|
|
MY STORY - [fragment ekstymny]
ja
Wychodząc z domu do pracy, na spotkanie czy spacer po mieście i okolicach codziennie zaczynałem od pozdrowienia słońca i księżyca, jeśli były na niebie, potem
zaś przechodziłem do ni to modlitwy, ni to medytacji, wdech - wydech, wdech - wydech, odliczając dziesiątki kciukiem na różańcu kostek palca wskazującego
prawej dłoni, by gubiąc się jak zwykle skonstatować trwały chaos w mojej głowie. Moja dzielnica, idąc średnim krokiem od mojego domu do kanału portowego,
starej grobli, ruin Nowego Zamku czy porośniętych zielskiem murów Głównego Miasta, miała ze sto oddechów, całe miasto jakieś pięćset (mówię naturalnie o
starym mieście w granicy nowożytnych wałów, po części już splantowanych), tyle samo było tramwajem do pracy.
Skonstatowanie chaosu nie było dramatem, nie robiłem mojej głowie z tego powodu żadnych wyrzutów - przeciwnie, kiedy miałem wolne zaczynałem od
pogłębienia go piwem i zielskiem w niewielkich ilościach, pozwalając umysłowi się uspokoić i rozkojarzyć, a następnie szedłem tam, gdzie mnie oczy poniosą -
wychodząc z domu nigdy nie byłem pewien, czy skręcę w lewo, czy w prawo, czy też -być może- pójdę prosto... Na ogół unikałem ludzi, chodząc po górolesie czy
bocznych uliczkach w niedzielę rano, zanim skacowani rodacy ruszą na mszę, gromadząc przy okazji cudze nasiona, by stworzyć własny ogród. Czasem jednak
przychodziło kogoś spotkać, co nie dziwi, gdy się czegoś szuka, choćby tylko prawdy.
[...] Wolałem sam błąkać się po menelskich dzielnicach, nikt mnie tu nie znał, a nawet nie widział. Może poszedłbym i do centrum, ale tam wszystko znajome, trzeba
by pojechać do innego miasta, a nie było na to czasu, a to pora roku nie ta, inne sprawy, czy co tam jeszcze. Tu, na przedmieściu, było spokojnie, nie tak jak w
telewizorze, jak już się zabijali, to sami swoich, obcy mógł się łatwo uchylić, nie dostrzegając wyzywającego spojrzenia podwórkowego herosa, zlewając się z tłem
przez podobną butelkę piwa w dłoni, czy jakoś tak. W razie czego miałem przygotowany otwarty kolec scyzoryka między środkowymi palcami zaciśniętej pięści,
ale nigdy go nie użyłem. Byłem pacyfistą, kiedy biliśmy się na serio, z policją, to i teraz mnie nie korciło [...].
Błądziłem więc, kontemplując organiczność dawnego budownictwa. Nigdy mi się tu nie zdarzyło zgubić, nawet kiedy byłem w danym mieście po raz pierwszy.
Domy grały do siebie i do centrum (zawsze lepszą stroną były zwrócone ku ważniejszym ulicom, jakby gapiły się, co stamtąd przyjdzie i chciały temu zaimponować),
układ ulic miał sens, nie to, co w nowych dzielnicach, wymyślonych przez niedouczonych geniuszy, stawiających swoje klocki gdzie popadnie, niczym pies, który
znaczy swoje terytorium. Czasem, trafiając na przykład na jakiś zagubiony rynek samych sprzedawców, liczących na to, że któryś zacznie obrót i dalej jakoś samo
pójdzie, bo każdy za zarobione parę groszy kupi coś od następnego, zastanawiałem się, z czego ci goście żyją. Przekopane, ale w nowym świecie był to problem
numer jeden, a ja gardziłem tak przyziemnymi rzeczami jak kasa i dlatego między innymi odwracałem się, od ludzi woląc rośliny. Te przynajmniej do wegetacji nie
dorabiały racji, ideologii, wiedząc, że tylko o to im chodzi. Wziąłem jedną z nich ze straganu, było to jabłko. Podszedłem z nim do księżniczki, która przez pomyłkę
ślepego losu oczywiście robiła tu za przekupkę. Czyściła paznokcie i nie rozpoznała we mnie swego księcia, była widać bardziej wymagająca - skasowała gościa
przede mną, skasowała gościa za mną - nic to... Podszedłem do drugiej Ewy, ale i ta nie dała się skusić, a przecież nie chciałem zbyt wiele, ot - poznać cenę,
zapłacić i odejść. To ostatnie to była tylko moja sprawa (moja, bo kiedy odchodziłem, nikt mnie nie wołał, nikt za mną nie gonił... Byłem niewidzialny czy co!?). I
wówczas pomyślałem, że przecież to jabłko to też żywa istota, jak można je zjadać? A może umarło - próbowałem się usprawiedliwić. Nie, byłem grzesznikiem.
Przyznam, że ta myśl wstrząsnęła mną do głębi - zjadłem jabłko z niekłamaną przyjemnością - mój bóg miłościw mnie grzesznemu.
Musiało być późno, dokładnie nie wiem, poza jakąś poważną podróżą nigdy nie noszę zegarka. Minąłem właśnie Klub dziwaków imienia Marii Konopnickiej z
domu Machno. Była to stara, mroczna jak labirynt, piwnica. Zbierali się tu studenty, artysty, leszcze i menele. Ci, co pili piwo i palili ziele, byli nierządnikami,
bezpańskimi bezbożnikami i w ogóle przeciw; ci, co pili wódkę i palili tytoń, byli platonicznymi społecznikami i gorącymi zwolennikami różnych teorii socjalnych.
Wbrew pozorom, to istotne rozróżnienie - szło bowiem o to, że w reakcji na trud istnienia socjały chciały się spiąć jeszcze bardziej, a nierządy - jeszcze bardziej
wyluzować. Tak robiły ich towaresy, ich idee i ich głowy w ogóle. Społecznicy tylko gadali, a że po wypiciu - wychodził z tego bełkot; nieboży słudzy woleli słuchać
- mieli swoją muzykę, co im po zielu robiła jeszcze bardziej. Nie muszę dodawać, do których było mi mimo wszystko bliżej, a że z otchłani drzwi piwnicy jechało
fajkami, minąłem je bez żalu.
[...] Było już bardzo późno i nic nie jeździło, dom zaś był na drugim końcu miasta, czekała mnie więc kolejna długa wycieczka piechotą. Na szczęście późną nocą
ulice są puste, nikt już się nie bawi w bandytów i policjantów, mogłem więc być sam na sam ze swoimi myślami, bo nogom nie trzeba było mówić, jak iść, same
mnie niosły - ledwo pomyślałem, co będzie dalej, a już tam byłem i materializowałem kolejny punkt węzłowy drogi, pomijając zbędne dłużyzny i detale.
w moim mieście, dnia 00.00.00, godzina 00:00:00
*
fragment pochodzi z książki Moje miasto wydanej przez Duch Miejsca, Instytut Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego
zainteresowanych publikacją odsyłamy do autorów: jaWsieci - moje miasto
|