|
|
w ę d r ó w k a - t r a n s s y b e r y j s k a
wspomnienie trzecie
Poranek. Z kolejowego radiowęzła trzeszczy disko: "ech, buran! Droga, echo, pył i mgła/ Trwoga, śnieg i chłód. Buran / Przyjaciel w zaspie leży, lód, krawędzie
skał/ A droga wali ciągle w dal".
Tuż nad głową wisi wygasła jarzeniówa. Poniżej szmer delikatnej balangi. Maciek integruje się dalej z Azerbejdżańcem. Atmosfera serdeczna. Częstują wódką.
Kompan podróży o zajściu nic nie wie, wczorajszych krzyków nie pamięta.
Mocne, polskie zdania, zdziwienie, nerwy, niesmak. Kaukazczyk patrzy poważnie, wskazuje na Maćka wielką łapą, pyta: "Co? Już wie?". I chowa wódkę.
Walimy przez Azję. Najpierw w milczeniu, rzucając ciężkie spojrzenia na złodzieja, ignorując towarzyszącego mu młodego łagrowca, chłopaka z Kuragina, który
wczoraj walczył z Azerbejdżańcem o zegarek, ale wcześniej przepijał nasze pieniądze w "warsie". Później zaczynamy z nimi gadać, jemy z jednego stołu, rzucamy
skąpe żarty. Bo transsyberyjska jest jak cela. Nie możemy trzy dni milczeć, nie możemy odwracać głowy od sąsiadów-rabusiów. Za blisko siebie śpimy, za mało
miejsca na mijanie, na budowanie własnego świata. Trzeba żyć dalej. Gadamy więc z alko-kieszonkowcami, mimo że Maciek odkrył właśnie, że dolary, które
wczoraj niby ukrył, zostały również złupione. W kufrze pozostały fotograficzne aparaty i część rubli, odliczona łaskawie przez złodzieja kwota - równowartość
powrotnych biletów do Moskwy. Na milicję już nie pójdziemy. Milicja, w czym mogła - pomogła. Forsa Maćka poza protokołem. Odpłynęła z wczorajszą
wstydliwą nocą.
Za oknem ściana drzew. Łagiernik siedzi na dermowym łóżku, zaczytuje się w Nowym Testamencie, który dostał w pierdlu od "Słowiańskiego Stowarzyszenia
Ewangelickiego". Azerbejdżaniec patrzy w milczeniu. Idziemy na papierosa.
- Dobrze, żeś poszedł, Polaku. Dobrze, że chcesz gadać.
- Gadać chcę, bo gadać muszę. Konieczna rozmowa w cztery oczy.
- Taka i powinna być.
- Mój przyjaciel stracił wczoraj dolary. Nasze pieniądze to nasza podróż. To droga do Zony, do Wissariona: milicjanta drogówki, co się ogłosił Chrystusem, co
doznał objawienia w trolejbusie i zaczął formować z byłych wojskowych naród wybrany. Jedziemy w tajgę brudni, pełni wstydu, wspomnień o bezrozumnym
balecie. Ale dojechać trzeba. Dolary, co znikły, muszą wrócić.
- Chłopie, ja nie ruszyłem ni jednej kopiejki. Patrz mi w oczy i słuchaj. Tknąłbym kopiejkę z twojej kieszeni, byłbym pederastą.
- Zapytałbym o centy, co znikły, ale nie mam śmiałości. Nie mówię, żeś kradł. Mówię, byś pomógł odzyskać pieniądz. Jak nie ty, psy znów pomogą.
- Psów nie trzeba. Patrz dalej w oczy, ja mówię szczerze jak mogę. Kopiejki nie brałem. Ale pomogę chętnie. Z kwoty, co znikła, została mi trzecia część. Reszta
poszła wczoraj w "warsie". Zostaw mi trochę na jedzenie, resztę dolarów bierz. I pamiętaj, to są moje zielońce, nie wasze. Ja je daję z serca. Dorzucę bawełniane
koszulki. Jakie chcesz? Mam torbę koszulek. Dawaj łapę. Podróż pójdzie elegancko. Siądziemy za jednym stołem, zjemy pomidory, kartofle, rybę. Piwo
łykniemy, pogadamy. Trzymaj pieniądz, ciesz się. Tańszej lekcji w życiu nie dostaniesz. I pamiętaj, że z nieznajomym tylko frajer pije. Jest czas na wódę, czas na
podróż, na sen, na robotę. Ty tych spraw nie mieszaj. Podróż szanuję. Ale mam syna, żonę, pracuję jak mogę. Ciebie poważam, ale jeździć muszę. Wziąłeś co
twoje, o reszcie zapomnij. I pamiętaj - stukać nie trzeba. Tylko pedał kabluje.
Korytarzem łażą milicyjne patrole. Kapitan widzi blaszane kubki, grozi palcem. Podsuwam garnuszek pod nos, w naczyniu czyściutka mineralna. "Wóda to suka
zdradliwa, jak Moskwa, panie milicjancie. Więcej z nią nie będę". Odchodzi milcząc.
Jemy pomidory, wędzoną rybę kupioną na stacji za dolca. Młodszy wyciera tłuszcz w gazetowy obrus, opowiada o swoim pobycie w łagrze, o "dziadku",
recydywiście, co rządził, podnosił palec: góra, dół, decydował o losach bliźnich. A potem "dziadek" powiedział, że przyjął Boga w serce. Wszyscy zbieleli jak
kreda, przerażeni niepojętą frazą. A on naprawdę uwierzył, odrzucił władzę, stanął w szeregu z resztą więźniów, przyjął pokornie status zwykłego mużyka,
prostego człowieka. Młodziak opowiada, jak szedł załatwiać "dziadkowi" cukier, jak wlazł do celi, a ten z Biblią na stole. Młody wyłożył paczkę i zaczął pytać
jak dziecko: czemu niebo, a czemu ziemia, dlaczego światło, ciemność...
Łagrowiec gada, pociąg leci wprzód. "Ja wiem, że pójdę za Bogiem, pójdę aż do końca. Ale na razie się boję, lękam się tego układu z Panem, bo to jazda w
jedną stronę, bez powrotu. Bo wtedy muszę unieść wszystko, co czynię. Wiara to nie zabawa. A ja się jeszcze muszę wybawić, wyszumieć".
Potem już tylko wieczór, ostra gra w tysiąca. Azerbejdżaniec ciągle przegrywa. Zły, nieufny. Rozmowa zamiera. Gasną lampy. Jutro ostatni dzień podróży.
wspomnienie czwarte
|