zima 2004/05


strona główna



  
   I     
   II    
   III   

Ucieczka każdego dnia
dariusz hoeft

Odcinek - IV


Nie mogliśmy wyjść, jak wychodziliśmy dotąd – prosto przez bramę, nikomu się nie tłumacząc. Gdzieżby! Za bramą krążyli dziennikarze. Przywabiła ich nowa sensacja. Ponoć jacyś gangsterzy uniknęli więziennych cel przekupując tutejszych lekarzy, potem gnuśnieli przez kilka miesięcy w nowo wyremontowanym oddziale za piekarnią, po czym wracali do domów i swojej ciężkiej pracy.

Broniąc się przed dziennikarską watahą dyrektor obsadził bramę dodatkowymi portierami. Portierzy mieli jedną wspólną cechę. Każdy z nich z osobna wystarczał do zatkania furtki dla pieszych. Byli barczyści, brzuchaci i groźni. Rozkazy mieli jasne: nikogo nie wpuszczać i nie wypuszczać. Legitymować wszystkich. Przeganiać spod płotu. W razie oporu przekonać kopniakiem.

Łapówka, za którą można było kupić cztery najtańsze wina, wcale nie zjednała nam portierów. Łapówkę wzięli, po czym zepchnęli nas na bok, żebyśmy nie rzucali się w oczy ciekawskim dziennikarzom. Pluskwa już się rwał, by ich porównać z niektórymi częściami ciała, a ja z naciskiem chciałem wskazać na nieszlachetność ich postępowania, lecz Helmut wstrzymał nas i zgarnął swoimi długimi rękami za sobą, w głąb wewnątrzszpitalnych alejek.

Dał nam ochłonąć, a kiedy obeschła ślina po przekleństwach, które wyrzucaliśmy z siebie zbyt szybko i nieskładnie, poklepał nas uspokajająco po plecach.

Okazało się, że Helmut nie tylko grywał w szachy i siedział na ławce. Dawniej obszedł wszystkie zakamarki szpitala i najbliższej okolicy. Tu nic nie było dla niego tajemnicą.

Wyprowadził nas za dawną pralnię i skrótem przez pokrzywy powiódł jeszcze dalej, w wysokie krzewy głogu rosnące wzdłuż płotu. Zawahaliśmy się. Przystanęliśmy. Żal nam było ubrań. Kolce głogu – taki obraz podsunęła zaraz wyobraźnia – rozszarpią nasze najładniejsze koszulki i odświętne spodnie. Dobiorą się nawet do naszych toreb i zeszmacą ubrania zapasowe. Wtedy sami zawrócimy i pokornie założymy szlafroki i rozdeptane kapcie. W porwanych ubraniach nie można się przecież pokazać na zewnątrz.

Co jest, kurwa mać? – nastroszył się Helmut. Nasz brak wiary w niego chyba go zabolał. Rozgoryczony zmiął w ustach jakieś niemieckie słowo, które może i dobrze, że było dla nas niezrozumiałe, po czym pierwszy ruszył między splątane, obficie obsypane kolcami gałązki. Zręcznie uchylił się przed nimi, zgiął w pół i zniknął w półcieniu. Zaskrzypiała metalowa furtka. Nie zauważyliśmy jej wcześniej. Zasłonięta głogami wyglądała jak jeszcze jedno przęsło płotu. Wtedy dopiero, skruszeni i zawstydzeni, ruszyliśmy na wyprzódki, aby go dogonić.

Za płotem zobaczyliśmy zielsko, krzaki głogi i czarnego bzu, dwa wysokie świerki oraz resztki kolejnego płotu – jakieś trzydzieści metrów dalej.

Groby – oznajmił Helmut.

Z początku myśleliśmy, że jest to jakieś wyjątkowo wyrafinowane przekleństwo, które wymyślił właśnie przeciw nam za to niedowiarstwo i tchórzostwo sprzed paru chwil. Ale nie. Ruchem głowy przykazał, abyśmy spojrzeli pod nogi. Łaziliśmy po cmentarzu. Gdzieniegdzie widać było zarysy mogił. Bezimiennych.

Helmut widywał dawnymi czasy ukradkowe pogrzeby pacjentów, o których nikt się nie upomniał. Przyglądał się im ukryty za płotem.

Oni tesz nie mieli dokumentów – wyszeptał z goryczą i podbródek jego zatrzepotał od tłumionego szlochu. Użalił się sam nad sobą. Pewnie i Helmut nie doczekałby się przyzwoitego pogrzebu, z którego nieboszczyk może być jeśli nie dumny, to choćby zadowolony.

W cmentarnym płocie pełno było dziur, ale za nim rosły tak wysokie pokrzywy, że musieliśmy ścinać je długimi kijami, żeby je przebyć. Walczyliśmy dzielnie. Sialiśmy wśród pokrzyw spustoszenie. Kiedy wydostaliśmy się na grudziastą ścieżkę na skraju pola, z dumą obejrzeliśmy się za siebie. Podziwialiśmy naszą wspaniałą kośbę. Prawdziwy mężczyzna powinien czasem pobawić się bronią.

Chcieliśmy ominąć szpitalną bramę bocznymi uliczkami, a choćby i podmokłymi ścieżynami wzdłuż kolejowego nasypu. Nie dane nam było. Pod bramą kręciła się ekipa telewizyjna. Reporterka gadała coś do kamery, a ostre światło padało na nią skośnie z obu stron, szpecąc jakby i tak niepiękną twarz.

Spojrzeliśmy na siebie wymownie, otrzepaliśmy buty z kurzu i pokrzywowych farfocli, przygładziliśmy włosy. Mnie wypchnęli w przód.

Tylko wpierw się wysmarkaj – poradził Pluskwa. – Nie można tak z glutami do telewizji. Mam mówić? – upewniłem się.

Za nas tesz – przytaknął Helmut.

Szli o krok za mną i pilnowali, abym z tchórzostwa nie zwiał gdzieś w bok.

Klepnąłem reporterkę w ramię. Zmieszała się.

Mam coś do powiedzenia – oznajmiłem tajemniczo.

O czym? – Ruchem ręki pokazała swoim pomocnikom, że na razie nie trzeba nas przeganiać; wystarczy stanąć opodal, dla postrachu.

O szpitalu.

Eeee... Ach, tak.

Czekała, aż objaśnię to dokładniej, ale nie ona miała mnie wysłuchać, tylko wszyscy, dla których kamera naprzeciw mnie w tej dokładnie chwili stała się czymś w rodzaju oka. Odchrząknąłem więc, odruchowo pogładziłem koszulkę na brzuchu, a obaj moi przyjaciele przygotowali się do potakiwań i znaczącego cmokania wargami.

Brzydka reporterka niezdecydowanie i chyba wbrew sobie skinęła na kamerzystę i dźwiękowca, ażeby przysunęli się bliżej.

Wziąłem głęboki oddech, tak głęboki, że zakręciło mi się w głowie.

Właściwie nie powinienem wam ułatwiać roboty, bo to wy jesteście od babrania się w gównie, ale... – Reporterka chciała mi już przerwać, jednakże Helmut zmarszczył brwi, a brwi miał imponujące, wielkopańskie, toteż zapatrzyła się w nie z szacunkiem i zdumieniem - ... ale jeśli naprawdę chcecie poznać szpital, to wysłuchajcie kogoś takiego jak ja. Nie zabiorę wam wiele czasu. Chociaż mógłbym. W tym szpitalu ugotowali człowieka; o tym już wiecie. Ale nie wiecie, że on jeszcze za życia był tu traktowany jak ochłap mięcha. Dobra. Teraz o łapówkach. Tutaj nawet strażnicy biorą wina, że nie wspomnę o różnych Tereskach z administracji i czekoladach, które wzięły. O gangsterach nic mi nie wiadomo. Ale fakt, że do nowego oddziału nie mogliśmy zachodzić.

Reporterka wzruszyła ramionami. Nie usłyszała niczego nowego. Grymas rozczarowania i niesmaku sprawił, że trochę wyładniała.

Proszę mi nie przerywać – zastrzegłem zawczasu. – Szpital nie chce wypisywać pacjentów byle dostać dotację. Oszukują na dziennej stawce żywieniowej. Niektóre pielęgniarki wyłudzają kieszonkowe, a oddziałowe klną jak szewcy i biją. Co jeszcze? Ach – cmentarz! Cmentarz tu jest, o tam, dziki cmentarz dla tych, co byli bez rodziny i na złość wykorkowali.

Wzmianka o cmentarzu zaintrygowała reporterkę. Zaledwie umilkłem, a już szturchnęła kamerzystę i na czele ekipy ruszyła truchtem we wskazanym kierunku wietrząc nową aferę.

A wczoraj przypalili kaszkę manną! – wrzasnąłem za odbiegającymi, lecz nawet się nie obejrzeli. Pewnie nie lubili kaszki manny.

Pluskwa z Helmutem poklepali mnie z uznaniem po plecach. Sam byłem zdumiony swoim występem. Nareszcie powiedziałem coś prosto, jasno, zwięźle i dosadnie. Nie utonąłem w potoku cudzych słów.




odcinek V


strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni