|
|
Schyłek zimy
odcinek 2
     Teraz Drogę do Nikąd
skuł lód. Jest zimno i szaro. Wiozę taczką dechy, ładuję opał do kominka. Potem
przystrajamy dom, Asia rozkłada na stole złotą chustę, stawia krzyż. Ustawiamy
w kręgu krzesła. Pokój wygląda jak salka katechetyczna.
     O tym, że do Łabędzic
przywędruje różaniec, dowiedzieliśmy się od Barbary. Mówiła nam o tym z lękiem
w oczach, bała się chyba naszej odpowiedzi. Czuliśmy, że przyjąć różaniec
musimy, wszyscy przyjmują, nie chodzi nawet o wiarę, ale o bezpieczeństwo
sanitarne. Bo nasz dom nie jest poświęcony. Nie ugościliśmy w tym roku księdza
po kolędzie. A Barbara, tak samo Maryla od Jacka-blacharza, boi się licha.
Mówią, że paskudztwo łatwo się może w gospodarstwie zalęgnąć. A jak wpełznie do
nas, to przejdzie do sąsiadów. Barbara szeptała z Marylą niedawno, że trzeba
coś zrobić, że ludzie po wsi już o nas gadają. A jak o nas to i o nich, bo to
oni nas wprowadzili do Łabędzic. No i w końcu spadł z nieba wędrujący różaniec.
Musimy go wziąć pod dach, pal licho księdza, jego i tak nikt na pegeerze nie
lubi. Ale świętość musi być.
     Czekamy więc. W końcu
do drzwi pukają Barbara z matką i pani Olszynowa. Intonują pieśń, potem
kolejną. Dom rozbrzmiewa ludowymi tekstami: o ukochanym papieżu na Watykanie, o
Jasnej Górze, o wsi, o Bożej miłości. Zdenerwowani proponujemy ciasteczka.
Konsternacja. Barbara biała jak papier, w oczach przerażenie. – Eee. – kręci w
końcu głową pani Olszynowa. – Najpierw chyba „zdrowaś”.
     Siadamy przed
różańcem. Toniemy w modlitwie. Myśli płyną dostojnie, świat zwalnia. Przychodzi
wspomnienie księdza proboszcza. Gościliśmy go już kiedyś w domu, kilka lat
temu. Podał mi rękę w progu, a Asi nie zauważył. Nie zamienił z nią słowa.
Mówił mi ciągle o braku pieniędzy i o tym, że kiedyś chciał pisać doktorat.
Przyjechał wypasioną czarną „vectrą”, tak elegancką, że wieś się na niego
obraziła. Wiejskie chłopaki ukradły mu kołpaki i całe Łabędzice się z tej
kradzieży potem cieszyły.
     Potem przypomina mi
się znów droga przez pola, słowa Migacza, o buncie, o tym, że Kościół jest
rozdarty – bo zawsze wraz ze światłem pojawia się mrok. Gdzie dobro, tam i
diabeł.
     Myśl o zwątpieniu i
wierze, o wspólnocie i własnej drodze. O strachu przed patosem, o wstydzie
przed ujawnieniem wiary w środowisku zawodowym, o lęku oskarżenia o dewocję.
     Dalej jest już tylko
modlitwa. A potem przychodzi słońce. Rozbłyska promieniem, oświetla pokój
czerwienią. Pani Olszynowa drży z zimna – kominek nie trzyma temperatury.
Gaśnie różańcowa modlitwa.
     Dokładam smolnych
dech. Lejemy zieloną herbatę. Babcia chrupie ciasteczka. Olszynowa zaczyna
plotkować, otwiera przed nami kolejne domy, kolejne historie. Później opowiada
o tym, jak pielęgnuje kapliczkę, mówi z miłością o sztucznych kwiatach, z dumą
wspomina jak pojechała do Środy kupić pomarańczową energooszczędną żarówkę,
dzięki której Matka Boska świeci nawet w nocy.
     Pani Olszynowa pije kolejną
filiżankę herbaty, w końcu zaczyna się żalić na
Łabędzice, na nowe czasy. – Wieś dziczeje – mówi do Barbary. – Młodzi mnie nie
szanują, wyszydzają, wytykają na przystanku palcami. Mówią, że jestem dewotą.
Nazywają mnie „tercjanką”. Wyśmiewają modlitwę, drwią z radia Maryja. A mi jest
dobrze, jak to radio włączę, jak pójdę pracować do ogródka, a z głośnika tak
pięknie śpiewają. Przecież w żadnym innym radiu tych śpiewów nie ma.
     Pani Olszynowa
opowiada o wierze, tradycji, o stygmatyzacji i pegeerowskim upadku. W szybę
kominka walą sosnowe iskry.
***
     Następnego dnia
spotykamy Barbarę. Jest szczęśliwa. Mówi, że pani Olszynowa nas zaakceptowała.
Pójdzie po wsi, rozpowie, że daliśmy na stół piękną chustę. Że jesteśmy biedni,
ale się bardzo staramy.
     Po południu
przyjmujemy w domu Marylę-czarownicę i Jacka-blacharza. Padają przed różańcem
na kolana, gwałtownie i żarliwie. Z dywanów wali kurz a oni zmawiają „Ojcze
nasz”. Maryla ma rozczochraną, dziką fryzurę, młody Jacek wąsiska jak kmieć.
Modlimy się chwilę, potem Maryla rzuca: - Kurwa, znacie jakąś pieśń? – Maryla
zawsze klnie, cała jest tym grejserującym przekleństwem, bluzga w domu i na ulicy, co dzień rozbrzmiewają
po wsi jej soczyste krzyki. Pyta więc nas o religijną piosenkę, Asia coś
proponuje, Maryla kręci głową, w końcu uczy nas jakiejś pobożnej zwrotki, sama
zna tylko jedną, ale to powinno wystarczyć, by dojść do furtki, by cała
zmarznięta i nasłuchująca wieś dowiedziała się, że śpiewamy piękne pieśni.
Jacek bierze uroczyście różaniec, delikatnie, jakby podnosił dziecko, my
ruszamy za nim. Wychodzimy na podwórko, śpiewamy, wersy topnieją, zaraz
zabraknie nam słów. Ale oto pieśń bucha z mocą, wieś podejmuje kolejną zwrotkę,
słychać jak śpiewają domownicy u Maryli i Jacka, ich rodzice, wujostwo,
wszyscy, którzy zjechali się na peregrynacyjną uroczystość (później dowiemy
się, że na święta różaniec zostanie schowany w drugim pokoju, zamknięty,
oddzielony od domowników, żeby Matka Boska nie widziała, jak Jacek pije). Teraz
śpiewa Jackowa rodzina, krewni, śpiewają też sąsiedzi, śpiewają bliźniaki zza
wiatraka, słowa płyną przez powietrze gęste od węglowego dymu i drobnego
śniegu.
***
     Mijają dni. Świętość wędruje
przez Polskę. Dzwonili do nas Maciek i Magda. Mieszkają na wsi pod Warszawą.
Mówią, że wyjechali „nyską” w pola, tam domy są inne, nie przytulone do siebie,
jak na Dolnym Śląsku, tylko rozrzucone wśród upraw. W połowie drogi spotkali
sąsiada, który wyciągnął z żuka peregrynujący obraz. Siedzieli potem w swoim domku, sączyli wino i puszczali
ikonie muzykę Szopena.
     Wspominam rozmowę i
szykuję się do wyjazdu na uczelnię. Wyprowadzam jeszcze Iskrę na spacer.
Zaglądam do piwniczki, patrzę na resztki drewna. Niedługo skończy się opał.
Sprawdzam pilarkę, tarcza jest już cholernie tępa, podczas cięcia drewno pali
się w rękach.
     Iskra
jeży się, ujada. Drogą do Nikąd przemykają pośpiesznie dzieci z babcią. Wiozą w
wózku cieniutkie gałązki, wszystko co udało im się ręczną piłą wyciąć z kępy
drzewek i krzaków za rzeczką. Kulą się pod moim wzrokiem, milczą. Znikają na
pegeerze.
***
odcinek trzeci
|