na węgiel, darmowe mleko, działka obsadzona kartoflami, mieszkanie. Kochałem pegeer. Co roku w wakacje pracowałem fizycznie. Jakaż to była satysfakcja! Robota z dorosłymi chłopami, jak równy z równym. O szóstej rano stawaliśmy na placu apelowym, kierownik przed nami, odprawa. Miałem dwanaście, trzynaście lat, słyszałem, jak kierownik rzucał mięsem, przydzielał zadania. Najpierw przewracałem siano na polu. Wtedy po raz pierwszy piłem wino, które chłop schował w jakimś snopku przed kierownikiem. Potem dorastałem, była cięższa praca, kierowano mnie do szuflowania zboża - na strychach, w gorączce, łopatami przewracaliśmy ziarno, robiliśmy mieszanki.

 Teraz Bogu dziękuję, że tak pokierował losem moich rodziców, że wrócili do miasta. Bo jak wyjechaliśmy, zaraz się wszystko posypało".

 Ksiądz odbiera kolejne telefony, potem zaczyna opowiadać, jak rok temu wrócił do swojego dawnego pegeeru, jak odwiedził kolegów, którzy pozostali wierni dziecięcym marzeniom i starali się sumiennie realizować ideał traktorzysty. "Najpierw wszedłem do sklepu, za ladą moja koleżanka z klasy. Mówię: <<Justyna, jak dobrze, że akurat ty tu pracujesz, najładniejsza dziewczyna z klasy>>. Potem jej wyznałem, że się w niej podkochiwałem w podstawówce. <<A teraz widzisz - księdzem jestem. Dawaj, siądę, rób kawę, pogadamy>>. A ona: <<Dobrze, że jesteś, nie będę się nawet zwalniać z pracy, bo tu zaraz połowa twoich znajomych przewinie się przez ten sklep>>. I faktycznie: co rusz ktoś zachodził. Justyna: <<Zgadnij, kto idzie>>. Nie poznałem. Wchodzi stary dziad w kufajce, gumiakach, przyszedł na piwo, zniszczony, nie wiem czy pracą, czy życiem, czy piciem. Kolega z klasy. Byłem przerażony. Po raz pierwszy się zawstydziłem swojego samochodu, że nowy, że patrzą koledzy z klasy. Przyszła dziewczyna, zawsze jej zazdrościłem, że tak pięknie czyta na polskim, ja miałem jakiś lęk, stres, a ta deklamowała - mądra dziewucha, myślałem zawsze, daleko zajdzie, tak ją polonistka chwaliła. A teraz? Zniszczona bezrobotna w upadłym pegeerze. Wszyscy wierni pegeerowskim ideałom, bez wykształcenia, choć dużo zdolniejsi ode mnie. Byli lepsi, ale skończyli w ruinie".

 Znów noc. Znów cichutki stukot, za oknem wąskie jezioro.




 V.


 Kolejny dzień. Deszcz ze śniegiem. Jak zwykle poranna modlitwa, dwóch znów zaspało. Ksiądz zaprasza na górę. Tym razem mówi o źródłach finansowaniu. Bo wcześniej zdarzało się, że chcieli odciąć prąd, nie starczało środków, a teraz bursa wyszła na prostą. Pieniądze pochodzą głównie z "Chleba Świętego Antoniego", czyli zbiórek przeprowadzanych co miesiąc w większości parafii przez "caritas". Zebrane środki trafiają po połowie dla miejscowych kościołów i dla bursy. Miesięcznie dom dostaje z tego tytułu około czterech tysiecy złotych. Do tego dochodzą dotacje celowe na wyżywienie i inwestycje od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Ksiądz Dembowski: "Ja jestem na pensji i mam ją sobie przyznawać ze środków na bursę. Brutto 1200 złotych, na rękę wychodzi 760, a to kupa pieniędzy. Dlatego czasem nie wypłacam sobie pieniędzy przez dwa miesiące. Nie uczę w szkole, nie mam parafii. Wiadomo, każdy ma jakieś potrzeby - ja też - podjechać gdzieś samochodem, kupić ciuch, kawę, papierosy. Ale to już moja zupełnie prywatna sprawa. Mój problem".

 Ksiądz kończy i jedzie obserwować polski biznesklas, zaprzyjaźniać się i prosić o pieniądze. Odpala mitsubishi, rusza do Koszalina na ogólnopolskie spotkanie dzierżawców.

 W bursie zostaje znów kleryk, siedzi w wąskim pokoju, słucha hardrocka, mówi, że ludzie się pogubili, jak można żyć za 80 złotych na jednego członka rodziny, że parodia, że pegeery się zasklepiły, że masa zdolnych dzieciaków ma odcięty dostęp do oświaty. Mówi, że chłopaki z bursy są pracowite, że sami  tynkowali, przebudowywali pomieszczenia, że dobrze przygotowani do życia, że widać, że życie ich nie rozpieszczało.




Kolacja w bursie




 Znów puste korytarze, na ścianach regulamin: wspólnota stołu, przestrzeganie rozkładu dnia, bezwzględny zakaz opuszczania budynku po 21.00, poszanowanie współbraci, ciszy, dyżury, zakaz przyjmowania gości, z wyjątkiem spraw szkolnych i rodziców, chrześcijańskie pozdrowienie  <<Szczęść Boże>> lub <<Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus>>, należyty strój w kaplicy, troska o młodszych. Co semestr przemeblowanie, każdy mieszka z każdym, żeby dotarły się charaktery.

 W pokojach kilku uczniów, ci z wieczorówek, odrabiają lekcje, kąpią się, rozmawiają, jeden mówi o swojej wsi, o strachu przed kredytem, o rolnictwie, co poleciało na pysk, o kolegach z klasy, że kilku wyjechało za granicę, reszta próbuje znaleźć pracę, albo jeszcze się uczy. Mówi, że chce zdać maturę, potem może pójdzie do seminarium.




 VI.


 Przychodzi sobota. Chłopaki z bursy wracają do rodzin, będą odpoczywać, pomagać na gospodarstwie. Łukasz jedzie do Łęknicy. Czeka na przystanku, przepuszcza nabity pekaes, łapie czterdzieści minut stopa, w końcu dojeżdża do domu. Wioska zadbana, porządna. Tu pegeer nie opiera się na bloczkach, większość mieszka w ciężkich ceglanych domach. Asfalt, drzewa, świetlica łamana ze sklepem, zamiecione ścieżki, spokój. W białym domu czeka herbata, kolacja, jajko w plasterkach, mięso, chleb, masło. Matka Łukasza opowiada, że mimo biedy, mimo krachu - ludzie się już podźwignęli. Miejsc pracy nie stworzą, ale starają się choć zmienić wygląd wioski, sadzą kwiaty, próbują malować elewacje, zmieniać krajobraz, jeden drugiemu pomaga, rozbijają stereotyp pegeeru pełnego zawiści, podłości, zła. "Przychodzi sezon truskawek, porzeczek, dajesz pracę uboższym, mogą dorobić. Jak nie masz im czym zapłacić - dasz mleko, ser. Do tego jeszcze pomoc czysto bezinteresowna: ubiłeś świniaka, zostało trochę smalcu -  zanosisz potrzebującym. Tak samo warzywa, owoce. Są ludzie, którzy zawsze mogą do mnie przyjść i wiedzą, że z pustą ręką  nie wyjdą". Później matka Łukasza mówi jeszcze, że trzeba inwestować w dzieci, że dzieci muszą wyjechać, cała piątka ruszy w Polskę, będą wracać do rodziców na Święta, ale przyszłości nie mogą wiązać z prowincją. Mówi, że pomaga bursa, pomagają stypendia agencji rolnej - 250 złotych na dziecko w szkole średniej, że gorzej mają rolnicy indywidualni, bo dla nich nie ma już żadnej pomocy.

 Łukasz wychodzi z domu, idzie do sklepu, pokazuje wieś, tu świetlica, w tym garażu stoi stara skoda, tu upadła gorzelnia, kiedyś chodzili wąchać melasę, pochylali się nad zbiornikiem, teraz melasy już nie ma, jest gęsta mgła, kocie łby, światła żółtych latarń, są drzewa, stary pałac - tu były biura pegeeru, to lubią fotografować reporterzy - bo fajny kontrast z sypiącymi się obórkami, dalej niewielki park, po prawej ciągną się lasy. Łukasz zawraca, wchodzi znów do domu, znów herbata, przychodzi ojciec, dawny brygadzista, piekli się, że jakiś młodziak ze wsi kupił starego poloneza za 300 złotych, a nie ma nawet prawa jazdy, inny sprawił sobie komórkę, żona śmieje się, mówi, że tacy są potrzebni, żeby w wiosce było weselej, że są większe zmartwienia, że ludzie nie dostają wypłat, że kiedyś, jak pegeer funkcjonował, kierownik zawsze zabezpieczał pieniądze, że ona pamięta, jak była księgową, że najpierw dostawali pensje prości ludzie, dla kierownictwa mogło nie starczyć, bo bogatsi mają zapas, mogą przetrzymać miesiąc, a dla biednych to tragedia. Mówi, że pracodawcy przestali być odpowiedzialni za ludzi. Mąż oponuje, powtarza, że pracodawcy żyją teraz sami na kredytach, że im też nie płacą, że łańcuszek, że dług schodzi na sam dół. Żona na to, że nie może zawsze cierpieć najsłabszy, że pracodawca musi dać wypłatę, mąż - że tak już świat urządzony, żona - że jak ona sama znajdzie pracę i nie dostanie pensji, to się zwolni, mąż się śmieje, ona - że nic do śmiechu. Rodzice dyskutują, a po tapczanie skacze najmłodszy syn, przedrzeźnia rodziców, skrzypią sprężyny, a ten wykrzykuje: "Nie o to chodzi! Że jest ciężko! I to jest powód tragedii", śmieje się, "Płace z budżetu! Trudności obiektywne! Nie ma na chleb! Dziesięć lat nowego ustroju!" - krzyczy i odbija się coraz wyżej, trzeszczy tapczan, "Nie ma sentymentów. Twarda gra! Trudności obiektywne! Okresy zastoju", dzieciak wznosi się ponad rodziców, wykrzykuje nad głowami: "Tak zawsze było i będzie, kto ma pieniądze, ten ma władzę!". Rodzice biorą młodszego syna, wychodzą do kuchni, a Łukasz mówi, że nie wie jeszcze co dalej, może wyjedzie studiować i mieszkać u ciotki w Łodzi. Na razie chce skończyć w bursie szkołę średnią.




 VII.


 Znów bursa, poranek. Ksiądz opowiada o wczorajszej konferencji dzierżawców: "Siedziałem jak kołek dwie godziny, potem uroczysty obiad, odezwać się nie mogłem. Słuchałem prelegentów-obszarników i zrozumiałem, że przez nich przemawia zimny, surowy rachunek ekonomiczny - zarobić pieniądze. Poruszyli też problem ludzi żyjących w pegeerach, mówili, że to wielki ciężar, że trzeba często dzierżawić ziemię razem z budynkami, że koszty utrzymania bloków, że problem z egzekucją. Potem wreszcie rozmowa z prezesem, tłumaczyłem, że chcemy powiększyć dom, złożyłem propozycję, że mogą kogoś z dzieci tu podsyłać w zamian za pomoc. Powiedział, że to możliwe, że się skontaktują". Telefon, potem ksiądz mówi jeszcze o dawnej kaplicy, że chcą zrobić aulę widowiskową, bo Szczecinek nie ma obiektu do działań kulturalnych.




Dyrektor bursy ks. Dembowski
Dyrektor bursy ks. Dembowski




 Dzwonek, wchodzi znajomy proboszcz Rysiek. Dembowski chwali się: "Wczoraj nawiązałem kontakt z prezesem agencji rolnej. Zazdrość widzę!". Proboszcz Rysiek: "Rób kawę, człowieku". Potem rozmawiają o problemach regionu, o pegeerach, ksiądz Rysiek mówi: "Ludzie dostają ochłapy - 500-600 złotych, ale niech się cieszą, jak ich zatrudniają. Co on jeden z drugim umie, jak całe życie z widłami chodził. Tu zresztą niczego więcej nie będzie, miasto otoczone ze wszystkich stron lasem". Potem ksiądz Dembowski mówi, że jest nowy katolicki ośrodek, że będą choć bezpłatne wyjazdy dla dzieci. Proboszcz Rysiek na to: "To tak się mówi, że bezpłatne, a później, jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że koszty. To parodia. Jest dom - ma być zielona szkółka darmo, a potem mi przysyłają: <<rekolekcje, koszt trzydniowego pobytu - 50 złotych>>. Tylko jedna osoba się zgłosiła. Bo dolicz do tych pięciu dojazd, robi się już stówa". Dembowski: "To już proboszcz powinien pokryć". Proboszcz Rysiek: "Ciekawe z czego. Jak z caritasu zbiorę 70-80 złotych, połowę muszę oddać na kurię, mi pozostaje 35-40 złotych. Przyjdzie jedna babka: proszę księdza - na chleb, druga to samo, koniec. A tu takie picowanie, że niby za darmo". Dembowski: "Masz skąpość w naturze, człowieku". Proboszcz Rysiek: "Pewnie, że to nie jest dużo, jasne. Ale dla takiej rodziny popegeerowskiej z szóstką dzieciaków - wysupłać stówkę to szczebelek nieprosty. Oni zresztą często nie potrafią gospodarować. Ci starzy muszą powymierać. Ale co pozytywne - młodzi się uczą". Dembowski: "Rysiek, ty spójrz, uczą się, ale ci w środowisku bliżej miasta, koło Szczecinka, z bezpośrednią komunikacją". Pytanie: "A jak skończą studia? A praca?". Proboszcz Rysiek: "Zagranica! Słyszałem w radiu, że Irlandia szuka rybaków, Norwegia pielęgniarek". Dembowski: "Ale jak policzyłem, te zagraniczne kontrakty, o których się tak szumnie mówi, to w sumie pięć tysięcy miejsc pracy. Poza tym jakież to diabelstwo! Znam rodziny, gdzie rodzice wyjeżdżają do roboty za granicę, widzę, jak to ich kaleczy, jak to rozbija rodzinę". Proboszcz Rysiek: "To cześć, z Bogiem".

 Przychodzą rachunki za gaz. Ksiądz Dembowski: "Z natury nie jestem nerwowy, przyjmę to z pokorą". Potem przychodzi ksiądz Władek, mówi, że ludzie oszczędzają na środkach czystości, że kąpią się w jeziorze, że bieda, potem opowiada o zawodach palenia fajki, o tym jak czyścić cybuch, o rodzajach drewna, o tytoniu, o chmurach dymu, o sposobie konserwacji.




 VIII.


 Koszalin. Biskup Gołębiewski mówi, że idea stworzenia bursy powstała w 1992 roku, jeszcze za jego poprzednika, biskupa Domina - żeby skupić choć nielicznych wśród tych bez szans. "Wiem, że nie rozwiążę problemów społecznych, ale chodzi o to, by mieć choć niewielki udział, choć trochę pomóc, nawet jeśli to tylko kropla. Bo bez szkoły średniej czeka ich patologia. Człowiek bez pracy czuje się wyalienowany, nawet agresywny, zepchnięty na margines życia". Biskup mówi, że chce powiększyć bursę, że oprócz ośrodka, jest jeszcze fundacja jego imienia, która wypłaca stypendia 150 studentom. "Główna sprawa to utrzymanie fundacji i bursy. Bo ciągłe wyciąganie ręki jest trochę upokarzające. Niby tylko w listach pasterskich, niby proszę nie dla siebie, ale potrzeb jest dużo, a liczba ludzi wrażliwych na apel nie jest aż tak wielka - to grupa, która systematycznie bierze udział w życiu Kościoła i dzieli się tym, co ma - nie mając za dużo. Według naszych statystyk dominicantes - uczestniczący w niedzielnej Mszy Świętej to poniżej czterdziestu procent. Im dalej na północ, tym gorzej. Staramy się działać na miarę skromnych możliwości".
  Powrót do Szczecinka. Noc.




 IX.


 Wyjazd do kolejnego pegeeru. W Krzemieniewie czeka Krzysiek, wyjechał z bursy na dwa dni, żeby pomóc rodzinie. Szczecinek jest dziś jasny i bezwietrzny, taksówkarz mówi o zimnym silniku, próbuje odpalić, w końcu rusza, stary mercedes toczy się po wąskich pastelowych uliczkach, mija knajpę z dziczyzną, w której wczoraj mieszkańcy Szczecinka rozmawiali o Big Brotherze, w którym występuje miejscowy bezrobotny i sklepowa, mercedes przejeżdża koło lokalu gastronomicznego, jedynego, który się ostał, w którym serwują pierogi i piwo, a etatowy bezrobotny psioczy na rodzinę, wygłasza sentencje ogólnoludzkie, przepija pieniądze, a w pegeerze byłby jednym z dziesięciu siedzących pod sklepem, idealnym do soczystego telewizyjnego reportażu, mercedes mija małe jednopiętrowe kamienice, betoniarkę, lumpeks, zamkniętą restaurację "Gryf", hotel, dojeżdża do dworca. Kasa, betonowe stanowiska, pekaes. Autobus rusza, zgarnia pobocze, mija bure pola, po lewej garb, za garbem czarne dachy domów, znów brunatna ziemia, znów wieś, pekaes zawraca po placach, tuli się do świetlic, zakłada pętle wokół sklepów, staje przy malowanych blachach, wsiadają same dziewczyny. Zieleń, błękitne niebo, bure chmury, wyblakłe trawy, ostre słońce, złocone ćwieki, biała dżinsowa kurtka, białe kościółki, mur pruski, dolinki, kępa drzew, zagłębienie, wzgórze, okna przysłonięte firanką granatową jak szkolny mundurek. Cisza, trzaskają tylko szyby.

 Krzemieniewo, blokowisko w polach, z boku garść domków, ruina po pegeerowskich biurach, ziemia odłogiem. Krzysiek prowadzi do mieszkania, wielka płyta, kaflowy piec, matka mówi: "W pegeerze jest około siedmiuset osób, zatrudnienie ma tu około dwudziestu. Sąsiad z drugiej klatki jeździ pekaesem, większość utraciła prawa do zasiłku, dorabiają w leśnych firmach". Opowiada jeszcze, że ludzie próbowali coś razem zrobić, że postawili kilka lat temu plac zabaw, były bujawki, labirynt, drabinki do chodzenia, a teraz nie ma nic, wszystko zdewastowane, bo młodzież zdziczała, chodzi po blokach w małych grupkach, coś kombinuje, potem słychać, że Krzemieniewo znów komuś samochód ukradło, że znów włamanie, a to wszystko z nudów. "Część ludzi ma biedę z własnej głupoty, piją, zamiast myśleć o życiu. Jest takich kilkunastu. Każdemu jest ciężko, ale doprowadzić się do tego, że masz piątkę dzieci i pijesz? Mi też jest ciężko, ale ratuje mnie to, że Krzysiek mieszka w bursie, nie płacę za niego. Do tego stypendium, nie mogę narzekać, że jest źle. Mam ogródek pod ziemniaki - pięć arów, do tego ze trzy ary pod warzywa. Najmłodsze dziecko ma cztery i pół roku, ale jak jest zalesianie, to idę pracować. A więc jak chcesz dorobić, zawsze można. Trzeba tylko chcieć. Ja dorabiam, a Krzysiek - jako że mąż nie żyje - musi przejąć obowiązki głowy rodziny. Przyjeżdża w piątek wieczorem, siadamy rozmawiamy, opowiada o szkole bursie, o dyżurze w kuchni. W sobotę idzie na rano do kościoła, po kościele - narąbać drzewa, potem siada do nauki do wieczora, wieczorem obejrzy czasem telewizję. W niedzielę wstaje na 8.30 do kościoła, przychodzi ze mszy, napala w piecach, ma czas dla siebie, coś powtarza, odpoczywa. W bursie jest po osiemnastej".

 Matka Krzyśka powtarza jeszcze, że dzieci wyjadą, że ona będzie jeść sam chleb ze smalcem, ale oni muszą skończyć studia. "Nie wyobrażam sobie, żeby po skończeniu szkoły poszli na zasiłki. Mam dużą rodzinę na Śląsku, tam może im ktoś znajdzie pracę". Matka Krzyśka mówi, a w tle polska telenowela: po ekranie miota się zrozpaczony chłopak, dziewczyna leży pod kroplówką, lekarze patrzą z troską, komiczna pielęgniarka biega z puszką. Pegeerowskie bloki błyskają błękitem telewizorów.

 Kolacja, potem cała rodzina wychodzi przed dom, pozują do zdjęcia. Wiatr, wszędzie drewno na opał wciśnięte między bloki.
 Potem jeszcze odwiedziny u Andrzeja, też z bursy. Ojciec: "Wszystko technika popsuła, wcześniej ludzie się schodzili, porozmawiali, trzymali się razem, teraz wszyscy pozamykani w domach, telewizja włączona, siedzą przed kineskopem, pięć dni nie wychodzą, żadnego kontaktu", ojciec opowiada, w tle syczy odbiornik, na ekranie ciąg dalszy płaskiego dramatu, dziewczyna dalej pod kroplówką, chłopak podcina sobie żyły w łazience, komiczna pielęgniarka biega po szpitalu.

 Niedzielny powrót, chłopaki wsiadają do pekaesu, w autobusie dwa magnetofony, gra rap, dzwonią szyby.




 X.




Wieczorna modlitwa w bursie
Wieczorna modlitwa w bursie




 Wieczór, za oknem bursy czarna tafla jeziora, krzyż, wygaszone domy.

 W kaplicy kompleta - głosy miarowe, żołnierskie, po domu niesie modlitwa. Potem kolacja. Flaki, chleb, żarty, Andrzej mówi, że musi wyhodować pleśń na biologię, że włoży słoik do lodówki. Ksiądz Waldemar odstawia flaki, mówi, że zabrania, żeby przekazać nauczycielce, że niemożliwe, bo jeszcze sanepid wpadnie, jak on im wytłumaczy, że to nie do jedzenia, że w lodówce doświadczenie biologiczne. Chłopaki tłumaczą, że słoik szczelny, że trzeba na lekcje, ksiądz kręci głową, w końcu się godzi, zanurza znów łyżkę w misce flaków. Potem rozmowy o nowych dyżurach, potem ksiądz Waldemar znów wstaje od stołu, mówi, że niedługo przyjedzie telewizja, że będą chcieli rozmawiać, chłopaki zaniepokojone, ksiądz Waldemar: "Nie, nie! Nie bójcie się, ja od razu powiem, że wy nie będziecie księżmi - wiem o co chodzi. Ja przecież wszystkim mówię, że jesteście normalnymi ludźmi, tylko dobrymi, że z was tu księży nie robią". Niedzielna wieczerza, na górze czeka absolwent, skończył bursę trzy lata temu, przyjechał odwiedzić, poradzić się, bo jak wielu - spróbuje chyba pójść do wojska na zawodowego - żeby złapać darmową naukę. Koniec kolacji. Ksiądz idzie po schodach, mówi: "Nasz Kościół diecezjalny dopiero się uczy, szuka rozwiązań, popełnia błędy. Próbujemy. Niechby choć połowie z nich udało się dostać na studia. A ślad pozostanie w całej dwudziestce. Byle choć nabrali ogłady, siły, byle nie zapomnieli o sprawach Kościoła".

 Cisza. Ksiądz rozmawia z dawnym wychowankiem. Chłopaki śpią. Jutro poniedziałek, w bursie zaczyna się kolejny tydzień.







Tekst był zamówiony i publikowany w Tygodniku Powszechnym



 reportaże    strona główna

 

© dziennikarze wędrowni