zima'05/06


wędrówka  strona główna


         odcinki: pierwszy  drugi  trzeci 

Schyłek zimy



odcinek 4


     Palce grabieją z zimna. Na polu cholernie wieje, ale nie ma rady – robić trzeba. W „nysce” pękło całkowicie mocowanie od pedałów. Szybciej niż myślałem – zaraz po bankiecie na uczelni. Musiałem sunąć półciężarówką bez sprzęgła, odpalałem „nyskę” na trójce, lawirowałem na każdym skrzyżowaniu, na każdych światłach – bo sprzęgło osadzone jest na jednym wałku z hamulcem, a więc hamulec też prawie nie działa, oba pedały się wyrobiły, chodzą na boki i ocierają o podłogę.

     W sklepie wałka kupić się nie da. Jest tylko żukowski, ale pedały od żuka jak na złość są inne. Jedyna chyba część, która różni kanciaka z Lublina od obłej „nyski” i na nią właśnie trafiłem.

     Stoję więc w polach w Turowie, pośród zarośniętego zielskiem, przyprószonego śniegiem złomu. Drżę i próbuję wyrwać wałek z pordzewiałej „towoski”. Wybrałem najlepszy komplet. Wybór był spory, chodziłem i sprawdzałem pedały po kolei. Sołtys z Turowa ma w polach siedem starych nys, kilka żuków i oddaje te części za grosze, co łaska właściwie. Tyle że wykręcić trzeba własnoręcznie. No i kręcę, podważam, tnę blachy, ale śruby są zapieczone, mocowania podspawane. Wykręcam tak już te pedały od kilku godzin, myślę o uciekającym czasie, o nie napisanych tekstach, o tym, że lepiej jeździć, niż babrać się w smarze, a jeżdżenia tej zimy coraz mniej, przygasa gdzieś wędrówka, samochody zaczynają się sypać, a ja zaczynam coraz częściej biegać koło tych samochodów, zamiast ruszać w teren, pisać teksty, zamiast ryć w książkach i wiązać rosyjską literaturę z życiem. Klnę, myślę, że mam dwie lewe ręce, że nie zdołam nigdy tej części wydostać, brak mi cierpliwości, nie potrafię się ze złomowaną bryką dogadać. Furgonetka nie chce mi oddać swojego wałka, trzyma go zazdrośnie, a ja szczękam zębami, gubię klucze, walę w blachy. Czuję bezsilność. Widzę samego siebie w pobrudzonej ortalionowej kurtce, grzebiącego w motoryzacyjnych trupach, gdzieś wśród płaskich pól, między domem a pracą. Myślę, że nie nadaję się do mechaniki, z zajęć praktycznych miałem w szkole zawsze złe stopnie, brak mi talentu do tej roboty, nie pojmuję, czemu życie wtłoczyło mnie w tę babraninę, czemu tnie mi skórę krawędziami poszarpanej blachy i każe gadać w pustkę, do siebie samego, do jakiejś wygasłej „nyski-sanitarki”, czemu tkwię tutaj i patrzę z zazdrością na ciepły, murowany dom rolnika, na gęsty koksowy dym idący z komina.

     I nagle śruba puszcza. Odhaczam sprężyny, odwalam cięgła, wyciągam pedały. Niosę je jak trofeum do gospodarza, płacę piątaka i kryję się w samochodzie.

     Akumulator kręci słabiutko, widać kończy się już. Nic dziwnego, ściągnąłem go z Niemiec trzy lata temu, a tam też swoje pochodził. Samochód odpala jednak, ruszam kamienną drogą w stronę Łabędzic. Piszczy zatarta dmuchawa, dzwoni lewarek, a z tyłu, na pace, przewalają się pedały hamulca i sprzęgła.


***


     Dojeżdżam późno. Brama u Jacka-blacharza jest już zamknięta.

     Następnego dnia dowiem się, że Jacek przestał robić cokolwiek. Lucek widział go podobno w knajpie „U Dyzia”. Siedział razem ze swymi „łebkami” - pomocnikami z warsztatu. Stawiał im znów wódę, śmiał się, wrzeszczał i leciał pod stół.

     Nie naprawię więc „nyski”, nie podspawam nowych pedałów. Trzeba uruchomić ładę. W osobówce terkoce niepokojąco silnik, jak w dieslu, strach ją trochę odpalać. Ale nie ma rady.

     Drzwi do Jackowego warsztatu będą pewnie zamknięte znów na długie dni. Na podwórku stoją nie zrobione samochody wściekłych klientów. W domu pusto, okna ciemne.

     Maryla wzięła dzieci i uciekła do teściów.


***


     Dni posypały się nie tylko Jackowi. Czuję, że życie układa się w zbyt późne poranki. W elektryczne wieczory. Czuję czas bezładnie pozlepiany w tygodnie. W głowie mam bryłę chaotycznych wspomnień. Przed oczami staje ostatni wyjazd z Łabędzic, jeszcze zanim przyszła zima. Wyjazd tak krótki, że trudno nazwać go podróżą. Wyskoczyłem do Warszawy, by nanieść z Migaczem poprawki do filmu o Syberii. Tkwiliśmy w dusznej montażowni, a po pracy zasiedliśmy w „Rybitwie”, pięknej budzie na Powiślu, w knajpie, którą władze miejskie chcą zlikwidować, bo kojarzy się z peerelem. Lokal nie jest szykowny, wystylizowany, ma niejednoznaczny stosunek do przeszłości.

     Siedzieliśmy więc w „Rybitwie”, piliśmy tanie piwo, grzaliśmy się przy żeliwnym, topornym kominku. Ktoś rąbał na trawniku drewno, ktoś zamawiał białą kiełbasę, pani bufetowa śmiała się, że keczup wyskakuje z tubki, jakby opakowanie pierdziało, albo gorzej jeszcze, jakby rozwolnienie miało. Jakiś zawstydzony student odbierał pochlapane tym keczupem frytki, a myśmy gadali. Migacz mówił, że kończy łódzką szkołę i musi dokonać wyboru. Z filmowego dokumentu żyć jest ciężko. Z telewizji można za to żyć dobrze. Migacz się wahał. Nie żeby jakieś tragiczne dylematy, żadnych cierpień, rozdarcia, poczucia ofiary. Rozumował na zimno: może próbować zaciągnąć się do roboty w telenoweli, popracować z rok i się ustawić. Z drugiej strony telewizja jest potężnym pożeraczem czasu. Brzmi banalnie, ale taka jest prawda. I Migacz to widział. Patrzył na zimne niebieskie rozbłyski w oknach, na szyby pulsujące w jednym rytmie. Słuchał domowych rozmów poszatkowanych zdaniami z telewizora. Odwiedzał rodziców, mieszkających w miasteczku na zachodzie Polski, siadał z nimi przed kineskopem i czuł, że telewizja jest bezbolesną, wirtualną, potężną używką.

     Migacz mówił, ja czułem chmielną błogość, przebłysk światła, który przychodzi, kiedy wychylę dwie trzecie szklanki. Patrzyłem przez gęste firanki na dalekie, stołeczne życie. Byłem szczęśliwy.

     W drodze powrotnej pisałem coś o totalnej akceptacji: słuchałem radiowych reklam, puszczanych z głośników intercity. Łykałem mdły hip-hop „Scyzoryka”. Pisałem, że wszystko jest tak dobre i proste, wszystko można przyjąć, rzeczywistość jest fajna jaka jest: razem ze swą komercją, społeczną stratyfikacją, płaskimi mediami, łatwym światem kredytowych kart, bankomatów, konsumpcji, z marzeniami małej, kastrowanej stabilizacji.

     A potem – po przebudzeniu w Lesznie – sporządzałem notatki z drugiego bieguna, urządziłem sobie w pociągu jakąś polarną wyprawę kontestatora. Skrobałem myśli z etyki motoryzacji: „grzechem jest kupować drogie samochody, kiedy te dobre jeżdżą i kosztują taniej niż rower”.

     Patrzę teraz w notes i nic z tej bazgraniny nie rozumiem. Czuję tylko, że dzieli mnie od tych sentencji granica światów, że te spostrzeżenia, ideologiczne przemądrzałości, nie należą już do mnie. Czuję, że przyszła zima. Ciemny czas dla samochodów i dla ludzi.


***


     Tęsknota za błogością. Wieś na bezpiwiu.


***


     No właśnie. Brakuje nam forsy na browar. Przeinwestowaliśmy: kupiliśmy bele wełny mineralnej i wymurowaliśmy na nowo zwalony komin. Tłumaczymy sobie z Asią, że musieliśmy dokonać napraw. Inaczej dom by się sfajczył, mogło cofnąć ciąg, mogła pójść iskra pod dach. I tak zwlekaliśmy z remontem zbyt długo. Z kolei dzięki wełnie ciepło nie ucieka wprost w eternitowe płyty. Nie da się żyć ciągle w domu przypominającym wiejski „skłot”, szczególnie, jeśli chcemy funkcjonować w normalnym obiegu.

     No ale pieniędzy zaczyna brakować.

     Sprawdzamy internet. Czekamy na honorarium za pracę przy naukowej konferencji. Sławoj obiecał, że hajc przyjdzie szybko, ale konto jest ciągle puste.

     Siedzimy w sieci, gapimy się bezradnie w stronę bankową. W końcu przełączamy okno, sprawdzamy w outlooku pocztę elektroniczną.

     Przyszedł mejl od Marka.

     Marek z gór śle kolejne zaproszenia na swoje wernisaże, na wielkie imprezy w Warszawie. Zaproszenia przysyła przez swego osobistego agenta, w formie zbiorowego listu, upstrzonego ikonami sponsorów. To jednak nie ma większego znaczenia.

     Ważne, że Marek po latach samotnej, błyskotliwej kariery odnalazł szczęście. Mieszka z Magdą w Karkonoszach. Prowadzą schronisko na końcu świata, w skalistym kotle, w którym czas rozłazi się w rześkiej mgle. Magda przybiera na wadze, okrągleje. Marek promienieje. Czekają na synka.

     Marek mówi o szczęściu, czasem jednak w jego słowach przebrzmiewa dawna żądza, smak gonitwy za sprzętem, strach przed wypadnięciem z obiegu, pretensja do wyższych zarobków, do stawek za reklamowe zdjęcia porównywalnych z tymi dla konkurentów z Zachodu. Inwestuje więc ciągle w nowe aparaty fotograficzne, wychodzi ze schroniska, śmiga na nartach, realizuje stołeczne zamówienia i zapełnia śniegiem miejskie bilboardy.

     Marek jest znakiem, wrzeszczącym pytaniem.

     Może płonie Marnością. A może po prostu kocha nowoczesność, technologię, ostre obroty. Może jest cząstką nowego świata, zalewającego elektryką podnóża gór.


***


     Ja stałem się cząstką innego świata niż Marek. Wyszedłem z obiegu pośpiesznej pracy dla koncernów, wielkich zamówień dla kolorowych magazynów, odrzuciłem etatową redakcyjną pracę. Wybrałem wolność. Tak w każdym razie myślałem.

     Teraz zaczynam pojmować, że wolny zawód rodzi groźbę uśpienia. Że może oznaczać wyjście z kołowrotu ale i zagubienie dawnego rytmu. Gonitwa może przejść w marazm. W kolejną formę Marności.

     W Marność ubóstwa. W kołowrót biedy, marginesu, bolesnej wegetacji.


***




odcinek piąty


wędrówka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni