|
|
wędrówka po palec - odcinek drugi
Rano dzwoni Magda. Noc spędziła u Konrada i Bożeny.
Przy porannych parówkach mój kompan wczorajszych przygód wyciąga cennik i pokazuje jaki chce kupić samochód. Mówię, że używanego w cenie 15-20
tysięcy nie warto, bo też się psuje, a części drogie...
- Nysy nie kupię - ucina.
Prószy śnieg.
Na przystanku marzną ludzie, a samochody wydają się nie mieć hamulców. Słaba widoczność. Trójkę dostrzegam dopiero, gdy nadjeżdża. Kasuję bilet i siadam
wygodnie w ciepłym tramwaju. Długa trasa.
Tramwaj rozcina zaprószoną Grochowską. Po lewej wielki Uniwersam, którego lata świetności bezpowrotnie minęły wraz z Gierkiem, a teraz przyrosły do niego
bazar podjada mu sporą część klientów. Wielką, nieczynną restaurację Astoria, gdzie niegdyś zapewne odbywały się wielkie bale sylwestrowe, a teraz w małej
części zagnieździła się nowoczesna pizzeria ze ścianami odtwarzającymi osobowość modnego stylisty, wybujale wierzącego w swoją wielkość. Dalej agencja
fotograficzna, gdzie przez rok pracowałem u ludzi o moralności portfela.
Stadion.
Serce miejskiego handlu. Każdy supermarket marzy o takiej klienteli, od samego rana gdy tylko stadion rozbłyśnie pajęczynami prowizorycznych lampek
wieszanych na straganach, tysiące ludzi kupują lewe płyty z muzyką, filmami, pornografią, alkohol i tytoń bez akcyzy, wietnamskie skarpetki, staniki, tylko tutaj są
prawdziwe bary z jedzeniem i napojami puszkowymi przywożonymi prosto z Wietnamu, na których hałaśliwi kucharze kroją każdego białego, który się tam
przypadkiem zabłąka. To tutaj na międzynarodowym dworcu autobusowym, z którego odjeżdżają brudne, ryczące wehikuły wyładowane mieszaniną ludzi i
kartonów we wszystkie strony świata wschodu, zostałem kiedyś napadnięty przez oprychów, którzy chcieli mnie obrabować. Widząc jednak, że mam tylko stówę
w kieszeni zaczęli się śmiać i machnąwszy ręką stwierdzili, że szkoda na mnie czasu. Poszli.
Targowa.
Powiew wschodu. Ruskie szyldy, ludzie z grubymi czapami, wciąż Wietnamczycy i cerkiew ze złotą kopułą.
Tramwaj szarpie po Starej Pradze. Tutaj są najtańsze mieszkania, dwa tysiące za metr kwadratowy. Niemalże centrum Warszawy, a nikt nie chce tu mieszkać,
wszyscy boją się marginesu. Tutaj rodzi się przestępczość - tak się mówi, bo tu mieszka biedota, bo tu ludzie wychodzą w kapciach po piwo, stoją na ulicach,
rozmawiają, spotykają się, a nie pracują. Mieszkający tutaj kolega opowiadał, jak wyszedł kupić bułki. W sklepie był po raz pierwszy.
- Pan weźmie te - powiedziała sprzedawczyni - pana żona zawsze je kupuje.
- Skąd pani wie kto jest moją żoną? - zapytał zdziwiony
- A przez okno widzę codziennie, państwo mieszkacie na pierwszym piętrze, ja naprzeciwko, w kamienicy.
Powiesił zasłony. Ale przystawił do okna biurko. Siada i obserwuje. Obserwuje ulicę. Codziennie, rano, w południe, wieczorem. Mówi, że napisze książkę.
Barwne życie ulicy go wciągnęło.
Podobno na Pradze można tajnymi przejściami w szafach przemknąć przez kilka kamienic, dlatego policja niechętnie robi tutaj obławy. Na fasadach kamienic
siedemdziesiąt lat historii jak w podręczniku. Przyjechał Polański, nakręcił na Pradze "Pianistę", spalił kilka budynków i postawił nowe, kolorowe, strzeżone.
Wyjechał. Dzielnica staje się modna.
Bródno.
Przystanek Kondratowicza. Nowoczesna warszawska sypialnia.
Ludzie wysypują się z kościoła. Na przystanku zmarznięta grupka oczekujących na tramwaj. Dziewczyna w bejsbolówce ma czerwone uszy i sine usta. Biedna,
musi ubierać się jak moda nakazuje, moda z krajów zachodu, gdzie jest cieplej.
Bródno powstało w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Osiedlali się tutaj przedsiębiorczy warszawiacy. Przekazali dzieciom wzorce. Młode wilczki
małego biznesu, kierownicy, dyrektorzy niższego szczebla, artyści od reklamy i marketingu, właściciele małych firm pozostali w tej dzielnicy.
To tutaj będąc ugoszczonym przez jednego ze znajomych fotografów pierwszy raz widziałem na twarzy Magdy zażenowanie, gdy ten przedstawiając własne
projekty zdjęć, opowiadał o pani w futrze zimową porą, która rozchyla poły owego futra ukazując, jak to określił, "futerko".
Rozpędzony tramwaj przeleciał nad Toruńską. Teraz już tylko ogródki działkowe i powoli wypierające je nowoczesne firmy. Estetyka sztukowania,
dopasowywania i wykorzystania odpadków w architekturze działek gryzie się z równym, czystym i schludnym budownictwem nowoczesnego przemysłu i usług, w
większości firm oczyszczania i utrzymywania porządku. Jak rozprzestrzeniająca się plazma - normalizacja i standaryzacja pożera i zalewa miliony drobnych
wynalazków całej rzeszy pomysłowych Dobromirów, które już na zawsze odejdą w niepamięć.
Pętla.
Tramwaj zaskrzypiał i zahuczał na ostrym zakręcie pętli. W wagonie zostałem tylko ja i dwie panie kanarki w czarnych futrach i czarnych kapeluszach, jakby całą
swoją inwencję w doborze odzieży poświęciły na odróżnienie się od żółtego upierzenia tych małych, niegdyś tak popularnych ptaszków.
Zapytałem się o giełdę na Żeraniu.
- Och my nie wiemy - zakwiliły jednocześnie obie, niższym głosem od kanarków, pewnie na szkolenie głosu poświęciły również nieco uwagi - proszę zapytać się
motorniczego, on wie na pewno.
Motorniczy nie wiedział. Zawyrokował tylko, że nikt tędy na giełdę nie jeździ.
- Według mapy to najkrótsza droga - nie dawałem za wygraną
- Ale tam jest kanał doprowadzający do Wisły - odpowiedział znudzony - niech pan wróci dwójką i spróbuje wsiąść w dwadzieścia jeden, to jest przy FSO, nie
tutaj
- Może jest jakiś mostek
- Jak pan jesteś uparty, to próbuj, kanał jest w tamtą stronę.
odcinek trzeci
|