|
|
Schyłek zimy
odcinek 3
     Jadę. „Nyska” buja się
na wąskiej szosie, na asfalcie błyska zdradliwy szron. Myślę o doktoracie. O
pośpiesznej reporterskiej pracy. O chwilach czystości. I o codziennym kłębie
bezładnych myśli.
     Pedał sprzęgła zgrzyta
o blachę podłogi, zakleszcza się z hamulcem. Trzeba by postawić sąsiadowi
browara, podspawać znów u Jacka mocowanie wałka, zanim ucho się całkiem
oderwie. Ale dziś spawać się nie dało: Jacek poszedł na święta w ciąg, płynie
do tej pory. Ostatnio wypada z obiegu na coraz dłużej, pożera go codzienna
słabość. Robić u Jacka można tylko rano, dopóki nie zamknie bramy. Czasem
trzeba biec do niego o świcie, zanim nie łyknie pierwszego szczeniaka.
     Obiecuję sobie, że
jutro wstanę wcześniej.
***
     Wchodzę do sali.
Dziewięćdziesiąt minut ćwiczeń z historii literatury. Rozmawiam ze studentami o
Gawriile Dierżawinie, poecie nazwanym później przez Mickiewicza „zręcznym
dziennikarzem”. Dierżawin – najwybitniejszy przedstawiciel oświecenia i
jednocześnie twórca łamiący śmiało zasady klasycyzmu, znany jest głównie z ody
pochwalnej na cześć Katarzyny II. Pisanie takich tekstów było w Rosji
dziennikarskim obowiązkiem, powinnością narzuconą przez carycę. Okolicznościowe
teksty stawały się często ukrytym komunikatem – pod tematem nominalnym –
pochwałą władcy czy medialnego wydarzenia (zdobycie miasta, rocznica koronacji)
odbiorca odnajdywał treści stanowiące trzon rzeczywistego przekazu: wizję
Rosji, postulat rozwoju nauki, świadomość zapóźnienia kraju wobec Europy...
Dierżawin jednak poszedł dalej: złamał konwencję, skontrastował jawnie
nierealną postać carycy (prostej dziewczyny, stroniącej od uciech, szlachetnej
i skromnej) z osobą gnuśnego dworzanina. Autorzy szacownych podręczników
interpretują tekst jako połączenie pochwały władczyni z satyrą na dworzan,
„dobrze znanych ówczesnemu czytelnikowi dygnitarzy”. Jeśli jednak zanurzyć się
w świecie przedstawionym, stanąć wraz z narratorem w jego osiemnastowiecznej
stolicy, wejść w rysowane przez niego uliczki, do kawiarń, klubów, jeśli
wsłuchać się w jego zachwyt nad grą w karty, odnaleźć jego miłość do
hulaszczych wieczorów, towarzyszyć mu w późnych powrotach do domu ze szklanką
wina w ręku, jeśli przyjrzeć się kilku
zdaniom skreślonym przy świecy, spojrzeć na dworzanina zasypiającego nad Biblią
i kajającego się później przed carycą i jej synem, przepraszającego za całe to
imprezowanie, to można odnaleźć w tej skruszonej, skacowanej postaci samego
Dierżawina – przemawiającego w gruncie rzeczy nie do rzeczywistej carycy,
nazwanej przecież w tekście „nieśmiertelną”, a do władczyni duchowej, do Boga,
przed którym poeta przyznaje się do własnej słabości, któremu zwierza się w
odzie, że chciałby żyć godniej, skromniej, chciałby pędzić żywot pobożnie, ale
nazbyt kocha swoje marne, codzienne życie. Tego uczeni nie odnajdują w tekstach
Dierżawina, nie piszą o tym. Nie odnajdują, choć przecież zmaganie i miłość do
słabości w tych tekstach tkwi, tyle że nie pasuje do oświeceniowych
interpretacji. W innym wierszu, zatytułowanym „Do siebie samego”, Gawriił pyta
wyraźnie: „Po cóż mam się śpieszyć, wlec brzemię obowiązków, jeśli świat mnie
za to gani, że podążam prostą ścieżką?”. Dierżawin pozostawia za sobą świat
dworu, intryg, donosów, woli spać, lenić się, niż pozostać w mainstreamie
łajdactwa. Wynosi się ze stolicy, znika na wsi, odchodzi by „trzy razy w tygodniu
poflirtować z muzą”, zgasić świecę i „objąć żonę w łóżku”. W mieście pozostaje zaś
kłąb pośpiechu, „sujeta”.
     „Sujeta” oznacza
marność. Pośpiech, zgiełk. Banał. Skorupę codzienności. „Sujeta” jest
powszednia i nieskończenie smutna.
     Chcę się przez skorupę
przebić, zedrzeć ją, dotrzeć do światła. Czuję jednak jak tonę w gnuśności – w
miękkim, smakowitym, kojącym stanie sytości. W uśpieniu.
     Kończę zajęcia i jadę
do centrum miasta, na Rynek. Wzywa mnie Sławoj. Mamy razem przygotować naukowy
bankiet, zwozić jakieś towary, wypełniać listy, szykować profesorom wielkie
święto. Czuję znużenie. Za oknem zapada wieczór.
***
     Sławoj to poniekąd mój szef. Ma iskrę w
krótkowzrocznych oczach. Kocha książki, żyje nauką. Jest wielki i lękliwy.
Niedawno obronił pracę doktorską i wyszedł z mikroskopijnego pokoiku
asystentów, zawieszonego nad wejściową bramą instytutu, by przenieść się do
urzędniczego gabinetu w Gmachu Głównym.
     Niezdarny Sławoj. Młodziutki prodziekan. Na co dzień
podpisuje tony papierów, wystawia dziwne rachunki, pokornie kłóci się z co
bardziej pazernymi akademikami, zarządza formalnie placówką i grzęźnie w cichej
frustracji.
     Dziś sunie przez supermarket. Nie
panuje nad wyładowanym wózkiem. Co rusz taranuje rozpędzonych klientów i utyka
wśród półek. Ładujemy razem kolejne produkty. Idziemy coraz wolniej,
prodziekanowi coraz trudniej, wózki wypełniają się artykułami na konferencję
naukową: tanim czerwonym winem w promocji, jednorazową, podłą herbatą,
śmietanką, kwaskiem cytrynowym, kartonami herbatników. Wszystko to wrzucimy
zaraz do „nyski” i powieziemy na miejską starówkę. Będziemy wnosić kartony homogenicznego
ubóstwa do kapiącej złotem knajpy, w której ma się odbyć finałowy bankiet
naukowców.
     Z głośników wali płaska melodia. My
mrużymy oczy, kluczymy wśród alejek, w końcu brniemy w stronę półciężarówki.
     Słuchaj, pozwól, że zapytam – rzuca nagle Sławoj, zatrzymując się przed
wejściem megacentrum. – Czy ty jesteś trunkujący?
     Kiwam
niepewnie głową. Prodziekan wyciąga puszki piwa, otwiera browar, staje w
tłumie, spłukuje plastyk, handlowe komunikaty, marketową gorączkę, zgryzotę
pracy ponad normę, ból drobnych, uniwersyteckich intryg, nie wiem czego
jeszcze, nie znam Sławoja. Piję z nim piwo, patrzę na samochody, na czarne
niebo, rzędy spiętych łańcuchami koszy. A potem Sławoj zaczyna mówić. Gada
jakoś zbyt prosto, dosłownie, mało dokumentalnie. Opowiada o lękach,
zagubieniu, o księgowości, która pogrzebała Sławojową twórczość, naukową pasję.
Mówi, że kredyt, mieszkanie, że tak trzeba, dla rodziny, dla dziecka, co
właśnie przyszło na świat, ale że wewnątrz ból, strach... Jest jakiś delikatny,
sentymentalny, prawdziwy jednak w swoich rozedrganych, płaczliwych
narzekaniach.
     Opowiada o wielopokoleniowym, niepojętym tworze
uniwersytetu, w który wrasta, w którym trwa, którego nie zmieni, którym się
karmi z jakąś rozpaczą. W końcu rzuca:
     - Ja chciałem inaczej, chciałem Dobra, jakichś namacalnych efektów, nie wiem,
ofiary... Może pracy społecznej, może powinienem ludziom pomagać w jakiś
najprostszy sposób. Zamiast tego zacząłem tworzyć książki, które giną na
uczelnianych półkach. A teraz nawet książek nie piszę – kończy, gniotąc drugą
puszkę.
     Potem ładujemy kartony na pakę, a ja
czuję zażenowanie dziekańskim wyznaniem, kiczowatą słabością, prawdą, której
nie umiem przyjąć.
     Milczę, myślę o późnej godzinie, zmęczeniu, o tym, że następnego dnia
będzie bankiet, kolejne zwierzenia wśród białych balustrad i fortepianowej
muzyki. A potem znów codzienność, kłótnie o biurka, gabinety, szafki, jakieś
donosy, komunikaty, gesty o tysiącu znaczeń. I przebłyski. Światło w oczach
studentów. A może zwykły odblask słońca za plastykowym oknem.
***
odcinek czwarty
|