zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi 

Schyłek zimy



odcinek 3


     Jadę. „Nyska” buja się na wąskiej szosie, na asfalcie błyska zdradliwy szron. Myślę o doktoracie. O pośpiesznej reporterskiej pracy. O chwilach czystości. I o codziennym kłębie bezładnych myśli.

     Pedał sprzęgła zgrzyta o blachę podłogi, zakleszcza się z hamulcem. Trzeba by postawić sąsiadowi browara, podspawać znów u Jacka mocowanie wałka, zanim ucho się całkiem oderwie. Ale dziś spawać się nie dało: Jacek poszedł na święta w ciąg, płynie do tej pory. Ostatnio wypada z obiegu na coraz dłużej, pożera go codzienna słabość. Robić u Jacka można tylko rano, dopóki nie zamknie bramy. Czasem trzeba biec do niego o świcie, zanim nie łyknie pierwszego szczeniaka.

     Obiecuję sobie, że jutro wstanę wcześniej.


***


     Wchodzę do sali. Dziewięćdziesiąt minut ćwiczeń z historii literatury. Rozmawiam ze studentami o Gawriile Dierżawinie, poecie nazwanym później przez Mickiewicza „zręcznym dziennikarzem”. Dierżawin – najwybitniejszy przedstawiciel oświecenia i jednocześnie twórca łamiący śmiało zasady klasycyzmu, znany jest głównie z ody pochwalnej na cześć Katarzyny II. Pisanie takich tekstów było w Rosji dziennikarskim obowiązkiem, powinnością narzuconą przez carycę. Okolicznościowe teksty stawały się często ukrytym komunikatem – pod tematem nominalnym – pochwałą władcy czy medialnego wydarzenia (zdobycie miasta, rocznica koronacji) odbiorca odnajdywał treści stanowiące trzon rzeczywistego przekazu: wizję Rosji, postulat rozwoju nauki, świadomość zapóźnienia kraju wobec Europy... Dierżawin jednak poszedł dalej: złamał konwencję, skontrastował jawnie nierealną postać carycy (prostej dziewczyny, stroniącej od uciech, szlachetnej i skromnej) z osobą gnuśnego dworzanina. Autorzy szacownych podręczników interpretują tekst jako połączenie pochwały władczyni z satyrą na dworzan, „dobrze znanych ówczesnemu czytelnikowi dygnitarzy”. Jeśli jednak zanurzyć się w świecie przedstawionym, stanąć wraz z narratorem w jego osiemnastowiecznej stolicy, wejść w rysowane przez niego uliczki, do kawiarń, klubów, jeśli wsłuchać się w jego zachwyt nad grą w karty, odnaleźć jego miłość do hulaszczych wieczorów, towarzyszyć mu w późnych powrotach do domu ze szklanką wina w ręku, jeśli przyjrzeć się kilku zdaniom skreślonym przy świecy, spojrzeć na dworzanina zasypiającego nad Biblią i kajającego się później przed carycą i jej synem, przepraszającego za całe to imprezowanie, to można odnaleźć w tej skruszonej, skacowanej postaci samego Dierżawina – przemawiającego w gruncie rzeczy nie do rzeczywistej carycy, nazwanej przecież w tekście „nieśmiertelną”, a do władczyni duchowej, do Boga, przed którym poeta przyznaje się do własnej słabości, któremu zwierza się w odzie, że chciałby żyć godniej, skromniej, chciałby pędzić żywot pobożnie, ale nazbyt kocha swoje marne, codzienne życie. Tego uczeni nie odnajdują w tekstach Dierżawina, nie piszą o tym. Nie odnajdują, choć przecież zmaganie i miłość do słabości w tych tekstach tkwi, tyle że nie pasuje do oświeceniowych interpretacji. W innym wierszu, zatytułowanym „Do siebie samego”, Gawriił pyta wyraźnie: „Po cóż mam się śpieszyć, wlec brzemię obowiązków, jeśli świat mnie za to gani, że podążam prostą ścieżką?”. Dierżawin pozostawia za sobą świat dworu, intryg, donosów, woli spać, lenić się, niż pozostać w mainstreamie łajdactwa. Wynosi się ze stolicy, znika na wsi, odchodzi by „trzy razy w tygodniu poflirtować z muzą”, zgasić świecę i „objąć żonę w łóżku”. W mieście pozostaje zaś kłąb pośpiechu, „sujeta”.

     „Sujeta” oznacza marność. Pośpiech, zgiełk. Banał. Skorupę codzienności. „Sujeta” jest powszednia i nieskończenie smutna.

     Chcę się przez skorupę przebić, zedrzeć ją, dotrzeć do światła. Czuję jednak jak tonę w gnuśności – w miękkim, smakowitym, kojącym stanie sytości. W uśpieniu.

     Kończę zajęcia i jadę do centrum miasta, na Rynek. Wzywa mnie Sławoj. Mamy razem przygotować naukowy bankiet, zwozić jakieś towary, wypełniać listy, szykować profesorom wielkie święto. Czuję znużenie. Za oknem zapada wieczór.


***


     Sławoj to poniekąd mój szef. Ma iskrę w krótkowzrocznych oczach. Kocha książki, żyje nauką. Jest wielki i lękliwy. Niedawno obronił pracę doktorską i wyszedł z mikroskopijnego pokoiku asystentów, zawieszonego nad wejściową bramą instytutu, by przenieść się do urzędniczego gabinetu w Gmachu Głównym.

     Niezdarny Sławoj. Młodziutki prodziekan. Na co dzień podpisuje tony papierów, wystawia dziwne rachunki, pokornie kłóci się z co bardziej pazernymi akademikami, zarządza formalnie placówką i grzęźnie w cichej frustracji.

     Dziś sunie przez supermarket. Nie panuje nad wyładowanym wózkiem. Co rusz taranuje rozpędzonych klientów i utyka wśród półek. Ładujemy razem kolejne produkty. Idziemy coraz wolniej, prodziekanowi coraz trudniej, wózki wypełniają się artykułami na konferencję naukową: tanim czerwonym winem w promocji, jednorazową, podłą herbatą, śmietanką, kwaskiem cytrynowym, kartonami herbatników. Wszystko to wrzucimy zaraz do „nyski” i powieziemy na miejską starówkę. Będziemy wnosić kartony homogenicznego ubóstwa do kapiącej złotem knajpy, w której ma się odbyć finałowy bankiet naukowców.

     Z głośników wali płaska melodia. My mrużymy oczy, kluczymy wśród alejek, w końcu brniemy w stronę półciężarówki.

     Słuchaj, pozwól, że zapytam – rzuca nagle Sławoj, zatrzymując się przed wejściem megacentrum. – Czy ty jesteś trunkujący?

     Kiwam niepewnie głową. Prodziekan wyciąga puszki piwa, otwiera browar, staje w tłumie, spłukuje plastyk, handlowe komunikaty, marketową gorączkę, zgryzotę pracy ponad normę, ból drobnych, uniwersyteckich intryg, nie wiem czego jeszcze, nie znam Sławoja. Piję z nim piwo, patrzę na samochody, na czarne niebo, rzędy spiętych łańcuchami koszy. A potem Sławoj zaczyna mówić. Gada jakoś zbyt prosto, dosłownie, mało dokumentalnie. Opowiada o lękach, zagubieniu, o księgowości, która pogrzebała Sławojową twórczość, naukową pasję. Mówi, że kredyt, mieszkanie, że tak trzeba, dla rodziny, dla dziecka, co właśnie przyszło na świat, ale że wewnątrz ból, strach... Jest jakiś delikatny, sentymentalny, prawdziwy jednak w swoich rozedrganych, płaczliwych narzekaniach.

     Opowiada o wielopokoleniowym, niepojętym tworze uniwersytetu, w który wrasta, w którym trwa, którego nie zmieni, którym się karmi z jakąś rozpaczą. W końcu rzuca:

     - Ja chciałem inaczej, chciałem Dobra, jakichś namacalnych efektów, nie wiem, ofiary... Może pracy społecznej, może powinienem ludziom pomagać w jakiś najprostszy sposób. Zamiast tego zacząłem tworzyć książki, które giną na uczelnianych półkach. A teraz nawet książek nie piszę – kończy, gniotąc drugą puszkę.

     Potem ładujemy kartony na pakę, a ja czuję zażenowanie dziekańskim wyznaniem, kiczowatą słabością, prawdą, której nie umiem przyjąć.

     Milczę, myślę o późnej godzinie, zmęczeniu, o tym, że następnego dnia będzie bankiet, kolejne zwierzenia wśród białych balustrad i fortepianowej muzyki. A potem znów codzienność, kłótnie o biurka, gabinety, szafki, jakieś donosy, komunikaty, gesty o tysiącu znaczeń. I przebłyski. Światło w oczach studentów. A może zwykły odblask słońca za plastykowym oknem.


***




odcinek czwarty


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni