dziennikarze wędrowni




peregrynacja



wędrówka   strona główna


 tygodnie: I   II  


 wrocław'02 - tydzień trzeci


 Wychodzimy powoli z mojej okolicy. Ale ciągle widać jeszcze dobrych ludzi, ciągle przechodnie przystają pod oknami, gawędzą, opierają się o szary mur, albo chodzą - powoli, leniwie, zaczepiają podróżnych, coś pokazują, coś opowiadają. Idziemy przed siebie, a Filip wspomina, jak spotkał tu kiedyś miejscowego, który podszedł, rzucił: "Panie, chodź pan tam do bramy, coś panu pokażę". Filip: "Patrzę, myślę - chce mi sprzedać cegłę, sprawa jasna. Wzruszam więc tylko ramionami, mówię: <<Panie, ja nie buduję chałupy>>. A on, zdziwiony: <<Co?>>. Jadę więc otwartym tekstem: <<Cegła mi niepotrzebna>>. A ten znowu: <<Co?>>. Facet zdziwiony, nadaje na innych falach. W końcu z nim poszedłem, myślę: raz się żyje, najwyżej trzaśnie i po krzyku. Najważniejsze, żeby była jazda. Przeszliśmy przez bramę, weszliśmy na podwórko, ten się zatrzymuje i stoi w milczeniu. W końcu mówi: <<Patrz pan. Widzisz pan, jaki piękny gazik?>>. I rzeczywiście, na podwórku stał piękny, lśniący uaz. Skinąłem więc tylko głową, nieznajomy rzucił: <<Widziałem, że pan stoisz przed fryzjerem, a to właśnie jeden z fryzjerów ma tego gazika. No to pomyślałem, że panu pokażę. I pokazałem. Powodzenia, z Bogiem>>. I nieznajomy odszedł" - Filip kończy opowieść o dobrym człowieku, który pokazuje podwórkowe gaziki, ja dodaję, że rzeczywiście, że tu ludzie ciągle potrafią rozmawiać, potrafią odnaleźć piękno i pięknem się dzielić, potem sami ruszamy szukać piękna, oglądamy stare skody "setki"-przecinaki, fiaty, warszawy, mijamy kolejne egzemplarze przycumowane do krawężnika. Ja znów powtarzam, że tu mało jeszcze ulicy Krokodylej, nie weszło jeszcze Carstwo Kościeja, choć plastykowe-chmury-burżujów-krokodyli-genetycznych- tuczników gromadzą się już nad okolicą, widmowe miasto-makieta pełznie powoli z Rynku w stronę Sródmieścia. Tak rozmawiamy, idziemy przed siebie, mijamy dwie syreny bosto (groszkowa i ultramaryna), obie z firankami, obie z czerwonym dermowym siedzeniem pasażerskim, tym samym, co w dawnych, roztrzęsionych berlietach. Wchodzimy na małe, ślepe podwórka, mijamy sklepione bramy, oglądamy żuki tłuste od olejnej farby, bezkołe maluchy, patrzymy na samochody osiadłe, wrośnięte w ziemię, pojazdy z wyłupionymi reflektorami, z potrzaskaną szybą, z wyrwaną kierownicą, samochody głuche, nieme, sprzedane na organy, w końcu docieramy do dwóch dużych fiatów: wymowny obraz - oba zielono-brązowe. Małe, szare podwórko odkrywa dawną historię. Były dwa duże fiaty, jeden młodszy, drugi starszy. Oba jeździły po świecie i oba trafiły do jednego właściciela. Ten przeznaczył starszego na organy i zaczął powoli wymieniać części. Zielony tracił drzwi, błotniki - ale że właściciel był miłosierny - stare, brązowe blachy montował na powrót do zielonego. Stoję, patrzę na dwa pstrokate duże fiaty, wspominam własne łady - jedna, przeznaczona na organy - stoi w stodole, na wsi w Gęsicach, wyprułem z niej tłumik i gaźnik. Druga utknęła we Wrocławiu - wtuliła się w podwórko, śpi z pękniętą pompą paliwową.

sześć maluchów / foto, filip łepkowicz

 Ostatni raz patrzymy na stare samochody, ja mówię coś o motoryzacyjnych pożyczkach, o grzechu łakomstwa, życiu ponad stan, o kieracie dziesięcioletniego kredytu, strachu przed utratą pracy, frustracją, obroną własnej pozycji, agresją dyktowaną przez bank, o ludziach, którzy lokują życiowy majątek w obły plastyk nowego samochodu, wartego małe mieszkanie, który traci połowę wartości po trzech latach, a po siedmiu przemieni się w garść czipów i włókien epoksydowej żywicy. Wychodzimy z podwórka, w bramie patrzymy na przeszło pięćdziesięciopięcio- letnie ślady po karabinowych kulach, ruszamy szybkim krokiem dalej. Mijamy laboratorium szkoły medycznej: jest krew i placki ziemniaczane, gazetki ścienne ze zdjęciami trzech studentek, napis: "sympatycy kółka rentgenografii", plakat z cyklu: "już dwa miliony Polaków rzuciło palenie razem z nami. Nie palę, ja to walę". Nie oglądamy jednak gazetek, nie zachodzimy na popas w smażalni przy laboratorium krwi. Chcemy dojść do lokalu sieci Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów, a droga daleka. Idziemy więc, ja milczę i myślę, jak wytłumaczyć, że nie mam pieniędzy, że wydałem wszystko na szambo w Gęsicach i na piwo nie zostało ani złotówki. Jak skłonić Filipa, by opłacił prowiant, mimo, że ja byłem pomysłodawcą wędrówki. Rozmyślając tak mijam niejedną przecznicę. Stukot ciężkich butów, wiatr. Za nami trzeci tydzień podróży.


tydzień czwarty



wędrówka   strona główna

© dziennikarze wędrowni