|
lato'05 |
reportaże  strona główna |
|
Ten, co zrobił taką krzywdę... monika gierko-libicka
„Bóg
dał Salomonowi wielką mądrość... Wielu
jego poddanych przychodziło do niego prosić o sprawiedliwość. Pewnego dnia przyszły dwie kobiety, które nawet w sali
tronowej nie przestawały wyrywać sobie
z rąk tobołka. Okazało się, że
było to niemowlę, do którego obie
rościły sobie prawo... Król pozwolił im chwilę krzyczeć i wymieniać argumenty, a potem rozkazał: - Przynieście miecz! Kiedy to uczyniono, Salomon rzekł
do jednego z dworzan: - Ponieważ obie twierdzą, że są
matkami tego dziecka, przetnij je dokładnie na pół i daj każdej połówkę! Natychmiast prawdziwa matka
krzyknęła: - Nie zabijaj go! Niech raczej ona
je zabierze! A druga powiedziała: - Dalej, zrób to, co kazał król!
Tak będzie sprawiedliwie! -Zatrzymaj się! – zagrzmiał
Salomon. – Nie rób krzywdy temu dziecku! Chciałem poznać prawdziwą matkę! Daj
jej to maleństwo!” wersja
1. Babcia kocha Adriana, a mama dała go skrzywdzić. Cały problem w tym,
że od razu nie polecieli do doktora. Doktor Ryba z przychodni na Malczewskiego obejrzał
Adriana dopiero tydzień po przywiezieniu
chłopca do Warszawy. Miesiąc później
pani kurator powiedziała im: –Trzeba było brać wnuka pod pachę i
natychmiast do lekarza pierwszego kontaktu. Tylko, kto wtedy był taki
mądry? Żeby wiedzieli, jak się sprawy potoczą, to pewno odżałowaliby te pieniądze
na taksówkę do lekarza w Grodzisku. Pani
Hania jednak uwierzyła córce. – Adrian to rozdrapał – powiedziała przez
telefon Monika – bo go pogryzły komary. Teraz pani Hania mówi,
że wszystkie dziadki, zanim wezmą wnuka do siebie, najpierw powinni pojechać do
lekarza na badanie: sprawdzić, czy cały. Pani
Hania twierdzi, że dawniej nie miała z Moniką problemów. Wprawdzie tak, jak
rodzeństwo, dziewczyna skończyła szkołę
specjalną, ale to właśnie ona przynosiła co roku w czerwcu świadectwa z
czerwonym paskiem. To ona była z całej
trójki najrozsądniejsza. Kłopoty zaczęły się w trzeciej klasie zawodówki, gdy
Monika przeprowadziła się do babci Feli. Mieszkali wtedy w piątkę w jednym pokoju przy Narbutta i było im za ciasno. Babcia Fela pierwsza
zauważyła, że wnuczce piersi się powiększyły i ciągle śpi. Gdy
okazało się, że Monika jest w
ciąży, była straszna awantura. Przecież miała tylko 18 lat, z chłopakiem żadnym
nie chodziła, a tu nagle taka historia.
– W domu musiała być zawsze przed dziesiątą. Na wesele chciała jechać
dwudniowe, to nie puściłam. Ale czy to człowiek dzieciaka upilnuje? –
wspomina pani Hania z rezygnacją. Potem przez
pół roku płaciła córce ZUS, żeby szpital był za darmo. Sama tak to
przeżyła, że mało nie wylali jej z pracy. Pracowała wtedy jako pomoc kuchenna w
restauracji „Flik”. W końcu poszła na półroczne zwolnienie. Chłopaka, który
zrobił Monice dziecko, poznała już po narodzinach Adriana. Wymogła na nim
uznanie ojcostwa małego. Przysłał potem może ze trzy razy zasądzone alimenty i
więcej się synem nie interesował. Gdy teraz ją pytam o najszczęśliwszy dzień w życiu,
mówi, że to był dzień, w którym urodził się jej wnuk... Początkowo Monika
mieszkała z dzieckiem u babci Feli. Potem, gdy poznała Tomka i zaczęła fruwać na randki, pani Hania zabrała ją
z powrotem do siebie. Bo kto to widział, żeby dziecko w domu cały dzień, a
matka nie wiadomo gdzie... W
międzyczasie przeprowadzili się do
większego mieszkania po drugiej stronie
Mokotowa. Adrianem opiekowała się właściwie cała rodzina, ale najczęściej
zostawała z nim bliźniacza siostra Moniki, Ewa. Tak było przez trzy lata, do
czasu, gdy Monika wzięła z Tomkiem ślub i wyprowadziła się z dzieckiem
do domu teściów na wieś. Wesele zrobili w remizie w Grodzisku i wtedy było pierwsze nieporozumienie. Pani Hania
twierdzi, że teście do dziś się z nią
nie rozliczyli, a po weselu to zabrali
d... w troki i zostawili ich, jak pachołki, do sprzątania. Przez cztery
godziny szorowała gary i myła podłogi
ryżową szczotą. A czy ktoś jej
potem podziękował? Nawet się nie zapytali, czy ma za co wrócić do domu! Wtedy jednak jeszcze nic złego się nie
zapowiadało. Byli zadowoleni, że mały będzie miał ojca i wychowa się na wsi. - Świeże powietrze, mleko... Miał gdzie latać,
a nie to, co tu w mieście.- mówi ojciec Moniki, pan Marek- Miało
być dobrze... Ale nie tak, jak mu zrobili... Ewa jeździła do siostry w odwiedziny. Teraz mówi,
że chciała się upewnić, czy Adrianowi nie dzieje się krzywda. Uważa, że mały
był zastraszony i bał się ojczyma. Jej zeznania mają jednak dla sądu małą wartość ze względu na lekkie
upośledzenie umysłowe dziewczyny. Wtedy, w
październiku 2002 roku, Ewa pojechała po Adriana dwa razy. Za każdym razem wracała sama, bo
mały chorował. Gdy w końcu przywiozła go
w sobotę, 19 października, pani Hani nie było w domu. Podobno już w sobotę
Ewa zauważyła u dziecka coś dziwnego nad siusiakiem, a pani Hania
oglądała to w niedzielę rano, jak mały wstał. Monika przez telefon powiedziała,
że to od komarów i że za dwa dni przywiezie maść. Przyjechała,
obejrzała i postanowiły, że Adrian zostanie jeszcze kilka dni, bo tam na wsi akurat
jest drugie wesele. Żenił się brat Tomka. Adrian narzekał trochę, że go jąderka bolą,
ale dopiero po tygodniu bratowa pani Hani zwróciła im uwagę, że to nie żaden
komar. – To jest naderwane albo
naderżnięte... Na drugi dzień
poszli do przychodni na ostry dyżur. Dr Ryba, w przeciwieństwie do sądu,
rozumie, dlaczego babcia tak długo zwlekała z pójściem do lekarza. Pamięta, że
pani Hania była bardzo zaniepokojona źle gojącym się strupem nad genitaliami
wnuka. – W momencie, gdy badałem Adriana, rana była zestarzała, miała co najmniej dwa
tygodnie - przypomina sobie doktor. – Nie
goiła się dobrze, ale nie wymagała natychmiastowej ingerencji. Tłumaczenie matki chłopca mogło uspokoić babcię: że krosta, że komar, że zakaziło się. To ja
nakręciłem babcię do działania. Stwierdziłem, że ktoś skaleczył to dziecko. Gdy doktor Ryba powiedział, że nie może wykluczyć
molestowania, pani Hania postanowiła zatrzymać wnuczka u siebie. Wtedy Monika przyjechała po małego w obstawie. Myśleli,
że jak we trzech chłopa przyjadą, to mnie
przestraszą – mówi pani
Hania. – Wezwali policję. Ja im
powiedziałam, że dzieciak przyjechał od
córki okaleczony, a na pytanie „ kto to
zrobił” – mówi: „tata num jaja” i pokazuje klockiem, jakby ciął. Policja kazała babci zatrzymać chłopca do
wyjaśnienia sprawy, a Monikę i jej męża zobowiązała do stawienia się na drugi
dzień na komendzie. Pani Hania jest
przekonana, że sprawa była „mataczona” od tego drugiego dnia. Dlaczego nie
przesłuchano doktora Ryby, którego godziny dyżuru ustalono w jej obecności?
Dlaczego nie wysłano jej natychmiast do biegłego, i dlaczego musiała się błąkać
w poszukiwaniu lekarza? Po co tracili
czas u dermatologa na Kieleckiej i
dyżurnego ginekologa w szpitalu na Malczewskiego, który powiedział, że
może dziecko zbadać, ale on po sądach przez trzy lata włóczyć się nie będzie? Dopiero
pediatra z przychodni doradziła, gdzie znaleźć biegłego sądowego. Trzynaście dni po przyjeździe
Adriana do babci biegły sądowy
napisał: „Rana cięta skóry moszny na długości 3 cm. Wykonana
prawdopodobnie narzędziem ostrym. Obrzęk i zasinienie członka”. Ustalił też, że obrażenia u
małoletniego powstały co najmniej czternaście dni przed datą badania. Później podczas przesłuchania w prokuraturze biegły
zeznawał, że „członek miał około trzykrotnie zwiększoną objętość, jak u
chłopców w tym wieku, był zasiniony i niemal czerwony. Tego typu uraz mógł powstać na przykład w przypadku
bardzo silnego ssania”. Pani Hania postanowiła
walczyć o wnuka, ale Monika wytoczyła ciężkie działa. Zeznała na komendzie, że jej ojciec nadużywa alkoholu i śpi z nożem pod poduszką, a Adriana skaleczyła jej szurnięta siostra Ewa.
Ewa nie robi
wrażenia osoby szurniętej. Ładna i delikatna,
zaskakuje swoją „normalnością” i
spokojem. Od czasu ślubu – mówi – Monika bardzo się zmieniła. Może jest tak zakochana,
że próbuje osłaniać swojego męża? A Adrian za to płaci... – Zaprzecza oskarżeniom siostry na temat ojca.
– Mój tata nigdy by Adriana nie tknął. To
brednie. Podczas przesłuchania w sądzie Ewa zeznała, że
Adrian na dźwięk słowa „tata” był wyraźnie przestraszony i mówił „tata-
nie”. Przypomniało jej się też, że gdy wcześniej
jeździła po siostrzeńca do Osowca, nie pozwolono jej wziąć go na ręce , „bo miał
coś z jąderkami”. Z kolei bratowa
pani Hani, Marta, podejrzewa, że Tomek usiłował Adriana brutalnie oduczyć
siusiania. – Jak wyjeżdżał do nich w czerwcu, to sikał w pieluszki, a po miesiącu za
każdym razem wołał na nocnik. Był zastraszony. Jej własne dzieci, które jeździły w tym czasie do Osowca, mówią,
że jak Adrian widział Tomka, to nieruchomiał. Ale czy można im wierzyć? Nie
jest pewna. Za dużo już słyszały... Tydzień po wizycie
u lekarza biegłego pani Hania została wezwana do sądu. W międzyczasie pozytywną opinię wystawiła jej kurator środowiskowa, Ewa Kasprzyk. W swoim raporcie napisała, że
Adrian przy niej powtarzał „’pani’, wskazując na mnie, oraz ‘tata num (ew. bum) jaja’ co mogłoby
wskazywać, że został uderzony w genitalia bądź straszony nożem.” Kurator kazała babci kupić łóżeczko dla
wnuczka i być dobrej myśli. Sędzi jednak nie
podobało się, że babcia poszła z wnukiem do lekarza dopiero po tygodniu.
Wyjaśnienie, że uwierzyła tłumaczeniom córki o komarach, nie było wystarczające. Obecna przy przesłuchaniu kurator Alicja Ziemiańska
wspomina szereg wątpliwości związanych z tą sprawą i dużo działań dodatkowych
podjętych w celu wyjaśnienia, kto to zrobił.
Jednak na tym etapie nie można było nic przesądzić. Równocześnie prokuratura
rozpoczęła własne postępowanie z art. 200 par. 1 k.k., tj. w
sprawie doprowadzenia małoletniego do poddania się czynnościom seksualnym. Tymczasem sąd zdecydował,
że „dobro dziecka jest zagrożone”, i postanowił „w trybie natychmiastowym umieścić małoletniego w placówce
opiekuńczo-wychowawczej do czasu zakończenia niniejszego postępowania”. W
uzasadnieniu wykorzystano opinię
biegłego chirurga. Pominięto jednak istotny
szczegół dotyczący prawdopodobnej
daty powstania obrażeń. Chłopiec został
okaleczony przed 14 września, a do babci przybył pięć dni później. Zgodnie z sugestią
biegłego sądowego dziecko należało dokładnie zbadać, więc Adrian najpierw
trafił do szpitala przy ulicy Kopernika. W szpitalnej karcie
obserwacji pacjenta nie ma śladu badań psychologa czy seksuologa. Psycholog
Maria Keller-Hamela z Fundacji „Dzieci Niczyje” uważa, że prokurator powinien był zlecić
natychmiastowe badanie psychologiczne. Należało to uczynić w ciągu kilku dni,
bo dzieci dość szybko zapominają, wyrzucają do podświadomości fragmenty
pamięci, a nowe przeżycia nakładają się
na posiadaną wiedzę i zamazują właściwy
obraz. Są różne metody badań, niekoniecznie zmuszające dziecko do wypowiedzi
werbalnych. Korzysta się m.in. ze
specjalistycznych testów, ilustracji.
Dziecko może narysować to, czego nie jest w stanie opowiedzieć. Po dwóch tygodniach
Adriana przewieziono do domu dziecka przy ulicy Nowogrodzkiej. - Bardzo łatwo jest umieścić dziecko w placówce.
Bywa, że od decyzji sądu do wykonania mijają
dwie godziny i dziecko ląduje u nas. Dużo trudniej jest je stąd wydobyć
- mówi dyrektor placówki, Maria Kolankiewicz. W przypadku Adriana trwało
to półtora roku, dokładnie 545 dni… Babcia wystąpiła z
wnioskiem o ustanowienie rodziny
zastępczej i wynajęła panią adwokat, specjalizującą się w sprawach
rodzinnych. Jednak sprawa o ograniczenie władzy rodzicielskiej Moniki
wlokła się. Strony się
odwoływały. Dwa miesiące po rozpoczęciu postępowania akta sprawy przeniesiono do sądu w Żyrardowie, bliżej miejsca
zamieszkania matki. To skomplikowało proces powoływania świadków z Warszawy,
którzy słyszeli, jak Adrian w pierwszych miesiącach obwiniał ojczyma.
Przesłuchiwano ich przed Sądem Rejonowym na Ogrodowej, a potem akta przesyłano do Żyrardowa. Momentem przełomowym miało być tzw. badanie RODK,
czyli zlecona przez sąd psychologiczno-socjologiczna ocena obu stron konfliktu.
Babcia Adriana była pewna, że tu prawda
wyjdzie na jaw i mały wróci do nich. Tymczasem okazało się, że najlepszą opinię otrzymał ojczym dziecka, a
babcia z dziadkiem wypadli na testach słabo.
U pani Hani stwierdzono
skłonność do moralizowania innych i nikłe umiejętności
okazywania czułości dziecku. – Jak
miałam okazać mu czułość, kiedy mnie do niego w ogóle nie dopuszczono? Popisali
tam takie głupoty, bo im się nie spodobało, że nie mam okularów i nie mogę
odczytać testu. Wzruszały ramionami, to im powiedziałam do słuchu. Psycholog z Zespołu
ds. Pomocy Ofiarom Przestępstw przy Urzędzie Miasta, mgr Barbara Mierkowska, uważa,
że ta opinia budzi poważne wątpliwości. Jest napisana chaotycznie, mało
wnikliwie, a wnioski są nielogiczne. Podkreśla małą odpowiedzialność badających psychologów za
przytaczane, nie zweryfikowane informacje o schizofrenii dziadka czy o „wychowawczo przydatnych predyspozycjach
ojczyma”. Profesor Maria Łopatkowa
z Fundacji „Dziecko” mówi, że bardzo
często oceny RODK są nietrafione.-
Próbowaliśmy ustalić podstawy wydanej
opinii, ale uniemożliwiono nam wgląd do dokumentów. Na wszystko trzeba zgody
sądu, a to trwa. Pani Hania
twierdzi, że domy dziecka współdziałają
z sądami i stąd ta opinia. A w domu dziecka babci nie lubią. – Babcia ma dobry kontakt z Adrianem – stwierdza pani dyrektor – ale nie baczy na niego, kiedy się awanturuje
i wykłada swoje racje. Tyle razy tłumaczyłam jej, że nie
powinnyśmy rozmawiać przy dziecku. Niestety,
ona go nie osłania, lecz nim walczy i to jest dla mnie niepokojące. Wśród
personelu placówki panuje opinia,
że babcia o wszystko się wykłóca.
Skarży wszystkich i wszystko, zasadnie
i bezzasadnie. Nawet prokuraturę na
nich nasłała, jak Adrian spadł z krzesła i się potłukł. Wychowawczyni chłopca nie potrafi ukryć wyraźnej niechęci do babci- pieniaczki.
Na oddziale pielęgniarki potwierdzają jej opinię. –Raz to mnie tak wyzwała, że aż mi się płakać chciało. Powiedziała, że
mi buzię powyciera – żali się jedna.
– Ja się awanturuję, tylko jak mam rację. Adrian już raz został skrzywdzony i to wystarczy – tłumaczy pani Hania. – To dzięki mnie wywiesili w końcu jadłospis,
bo tak nie mieliśmy pojęcia, co oni tu jedzą. A on wiecznie głodny. Panie z domu dziecka uważają, że babcia ma
obsesję na punkcie jedzenia. Próby
potwierdzenia w otoczeniu babci negatywnych opinii o jej rodzinie i o niej
samej nie udają się. Sąsiadka z kamienicy, zapytana przeze mnie, aż się
zachłystuje z oburzenia: - Proszę pani, to spokojna rodzina, a
Hania – dobry człowiek. Walczy o
to dziecko, stale jeść mu nosi... A jak ona tyra! Co ona winna, że jej chłop
chory! W podobnym tonie wypowiada
się prezes mokotowskiego hospicjum, pani Magdalena Hozer, która zna Hanię od
wielu lat: – Styrana życiem, ciężko
doświadczona, ale uczciwa i pracowita.
Udziela się w woluntariacie. Podobnie jest w
ośrodku rehabilitacyjnym, do którego pani Hania prowadza Adriana trzy razy w
tygodniu. – Babci należą się brawa za
wytrwałość - mówi jeden z
terapeutów. Ten ośrodek to dla babci bardzo ważny argument. Uważa, że gdyby
Adrian wrócił na wieś, na to odludzie (do najbliższej stacji 9 kilometrów – podkreśla), to go
zmarnują, bo nikt nie zadba o jego rozwój. – Ze względu na opóźnienie umysłowe mały rzeczywiście wymaga regularnych zajęć – mówi mgr Ewa Ziemka, psycholog z
Ośrodka Wczesnej Interwencji, która od
pięciu lat prowadzi terapię dziecka. – Babcia trzy razy w tygodniu przywozi go do
nas, a matka wypisała zaraz po przeprowadzce. Po to, by Adrian
mógł chodzić na terapię, pani Hania zmieniła pracę. Zatrudniła się jako
sprzątaczka w dwóch firmach. Wstaje o czwartej rano, do pracy na piątą, wraca o
siódmej. Po Adriana na ósmą, potem na terapię, a po południu znów do pracy.
Każde wyście z domu dziecka to dla Adriana wielka radość, więc babcia stara się
odwozić go jak najpóźniej. Pani Hania wie, że wychowawczynie krzywo na to patrzą.
Najgorsze jest to, że sąd zabronił jej zabierać małego do domu. Kiedy więc
kończy się terapia, a Adrian jest głodny lub spragniony, pozostaje im ławka w
parku lub gościnny dach pobliskiego
hospicjum. Przez kilka
tygodni pani Hania z pomocą jednej z
warszawskich gazet walczyła o prawo zabierania wnuka do domu na święta. Ma całą
teczkę pism wysyłanych do sądu z prośbami o wypuszczenie małego na przepustkę. Wszystkie
zostały załatwione odmownie. Sąd w
Żyrardowie jest nieugięty. Babcia twierdzi, że akta sprawy przeniesiono tam, bo
łatwiej nimi mataczyć. Szczególnie, że wujek jej zięcia jest policjantem w Grodzisku.
–
A Monika jest zastraszona i chroni pedofila... – mówi. wersja 2 To mama kocha Adriana, a
babcia walczy o kasę. Wbrew sugestiom
pani Hani jej córka nie wygląda na zastraszoną. Bardzo chętnie umawia się na
rozmowę. Wieś Osowiec położona jest w iglastym lesie, wzdłuż asfaltowej drogi.
Ładne, zadbane domy sprawiają raczej wrażenie letniskowych willi niż wiejskich gospodarstw. Do domu, w którym
mieszka Monika, skręca się w polną drogę, jedzie dwieście metrów przez las i trafia
na zalane słońcem, puste pole. W oddali
stoi drewniane gospodarstwo – dom i dwie obórki otoczone rozpadającym się płotem. Monika właśnie rozwiesza na słońcu stertę burych szmat. – Właśnie wyprałam pieluszki Rafała – mówi
i prowadzi mnie do domu, który dzieli z teściami, mężem, jego dwoma braćmi i szwagierką. W domu panuje smród i zaduch. Brudno jest wszędzie,
ale dopiero łazienka pokazuje „możliwości” trzech kobiet pod jednym dachem. Wygląda
na to, że wszystkie jednakowo nie lubią sprzątać. Pokój, w którym
gnieździ się Monika, jej mąż i ich roczny
syn, ma nie więcej niż 8 metrów kwadratowych. W środku stłoczone: regał, stół, dwa krzesła, wersalka
i łóżeczko. Na pytanie o ewentualne miejsce dla Adriana, a właściwie jego brak, Monika wskazuje na przystawiony
stołem, składany fotel. Na oko widać, że nie da się go rozłożyć bez wystawiania
mebli na korytarz. Monika,
tak jak siostra, jest ładna i zgrabna. Jest zaniedbana. Rozjaśniane,
przetłuszczone włosy w nieładzie rozsypują się na jej ramionach. Mówi trochę
nerwowo, ale z dużym przekonaniem. Odnoszę wrażenie, że powtarzała to wszystko
już wiele razy i zna na pamięć odpowiedzi na moje pytania. Na to najważniejsze – „kto skaleczył
Adriana?” – rozwija barwną opowieść o komarach, krostce i drapaniu. – Pojechaliśmy do doktórki, obadała go i przepisała
mu maść. I jeszcze kropelki zyrteks. – Kiedy to było? – pytam. – W sierpniu. – Ale
Adriana ktoś zranił dwa miesiące
później... Monika nie rozumie, skąd jej mama wzięła jakieś
nacięcie na trzy centymetry i dlaczego opowiada takie niestworzone historie. Przecież traktowała zięcia jak syna... Zastanawiam się głośno, czy małego mógł ktoś zranić bez jej wiedzy. Monika to
wyklucza. Na męża złego słowa nie da powiedzieć. O tym, że mógł być sprawcą,
nie chce słyszeć. Opinia biegłego ma dla niej takie samo znaczenie, jak
notowania na giełdzie. Nie rozumie. Nie ma pojęcia, o jakim nacięciu mowa. Utrzymuje, że jej ojciec
często wszczynał awantury i może być niebezpieczny. –Jak przychodził pijany, wszystko, co ostre, chowałam. Matka gazetami
okna wyłożyła, żeby sąsiedzi nie widzieli.
Ma pretensje do matki, że ją
do szkoły specjalnej „wstawiła”. Nauka szła jej ciężko, miała dwóje; to zamiast
siąść z nią i pomóc, zamknęła ją w
szkole specjalnej. To było jak więzienie. Wszystko
ją mniej kosztowało: książki,
wycieczki, kolonie. Wszystko
było za darmo, ale z córek zrobiła wariatki. Chcą z mężem, żeby
Adrian wrócił do nich. Gdy mówi o tym, jak ją boli, że chłopiec jest tyle czasu
w placówce, na jej twarzy utrzymuje się
ten sam pogodny uśmiech. Mam wrażenie,
że Monika nie zdaje sobie w pełni sprawy z dramatu jej starszego dziecka. Teść Moniki ma żal
do pani Hani, że z jego syna pedofila robi. Przecież gdyby ktoś Adriana
skaleczył, to by zaraz zauważyli. A oni
szanowali go jak swojego. – Wychowałem trzech synów i nigdy w życiu
czegoś takiego nie przeżyłem. W tym
domu to się na tysiąc procent nie wydarzyło,
bo tu nie ma takich zboczonych ludzi. Ten, co zrobił taką krzywdę... – głos mu się łamie –
nie wiadomo, czy za to odpokutuje... Wszyscy uważają, że
pani Hania robi to dla pieniędzy. Jak weźmie Adriana, to forsę zgarnie. Podobno już komuś w domu dziecka mówiła, co za to kupi. Po weselu odgrażała się, że
sobie straty odbije. Poszło o rozliczenie wydatków. Mieli jej zwrócić część
pieniędzy, a przecież oni też koszty ponieśli. Chcą, żeby Adrian wrócił, bo kto
to widział, żeby tu matka była, a jej dziecko u babki. Jednym ze świadków w
sprawie przed żyrardowskim sądem jest kuzynka, mieszkająca w pobliżu. – Adrian lgnął do nowych dziadków! – jej
pulchna twarz jest czerwona od emocji, gdy o tym mówi. – Było mu tu bardzo dobrze, a babcia zabrała go podstępem, pod pretekstem pomocy. Pamiętam, jak później
zadzwonił telefon, że dziecko jest
skaleczone. Tomek został zbluźniony. To
były okropne słowa. Szok! Mąż Moniki, Tomek,
niewysoki blondyn o zaskakująco dziecinnej twarzy, mówi spokojnie, ściszonym głosem. Patrzy w podłogę albo w bok. Na jego twarzy nie widać emocji. Czy
w ogóle była jakaś rana? Ma wątpliwości. Przecież, gdyby zrobił Adrianowi krzywdę, to dzieciak by
pamiętał i się bał. A mały do niego
leci. Jak nie ma babci w pobliżu. Babcia
każe Adrianowi mówić, że tata go bije... Nie, nie traktuje Adriana jak obcego. – Rodzice
na początku byli przeciwni, ale jakoś go polubili. Babcia upiera się przy
swojej wersji, bo gdyby Adrian wrócił na wieś, to jej by się sufit na głowę
zawalił. Nie wie, kto mógł
skaleczyć chłopca. Babcia ma do nich żal, bo jak przyjeżdżała do Osowca, to nie
leciał do niej, lecz do jego mamy. Nawet dom dziecka ma babci dosyć. Jest
nerwowa. Nieobliczalna. Nie chcieliby, żeby do niej poszedł... Jak odwiedzają Adriana, boją się przywozić
drugie dziecko... żeby i jego nie stracić. wersja 3. Adrian czeka na Salomona. – To bardzo trudna sprawa. Cieszę się, że to
nie ja muszę orzekać – mówi przewodnicząca
Wydziału Sądu Rodzinnego w Żyrardowie i prowadzi mnie do gabinetu koleżanki,
której tę sprawę powierzono. Sędzia Elżbieta Chmielewska
przegląda grubą teczkę akt sprawy Adriana. –Tych
papierów jest tyle, bo babcia cały czas się odwołuje i pisze do wszystkich. Ja muszę się do tego
ustosunkowywać i tak czas leci. Ostatnio sędzia musiała wziąć urlop, bo jeden
z krajowych brukowców prześladuje ją za
odmowne rozpatrzenie prośby babci o zabranie Adriana na Wielkanoc. Piszą okropne
artykuły, a ostatnio zrobili na nią w sądzie polowanie z aparatem
fotograficznym. Musiała wymykać się
bocznym wyjściem. – Od początku nie zgadzałam się na
jakiekolwiek jego wyjścia z domu dziecka – w głosie sędzi nie ma wahania. – Nie mogę wyróżniać żadnej ze stron. Nie mam pewności, gdzie to się
stało i kto go okaleczył. Okazuje się, że opinia biegłego, precyzująca datę
okaleczenia, jest mało istotna. – Wie
pani, jak to jest z ranami. Czy jak pani ogląda zabliźniający się strup, to
może pani na sto procent ustalić datę zranienia? Czy to było siedem czy
dziewięć dni temu? Poza tym, sędzia nie rozumie, dlaczego pani Hania
czekała aż tydzień zanim zjawiła się z Adrianem
u dr Ryby. Opinia tego lekarza, potwierdzająca wersję babci, raczej nie przebije się przez mur
podejrzliwości. Szczególnie, że sędzia nie widzi potrzeby, by go powoływać na
świadka. Decydujący jest fakt, że toczące się w Warszawie śledztwo w sprawie podejrzenia o molestowanie Adriana,
zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy. Zastanawiam się głośno nad uczuciami
człowieka, która musi decydować w tak bolesnych sprawach. – Proszę pani! – przerywa mi sędzia – Gdybym miała się tym emocjonować, to bym zwariowała! Profesor Maria Łopatkowa, założycielka i
prezes fundacji „Dziecko”, uważa, że problemem jest właśnie powszechny brak empatii sędziów dla dzieci, których losy zależą od ich decyzji. – To swoisty emocjonalny analfabetyzm. Sędzia
nie potrafi sobie wyobrazić, co takie dziecko, oddzielone od bliskich przez półtora roku, może czuć! –
denerwuje się pani profesor. Kurator Alicja
Ziemiańska broni sędzi. Ta sprawa była od początku dramatycznie trudna. – Niewątpliwie to dziecko ktoś okropnie
skrzywdził, a my nie mogłyśmy ustalić, kto to zrobił. Matka twierdziła, że oddała babci dziecko zdrowe, a gdy chciała
je zabrać, nagle okazało się, że jest
okaleczone. Szef Prokuratury
Rejonowej Warszawa-Mokotów, Zbigniew Żeleźnicki, uważa, że prokuratura zrobiła
wszystko, co do niej należało. Sprawy o molestowanie zawsze są trudne,
bo na ogół sprawcy się kamuflują i nie
ma dowodów. Na moje pytanie, dlaczego chłopca od razu nie poddano badaniu
psychologicznemu, prokurator przekazuje zaskakującą informację od prowadzącej
śledztwo prokurator Brzeskiej-Zbieć: W
momencie przestępstwa dziecko miało dwa
lata i nie mówiło. Prokurator Brzeska z dziennikarzami nie rozmawia. Rozprawa Sąd w Żyrardowie
pochylał się nad losem Adriana szereg razy. Przesłuchano w sumie dziesięciu świadków. Na pięć dni przed rozstrzygającą
rozprawą siostra Moniki, Ewa, składa zaskakujące oświadczenie. Pisze w nim, że
zeznawała dotąd przeciw siostrze, bo matka uprzykrzała
jej życie, po prostu męczyła. Matka nie
ma w ogóle cierpliwości do dzieci, jest nerwowa, schorowana i zależy jej
wyłącznie na pieniądzach, nie na dobru dziecka. Na koniec dodaje, że
chciałaby, aby to pismo trafiło do rąk
sędziny i żeby nikt z otoczenia się nie dowiedział. 21 maja 2004 sędzia
Chmielewska na posiedzeniu niejawnym postanawia umieścić małoletniego u matki pod
nadzorem kuratora, a wniosek Hanny Chruszczyńskiej o ustanowienie rodziny
zastępczej oddalić. W obszernym uzasadnieniu
sąd wyjaśnia, że główny wpływ na
decyzję miał ponad dwutygodniowy okres, jaki upłynął między przybyciem Adriana
do babci, a jej wizytą u biegłego oraz pisemne oświadczenie siostry Moniki, Ewy.
Sąd zauważa też, że zeznania innych świadków
pozostają w sprzeczności z opiniami
psychologicznymi. Opiera się tu na badaniach dziecka, zrobionych dopiero dziewięć
i dwanaście miesięcy po zgłoszeniu przestępstwa. Sąd podkreśla, że biegły, badający
chłopca tuż po zdarzeniu, nie był w stanie nawiązać z nim kontaktu słownego.
Fakt, iż biegły ten jest chirurgiem, a
nie psychologiem nie ma znaczenia. Poza tym sąd oparł swoją decyzję na opinii
RODK. „Kandydat na rodzinę zastępczą – czytamy w uzasadnieniu – powinien mieć lepsze predyspozycje opiekuńcze niż
rodzic, który w pierwszej kolejności ma prawo do wychowania dziecka.”
Po wyroku Z Moniką spotykam
się miesiąc później w Ośrodku Wczesnej Interwencji na Pilickiej. Okazuje się,
że kurator dopilnował, by regularnie jeździła z dzieckiem na terapię do
Warszawy. Mówi, że są bardzo szczęśliwi z powrotu syna. Mały dużo siedzi na
dworze, bawi się z bratem i ciągle pyta, kiedy tata wróci z pracy. Monika nie
ma ochoty na kontakty z matką, która
wniosła już o apelację. Podobno Adrian czasem
wspomina, jak babcia
mówiła, że mama jest głupia i brzydka. Babcia też przychodzi do ośrodka. Witam się z nią i
widzę, jak bardzo jest zdenerwowana. Po zajęciach klęka przed Adrianem. Ten siedzi na ławce i patrzy na
nią z łagodnym uśmiechem. Babci po policzkach płyną łzy. Chłopiec nic nie mówi.
–Przynieść ci hulajnogę w czwartek?-
pyta babcia. Adrian odwraca głowę… Poza wniesieniem apelacji pani Hania wysłała sześć stron zażalenia do sądu w Żyrardowie.
– Będę dotąd pisać, aż ktoś się tą
sprawą zajmie. Do śmierci.- mówi, zapalając kolejnego papierosa. – Żeby
jemu tam się krzywda nie stała, to
byśmy nie walczyli o niego. Dziecka nie przebadał psycholog, bo u nas
tak jest. Tak jak z tym od Słowików... Ten, to chociaż siedzi. Ostatnio otrzymała pismo od Rzecznika Praw
Obywatelskich, do którego zwróciła się parę
miesięcy temu ze skargą na Prokuraturę Okręgową. Po przejrzeniu akt rzecznik
podzielił wątpliwości pani Hani. Uważa, że rozstrzygnięcie o umorzeniu zapadło
przedwcześnie. Nie rozumie, dlaczego
prokuratura miała wątpliwości, co do daty
powstania obrażeń u dziecka, skoro nie miał ich biegły sądowy, i
dlaczego małoletniego nie skierowano
na kilkudniowe badania psychologiczne w
Fundacji „Dzieci Niczyje” („zarówno jego wiek, jak i wypowiedzi świadczą, że
może on pamiętać, jak doszło do uszkodzenia ciała”). Poza tym z akt sprawy wynika że Adrian „był
bezpodstawnie fizycznie karcony, duszony i zmuszany do korzystania z nocnika
mimo braku potrzeby, (...) a do szpitala przyjęty był z zespołem dziecka
maltretowanego, który nie jest zazwyczaj
efektem jednego tylko urazu spowodowanego wypadkiem”. Rzecznik prosi Prokuraturę o ustosunkowanie
się do tych ustaleń. Rzecznik nie wie
jednak, co napisała w liście do sądu Ewa. – Teraz obie córki świadczą przeciw pani
– mówię. Babcia uważa, że Ewa została
namówiona do napisania tego fatalnego listu przez siostrę. Sama by tego nie
wymyśliła. Pan Marek, mąż pani Hani,
chodzi po pokoju nerwowo. – Co
ta Ewa narobiła? I po co? Teraz, jak
jemu stanie się coś złego, to będzie miała dzieciaka na sumieniu. – I
co teraz? – pytam. – Trzeba
będzie dalej próbować – mówi
zrezygnowany. – A
jak się nie uda? – To człowiek będzie musiał żyć z tym
smutkiem... Przecież już się więcej dzieciaka nie zobaczy. Jeszcze psami poszczują... |
LATO 2005 str. 1 wędrowiec © dziennikarze wędrowni |