| I II III IV
|
Ucieczka każdego dnia dariusz hoeft
Odcinek - V
Autobus połknął nas i poprytując spalinami zaczął mozolną wspinaczkę na szczyt bezdrzewnego pagórka. Stamtąd dojrzeliśmy koryto rzeki, domy przylepione do obu stron szosy i nawet nasz szpital zamaskowany pomiędzy lipami.
Rozpadał się deszcz. Ludzie poznikali gdzieś. Kolory wyblakły. Wszystko razem wyglądało jak akwarelowy bohomaz.
Nagle smętny krajobraz za oknem ożył. Wystarczył tylko jeden punkt lśniący jak wypolerowana miedź, poruszający się nieznacznie z lewa w prawo. Włosy małej pielęgniarki. Tej, która z wprawą wkłuwała igły w mój tyłek. Trudno zapomnieć tak intymne przeżycia.
Szła pośpiesznie umykając przed deszczem. Niosła torbę z folii.
Coś załaskotało mnie w gardle. Zrozumiałem od razu, że zjawiła się tu dla mnie – wylękniona, ale pełna determinacji. Zapewne przyjechała tym oto autobusem, który teraz gonił z powrotem do dużego miasta. Wysiadła na przystanku przy kościele. Jeden przystanek za wcześnie. I rozminęliśmy się.
Nie będę mógł pogładzić jej włosów, ani nie będę mógł zjeść tego, co dla mnie przytaszczyła.
Zamiast jednak wrzasnąć na kierowcę, żeby zatrzymał się, teraz, cholera jasna, zaraz, zająknąłem się tylko i pozwoliłem zniknąć pielęgniarce za najbliższym budynkiem.
Pocieszyłem się zaraz, że widocznie tak być musiało. Przeznaczenie, znaczy się. Ono winne.
Było to jedno z tych powiedzeń, które chętnie się powtarza, zupełnie w takie brednie nie wierząc. No, chyba że ktoś bardzo chce. Albo jest takim idiotą jak ja.
W małym barze przy dworcu odbyliśmy naradę, pochyleni nad plastikowym, lepkim od rozlanych napojów stolikiem. Wdychaliśmy zapach przypalonych frytek. Dla uspokojenia właściciela, który wymownym grymasem dał nam do zrozumienia, że wysiadywanie tu nie jest darmowe, zamówiliśmy butelkę wody mineralnej. Na trzech. Przygryzł wąsa, pochrząkał, ale nie próbował już nas przeganiać. I tak byliśmy lepszymi klientami niż ten obszarpaniec w uszance w kieszeni prochowca sterczący opodal. Obszarpaniec czyhał na jakieś danie zostawione na moment bez opieki. Gmerając w cudzym talerzu czy tacce promiennie się uśmiechał do zaskoczonego właściciela – do tej pory właściciela – posiłku. Ten promienny uśmiech, a może i zapach spod prochowca sprawiały, że nikt się już o swoją własność nie dopominał.
Zanim zaczęliśmy naradę, przyglądaliśmy mu się z uznaniem. Powinno się szanować ludzi, którzy wykonują swoją robotę fachowo i z sercem. Obszarpaniec zaś bez wątpienia był profesjonalistą. Nasza woda mineralna wcale go na szczęście nie interesowała.
Ja wracam do domu – odchrząknął Pluskwa. – Humanista też, a Helmut do bratanka. Ja mam pociąg za godzinę, Humanista za trzy, Helmut podobnie, tylko z dwiema, kurna, przesiadkami. Ja mieszkam najbliżej, Helmut najdalej. Humanista – wiadomo. Pośrodku.
Kurwa mać – potwierdził Helmut.
Było to mistrzowskie zagajenie narady. Wyłącznie podsumowanie najważniejszych faktów. Teraz nadszedł najtrudniejszy moment. Głośne uznanie, że musimy się rozstać, albowiem sprzeczność celów i interesów jest zbyt wielka. Dotąd unikaliśmy poruszania tego drażliwego tematu. Byliśmy trójcą, a trójca – teoretycznie – jest niepodzielna.
Przeszłość, od której uciekliśmy do szpitala i tak dopadła każdego z nas. Powinniśmy się z nią zmierzyć osobno.
Lecz Pluskwa był innego zdania:
Pojedźcie ze mną – poprosił.
Woda mineralna zagulgotała nam w gardłach jak najczystszy spirytus. Ledwie ją przełknęliśmy, krztusząc się i pokasłując.
Obszarpaniec przyglądał się nam z zainteresowaniem.
Pojedźcie – powtórzył zanim ochłonęliśmy. – To niedaleko... – Zaciągnął się dymem z papierosa, aż zaszkliły mu się oczy. – Mamusia chętnie nas ugości.
Tak. Tyle mogliśmy ofiarować naszemu przyjacielowi: dzień zwłoki. Oznaczało to zarazem, że rozstaniemy się dopiero nazajutrz, czyli w zbyt odległej przyszłości, aby warto było dłużej o niej myśleć.
Obszarpaniec wsadził palucha do zupy jakiegoś przestraszonego młodzieńca. Uśmiechnął się po swojemu – szeroko, przyjaźnie – i wyjaśnił zaraz, że on tylko sprawdzał, czy aby ciepła ta zupa. Grzecznie podziękował, gdy młodzieniec podsunął mu ją krzywiąc się z obrzydzenia.
Zupa chyba nie była ani za gorąca, ani za chłodna, bo obszarpaniec chlipał ją ze smakiem.
W uchylonych drzwiach ujrzeliśmy wybałuszone, przekrwione oczy, rzadkie włosy pozlepiane w strąki i przykrótką halkę, spod której wystawały grube, posiniaczone nogi. To była matka Pluskwy.
Czego? – zapytała ochryple.
Ja zaniemówiłem zupełnie. Helmut stanął na wysokości zadania i wybąkał przywitalne:
Kurwa mać.
Matka Pluskwy spojrzała na niego z zaciekawieniem. Chyba zainteresował ją szczególnie ten akcent przeciągający samogłoski w śpiewnym zawijasie.
Tylko bez wyrażeń – zastrzegła. – A jak nie, to wypierdalać.
Po czym cofnęła się o krok i stanęła bokiem, co z wahaniem, niedowierzająco jeszcze, przyjęliśmy jako nieme zaproszenie i kiedy Pluskwa ruszył ku drzwiom, my podążyliśmy za nim. Zanurkowaliśmy w skisły, oblepiający smrodek źle wietrzonego pomieszczenia.
Rozkołysany zadek gospodyni zaprowadził nas do pokoju z telewizorem w rogu i dużym stołem pośrodku. Tam mieliśmy czekać. I czekaliśmy. Helmut i ja skrępowani skrępowaniem Pluskwy, a on skrępowany matczynym wyglądem, jej poranną flejtuchowatością i przepoceniem. Nie tak nam ją opisywał. W jego opowieściach matka była odświętna jak bożonarodzeniowa choinka.
Pamięć jest mistrzowskim fotografem. Przynajmniej jeśli chodzi o retusze i odpowiednie kadrowanie.
Zajadaliśmy kanapki podsunięte nam na wielkim półmisku. Okruchy sypały się na stół i podskakiwały, gdy któryś z nas poruszył się i choćby tylko trącił kolanem jego jajokształtny blat. Jedliśmy łapczywie, bo trudno zapchać całodzienny głód.
Matka Pluskwy przyglądała się nam z rozbawieniem siorbiąc mocną kawę i ćmiąc papierosa po papierosie. Paliła może nawet więcej od syna, ale palenie jej było zupełnie inne: stateczne, nieśpieszne, papieros częściej tkwił pomiędzy wskazującym i środkowym paluchem, niż w jej ustach. Jego dym nie kłębił się, tylko ulatywał w delikatnych, mocno rozciągniętych smugach. Był oznaką spokoju, nie zdenerwowania. Pewności siebie. Pewnie dlatego Pluskwa tak palić nie potrafił.
Tatuśko jak wykapany – powiedziała w pewnej chwili i ruchem głowy wskazała Pluskwę, jak gdyby brała nas na świadków. –Chudzina, wypierdek i na dodatek niedojda. – Westchnęła. – Skoro już cię puścili, to trudno. Bierz pałac ojca i tam nocuj.
Pałac? – upewnił się Pluskwa głosem mdłym i zestrachanym.
Pałac oddajemy tobie. Taka jest wola moja i twoich sióstr.
Ale myślałem... – bąknął Pluskwa usztywniony jakiś i jakby martwy. Tylko jego wargi lekko drżały i przylepione do nich okruszyny chleba drżały razem z nimi.
Mojego nowego chłopa o zdanie nie pytałam, bo jemu nic do tego.
Nowego chłopa?
Boguś mu na imię. To sprawa rodzinna, między nami. Duży już jesteś, możesz być na swoim. A co ojcowe, to twoje. Chcesz – bierz. Nie chcesz – nie bierz. No – odstawiła szklankę z fusami i wymownym gestem uniosła pusty półmisek – miło było was gościć...
Przy drzwiach filuternie uśmiechnęła się do Helmuta. Chyba wpadł jej w oko.
Pałac sterczał na szczycie jałowego, zachwaszczonego wzgórza i dumnie wypinał nie otynkowane ściany wprost na rozległe śmietnisko poniżej.
Podchodziliśmy pod wokół-pałacowy płot krętą ścieżyną od strony rzadkiego lasku sosnowego zakrywającego szosę. Cuchnęło. Oddychaliśmy ustami. Sosnowy las był granicą śmietniska, lecz nie był granicą wionącego odeń smrodu. Szliśmy jednak wytrwale nie narzekając. Ludzki węch jest jak sumienie. Dać mu trochę czasu, a do wszystkiego przywyknie.
Przystanęliśmy dopiero przed pordzewiałą furtką. Zwisały z niej błyszczące strzępy pajęczyn wyglądające jak anielskie włosie.
Uważnie przyjrzeliśmy się budynkowi naprzeciw. Jedno było pewne. Nie przypominał przeciętnego domu. Dwupiętrowy kloc pośrodku. Rozdymające go na boki przybudówki były o piętro niższe, za wyjątkiem fantazyjnej, okrągłej wieży kończącej lewe skrzydło: wywyższała się ponad wszystkim, nawet ponad kominami. Mury były pstrokate od różnorodnych cegieł. Szyby już wytłuczono i z okiennych ram wystawały szklane kły groźnie błyszczące w słońcu. W rynnie wieży rosła kępa pokrzyw.
Pałac – z goryczą wyszeptał Pluskwa i jakieś wspomnienia ścięły jego twarz zmarszczkami boleści.
Zasnął z trudem, ale i ten jego sen niewiele był wart: wciąż rzucał się i wrzeszczał wniebogłosy. Ocuciliśmy go, nieboraka. Czuwaliśmy solidarnie wraz z nim. Na środku izby, którą wybraliśmy na sypialnię, roznieciliśmy ognisko. Noc była wprawdzie ciepła, jednakże ogień uspokaja, zwłaszcza w najmniej przyjaznych dla człowieka miejscach: tych, które sam zmajstrował.
Oprócz tego uspokajaliśmy się kolejnymi butelkami wódki, którą kupiłem w najbliższym nocnym sklepie za resztę naszych oszczędności.
odcinek VI
|