|
|
Schyłek zimy
odcinek 4
     Palce grabieją z zimna. Na polu cholernie wieje, ale
nie ma rady – robić trzeba. W „nysce” pękło całkowicie mocowanie od pedałów.
Szybciej niż myślałem – zaraz po bankiecie na uczelni. Musiałem sunąć
półciężarówką bez sprzęgła, odpalałem „nyskę” na trójce, lawirowałem na każdym
skrzyżowaniu, na każdych światłach – bo sprzęgło osadzone jest na jednym wałku
z hamulcem, a więc hamulec też prawie nie działa, oba pedały się wyrobiły,
chodzą na boki i ocierają o podłogę.
     W sklepie wałka kupić się nie da. Jest tylko
żukowski, ale pedały od żuka jak na złość są inne. Jedyna chyba część, która
różni kanciaka z Lublina od obłej „nyski” i na nią właśnie trafiłem.
     Stoję więc w polach w Turowie, pośród zarośniętego
zielskiem, przyprószonego śniegiem złomu. Drżę i próbuję wyrwać wałek z
pordzewiałej „towoski”. Wybrałem najlepszy komplet. Wybór był spory, chodziłem
i sprawdzałem pedały po kolei. Sołtys z Turowa ma w polach siedem starych nys,
kilka żuków i oddaje te części za grosze, co łaska właściwie. Tyle że wykręcić
trzeba własnoręcznie. No i kręcę, podważam, tnę blachy, ale śruby są
zapieczone, mocowania podspawane. Wykręcam tak już te pedały od kilku godzin,
myślę o uciekającym czasie, o nie napisanych tekstach, o tym, że lepiej
jeździć, niż babrać się w smarze, a jeżdżenia tej zimy coraz mniej, przygasa
gdzieś wędrówka, samochody zaczynają się sypać, a ja zaczynam coraz częściej
biegać koło tych samochodów, zamiast ruszać w teren, pisać teksty, zamiast ryć
w książkach i wiązać rosyjską literaturę z życiem. Klnę, myślę, że mam dwie
lewe ręce, że nie zdołam nigdy tej części wydostać, brak mi cierpliwości, nie
potrafię się ze złomowaną bryką dogadać. Furgonetka nie chce mi oddać swojego
wałka, trzyma go zazdrośnie, a ja szczękam zębami, gubię klucze, walę w blachy.
Czuję bezsilność. Widzę samego siebie w pobrudzonej ortalionowej kurtce,
grzebiącego w motoryzacyjnych trupach, gdzieś wśród płaskich pól, między domem
a pracą. Myślę, że nie nadaję się do mechaniki, z zajęć praktycznych miałem w
szkole zawsze złe stopnie, brak mi talentu do tej roboty, nie pojmuję, czemu
życie wtłoczyło mnie w tę babraninę, czemu tnie mi skórę krawędziami
poszarpanej blachy i każe gadać w pustkę, do siebie samego, do jakiejś wygasłej
„nyski-sanitarki”, czemu tkwię tutaj i patrzę z zazdrością na ciepły, murowany
dom rolnika, na gęsty koksowy dym idący z komina.
     I nagle śruba puszcza. Odhaczam sprężyny, odwalam
cięgła, wyciągam pedały. Niosę je jak trofeum do gospodarza, płacę piątaka i
kryję się w samochodzie.
     Akumulator kręci słabiutko, widać kończy się już.
Nic dziwnego, ściągnąłem go z Niemiec trzy lata temu, a tam też swoje
pochodził. Samochód odpala jednak, ruszam kamienną drogą w stronę Łabędzic.
Piszczy zatarta dmuchawa, dzwoni lewarek, a z tyłu, na pace, przewalają się
pedały hamulca i sprzęgła.
***
     Dojeżdżam późno. Brama u Jacka-blacharza jest już
zamknięta.
     Następnego dnia dowiem się, że Jacek przestał robić
cokolwiek. Lucek widział go podobno w knajpie „U Dyzia”. Siedział razem ze
swymi „łebkami” - pomocnikami z warsztatu. Stawiał im znów wódę, śmiał się,
wrzeszczał i leciał pod stół.
     Nie naprawię więc „nyski”, nie podspawam nowych
pedałów. Trzeba uruchomić ładę. W osobówce terkoce niepokojąco silnik, jak w
dieslu, strach ją trochę odpalać. Ale nie ma rady.
     Drzwi do Jackowego warsztatu będą pewnie zamknięte
znów na długie dni. Na podwórku stoją nie zrobione samochody wściekłych
klientów. W domu pusto, okna ciemne.
     Maryla wzięła dzieci i uciekła do teściów.
***
     Dni posypały się nie tylko Jackowi. Czuję, że życie
układa się w zbyt późne poranki. W elektryczne wieczory. Czuję czas bezładnie
pozlepiany w tygodnie. W głowie mam bryłę chaotycznych wspomnień. Przed oczami
staje ostatni wyjazd z Łabędzic, jeszcze zanim przyszła zima. Wyjazd tak
krótki, że trudno nazwać go podróżą. Wyskoczyłem do Warszawy, by nanieść z
Migaczem poprawki do filmu o Syberii. Tkwiliśmy w dusznej montażowni, a po
pracy zasiedliśmy w „Rybitwie”, pięknej budzie na Powiślu, w knajpie, którą
władze miejskie chcą zlikwidować, bo kojarzy się z peerelem. Lokal nie jest
szykowny, wystylizowany, ma niejednoznaczny stosunek do przeszłości.
     Siedzieliśmy więc w „Rybitwie”, piliśmy tanie piwo,
grzaliśmy się przy żeliwnym, topornym kominku. Ktoś rąbał na trawniku drewno,
ktoś zamawiał białą kiełbasę, pani bufetowa śmiała się, że keczup wyskakuje z
tubki, jakby opakowanie pierdziało, albo gorzej jeszcze, jakby rozwolnienie
miało. Jakiś zawstydzony student odbierał pochlapane tym keczupem frytki, a
myśmy gadali. Migacz mówił, że kończy łódzką szkołę i musi dokonać wyboru. Z
filmowego dokumentu żyć jest ciężko. Z telewizji można za to żyć dobrze. Migacz
się wahał. Nie żeby jakieś tragiczne dylematy, żadnych cierpień, rozdarcia,
poczucia ofiary. Rozumował na zimno: może próbować zaciągnąć się do roboty w
telenoweli, popracować z rok i się ustawić. Z drugiej strony telewizja jest
potężnym pożeraczem czasu. Brzmi banalnie, ale taka jest prawda. I Migacz to
widział. Patrzył na zimne niebieskie rozbłyski w oknach, na szyby pulsujące w
jednym rytmie. Słuchał domowych rozmów poszatkowanych zdaniami z telewizora.
Odwiedzał rodziców, mieszkających w miasteczku na zachodzie Polski, siadał z
nimi przed kineskopem i czuł, że telewizja jest bezbolesną, wirtualną, potężną
używką.
     Migacz mówił, ja czułem chmielną błogość, przebłysk
światła, który przychodzi, kiedy wychylę dwie trzecie szklanki. Patrzyłem przez
gęste firanki na dalekie, stołeczne życie. Byłem szczęśliwy.
     W drodze powrotnej pisałem coś o totalnej
akceptacji: słuchałem radiowych reklam, puszczanych z głośników intercity.
Łykałem mdły hip-hop „Scyzoryka”. Pisałem, że wszystko jest tak dobre i proste,
wszystko można przyjąć, rzeczywistość jest fajna jaka jest: razem ze swą
komercją, społeczną stratyfikacją, płaskimi mediami, łatwym światem kredytowych
kart, bankomatów, konsumpcji, z marzeniami małej,
kastrowanej stabilizacji.
     A potem – po przebudzeniu w Lesznie – sporządzałem
notatki z drugiego bieguna, urządziłem sobie w pociągu jakąś polarną wyprawę
kontestatora. Skrobałem myśli z etyki motoryzacji: „grzechem jest kupować
drogie samochody, kiedy te dobre jeżdżą i kosztują taniej niż rower”.
     Patrzę teraz w notes i nic z tej bazgraniny nie
rozumiem. Czuję tylko, że dzieli mnie od tych sentencji granica światów, że te
spostrzeżenia, ideologiczne przemądrzałości, nie należą już do mnie. Czuję, że
przyszła zima. Ciemny czas dla samochodów i dla ludzi.
***
     Tęsknota za błogością. Wieś na bezpiwiu.
***
     No właśnie. Brakuje nam forsy na browar.
Przeinwestowaliśmy: kupiliśmy bele wełny mineralnej i wymurowaliśmy na nowo
zwalony komin. Tłumaczymy sobie z Asią, że musieliśmy dokonać napraw. Inaczej
dom by się sfajczył, mogło cofnąć ciąg, mogła pójść iskra pod dach. I tak
zwlekaliśmy z remontem zbyt długo. Z kolei dzięki wełnie ciepło nie ucieka
wprost w eternitowe płyty. Nie da się żyć ciągle w domu przypominającym wiejski
„skłot”, szczególnie, jeśli chcemy funkcjonować w normalnym obiegu.
     No ale pieniędzy zaczyna brakować.
     Sprawdzamy internet. Czekamy na honorarium za pracę
przy naukowej konferencji. Sławoj obiecał, że hajc przyjdzie szybko, ale konto
jest ciągle puste.
     Siedzimy w sieci, gapimy się bezradnie w stronę
bankową. W końcu przełączamy okno, sprawdzamy w outlooku pocztę elektroniczną.
     Przyszedł mejl od Marka.
     Marek z gór śle kolejne zaproszenia na swoje
wernisaże, na wielkie imprezy w Warszawie. Zaproszenia przysyła przez swego
osobistego agenta, w formie zbiorowego listu, upstrzonego ikonami sponsorów. To
jednak nie ma większego znaczenia.
     Ważne, że Marek po latach samotnej, błyskotliwej kariery
odnalazł szczęście. Mieszka z Magdą w Karkonoszach. Prowadzą schronisko na
końcu świata, w skalistym kotle, w którym czas rozłazi się w rześkiej mgle.
Magda przybiera na wadze, okrągleje. Marek promienieje. Czekają na synka.
     Marek mówi o szczęściu, czasem jednak w jego słowach
przebrzmiewa dawna żądza, smak gonitwy za sprzętem, strach przed wypadnięciem z
obiegu, pretensja do wyższych zarobków, do stawek za reklamowe zdjęcia
porównywalnych z tymi dla konkurentów z Zachodu. Inwestuje więc ciągle w nowe
aparaty fotograficzne, wychodzi ze schroniska, śmiga na nartach, realizuje
stołeczne zamówienia i zapełnia śniegiem miejskie bilboardy.
     Marek jest znakiem, wrzeszczącym pytaniem.
     Może płonie Marnością. A może po prostu kocha
nowoczesność, technologię, ostre obroty. Może jest cząstką nowego świata,
zalewającego elektryką podnóża gór.
***
     Ja stałem się cząstką innego świata niż Marek.
Wyszedłem z obiegu pośpiesznej pracy dla koncernów, wielkich zamówień dla
kolorowych magazynów, odrzuciłem etatową redakcyjną pracę. Wybrałem wolność.
Tak w każdym razie myślałem.
     Teraz zaczynam pojmować, że wolny zawód rodzi groźbę
uśpienia. Że może oznaczać wyjście z kołowrotu ale i zagubienie dawnego rytmu.
Gonitwa może przejść w marazm. W kolejną formę Marności.
     W Marność ubóstwa. W kołowrót biedy, marginesu, bolesnej wegetacji.
***
odcinek piąty
|