|
|
Dlatego piszę*
hermann broch
|
| rys. anna dorota morawiecka |
    
Śnieg leży na gałęziach świerkowego lasu na zewnątrz, leży w moim ogrodzie, usadowił
się w skalnych szczelinach ściany Kuppronu; ogród widzę i las, gdy spoglądam w
stronę okna, tej ściany Kuppronu, na której zboczu położony jest mój dom,
nie widzę, nie widzę jej także z okien tylnej strony budynku, jest przesłonięta lasem,
ale jej istnienie jest bezustannie wyczuwalne. Kto mieszka przy brzegu morza,
temu trudno jest pośród wszystkich jego myśli pomyśleć jedną, w której morze
nie byłoby również pomyślane, i nie inaczej rzecz ma się z tym, kto osiadł u brzegu
wielkich gór: wszystko, co wdziera się w jego zmysły, każdy dźwięk, każdy kolor,
każde ptasie zawołanie i każdy promień słońca, wszystko jest echem wielkiej milczącej
masy spoczywającej góry, której zmarszczki rozpalane są światłem, malowane kolorami,
opływane przez dźwięki -, czyż nie musi i człowiek, sam będąc w swej duszy zawsze i
wciąż jedynie zawołaniem ptaka, kolorem i promieniem słońca i nocą, czy nie musi
wobec tego i on sam stać się ustawicznym echem owego potężnego milczenia?
Współ- i przeciwbrzmiącym instrumentem, na którym gra milczenie?
Siedzę tu, starzejący się mężczyzna, stary wiejski lekarz, i chcę zapisać coś, co mi
się przydarzyło, jak gdybym w ten sposób miał posiąść wiedzę i zapomnienie,
poprzez które, raz z niego wypływając, raz w nim grzęznąc, a czasem całkowicie
w nim ginąc, przebiega nasze wsysane przez czas i zagubione w nicości życie.
Nie byłżeby to ten właśnie wzgląd, który przed laty wypędził mnie z miasta, tutaj,
w zacisze przeciętnej wiejskiej przychodni i – dla innej wiedzy, mającej okazać się
silniejszą aniżeli wszelkie zapomnienie - nakazał mi opuścić zakład naukowy,
do którego byłem zaprzęgnięty? Spędzałem tam rok po roku jako ktoś, kogo obdarzono
wielkim szczęściem współuczestnictwa w nigdy niekończącym się procesie tworzenia
nauki, wiedzy, która prawie nie była już moją, lecz należącą do ludzkości jako takiej,
ja, zwykłe ogniwo w łańcuchu pracujących, im wszystkim podobny, dokładający jeden
mały kamień po drugim, wciąż widzący przed sobą kolejny rezultat, a mimo to jak
wszyscy inni przeczuwający nieskończoność tego budowania, uszczęśliwiony i
oświecony tym nieskończonym celem, ja się od niego odwróciłem, jakby był on
budowaniem wieży Babel, w którym brałem udział, od takiej nieskończoności odwróciłem
swój wzrok, od nieskończoności, która należała nie do mnie, lecz do ludzkości, od
nieskończoności, która wymazuje wczoraj i uznaje jedynie jutro, i wycofałem się
do skromnych zajęć, które nie są już poznawaniem, lecz życiem i współżyciem, a
nieraz może pomocą, jak gdybym poprzez to mógł uratować swoje wczoraj, bo jutro
staje się dla mnie coraz krótsze. Czy chciałem uciec w nieporządek bezpośredniości?
czy chciałem jedynie umknąć systematyczności poznania? leżą już za tym długie lata,
wiele lat, i teraz pozostało mi niewiele więcej niż dalekie wspomnienie o mieście i o
wstręcie do miejskiego życia, jaki naraz mną zawładnął, o wstręcie do punktualności,
z jaką poruszały się tramwaje i którą tak wiele było regulowane, do prawnych reguł,
które słowo czyniły zbytecznym, milcząca praca w laboratorium i w klinice, milczące
przyjmowanie pacjentów, milcząca nieomal maszyneria opieki zdrowotnej – ledwie
można było nazwać to opieką – i zwalczania chorób, milczący język, którym porozumiewałem
się, którym my się porozumiewaliśmy, milczący jak bezkres, w którym znajdował się cel owego
działania i znajduje się jeszcze dzisiaj, dzisiaj oczywiście, bez mojego ku
niemu dążenia. Może być, iż w mym wstręcie do miejskiego porządku zawarty był
strach przed utratą wielorakości życia, gdyż jak wielorakim człowiek by nie
był, gdy raz obrał jakąś drogę i z nią się zespolił, nie może on już dłużej z
wielorakości swej korzystać; pozostaje na niej i już nic nie może go z niej
wyrwać. Niemniej, jeśli właśnie tak miało się to odbyć, czego już oczywiście
nie odważyłbym się twierdzić, bowiem wszystko oddaliło się ode mnie niczym
dawno pierzchły sen, to cóż otrzymałem w zamian? czyż miasto, z którego
uciekłem, nie jest także ułożone w swym pejzażu, podobnie jak wieś, w której
teraz się udzielam? czy jego porządek nie jest tak samo częścią wielkiego
człowieczeństwa? Czy szukałem samotności? Cóż, samotnie przemierzam lasy,
samotnie chodzę po górach, a mimo wszystko są dla mnie obrzeża pól, jest dla
mnie owo bytowanie w stajniach i na podwórzach, jest dla mnie wiedza o starych
kopalnianych korytarzach głęboko pode mną we wnętrzu góry, jest dla mnie owa
ludzka istota i jej wszystek czyn pomiędzy zwierzęciem i rośliną większym
uspokojeniem aniżeli wszystko to jest nim samym w sobie, ba, karabinowy strzał
w lesie pozwala mi znowu czuć jako ogniwu ludzkiego porządku i bytu; aczkolwiek
jest to w sobie zamknięte i bez celu. Dlaczego w mieście odczuwałem porządek
nie jako porządek, lecz jako przesyt człowieka samym sobą, jako uciążliwą
niewiedzę, podczas gdy tutaj pełen jestem współuczestnictwa? Odrzuciłem
poznawanie, aby poszukiwać wiedzy, która ma być silniejszą niż poznanie,
wystarczająco silną, aby przeznaczony człowiekowi czas na poruszanie się na
stopach w tę lub inną stronę, na pozwolenie spoczęcia oczom tu i tam, aby ten
krótki okres pobytu na Ziemi zapełnić prawie radosnym oczekiwaniem, wiedza,
uwolniona od zapomnienia, wypełniona przez wczoraj i przez jutro, wypełniona
sensem minionym i przyszłym: to było moją nadzieją. Czy ta nadzieja się spełniła?
Zapewne, również w zapomnieniu nic nie ginie i wszystko, co kiedykolwiek było,
jest we mnie i teraz jak niegdyś obecne; nasz statek staje się tym cięższy im bardziej
zbliża się do portu, jeszcze ledwie tylko statek, już prawie sam ładunek, już niemalże
nie w drodze, w bezruchu na spokojnym lustrze wieczoru, tak dobija, nieważki pomimo
ogromnego ładunku i nikt nie może powiedzieć czy tonie, czy rozprasza się w
chmurach, ale my nie znamy ani naszego ładunku, ani portu do którego zmierzamy,
niezbadane są wody, po których pływaliśmy, niezbadane niebo, co nad nimi się
skłania, niezbadana jest własna nasza wiedza, która rosnąc nam umyka. Rok
przemijał po roku, odkąd uciekłem w to miejsce pełen niecierpliwości, aby
wykorzystać ostatnią fazę czasu, uciekłem przed stopniowym poznawaniem poprzez
cierpliwą pracę badawczą naukowego życia, na powrót życiu własnemu oddany, bez
szczęścia, a jednak szczęśliwy, bo czułem, jak moja wiedza rośnie, przeszłe i
przyszłe zrastało się w jedno, ale tak nieuchwytnie, że jak gdyby przeczuciem tylko
było, zwycięstwem i przegraną zarazem. I ponieważ chcę to teraz zapisać, to niezapomniane
w zapomnieniu, ponieważ chcę to naszkicować, to niewidzialne w widzialnym, czynię to
z pełną nadzieją młodego i pełną beznadzieją zestarzałego człowieka, uchwycić sens tego,
co się wydarzyło i co się jeszcze wydarzy, zanim będzie za późno.
     I spisuję to, ponieważ na zewnątrz pada śnieg i ponieważ się
ściemnia, chociaż jest jeszcze wczesne popołudnie. A właściwie chciałbym tylko zapisać,
jakbym inaczej miał to zapomnieć, że nie zawsze leżał tu śnieg i że w tym roku wiele tu
po sobie różności nastąpiło, kwitnienie i owocowanie i żywiczny zapach lasu, woda, która
kapała i sączyła się po ścianie Kuppronu, wiatr, który nadszedł z daleka i znowu uleciał,
światło, które paliło się i znowu wygasło, i niebo, które było dniem i znowu nocą. Wszystko to
działo się bowiem w czasie, gdy biło moje serce, dział się wiatr, słońce i chmury, i przepływały
przez moje serce i poprzez moje dłonie.
Hermann Broch, Die Verzauberung - Vorwort (1935)
tłumaczenie z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszynski)
© Suhrkamp Verlag Frankfurt am Main 1969
* tytuł własny redakcji pisma -wędrowiec-
|