|
|
wędrówka po palec - odcinek pierwszy
maciej skawiński
Postanowiłem pochwalić się Nyską. Piękną. Turkusową. Ze szmatką na nosku. Pojechałem do kolegi. "Pojedźmy do supermarketu po klucz do świec - mówię -
nie, nie musisz szukać czapki, w Nysie jest ciepło" - dodałem z dumą.
Kolory, neony, smród potu i zaduch, tłumy warszawiaków przyszły odprawić tu rodzinne nabożeństwo.
Szybko przebijamy się z koszykiem przez bramki, żeby ochroniarz nie kazał zostawiać plecaka w depozycie.
Klucz do świec 9,99 zł, jeszcze tylko paczka czerwonych Sobieskich i się zwijamy.
- Wyczyśćmy świece - proponuję kiedy stoimy już przed Nysą na marketowym parkingu.
Z nieukrywaną dumą fachowca wykręcam świece, czyszczę szczotką drucianą i sprawdzam iskrę. Nie ma. Znów coś spieprzyłem.
Jeszcze raz, i drugi. I nic. Wkręcam je z powrotem. Przekręcam kluczyk, silnik nie pali. Próbuję jeszcze kilka razy, za każdym razem nic.
- Musimy kupić świece - wyrokuję mądrze.
Wracamy do śmierdzącej świątyni konsumpcji. Nie ma. Wychodzimy przez McDrajwa, idziemy na stację benzynową.
Na Statoilu nic.
Na Aralu pani robi głupią minę.
Za kilometr jest BP - porządna stacja - myślę, ma takie ładne kolory i obsługa się zawsze wybzdycza. Ale tam też tylko wielka ściana lodówek z piwem i regały z
wódkami. Jakby stacje benzynowe budowano po to, żeby sprzedawać alkohol. Jakby alkohol był niezbędny do prowadzenia samochodu. Przejęły rolę
obskurnych budek z piwem. Żal budek.
Na Shellu starszy pan uprzejmie wyręczył młodą ekspedientkę i powiedział, że trzy kilometry dalej jest CPN.
Idziemy. Radek opowiada o swojej siostrze, że nie ma pracy, że jej mąż zarabia tylko 800 zł. i że rodzice pomagają. Ale za to kupili ziemię i budują dom. I jeszcze
mieszkanie w Jeleniej Górze.
- Nieźle sobie radzą - stwierdzam
- A do tego - mówi - będzie miała trzecie dziecko - jak Arabka.
- Żona Tołstoja, urodziła trzynaścioro dzieci, a nie była arabką.
- Skąd wiesz, że nie była.
- Nie wiem, tak mi się tylko wydawało.
Idziemy dalej.
CPN
Na CPN-ie młody sprzedawca błyskawicznie i z przyklejonym do twarzy uśmiechem odpowiada, że nie niestety nie mają takich świec.
- Jak to kurwa nie macie - walę zdesperowany pięścią w ladę, nie wiedząc co się ze mną stało.
- Zaraz, jeszcze sprawdzę, jednak są, 22 zł za cztery sztuki.
Radek dorzuca do tego dwa gorące kubki w proszku i mówi, że zapłaci.
Świetnie, ciągle jestem bez kasy.
Wracamy.
Minus dziesięć pokazuje elektroniczny termometr przy drodze. Na zmianę z datą. Lepiej jakby pokazywał dni tygodnia - myślę - nigdy nie wiem jaki jest. A data?
Do czego potrzebna jest data? I tak nie płacę rachunków.
Kolega marznie. Sztubak - myślę - nie założył kalesonów, a przecież zima.
Cholera, a ja mu mówiłem, że w Nysie ciepło, żeby nie brał czapki. Psia krew, dobrze, że przynajmniej ją znalazł.
Nysa.
Wkręcamy nowe świece. Ostatnie samochody odjeżdżają z parkingu. Świątynia zamknięta. Jutro niedziela, zgłodniali warszawiacy znów przyjdą tutaj szukać
nowych wrażeń, promocji, obniżek, wyprzedaży...
Nysa nie pali. Jędrzej zmaltretowany telefonami.
Dzwoni Magda. Opowiadam. Przyjedzie z kolegą z pracy, może coś poradzi, może pociągną. Czekamy. Radek siedzi z tyłu i trzęsie Nysą. Skrobię wewnętrzne
strony szyb z zamarzającego oddechu. Tej nocy może znowu spaść do 20 stopni poniżej zera.
Czuję się jak zziębnięty ochroniarz na parkingu Gazety Wyborczej, którego kiedyś spotkałem. Siedział w nieogrzewanej Nysce i pilnował luksusowych limuzyn
ważnych redaktorów.
Tańszy jest ochroniarz z Nyską niż ubezpieczenie - pomyślałem - łatwo jest przeliczyć człowieka na pieniądze.
Przyjechali.
Jeszcze raz sprawdzamy. Czasem iskrzy, czasem nie. Jeździmy po pustym już parkingu. Nie chce zapalić. Piąte, szóste kółko i nic. Jeszcze dwa i nic. Rozkręcamy
zapłon. Palec od zapłonu pęknięty. Mały sprawca dużego zamieszania.
Konrad uratował moją dumę przedwczesnego mechanika. Nie ja spartoliłem. Holujemy Nyskę do Radka i stawiamy między śmietnikiem a zapleczem sklepu.
- Tutaj będzie bezpieczna - zapewnia
Znów noc poza domem.
Radek wyciąga butelkę. Koniak przyjemnie rozgrzewa. Rozmowa. Dawne czasy, góry, skałki, nocne włóczęgi, zamarznięta herbata o poranku w Osoli, piwo nad
Odrą pod mostem, wspólne wypady na Słowację, gotowanie zupy o trzeciej nad ranem w ruinach zamku.
odcinek drugi
|