dziennikarze wędrowni
|
peregrynacja |
|
|
|
wrocław'02 - tydzień czwarty
To już czwarty tydzień. Pada. Ulice bardziej milczące.Mijamy jeszcze czasem dobrych, zmęczonych ludzi, odpowiadamy wrośniętej w chodnik staruszce śmiejącej
się w naszą stronę, szepczącej, że głupi gołąb tapla się w kałuży, kiwamy głową dresiarzowi, rozdętemu na wietrze jak wielki ortalionowy żaglowiec, burczymy
młodziakom, którzy wychylają się z bram i wskazują rękami na białego pudla, co podaje łapę, idziemy dalej, dobrych ludzi coraz mniej, ostatnia scena rozmowy
została z tyłu za kurtyną deszczu: z północy na południe sunął na rowerze ostry sześćdziesięciolatek, wpatrzony przed siebie minął znak głównej ulicy, rozciął
powietrze chińską kurtką i trzasnął odblaskowymi pedałami. W tym samym czasie szedł w odwrotnym kierunku drugi surowy sześćdziesięciolatek - poruszał się
wolniej, oczy miał stalowe, siwiznę rozwianą, patrzył uważnie, usta zaciskał, brwi marszczył. W tej samej chwili krwisty czterdziestolatek mknął oplem z zachodu na
wschód - przyhamował groszkowego starego kadeta przed skrzyżowaniem, ryknął, oblał się ropą, zabulgotał i wytoczył z podporządkowanej, wypluł paliwo,
skoczył do przodu. Za późno. Ostry sześćdziesięciolatek na rowerze wrzasnął, szarpnął klamkę hamulca, stracił pęd. Kierowca skinął zza szyby ręką, przeprosił i
pomknął na wschód. Ale chiński rowerzysta rozbłysł purpurą spod szarej kurtki i zaczął krzyczeć jadąc przez skrzyżowanie: "Co mi teraz twoje przepraszam, co mi
przepraszam, ty ku.., ty chu, ty sku..., co przepraszam, co!" - krzyczał w górę ulicy, nad głową trzepotały lampy rozpięte na ulicznych drutach, z nieba spłynął
mroźny wiatr, a rowerzysta ciągle ryczał - paraliżując przechodniów, ściągając gapiów w stronę krawężnika, wylewał żale tyczące utraty energii kinetycznej na rzecz
groszkowego kadeta, trzaskał przerzutką i sunął powoli. Ulica zamarła, przechodnie drżeli z zimna, rozedrgani uginali się pod wiatrem, ale miast ukryć się w bramie
- stali i patrzyli - zaklęci sześćdziesięcioletnim rykiem. I zdawało się, że zaraz stanie się najgorsze, że miejscowi dobrzy ludzie ugną się pod wichrem, że rowerzysta
będzie ryczał, redukował przerzutki i toczył się przez skrzyżowanie, póki podmuch nie zbierze wszystkich dobrych ludzi, nie porwie ich z Grunwaldzkiej, by ponieść
twardych mieszkańców Sródmieścia w stronę Rynku i wirtualnego carstwa Kościeja-socjologa. I kiedy niebo napęczniało już poduszką brunatnych chmur, kiedy
wiatr zlał się w jedno z rykiem rowerzysty, kiedy oczy przechodniów zaczęły się powoli zasnuwać plastykowym blaskiem genetycznych tuczników, wtedy, gdy
zgasła wszelka nadzieja - sześciesięciolatek-piechur uniósł do góry rękę i krzyknął w stronę starca na rowerze: "Cicho bądź!!!". Rowerzysta zamilkł, skulił się,
zjechał ze skrzyżowania i znikł na południu. Bo po cóż wrzeszczał, gdzie się tak śpieszył? Do banku? Do biura? Czyżby chciał zjeść czas i zanieść go w darze
Kościejowi, wyrwać kolejny kawał miasta i obtoczyć go w pośpiesznej-telewizyjno-aluminiowo-maklerskiej papce Krokodylej ulicy? Skarcony rowerzysta znikł na
południu, piechur-wybawca ruszył na północ, chmury pękły i zrzuciły deszcz, przechodnie rozpierzchli się w popłochu.
|
|
© dziennikarze wędrowni |