|
|
Gdańsk - Wrzeszcz (trochę zbyt intymnie)
pan ciemciu
Za domem było podwórko, przy nim stało kilka tandetnych szopek zwanych z kaszubska szałerkami - wkład polski w ład przestrzeni na ziemiach odzyskanych. Za
nimi był las, a przy nim wzdłuż drogi strumyk. Buki na wzgórzach stykały się z miastem poprzez gęste krzaki pełne ślimaków, owadów, smacznej buczyny -
świeżych listków wiosną i orzeszków jesienią, kwaśnego zajęczego szczawiu i opieniek, które marynowała mama. Strumyk, tak mały, że niegroźny był pełen
polodowcowych kamieni, po których łaziliśmy obserwując życie i nurt, zbyt leniwie transportujący patyki, które tam rzucaliśmy.
Za Gierka odgrodzono las i strumyk blokową bryłą ważnego obiektu strzeżonego przez wartowników. Byliśmy jednak już na tyle duzi, że mogliśmy to jakoś
przeżyć. W świecie, który rozszerzał się i zatłaczał jednocześnie tandetnie prostopadłościennym nowym, którego w okolicy było na szczęście niewiele. Tylko kilka
nowych domów wciśnięto pomiędzy niemiecki romantyzm kamienic - dworków dominujących w dzielnicy.
Dalej od domu zapuszczaliśmy się głównie z tatą. Gdy na ukwieconej łące przy górnej części Jaśkowej Doliny wybudowano obóz harcerski z drewnianą bramą
stylizowaną na Biskupin, byłem tym zafascynowany. Obóz sąsiadował ze szklarniami badylarzy, tuż przy ścianie lasu, do którego wchodziło się po schodach. Na
każdym stopniu był fragment niemieckiego napisu nagrobnego. Zaraz za szczytem schodów były resztki betonowego bunkra wkopanego w ziemię.
Na dziedzińcu przedszkola stała na postumencie biała rzeźba człowieka. Pozostała część placu pełna była dziwnych rzeczy do zabawy. Pewien leżący pień
adoptowany na dziwny pojazd przypominał mi mały korzeń, który przyniosłem Pani. Wydawało mi się, że jacyś oni to powiększyli do tego pnia w jakiś zadziwiający
sposób, a jednocześnie wydawało mi się to nie możliwe. Przedszkole -secesyjny dworek z wieżyczką- graniczyło płotem z lasem, toteż codziennie chodziliśmy po
jego ścieżkach. Najwyższą górę w okolicy zajmował ślimak. Kamienna, spiralna, poniemiecka wieża widokowa dawała widok na nietypową koronę drzew.
Stanowiły ją kilkudziesięcioletnie konary wyrastające z przycinanego do okresu wojny zagajnika. Uwielbiałem zbiegać z pod tej górki poprzez bukowy młodniak,
padając na końcu w górę brązowych liści. Przedszkola już tam nie ma. Pieniądzarze przegonili dzieci.
Pierwsza moja szkoła podstawowa mieściła się w budynku licowanym czerwoną cegłą, gdzie schody prowadziły dwoma biegami na piętro. Ganialiśmy się po nich w
kółko. W kiblu mieścił się klub kręgu onanistów. Nie byłem jego członkiem. Wolałem wspinanie się po metalowym trzepaku. Nie wiedziałem, że rozkoszą, którą to
daje, jest seks. W narożu podwórka rosła kępa cisów. Plamista kora poskręcanego pnia i ciemnozielone wieczne liście czyniły to miejsce moim ulubionym. Koło
szkoły mieszkali dziadkowe. Lubiłem sterczeć w oknie czekając na rodziców. Przede mną za kutym parkanem rosła lipa. Uratowała ona człowieka przed
rozpędzoną ciężarówką, która wjechała na chodnik. Tuż przy szkole było kino, o ukochanej dla dzieci nazwie "Bajka", a przed nim stała budka z lodami. Lodowej
budki już nie ma, a łobuziak ze starszej klasy, który zabrał mi złotówkę na lody, jest dziś parkingowym na pętli w miejscu domu dziadków. Szkołę wkrótce dano
dorosłym.
*
fragment pochodzi z książki Moje miasto wydanej przez Duch Miejsca, Instytut Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego
zainteresowanych publikacją odsyłamy do autorów: jaWsieci - moje miasto
|