|
|
w ę d r ó w k a - t r a n s s y b e r y j s k a
wspomnienie drugie
Szwindel w restauracyjnym wychodzi szybko. Wystarczy położyć się pod wirującym sufitem i zacząć raz jeszcze półprzytomnie przeliczać pieniądze. Bo tym
razem rachunek się nie zgadza. W kieszeni zamiast czterech tysięcy pozostała garść białoruskich papierków. Organizm krzyczy o sen, o zduszenie alkoholowego
zatrucia. Umysł mami nadzieją szczęśliwego rozwiązania, kolejnego porannego liczenia, pełnego portfela. Ale portfel zieje pustką.
Wyrwany ze snu Maciek zapewnia, że swoją rublową dolę trzyma przy sobie. Część forsy została.
Bieg przez skład, stężałe twarze łagrowca i Azerbejdżańca w restauracyjnym. Przedział milicyjny.
- Kapitanie!
Młody szef podskakuje, opędza się, pyta co znowu.
- Pamiętacie, przeliczaliście pieniądze. Ileście tam w protokole mieli? Cztery tysiące?
- Cztery.
- No to teraz nic nie zostało.
- Jak nic, chłopie? O czym gadasz? Kiedy cię skroić zdążyli?
Kiedy wloką z "warsu" Azerbejdżańca, kapitan rzuca jeszcze do mnie: "Dobrze, żeś przyszedł, żeś wcześniej rozmawiał jak człowiek, wiemy, kto ty, pomożemy".
Potem przesłuchują przepuklińca, konfrontują. Wrzaski, draka.
- On ci ukradł ruble?
- On, tfu, gowniuk, gnida! Podróż świętą drogę skalałeś, nie zabrałeś moich pieniędzy, zabrałeś moją strawę, mój dach nad głową, wydarłeś spod głowy pościel,
gnida! Nie jesteś z Kaukazu, Kaukaz tak nie czyni, gównem jesteś, spluwaczką, zwierzę, szuja pierdolona! Pojedziesz w konwoju, zatrzęsiesz się z ostatnim
żarem w doczepianym wagonie, poczekasz latami na złote kopuły, aż gołąb siądzie na twoich włosach, aż zarośnie obozowa tropinka, będziesz śpiewać o
ostatniej kobiecie, co na ciebie czeka, o matce w samotnej komunałce, będziesz trwać za drutami, żałować, skamleć, a ja na to gwiżdżę obozową syreną, pluję w
świetle twego jedynego, elektrycznego słoneczka, leję na wszystkie twoje swidanki, kanalio, śwętokradzka gnido!
Milicja strofuje, Azerbejdżaniec drży, mruga, szuka wyjścia, broni się:
- On mnie podstawił, obywatele, to dzięcioł pieprzony, kabel oślizły, nic mu nie zabrałem, pieniądze przechowałem, sam prosił, dla bezpieczeństwa ukryłem, sam
dał do ręki, jest pijany, nic nie pamięta, nie wie nic, kłamie.
Plucie, oskarżenia. Azerbejdżaniec przerażony, szuka pojednania. Kapitan pyta:
- Zgłaszacie pretensje do złodzieja?
Wódka dyktuje zemstę, budzi furię:
- Zgłaszam, co mrugasz, sukinsynu, zgłaszam, wpieprzę cię za kraty, różne widziałem, różnie czyniłem, z różnymi gadałem, ale kradzieży w drodze nie odpuszczę,
świętokradztwa nie zdzierżę.
Kapitan zaciska usta, bierze na bok.
W przegubie między wagonami pyta raz jeszcze:
- Chcesz pretensje zgłosić?
- Jak radzisz, kapitanie. On gnida, ale nie w swoim świecie jestem, nie wiem po czym się poruszam. Jak poradzisz, tak zrobię.
- Nie zgłaszaj. Pieniądze z niego wyciągniemy, cztery tysiące dostaniesz do ręki. Ale oskarżenia nie wnoś. On ma dzieci, władujesz go do łagru, szkoda chłopa. Chodź, napiszemy protokół.
- Milicjanci szanowni, przepuklińcu przebrzydły, pretensji nie zgłaszam. Życie swoim torem pójdzie, sprawiedliwość każdego dosięgnie. Dla mnie podróż
najważniejsza, środki na drogę.
Znów przedział. Plackarta przerywa chrapanie, nieprzytomnie nasłuchuje draki. Azerbejdżaniec, ułożony w koi naprzeciw, szarpie za ramię, krzyczy szeptem:
- Ja twojego nie brałem, nie pamiętasz? Klnę się, sam dałeś, wszyściutko do ręki wpakowałeś, sam prosiłeś, na przechowanie zostawiłeś.
- Ty co, makaron na uszy? Na kim ściemę kleisz? Chuja ze mnie robisz? Myślisz, że mi wóda mózg rozmiękczyła? Że nie pamiętam, jak grabiłeś?
Młody łagrowiec zaczyna wtórować, rzuca w kaukazca przekleństwa, kipi oburzeniem:
- Gowniuk? Dobrze mówisz, on gowniuk, proste słowa! Współpodróżnych kroić. Oddaj mój zegarek, suka! Oddaj, mówię!
Azerbejdżaniec wali wielką pięścią w głowę młodziaka, zasypia, młodziak wstaje znów krzyczy, nie wiadomo już, czy szczerze, czy szopkę robi, czy jest w
zmowie, czy sam ucierpiał. Plackarta milczy przerażona, my krzyczymy, w końcu kaukazczyk zrzuca złoty zegarek, wagon milknie.
Maciek dalej leży, przespał kolegium, przespał rabunek, śpi krzepko, zdrowo. Na końcu wagonu syczy samowar. Pociąg leci w stronę Uralu. Mija pierwsza noc.
wspomnienie trzecie
|