|
|
w ę d r ó w k a - t r a n s s y b e r y j s k a
jędrzej morawiecki
Wjazd do Zony zaczyna się twardo i durnie. Surowa Moskwa piętnuje błędy głupców. A głupota wyłazi z nas po kilku latach poznawania Rosji, wraz z uczuciem
pewności i oswojenia, jak pierwszy samochodowy wypadek. Ładujemy się więc do transsyberyjskiej wymięci, nienaturalnie weseli, pełni puszkowego dżinu z
tonikiem i syntetycznej tekilli. Nie wiemy jeszcze, że miasto nas cichutko wypluło, że stolica ukarze łagodnie nasze frajerstwo, zwielokrotni stereotypy dzikiego
Wschodu, tak przez nas do tej pory wyśmiewane.
f o t o
*
f i l i p
ł e p k o w i c z |
 |
Jedziemy więc do Zony. Szukamy duchowego fałszu i prawdy, religijnej ascezy, obcej struktury sekty. Jedziemy jednak niegodnie, pijani, chichoczący.
Typowi Polacy na Wschodzie, kiwający się po wagonie, opowiadający później, że w transsyberyjskiej trzeba pić.
Pierwsze butelki pękają jeszcze na dworcu. Rzucamy się na dermowe siedzenia, wyciągamy z kufrów pseudokoniak, wódkę. Częstujemy bez ceregieli sąsiadów.
A sąsiedzi to złodzieje. Przedstawiają się, pytają milcząco, czy chcemy pić. Trzaskamy blaszanymi kubkami, lejemy. Status nie stanowi, ważna podróż, czekają nas
trzy wspólne doby. Młodziak z Kuragina dokłada półtoralitrowe piwo. Mówi, że jest chłopakiem z łagru, osiem lat za drutami. Starszy - Azerbejdżaniec z
przepukliną, patrzy dziwnie, kręci głową. W końcu stawia na stoliku spiryt i śmieje się rubasznie. Żarty, biesiada. Zaduch wagonu wali w czaszkę. Pociąg wreszcie
rusza. Prowodnica rozdaje pościel, ostrzega: schowajcie butelki, idą z UWD . Kiwamy głowami, gadamy, butelki dzwonią na stole. Mundurowi, szarpanina,
odeszli z paszportami.
Niepewność, droga. W końcu młody łagiernik z Kuragina powie: "idź, czekają w restauracyjnym".
Milicja z "warsu" prowadzi do przedziału służbowego. Dwóch funkcjonariuszy rozkłada wszystko na przedziałowym łóżku, młody szef dyryguje. Przetrząsają
kieszenie, przewalają egzotyczne białoruskie ruble, dolary, przepytują, nie dowierzają, będą dzwonić. Milicyjny szef wyciąga z kurtki kasetę zespołu "Kino", ja
krzyczę: "Zabiliście Coja" - durnowato, nieświadomie, nie wiem, że na służby rzeczywiście spadły podejrzenia o morderstwo legendarnego rockowego wokalisty.
Milicjantom puszczają nerwy, kapitan krzyczy:
- Drug, co ty chrzanisz! Coj umarł w dziewięćdziesiątym pierwszym! Ileś ty pił?
- Sto gram. Sto, mówię jak było.
- Jakie sto? Wóda, piwo, spiryt, na nogach stoisz ledwie.
- Piwa nie pamiętam.
- Jak nie pamiętasz?
- Nie pamiętam, protokołu nie podpiszę, nic nie podpiszę. Nikogo nie wystawię, nie powiem z kim piłem, nie wiem, z kim piłem nie pamiętam, ja z liścia nie
strzelam, wała ze mnie nie zrobicie. Wiem, musicie zrobić normę, statystykę zapełnić. Ale ja bez winy, pieniędzy nie mam, sił nie mam na kłótnię.
- O czym gadasz, młody? My pytamy tylko. My cię za pijaństwo ścigamy. Wpiszemy w protokół, żeś trzysta gram łyknął, dla dowcipu trzysta tylko
zaprotokołujemy, reszta niech w żyłach buzuje bezkarnie. Nie wiesz, że w transsyberyjskiej pić nie wolno?
- Zawsze w wagonach piją. Nic złego nie chciałem. Mówię w oczy jak jest.
- Dobrze że mówisz, ale wódki pić nie wolno. Jeździsz a nie wiesz? Piwo tylko, żeby sen wzmocnić. Skąd ty jesteś? Ruski, czy inny? Dokąd jedziesz?
- Do sekty jadę, do Chrystusa-milicjanta, jednego z was. Złego nie chciałem.
- Dobra, nie bój się, mandat nieduży. Z biedaka nie zedrzemy. Patrz, paragraf pokażę, wszystko na piśmie, pić nie wolno w plackarcie, dureń w delegacji pije
tylko.
- Nie pokazuj, po co bukwy w oczy ładujesz? W paragraf wierzę, traktuj łaskawie, kapitanie, ja tobie ufam. Mów co musisz i kropka.
- I ja ufam tobie. 500 rubli płać i zasuwaj do łóżka. Pięć stów, sztraf maleńki, mniejszego nie znajdziesz.
- Aaaa, mandat straszny... Pusty śmiech za taką łaskę.
- Straszny, jaki straszny? Minimalny dostał i krzyczy, że straszny?
- Dla mnie to pięć dni jedzenia. Jak chcecie odebrać od ust pięć moich obiadów, bierzcie 500 rubli, wszystko bierzcie.
Młody kapitan głową kręcił, dał sto rubli kary, w korytarzu powiedział jeszcze:
- To dla ciebie twarda szkoła. Śpij, nie pij, pieniądze w dupę wsadź, nie gadaj więcej. Dobranoc.
Pociąg ciemny. Tylko w restauracyjnym Azerbejdżaniec i łagiernik piją z kolejarzami, weseli są nad wyraz, próbują zaciągnąć do stolika. "Nie mogę, kapitan
zabronił, pić już w pociągu nie będę". Azebrejdżaniec z przepukliną wybiega z wagonu, łapie w korytarzu, rzuca: "Widziałem, jak cię bracie trzepali, widziałem
rewizję, kasę wyrwali, sprawdź portfel. No wyciągnij. Daj, przeliczę banknoty szybciutko. Cztery tysiaki z kawałkiem. Niczego nie brakuje? No, szczęściarz z
ciebie, bierz forsę, zdrów bywaj".
Plackarta chrapie, za oknem czarne drzewa. Łóżko niżej przewala się Maciej, kompan podróży, nieświadom kary, przesłuchania, nieświadom durnych,
wstydliwych scen, które się już w pociągu rozegrały i tych, co jeszcze nas czekają.
wspomnienie drugie
|