|
|
wrocław'02 - tydzień pierwszy
jędrzej morawiecki, tekst filip łepkowicz, zdjęcia
Rozpoczyna się wielka wędrówka.
Najpierw po mojej dzielnicy
- wrocławskie Śródmieście, mały trójkąt bermudzki, z przyczajonym pośrodku
komisariatem na Grunwaldzkiej. Ruszamy o świcie, każdy wydarty z własnej
post-imprezowej zadumy, lekko przesunięty, zachwiany, ale gotowy do marszu.
Idziemy krokiem miarowym, spokojnym. Ja, po lewicy Filip Łepkowicz
- fotograf, kompan w podróży.
Dziennikarze wędrujący. Kiedyś opublikuję manifest - zupełnie
poważny, ostry, ciosany. Dziennikarstwo alternatywne, dziennikarstwo wędrowne,
powrót do źródeł, walka z plastykiem i kapitałem. Zaczyn już jest - leży
w "Tygodniku Powszechnym".
Teraz idziemy. Skrawki dzieciństwa, moje podwórko, potem następne
szare, kamienne studnie, żwir, ubita ziemia. Wąskie ulice, gęsty czas,
dobrzy ludzie. Skrawek miasta wolny od nowoczesnych samochodów, parkomatów, supermarketów, szklanych konstrukcji. Idziemy Grunwaldzką, skręcamy w Piastowską,
przetacza się tramwaj, błyska błękitną iskrą, ja wspominam, jak szedłem
niedawno z butelką w ręku, minąłem kobietę z papugą, później szedł mężczyzna
z pudełkiem po sałatce, w środku miał trzy pająki ptaszniki, przechodzimy
koło pomarańczowo- czarnych ptaszników, mijamy sklep zoologiczny, idziemy
dalej, przed nami Bar Kleks - piwo, ruskie pierogi, ceratowe stoliki, szyby
złocone nikotyną. Lokal piękny, tani i ciepły. Pewnego razu pani bufetowa,
która rezyduje zawsze za barem pod foliowym baldachimem, podobnym do scenografii
z "Domowego przedszkola", wyszła zza lady podeszła do chłopaczka: "Usiądź
i wszystko opowiedz" - rzekła cicho, a on spuścił oczy i usiadł za ceratą
w różyczki. "Opowiedz" - mówiła bufetowa. - "Mów, bo ja widzę, że ty tu
ciągle przychodzisz, ale wiedz, że takich jest wielu. Mów - ojciec pije
w domu? Matka też? Dobrze, ja będę ci dawać codziennie obiad, ale nie licz
na wiele, bo nie jesteś jedyny w tej dzielnicy, ja dam ci tyle, na ile
mnie stać. No, podejdź do lady. Chcesz mielonego? I marchewkę? Pani Basiu,
pani da mielonego". Potem bufetowa wróciła za bar i zaczęła wybijać znów
cyfry na starej, stalowej kasie "Oka", znów podawała chłodne piwo i podwójne
pierogi - smaczne i tanie - na wynos i na miejscu. A chłopaczek siedział
i jadł.
Chłopak z dzielnicy, mały kibolek ze Śródmieścia, jeden z wielu,
niektórzy z nich chodzą do czerwonego gimnazjum na Grunwaldzkiej, przerobionego
bodaj z niemieckiego więzienia, z klatką schodową pośrodku, okratowaną
i ukraszoną olejnymi balkonami, jak spacerniak.
W gimnazjum młoda zdesperowana
nauczycielka od angielskiego krzyknęła kiedyś do drugoklasistki: "Masz
jedynkę". A tamta: "A ty nie masz już samochodu". Wkręcała, samochód jak
stał, tak stoi. Ale młoda nauczycielka nauczyła się życia, zrozumiała,
że jak wstawi lufę podwórkowemu chłopaczkowi, ojciec zmasakruje mu potem
w domu twarz. No - może nie zmasakruje. Ale na pewno go potarmosi. I po
co? Zostawiamy za sobą Bar Kleks, mijamy gimnazjum, zagłębiamy się w podwórko,
potem następne, przedzieramy się przez studnie, idziemy kamienną drogą,
coraz dalej od znajomej dzielnicy, coraz dalej od biednych, dobrych ludzi
z Grunwaldzkiej, przed nami kolejne miejsca, kolejne kwartały, dzielnice,
bary, ludzie, piwa, bramy, kolejne dni, tygodnie. Dziennikarze wędrujący.
Rozpoczęła się podróż.
tydzień drugi
|