| I II
|
Ucieczka każdego dnia dariusz hoeft
Odcinek - III
W pierwsze dni czerwca, po tygodniu deszczów, przyszedł upał. Wyciskał pot, wzbijał tumany siwego kurzu i oślepiał słońcem rozżarzonym do białości. Wtedy to właśnie Pluskwa po raz pierwszy napomknął o ucieczce. To znaczy całkiem bezpośrednio wychrypiał:
Spieprzajmy stąd.
Ale tutaj, w cieniu, jest całkiem przyjemnie – zauważyłem.
Nie chodzi o ławkę – zamachał gwałtownie rękoma. – Tak... w ogóle...
Przezornie milczeliśmy jakiś czas, żeby poukładać wszystkie myśli w należytym porządku, ale prawdę powiedziawszy nie było czego układać: w głowach zrobiło się całkiem pusto.
Zarysowany w dwóch słowach pomysł Pluskwy wymagał jednak sprecyzowania. Tym bardziej, że sam w sobie był niedorzeczny. Spieprzać można tylko z miejsca, z którego inaczej nie sposób się wydostać, chociaż bardzo się tego pragnie. Pluskwa natomiast mógł sobie pójść w siną dal choćby zaraz. Niewykluczone, że wkurzyłby się na niego jakiś urzędas za niedopełnienie formalności, ale poza tym nikogo by to nie obeszło.
Sęk w tym, że ludzie z naszego oddziału to tylko jeden w drugiego słabeusze w depresjach i nerwicach. Oprócz pewnego szachisty z nieokreśloną demencją, czyli Helmuta, pacjenta honorowego, tkwiącego tu niewzruszenie jak ta lipa, pod którą siadywał. Ot, zbieranina. Nikt groźny i wymagający stałej opieki, jak ci z oddziałów o zakratowanych oknach. Mogliśmy zażądać wypisu z dnia na dzień i zapewne większości z nas wcale by nie odmówiono. Regularnie zaganiano nas na terapię zajęciową, na grupowe katharsis, do stołówki, równie regularnie podawano leki, jednakże czas pomiędzy należał tylko do nas.
Niekiedy zresztą, korzystając ze swojej względnej wolności człapaliśmy na zewnątrz dla rozprostowania kości. Gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, to zachodzilibyśmy na piwo. Lecz nas stać było tylko na przejrzenie wystawy w sklepie i w kiosku z gazetami; interesowały nas przede wszystkim okładki miesięczników z nie całkiem ubranymi kobietami. Potem prędko zawracaliśmy do naszej podlipowej ławki i jakoś nie korciło nas, by szwendać się gdzie indziej. Miejscowi obmacywali nas nieufnymi spojrzeniami. Rozpoznawali ludzi ze szpitala po niemrawych ruchach i matowych spojrzeniach. Ich poszeptywania na stronie i znaczące uśmieszki onieśmielały i wprawiały w zakłopotanie.
Jednakże gdybyśmy odstawili leki i wtedy dopiero pokazali się między nimi, wzięliby nas za odwiedzających, albo za przypadkowych przyjezdnych; to także zależało więc od naszej woli.
Innymi słowy – mógł Pluskwa wynieść się stąd, ale nie spieprzać.
Tylko dlaczego tak powiedział? Właśnie tak? Może pragnął podkreślić, że bardzo, ale to bardzo chce być gdzie indziej? Zlekceważył MOŻLIWOŚĆ, a ponad wszystko postawił PRAGNIENIE?
Dlaczego? – zapytałem ja, a Helmut powtórzył jak sfałszowane echo:
Dlatszego, kurwa mać?
Co go tak przypiliło? Czyż było mu tu źle? Z kuchni zalatywało smażoną kaszanką. Helmut otworzył nową paczuszkę prażonego słonecznika. Ulewy już ustały. Komary pojawiały się z rzadka. Siedzieliśmy sobie wygodnie, ja po prawicy Helmuta, Pluskwa po lewicy, a przechodzący mimo zezowali na nas koso, z zawiścią.
Tu można zwariować – odpowiedział nam Pluskwa.
Nie rozumieliśmy Pluskwy – do chwili, gdy i nas dopadła przeszłość. Każdemu objawiła się inaczej. Pluskwie – jak się nam zwierzył – snem o matce i o pałacu ojca. Mnie liścikiem z kwartalnika z załączonym skromniutkim honorarium za mój esej, który tam wydrukowali. Helmutowi ankietą z Czerwonego Krzyża, bo szukał go bratanek, sprawdzano więc jego dane.
Szczęśliwy jest człowiek, który żyje dniem teraźniejszym i w dupie ma to, co było i to, co będzie. Może sobie na przykład wysiadywać na ławeczce pod lipą.
My przestaliśmy być szczęśliwi. Najpierw Pluskwa, a po nim my poczuliśmy, jak wzbiera w nas irytacja na ten bezruch i rozleniwienie. Spieszno nam już było do innych spraw, innych światów. Dotknęła nas choroba niecierpliwości.
To nie jest taka prosta sprawa zmusić się do działania tylko dlatego, że ma się jakieś plany i pragnienia. Zwłaszcza jeśli ławka pod lipą wciąż kusi, a kaszanka z cebulą jeszcze nie zbrzydła.
Minęła doba, druga, trzecia, a my wciąż dochodziliśmy co najwyżej do kiosku z gazetami, a potem prędko wracaliśmy za szpitalną bramę. Helmut dłubał pestki słonecznika i rozmyślał o bratanku, którego nigdy nie widział. Pluskwa kurzył cuchnące papierosy, wyżebrane po drodze; w ich dymie widział pewnie matkę. Ja tylko oblizywałem suche wargi i układałem wszelkie możliwe warianty dialogu powitalnego ja-żona.
Niby coś postanowiliśmy, ale jakbyśmy woleli wcale o tym nie pamiętać.
Hę – ocknął się Pluskwa tuż przed kolacją dnia czwartego – z nas są dupy wołowe.
Helmut po namyśle przytaknął.
To jest tak – wyjaśnił, powoli dobierając słowa – jak z tom blondynom pszy sklepe.
Blondyna przy sklepie miała bardzo długie nogi, za to bardzo krótką spódniczkę. Na wszystkich spoglądała wyzywająco, czując na sobie lepkie, obmacujące spojrzenia.
Chczalbysz z nio ten-tego, ale nawet nie próbujesz zagadnoncz. Polazlesz w kszaki.
I co? – wtrąciłem ja, nie bardzo rozumiejąc. Pluskwa poczerwieniał i odwrócił głowę.
On w tych kszakach wcale sze nie odlewal.
Olśniło mnie. Moi przyjaciele bywali filozofami i mistrzami dosadnych sentencji. Żeby powiedzieć to samo, co oni, ja zwykle potrzebowałem trzy razy tyle słów. I zwykle tylko powtarzałem po nich. Wtedy też jedynie przełożyłem z Helmutowego na swoje.
Czyli jesteśmy takimi duchowymi onanistami, tak? Takimi, których zadowala byle co? Namiastka zamiast prawdziwego przeżycia?
Westchnęli obaj. Nie znosili mojej paplaniny.
Dupy wołowe – sennie powtórzył Pluskwa.
Nawet nie ruszyliśmy się z miejsca.
Niewykluczone, że na tym byśmy poprzestali, wkurzeni na samych siebie, lecz nadal bezradni. Wtedy jednak ugotowano zupę mięsną. Tego było nam za wiele.
O tej nieszczęsnej zupie szeptano zresztą w każdym zakątku szpitala i wiadomość o niej poruszyła nie tylko nas.
Ugotowano ją na Rajdowcu.
Rajdowca obwożono czasem na skrzypiącym wózku po alejkach. Wyglądał jak zasuszone truchło okryte pledem. Tylko oczy miał żywe, błyszczące jak dobrze oszlifowane zielone szkiełko. Właśnie w oczach kryła się jego rozumność i cierpienie. Człowieczeństwo.
Zagadywaliśmy go, kiedy pielęgniarka upychała go za krzak obok naszej ławki, aby kupić coś w sklepiku albo choćby poplotkować pod sklepikiem. Odpowiadał nam przewracając oczami, śliniąc się i bełkocząc.
Byliśmy przekonani, że i tak nic z naszego gadania nie pojmuje. Niesłusznie! Pluskwa opowiedział przy nim sprośny dowcip, dusząc się ze śmiechu i dymu papierosa. Rajdowiec nieoczekiwanie wydał z siebie odgłos podobny do rzężenia. Przypadliśmy do niego w strachu, że umiera. Nie umierał. Śmiał się. Po swojemu, nie ruszając wargami.
Nabraliśmy do niego szacunku. Spostrzegł to, a wtedy jego oczy zalśniły mocniej, niż zwykle, jakby zbierały się w nich łzy.
Kilka dni później została po nim zupa. Nie była wykwintna, za to było jej dużo, cała wanna. Do wanny taszczono go co tydzień, aby to jego chudziuchne i pozbawione czucia ciało naprędce obmyć. Tamtego dnia pielęgniarka odkręciła kurek z ciepłą wodą, woda spływała na nogi Rajdowca, Rajdowiec sapał zadowolony, że i on ma swoje życiowe przyjemności. Pielęgniarka, jak zwykle, wymknęła się na korytarz, do innych pielęgniarek. Dopóki woda nie wypełniła wanny do połowy, pilnować Rajdowca nie było potrzeby. Nie przewidziała, że palacz zechce się trochę zdrzemnąć i do pieca nałoży koksu na zapas, zwiedziony pozornie prostą kalkulacją opartą na założeniu, że czas jest tylko zbiorem klocków, które dla swojej wygody można dowolnie przestawiać. Toteż wyszło mu, że kilkugodzinną pracę uda mu się zmieścić w trzech kwadransach. Dlatego w rurach zabrakło ciepłej wody – pojawił się wrzątek. Nie wszystkie zabawy klockami są równie proste. Coraz gęstsza para spowijała Rajdowca. Coraz większy ból rozsadzał go od środka. Jego cichy bełkot przeszedł w skowyt, a potem wycie. Wrzaski to jednak powszedniość w szpitalu.
Zwłaszcza podczas mycia, którego niektórzy pacjenci unikali z nadzwyczajnym uporem. Pielęgniarka na korytarzu podniosła głos, ażeby wyjca zagłuszyć i zagłuszała dopóty, dopóki wreszcie nie umilkł. Rajdowiec przemieniał się właśnie w ochłap odchodzącego od kości mięsa w zupie. Farfocle ze skóry pływały po wierzchu razem z kilkoma maleńkimi oczkami tłuszczu – tłuszczu, który nie wiadomo jakim sposobem jeszcze się w jego chudziutkim ciele znalazł.
Po krótkiej naradzie postanowiliśmy, że z samego rana następnego dnia, gdy tylko całe to zamieszanie z zupą ustanie, załatwimy co trzeba i opuścimy szpital zaraz potem.
Z lekarzami nie sposób się było jednak dogadać. Odpowiadali niewyraźnie i pod byle pretekstem uciekali przed nami, jakbyśmy byli ich wierzycielami albo kimś takim.
Zaszliśmy do budynku administracyjnego i zaraz na schodach natknęliśmy się na panią Tereskę. Pani Tereska miała chrypliwy głos nałogowego palacza i zawsze częstowała Pluskwę papierosem ilekroć żałobnym głosem przypomniał jej, jakie to straszne uczucie nie móc zapalić po posiłku.
Ale tym razem humor jej nie dopisywał. Huknęła na nas przystając na półpiętrze i już chciała przegnać precz, jednak Pluskwa przytomnie wyciągnął do niej paczkę papierosów.
Zapali szefowa? – Zapytał przymilnie. – Dziś ja stawiam.
I jakieś nieprzyjemne słowo, które rodziło się przeciw nam w jej przeżartym nikotyną gardle, zmieniło się w ciężkie westchnienie.
Dzisiaj dużo spraw na głowie. – Oznajmiła, zaciągając się dymem. – Dzisiaj nie zawracajcie ludziom tyłków.
Przytaknęliśmy gorliwie i zaraz potem ja, na przemian z Pluskwą, zagadywaliśmy panią Tereskę o zdrowie i rodzinę, podczas gdy Helmut wymknął się na zewnątrz. Zdążył z powrotem zanim pani Tereska zdusiła niedopałek w wielkiej popielnicy na trójnogu ustawionej tuż pod czerwonym napisem TU WOLNO PALIĆ. Z wahaniem przyjęła od zdyszanego Helmuta bombonierkę i zapytała rzeczowo:
O co właściwie chodzi?
Gdy usłyszała o wypisie, zachichotała tylko, a jej chichot przeszedł zaraz w gulgoczący kaszel wyrywający flegmę z głębi piersi. Odczekała, aż znikną przechodzące korytarzem dwie oddziałowe i pochylając się lekko do przodu wyszeptała:
Gówno z tego będzie.
Problem polegał na tym, że po wczorajszej aferze chciano wstrzymać dotacje dla szpitala. Szpital nie mógł sobie pozwolić na wypuszczenie choćby jednego pacjenta. Im byli liczniejsi, tym głośniej można było twierdzić, że szpital jest niezbędny.
Zresztą - dodała – Helmucik nie ma dobrych papierów, więc jak bez papierów takiego wypuścić?
Wyszło to na jaw, kiedy Czerwony Krzyż wziął się za sprawdzanie, czy jest stryjkiem człowieka, który go szukał, czy też może nie jest tym stryjkiem. Można było powiedzieć, że Helmut właściwie nie istniał, ponieważ istnienia jego nie potwierdzały papiery. Człowiek to bowiem takie dziwne stworzenie, którego fizyczna obecność musi mieć jeszcze wymiar administracyjny.
Nawet butelka słodkiego wina nie wskrzesiła Helmuta papierowego. Pani Tereska chętnie wprawdzie wino przyjęła, zaprosiła nas do biura, paluchem pukała w komputerowy monitor, pokazując jakieś rubryki, jednak o drobnym, drobniutkim zafałszowaniu dokumentów nie chciała słyszeć.
Kiedy wszelkie nadzieje w nas zgasły i z głowami smętnie zwisającymi w dół niby zwiędłe kwiaty cofnęliśmy się już ku drzwiom, zauważyła nie bez satysfakcji:
A nie mówiłam, że gówno z tego będzie?
Jeszcze daleko w głębi korytarza słyszeliśmy jej rzężący kaszel.
Pluskwa, który sięgnął już po papierosa, cofnął dłoń i nie zapalił aż do zmierzchu.
odcinek IV
|