|
|
tydzień: I
wrocław'02 - tydzień drugi
Zostawiamy za sobą Bar Kleks, zostawiamy czerwone imnazjum, żelazo tramwajowych szyn, Piastowską, Sienkiewicza, docieramy na podwórko. Pusto, zimno,
górą idzie ciężkie niebo. Za plecami przepastna brama, przed nami rzędy garaży, mur, ściana okien, piwnice, idziemy w głąb, ciężkie buty stukają po drodze, pod
stopami kostka-puzzle, elegancka, równiutka, kaleczy nogi, razi symetrią. Przestrzeń skuta mlecznym brukiem, tnącym na prostokąty ubitą ziemię podwórka. Nie
ma źdźbła trawy, jest za to marmurowy ping-pong, kamienne ławki.
Szukamy Pawła - znajomego, który jesienią siedział tu w podupadłym Gołębniku, zwoływał dzieciaki, tworzył "Nibylandię", próbował wrosnąć w podwórko,
oswajał miejscowych. Najpierw chcieli go usunąć, potem kibicowali i pomagali, żuliki malowały z dzieciakami mur, robiły maski, biegały. Nastolatki schodziły
czasem z ławek, odstawiały piwo, patrzyły, włączały się do gry -jak nawrócone łobuzy w obrzydliwej, umoralniającej bajce. Ale to podwórko takie właśnie jest -
"łobuzy" nie tylko piją piwo i wódkę, dzieci nie tylko kurzą papierosy. Sam raz biegałem z kukłą na palu, krwistą jak świeża wątroba, machałem drągiem, z nieba
płynął kamienny upał, a dziewięciolatek chwalił się, że on nie jedzie na kleju, że on tylko pali. Ale inni jechali na czym się da, byle taniej. Do Pawła zeszła raz z
balkonu matka jednego z dzieciaków, mówiła rzeczowo i twardo -że syn jest uzależniony, ale próbuje z tego wyjść, że muszą wyjechać, bo to zła dzielnica, złe
podwórko.
Dzieciaki chodziły z maskami, malowały, czekały co dnia aż Paweł otworzy gołębnik, wyniesie farby, aparat, drewno, potem biegały, raz więcej, raz mniej, jednego
dnia przychodziła garstka, innego tłumek.
Może jakiś przestał tkwić pod balkonem, kiwać się, pochłaniać światło źrenicami wielkimi jak dwuzłotówki? Może jakiś
dalej jechał na czym się dało, ale zobaczył, że podwórko nie umarło, że jest jakaś energia, że można coś próbow
ać? Może w jakimś pozostał ślad?
Ale teraz Pawła tu nie ma. A podwórko się zmieniło. Znikł dawny trzepak, plac zabaw jest ogrodzony, dzieci mogą siedzieć w eleganckim getcie. Tyle że nie siedzą.
Idziemy w przód, stukają buty, wyje wicher, z szarego wzgórza spływa mikroskopijna burza piaskowa. Znikł gdzieś dawny skup butelek. W rogu widać
odmalowany lokal - świeżo powstała świetlica. Podchodzi osiedlowa radna, najpierw podejrzliwa, później mówi, że stworzyli punkt elegancki, nie taki jak Gołębnik
z północnej strony podwórka, że tu lokal jest wyremontowany, nowy, "tylko ze sponsorami nie do końca jasno" -dodaje radna, po czym milknie, patrzy, w końcu
odchodzi. Na drzwiach kartka: "Zabrania się wstępu po spożyciu narkotyków i alkoholu. Zajęcia odwołane, awaria". W środku widać białą tablicę, na niej napis:
"ideal fur presentazion", jakieś wykresy, błyszczące stoły, rzędy wielkich granatowych krzeseł, pod którymi dzieciaki z podwórka mogłyby bawić się w berka.
Odchodzimy od świetlicy, ruszamy dalej w podróż, mijamy dwa nowe garby-ogranicz- niki, kamienną drogą wychodzimy na Grunwaldzką, później zagłębiamy się w
kolejną studnię, wciąż w przód, coraz dalej.
tydzień trzeci
|