|
|
wędrówka po palec - odcinek trzeci
Poszedłem.
Droga się kończyła. Śnieg trzaskał z impetem dmuchawy, która kiedyś działała w moim fordzie, tzn. nie moim tylko należącym do banku właściwie.
Wyglądałem jak bałwan w białej scenerii zimowego południa. Jedynym kolorem była czerwień ostatniego zakładu. Droga kończyła się fabryką Coca-Coli.
Stała samotna, zimna.
Jak strażnik. Na trzech masztach powiewały dwie flagi coca-coli, z trzecią polską pośrodku.
"Granica" - pomyślałem.
W dali majaczyły ruiny opuszczonego domu. Bez dachu, tynku, okien. W pustkowiu. Kiedyś zapewne tętniło tam życie, były chwile szczęścia, rozpaczy, kłótni,
nadziei. Tam zapewne rodzili się i umierali ludzie. Pracowali. Czekali na siebie, tęskni, mieli siebie dość, trzaskali drzwiami, wychodzili w pole. To pole po którym
ja teraz stąpałem. Ileż historii jest w tej ziemi.
Podszedłem bliżej, na sznurze pod grubą warstwą śniegu wisiało pranie.
Nie miałem odwagi zajrzeć do środka.
Brnąłem dalej w burzy śnieżnej. Śnieg pod stopami zapadał się do połowy łydki. Wystające z niego suche badyle po chwastach łamały się pod butami z
chrzęstem.
"I tak są martwe" - pomyślałem - jak wszystko tam, za czerwoną granicą najbardziej popularnego na świecie logo. Ale tutaj wiosną będzie inaczej, narodzą się
nowe chwasty, rośliny, trawa, krzewy. A tam wszystko pozostanie takie samo. Martwe.
Doszedłem do kanału, był zamarznięty, tylko kilku rybaków usilnie poszukiwało życia w wierconych głębokich przeręblach. Postanowiłem więc, że przejdę po
lodzie i nie będę musiał szukać mostu.
Lód był pewny, jak strach przed nim, który tkwi we mnie. Wiąże się to z przygodą sprzed kilku lat, kiedy to fotografując gawrony w okolicach wrocławskiego
wysypiska na śmieci, w równie silne mrozy postanowiłem przejść przez mały kanał. Okoliczna fabryka musiała wypluwać do tego kanału ciepłe odpady,
przekonałem się o tym jednak dopiero gdy po pachy ugrzęzłem w przerębli.
Tym razem jednak lód był twardy. Minąłem trzech rybaków.
Gładko, lecz z sercem w gardle przeprawiłem się na drugą stronę. Giełda była na wyciągnięcie ręki. Minąłem żwawo ruiny fabryki, gdzie dzieci bawiły się w wojnę
i dotarłem do celu wędrówki.
Giełda.
Na małej powierzchni wielkiego placu handlarze starali się utrzymać jak najwięcej ciepła gromadząc się ciasno w grupie. Byli sami. Śnieg zawiewał ciemne postacie
i kolorowe dresy młodszych. Stare busy i polonezy traki przykryte śnieżnymi kołdrami nabrały dziwacznych kształtów. Giełda się kończyła.
- Czy ma pan palec do zapłonu do Nysy? - pytałem biegając pomiędzy bufiastymi kształtami busów, które po odśnieżeniu szyb przez właścicieli wyglądały jak
bajkowe pojazdy kosmiczne.
Byłem już zrezygnowany, gdy wpadł mi w oczy stary Żuk z plandeką, na którego brutalnie wrzucano zardzewiałe silniki. Podbiegłem, zapytałem.
- Palec? Nie. My tylko silniki.
- Ja mam! Ja mam! Ja mam! - krzyknął jego towarzysz, uradowany, jakby to była ostania szansa sprzedania czegokolwiek, w dniu w którym klienci nie przyszli.
Podbiegł do Żuka i ze schowka na zapasowe części wyjął palec. Piękny palec od zapłonu. Piękny palec od zapłonu dla pięknej turkusowej Nysy. Byłem
uradowany, handlarz też, biegł w podskokach krzycząc "mam!, mam!". W połowie drogi pośliznął się i wywinął orła.
Podniósł się jednak szybko trzymając palec od zapłonu w górze.
Nie oddał go odmętom styczniowej zawieruchy. Z niezmiennym uśmiechem na twarzy przyprawionym teraz o śnieg podał mi go mówiąc dumnie - " Pięć złotych".
Była to najradośniej wydana piątka.
Uzbrojony w palec od zapłonu udałem się pewnym krokiem na grzane piwo, gdzie wokół budki zgromadziło się kilku handlarzy. Mówili o recesji, o akcyzie na
samochody, o tym, że używane samochody z Niemiec, nawet te rozbite, są po remoncie dużo bezpieczniejsze i lepsze niż nowe u nas produkowane, o tym, że
samochody muszą być tanie żeby ludzie mogli dojeżdżać do pracy, żeby mogli rozwijać swoje interesy, i o tym, że to żadna ochrona polskich producentów, bo
któraż z firm motoryzacyjnych w Polsce, jest polska, że w ten sposób pieniądze uciekają na zachód, zamiast służyć społeczeństwu.
Przez lód wróciłem już pewniej, tą samą drogą, choć ślady były zasypane.
Dotarłem do przystanku, gdzie trójka już na mnie czekała. Po niespełna godzinie wysiadłem z tramwaju, kupiłem kabanosa, zachwalanego przez panią za ladą,
jako "prima sort" za 1,21 zł i zagryzając udałem się odpalić Nysę. Czekała na mnie tam gdzie ją zostawiłem - między śmietnikiem a zapleczem nieczynnego sklepu.
Odpaliła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I szkoda, że nikt tego nie widział.
Po tygodniu.
Po tygodniu od tego wydarzenia szukałem w schowku Nysy śrubokręta. W zakamarku znalazłem palec do zapłonu, pozostawiony tam jak wiele innych
zapasowych części przez poprzedniego właściciela.
Nyska go wtedy nie dała. Jaka część życia i ile rozmyślań by mi umknęło, gdybym go wtedy znalazł - pomyślałem.
koniec
|